Kitabı oku: «Tajo@Bruns_LLC – Serce lwa»
Bianca Nias
Tajo@Bruns_LLC
Serce lwa
Z niemieckiego przełożyła
Renata Gaik
Impressum
© Wydawnictwo dead soft, Mettingen/Niemcy 2014
www.deadsoft.de
Prawa autorskie polskiej edycji dead soft verlag, Mettingen 2020
© the author
Okładka: Irene Repp
www.daylinart.webnode.com
Oprawa fotograficzna:
© George Mayer – Fotolia.com
© Eric Isselée – Fotolia.com
Wydanie I
ISBN 978-3-96089-416-2 (epub)
Informatyk Marc Nowak został bezpośrednio porwany w tajemniczy i obcy świat zmiennokształtnych: jego nowy klient, Tajo Bruns, okazał się jako jednym z najpotężniejszych Lwów w stadzie, co się ustatkowało w lesie Reinharda. W momencie, gdy Tajo zniknął, Marc zaczął pomagać jego rodzinie, go odnależć i uwolnić z rąk wroga. Jednak zamachy na lwy nie dają im spokoju i juz niebawem spostrzegli, że stoją twarz w twarz z niebiezpieczeństwem, które mogą pokonać tylko razem. Tajo liczy teraz niestety tylko na pomoc zwykłego człowieka, który, dodatkowo, bardzo mu się podoba…
Dla mojego męża –
mojej podpory, pomocy w przypadku awarii i miłości mojego życia.
I dla Barbary i Katji –
Najlepszych przyjaciółek – z podziękowaniem za zarażenie bakcylem J.B…
Rozdział 1
Marc przekroczył próg dużego biurowca w centrum Frankfurtu będąc wdzięcznym, że klimatyzacja działała na wysokich obrotach, zwalczając duchotę dużego miasta. Odetchnął z ulgą, wachlując się kartoteką. Elegancja wyłożonego marmurem holu wejściowego zadziwiała go wciąż na nowo. Skinął w kierunku portiera siedzącego za kontuarem i pojechał windą na piętnaste piętro.
Jego zegarek wskazywał, że do spotkania miał jeszcze godzinę czasu. Był bardzo punktualny i dotarł jeszcze przed sekretarką w biurze. W głowie odtwarzał swoją prezentację. Nie zapomniał niczego? Nie, był tego pewien. Przygotował się szczegółowo, poza tym znał swoją dziedzinę jak żaden inny z jego kolegów.
Marc był fachowcem komputerowym i mając dopiero 28 lat wyrobił sobie już renomę w branży informatycznej we Frankfurcie. Bezpośrednio po ukończeniu studiów na Uniwersytecie w Gießen został zwerbowany przez firmę „Whiterspoon & Partner“, gdyż zdał swój egzamin końcowy z wyróżnieniem i jako najlepszy na roku. Studia skończył w przyspieszonym trybie i bez większego wysiłku w ciągu trzech lat – nic dziwnego, jeśli profesorowie mogli raczej uczyć się jeszcze od niego aniżeli odwrotnie. Nie przeszkadzało mu w ogóle bycie zaszufladkowanym u swoich kolegów jako „nerd“. Odczuwał to raczej jako wyróżnienie. Od 14-tego roku życia nie miał nic w głowie poza komputerami. Jego własnoręcznie napisane programy do rozszyfrowywania haseł ułatwiały mu ominąć firewalle i włamywanie do komputerów należących do firmy. Jeden z jego grzechów młodości był odpowiedzialny za to, że wszystkie drukarki na lotnisku we Frankfurcie zaczęły nagle drukować pliki i listy, czego nawet personel nie był w stanie zatrzymać. Zamęt był duży, a on nie został na szczęście złapany. Firma Fraport odpowiedzialna za lotnisko we Frankfurcie, oszacowała następnie wyrządzoną szkodę na kilkaset tysięcy euro, co później spowodowało u niego nad wyraz duże wyrzuty sumienia. Wtedy przysiągł sobie, wykorzystywać swoje zdolności tylko dla „dobrych celów”.
Dlatego też propozycja pracy dla Charlesa Whiterspoona była dla niego bardzo kusząca. Anglik założył tę firmę ponad piętnaście lat temu i wyrobił sobie dobrą renomę poprzez zmienne plany bezpieczeństwa IT. Wybrani przez niego pracownicy byli najlepsi, jeśli chodziło o ochronę komputerów przed dostępem do nich osób nieupoważnionych, więc nawet rząd federalny i wiele urzędów kazało zabezpieczyć swoje systemy przez jego firmę. Przy różnych, dużych projektach wyróżnił się już jako lider zespołu, gdzie jego niekonwencjonalny sposób myślenia zadziwił niektórych klientów. Wiedział, że jego szef cenił szczególnie jego spontaniczność i elokwencję. A teraz musiał po raz pierwszy sam przejąć opiekę nad klientem i samodzielnie zrealizować projekt. Marc był świadomy, jakie to było wyzwanie, ale czuł się gotowy do przejęcia tej roboty.
Dotarłszy do biura sprawdził w sali konferencyjnej, czy wszystko zostało przygotowane i czy działał sprzęt techniczny. Uruchomił rzutnik oraz włączył laptopa, aby po raz ostatni przejrzeć prezentację. Pojawiła się również sekretarka, aby mu pomóc przy ostatnich przygotowaniach. Ustawiła zimne napoje i ciastka oraz zaparzyła kawę.
Wszystko było idealnie. Nawet, jeśli innych bawiła jego skłonność do perfekcji i pedantycznej dokładności, dla niego były to rzeczy konieczne do życia oraz gwarantujące pożądany sukces.
Dwadzieścia minut przed spotkaniem przybył jego szef, Charles Whiterspoon.
Marc miał chwilkę czasu, aby zaszyć się w toalecie i odświeżyć. Ochlapał sobie twarz zimną wodą, osuszył ją, starając się zachować zimną krew, pomimo powoli wzrastającego napięcia, jakie wywoływały w nim tego typu spotkania. Energicznie przygładził swoje ciemnobrązowe włosy.
Stroił miny, pytając często samego siebie, jakie wywierał wrażenie na innych ludziach. Jak wiadomo, pierwsze wrażenie na kliencie było niezmiernie ważne. Ale on był tylko przeciętnym facetem. Przeciętne 1,80 m wzrostu, przeciętna figura, przeciętna twarz. W tłumie znikał niezauważony. Chciałby być bardziej wysportowany, jednakże wtedy musiałby więcej trenować. Ale niestety miał za mało czasu, tylko niekiedy biegał wzdłuż brzegu nad Menem, aby zachować równowagę w stosunku do pracy w biurze.
Ułożył gustownie swój krawat w paski i otrzepał jeszcze paproch ze swojego szarego garnituru od Armaniego. To cacko pochłonęło dużą część jego wypłaty, ale dodało mu trochę więcej pewności siebie, podnosząc ją w kontaktach z multimilionerami i przedstawicielami firm, którzy z upływem czasu należeli do jego klientów.
Przyjrzał się sobie w lustrze i odetchnął głęboko. Czuł się gotowy. Lepiej niż on nikt nie potrafił się przygotować do prezentacji projektu. W końcu nie pozostawił nic przypadkowi.
Zdecydowanie wszedł do sali konferencyjnej i stwierdził, że jego klient już przybył. Zaskoczyło go to, że z firmy „Bruns Limited Liability Comapany” przybyła tylko jedna osoba. Najczęściej wysyłano z firmy klienta kilku zarządców i ekspertów IT do negocjacji umów z „Whiterspoon & Partner”.
Marc zmierzył mężczyznę, który podniósł się z fotela klubowego i zwrócił się teraz w jego kierunku. Najpierw rzucił mu się w oczy jego wzrost, na pewno ponad dwa metry. Szerokie, muskularne ramiona naprężały się pod białą koszulą. Marynarkę gość ściągnął już wcześniej, przewieszając ją przez najbliżej stojące krzesło.
Marc poczuł, jak jego żołądek się ściska, a jego głowa robi się pusta. Tylko jego nogi na szczęście nie odmówiły mu posłuszeństwa, niosąc go jak zdalnie sterowanego przez salę konferencyjną. Cholera, ale był zdenerwowany!
Jego klient miał dość ciemne włosy, które przeplatały ciemne, prawie czarne pasemka, opadające za kołnierz koszuli w postaci luźnych i lekkich fal. Marc szybko zmierzył jego twarz z wyrazistymi kośćmi policzkowymi i kanciastym podbródkiem, co odwróciło jego uwagę od złotobrązowych oczu. Te oczy, wbijając się w jego spojrzenie, wydawały się go magnetycznie przyciągać. Może było to przyczyną niezwykle jasnego i podobnego do bursztynu koloru, że Marc zupełnie nie przejął się swoim niższym wzrostem, chcąc oficjalnie przywitać swego gościa i zamiast tego chwycił bez słowa wyciągniętą w jego kierunku dłoń.
Przez ułamek sekundy miał obawy, że zostanie zmiażdżony przez tą ogromną rękę, w której jego własna praktycznie zniknęła, i zdziwił się raczej, że uściśnięcie ręki wypadło tak bezkonfliktowo. Jego zaskoczenie musiało odzwierciedlić się na jego twarzy, gdyż gość z lekko kpiącym uśmiechem podniósł brew i spojrzał na niego wyczekująco.
Jego szef Whiterspoon był tym, który sprowadził Marca na ziemię, zapoznając ich obu ze sobą.
– To jest Marc Nowack, nasz najlepszy analityk systemu. On przedstawi Panu teraz nasze produkty oraz naszą ofertę dla pańskiej firmy. Marc, to pan Tajo Bruns z „Bruns LLC” z Miami. Jest zarządcą jak i osobą odpowiedzialną za nową siedzibę firmy tutaj w Niemczech.
– Good morning, Mr. Bruns, nice to meet you (Dzień dobry, Mr Bruns, miło mi pana poznać.).
Marc przeszedł z uprzejmości na język swojego gościa, próbując jednocześnie odnaleźć swoją pewność siebie, którą utracił z powodu tego barczystego mężczyzny.
– Cieszę się również, że mogę Pana poznać, ale pozostańmy przy języku niemieckim – odparł ten zwięźle i dobitnie.
Marc uśmiechnął się. Zauważył, jak jego gość wydłużał trochę słowa, zacierając nieco przy tym „r”.
– W porządku, chętnie. Ale sugerując się akcentem nie pochodzi Pan z Ameryki, prawda?
– Nie, mam południowo-afrykańskie korzenie. – Tajo Bruns zmierzył Marca i zwrócił się do Whiterspoona: – Czy możemy zaczynać, mam mało czasu.
Whiterspoon rzucił Marcowi ponaglające spojrzenie i pospieszył się, aby kilkoma słowami przekazać mu prowadzenie rozmowy, by następnie sam mógł usiąść wygodnie i nie mieszać się w fachowe rozmowy.
Marcowi podobał się sposób, w jaki Tajo Bruns przedstawił swoją sprawę bez dużego szumu, rezygnując ze zwyczajnej pogawędki. Dlatego też zaczął bez ceregieli swoją prezentację, skracając ją nawet ekstra trochę tu i tam, przedstawiając jasno i z opanowaniem ofertę swojego pracodawcy: – Whiterspoon & Partner wyposażyłby nową centralę firmy „Bruns LLC” w konieczny sprzęt komputerowy, włącznie z własnym serwerem oraz przygotowałby i wgrał na miejscu oprogramowanie. Taka obsługa gwarantowałaby najwyższy stopień bezpieczeństwa, gdyż przy tym oprogramowaniu chodzi o unikat, który nie jest wysyłany przez nośniki danych, czy przez Internet, lecz bezpośrednio zapisywany na komputerze. Za cenę ryczałtową 2,5 miliona euro jego firma wypożyczyłaby go jako informatyka i opiekuna systemu do nieograniczonej dyspozycji i dopilnowałby, aby instalacja nie trwała dłużej niż 3 czy 4 tygodnie.
Tajo Bruns słuchał uważnie podczas prezentacji, nie spuszczając go przy tym ani na sekundę z oczu. Marc starał się skierować swoją uwagę na prezentację i utrzymać pewność w swoim głosie. Ulżyło mu, kiedy mu się to udało i na zewnątrz sprawiał profesjonalne i obiektywne wrażenie.
Pomimo tego, że siedział w fotelu klubowym, Południowoafrykańczyk wydawał się być prawie wzrostu Marca, który stał naprzeciw niego przy laptopie. Podczas gdy Whiterspoon oparł się swobodnie w fotelu, postawa Brunsa sprawiała wrażenie napiętej. Siedział wyprostowany jak świeca, jakby przyczajony na brzegu fotela. Rzeczywiście zerwał się z miejsca, po tym jak Marc skończył, podając mu i Whiterspoonowi rękę: – Dziękuję. Oferta ta odpowiada naszym oczekiwaniom. Przyjmujemy ją. Proszę wysłać umowę do naszego biura w Holzhausen. – Po czym opuścił salę konferencyjną.
***
Tajo odetchnął, gdy opuścił klimatyzowany budynek, a duszne powietrze objęło go jak ciepły koc. W tych pomieszczeniach, w których nie można było otworzyć żadnego okna, a zimne powietrze pochodziło z klimatyzacji, nie czuł się po prostu dobrze.
Rozwiązał krawat i rozpiął nieco koszulę. Okej, teraz poczuł się wyraźnie lepiej, nawet kiedy w swoim skrojonym na miarę garniturze czuł się nadal niesamowicie skrępowany i głupio. Zdjął marynarkę, rzucając ją na siedzenie pasażera czarnego Porsche Cayenne, które czekało na niego na miejscu parkingowym dla klientów firmy.
Tajo rzucił się na skórzane siedzenie i odpalił silnik. Cieszył się, że wziął samochód terenowy swojego brata Jona. Jego własne auto, Hummer, było po prostu za duże na niemieckie ulice i bardzo niepraktyczne, gdyż zajmowało prawie dwa miejsca parkingowe.
Wyjechał z miasta najkrótszą drogą i poczuł się wolny, gdy pozostawił za sobą aleję domów, widząc przed sobą heseński Bergland. Podczas dwugodzinnej jazdy w kierunku położonego na północ Reinhardswaldu, który wybrali na bazę jego firmy, miał wystarczająco czasu, aby jeszcze raz przeanalizować spotkanie.
Pracownik, który miał wykonać to zlecenie, od razu mu się spodobał. Jego baczne, żywe, brązowe oczy zdradzały niesamowicie wysoką inteligencję. Pomimo tego nie sprawiał wrażenia nieciekawego czy też znudzonego. Marc był młody, dynamiczny i nie tak łatwy do przestraszenia, stwierdził, uśmiechając się. – Ten chłopak miał nerwy ze stali, gdyż inaczej bym go bardziej zastraszył – pomyślał.
Dla Taja było to normalne, że ludzie w jego obecności zaczynali się jąkać, gubili wątek, przepraszali wielokrotnie i ze względu na jego obecność dosyć szybko trzęśli portkami. Nawet słabo rozwinięte zmysły „zwyczajnych ludzi” reagowały nieświadomie i instynktownie na niego. Już samo jego pojawienie się powodowało u nich zazwyczaj odruch ucieczki.
Był drapieżnikiem – w dosłownym znaczeniu tego słowa. On i jego rodzeństwo Jon i Keyla należeli do jednego stada lwów zmiennokształtnych, którego pochodzenie, dzisiaj nie było już zrozumiałe. Tajo był przekonany, że ich rasa rozwinęła się już wieki temu obok ludzkiej rasy i rozsiała po całym świecie. Dzięki ich dobremu kamuflażowi i zdolności dopasowania się mogli do dzisiaj niezauważeni żyć obok ludzi.
Dorastając w Południowej Afryce stał się tutejszym, gdy wrócił po ukończeniu studiów gospodarczych na Florydzie. Tamtejsza bliskość innego stada lwów nakłoniła go i dwójkę jego rodzeństwa do „wyprowadzki” do słabo zaludnionych przez zmiennokształtnych Niemiec.
Na zewnątrz ich firma „Bruns LLC” wyrobiła sobie już dobrą markę na światową skalę w branży bezpieczeństwa. Politycy wysokiej rangi oraz szefowie gospodarki zasięgali u nich rady co do systemów alarmowych w swoich prywatnych domach i firmach.
Na tej raczej nieoficjalnej płaszczyźnie pracowali dla innych zmiennokształtnych, jako prywatni detektywi, wykonując dla nich także tajne i po części niebezpieczne zlecenia. Przepisy, które ustanawiali ludzie, nie obowiązywały wśród zmiennokształtnych i tak działali podobni do jednostki specjalnej z wszelkimi jej swobodami. Byli wzywani, kiedy inni zmiennokształtni zaginęli, kiedy włamania, kradzieże czy też inne wykroczenia w ich kręgach były do wyjaśnienia, czy też kiedy zachowanie w tajemnicy ich gatunku było zagrożone, co postrzegano jako najgorsze wykroczenie. W takim wypadku mieli nawet prawo, aby zabić – nawet, jeśli korzystali z tego bardzo niechętnie i tylko w nagłych przypadkach.
Tajo wyłączył klimatyzację, otworzył okno i rozkoszował się podmuchem wiatru. Cieszył się na odosobnienie jego nowego domu, aby w końcu pozbyć się ciuchów.
Rozdział 2
W następny poniedziałek Marc udał się z trochę mieszanymi uczuciami na północ Hesji. Spotkanie z przedstawicielem firmy Bruns LLC było jednak bardzo dziwne. Pomimo tego był podekscytowany tym, że mógł podjąć się samodzielnie swojego do tej pory największego zlecenia. Przy tym projekcie mógł w końcu naprawdę pokazać, na co go stać. Umowy między obiema firmami zostały już tydzień temu w mgnieniu oka podpisane, jak i ostatnie szczegóły co do życzeń klientów bez problemu omówione.
Sprzęt komputerowy został dostarczony bezpośrednio od producenta i Marc miał przejąć również jego montaż i instalację. Przez to, że siedziba firmy była położona daleko od najbliższej miejscowości, cieszył się, że zleceniodawca przydzielił mu do dyspozycji pokój na kilka następnych tygodni. – Przynajmniej nie będę miał codziennych dojazdów między hotelem a firmą – pomyślał. – Dlaczego musieli się osiedlić tak daleko od cywilizacji?
Im dalej jechał w głąb za Gießen i Marburgiem w kierunku terenów wiejskich, tym bardziej tęsknił za dużym miastem, jego wygodami oraz krótkimi odległościami. Jednak był pod wrażeniem, gdy dotarł do posiadłości firmy. Byłe gospodarstwo rolne idyllicznie położone blisko skraju lasu, otoczone rozległymi łąkami i polami. Płoty były zrobione w stylu amerykańskim z drewnianych sztachet. Dziwił się, że jak okiem sięgnąć na horyzoncie nie było widać ani koni, ani krów. Trawa sięgała pasa i sprawiała wrażenie wysuszonej i pożółkłej.
Budynki ułożone w kształt podkowy były świeżo wyremontowane, wszędzie pachniało farbą i drewnem. Typowa amerykańska weranda z drewna, która również wyglądała na nową, biegła przez całą szerokość głównego budynku, który zajmował stronę frontową dziedzińca.
Przed dawną stajnią, która została zupełnie przebudowana na biura, stała ciężarówka firmy komputerowej. Dwóch kierowców wyładowywało właśnie sterty kartonów ze sprzętem komputerowym, układając je w stos na podwórzu. Poza nimi dwoma były widoczne tylko dwa wylegujące się w słońcu koty i małe, liczące sześć gęsi stado, które chodziło dookoła gęgając.
Kiedy Marc parkował na tym obszernym podwórzu i wysiadł z auta, z głównego budynku pospiesznie wyszła młoda kobieta o długich blond włosach, uśmiechając się do niego. Miała na sobie cytrynowożółtą sukienkę bez ramiączek, która sięgała krótko przed kolano, przez co podkreślała jej szczupłą, wysportowaną figurę oraz ciemną opaleniznę. Nie wydawała się mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat.
– Dzień dobry, Pan musi nazywać się Marc Nowack, cieszę się, że mogę Pana poznać. Mam nadzieję, że miał Pan miłą podróż? – Kiedy stała przed Marcem, musiał lekko unieść głowę, bo chociaż miała płaskie sandały, była trochę wyższa od niego.
– Tak, dziękuję, też się cieszę. Pani jest pewnie Keylą Bruns?
– Dokładnie, jestem „mniejszą” siostrą Taja i Jona.
Słowo „mniejsza” podkreśliła szczerząc zęby. – Ci dwaj chętnie mi tym dokuczają. – Puściła mu oko.
Marc się roześmiał. Jej otwarty i serdeczny sposób bycia podobał mu się, co pozwoliło mu pozbyć się natychmiast napięcia. Jednak napiął się znowu w momencie, kiedy Tajo wyszedł z domu. Ten z kolei nie miał na sobie nic poza szortami w kolorze khaki, podkoszulka z napisem „University of Miami” i adidasów, trzymając kubek kawy w ręce.
– Dzień dobry, Mr. Bruns – przywitał go Marc uprzejmie.
– Dzień dobry, Marc, dotarł Pan punktualnie, fantastycznie. Proszę, niech Pan mówi do mnie po prostu Tajo. – Wyciągnął rękę w jego kierunku i Marc poczuł się nagle bardzo nieswojo, i poddenerwowany. Miał nadzieję, że jego ręka, którą wyciągnął do przywitania, nie była za bardzo wilgotna, w końcu nie mógł jej najpierw wytrzeć w spodnie. Do tego czuł się ze względu na to luźne ubranie swojego zleceniodawcy w swoim standardowym garniturze całkowicie nie na miejscu.
– Pokaż naszemu gościowi najpierw jego pokój, aby mógł się trochę odświeżyć – Keyla zwróciła się do swojego brata. Widocznie myśli Marca można było odczytać na jego twarzy, gdyż dodała: – Marc, niech Pan ubierze sobie coś wygodnego, w końcu musi Pan rozpakować zaraz jeszcze te kartony ze sprzętem komputerowym.
Tajo podszedł do jego bagażnika i wyciągnął z zaskakującą lekkością jego ciężką walizkę. Przez to, że w drugiej ręce trzymał swój kubek kawy, wskazał Marcowi ruchem głowy, aby ten wziął torbę z laptopem i zawrócił bez słowa w stronę domu.
Marc uśmiechnął się jeszcze uprzejmie do Keyli i ociągając się poszedł za Tajem. W drodze do domu miał możliwość przyjrzeć się dokładnie muskularnej górnej części jego ciała jak i jędrnemu tyłkowi swojego klienta tak, że ten nie mógł niczego zauważyć. – Bez anabolików nie osiągnie się wcale rozmiarów – pomyślał, podziwiając precyzyjną grę mięśni pleców. Jego spojrzenie wędrowało dalej w dół, aż do muskularnych ud. Same łydki były rozkoszą dla oka i na pewno masywniejsze niż jego własne uda.
Kiedy przy wejściu do domu Tajo odwrócił się w jego stronę, otwierając mu uprzejmie drzwi, Marc przełknął ślinę pospiesznie, zmieniając swój pewnie rozmarzony wyraz twarzy w niezobowiązującą uśmiechniętą minę. Ale widocznie nie był przy tym wystarczająco szybki, gdyż Tajo rozbawiony wygiął kąciki ust do góry, uważnie go obserwując.
Marc zaskoczony odwrócił się niezręcznie i wszedł do środka. Poczuł się, jakby został przyłapany na gorącym uczynku, a jego zakłopotanie spowodowało, że krew uderzyła mu do głowy. Na pewno zaczerwienił się teraz jak burak.
Chłodna, obszerna sień mieszkalna była nowoczesna, utrzymana w jasnym drewnie oraz przyjaznych żółtych i pomarańczowych kolorach. Tajo udał się w kierunku szerokich schodów, które prowadziły na piętro. Na górze na prawo i lewo znajdował się długi korytarz. Marcowi został przydzielony duży, przytulnie umeblowany pokój z osobną łazienką.
– Za godzinę na tarasie – rozkazał krótko Tajo.
Marc został sam.
– Czy ten facet jest zdolny do rozmowy, która składa się z więcej niż jednego zdania? – Marc uśmiechnął się. Co za typ! Żadnych zbędnych słów, żadnych nieprzemyślanych ruchów. Tajo Bruns wydawał mu się, jakby był maszyną. Ale może trzeba było takim być, jeśli pracowało się w branży bezpieczeństwa? Marc nie poznał do tej pory nikogo, kogo mógł porównać do Taja Brunsa. Nieważne, w końcu chodziło tutaj o to, aby wykonać dobrze swoją robotę. Co on osobiście sądził o swoim zleceniodawcy, było sprawą drugorzędną.
***
Marc wziął prysznic, rozpakował się i ubrał czarny T-shirt. Nie mógł się tylko zdecydować, co do krótkich spodenek, dlatego sięgnął po dżinsy. Wślizgnął się w trampki i wyszedł z domu.
Na werandzie znalazł Taja, który oparty o drewnianą barierkę cierpliwie na niego czekał: – Chodźmy, pokażę Panu sąsiedni budynek. Tam znajduje się pokój konferencyjny jak i planowana centrala komputerowa. – Uprzejmym gestem dał Marcowi do zrozumienia, aby ten poszedł przodem, wskazując mu drogę do sąsiedniego budynku.
Marc był pod wrażeniem. Wysokość sufitu dawnej stajni miała blisko pięć metrów i grubo ciosane belki, które zostały zachowane podczas remontu. Po stronie wychodzącej na podwórko zostały wstawione okna sięgające podłogi, które przez dzień wypełniały pomieszczenia światłem. Duże żaluzje, które były sterowane elektrycznie, chroniły teraz przed promieniami słonecznymi, pozwalając pomieszczeniu pomimo letniego upału wydawać się chłodnym.
Graniczące pomieszczenie służące do narad było podobnych wymiarów, co pomieszczenie konferencyjne jego firmy i było wyposażone w najnowszą technikę komunikacji, rzutnik komputerowy, płótno i wszystko, co było do tego potrzebne. Owalny stół o masywnym blacie z czarnego szkła dymnego mógł pomieścić przynajmniej piętnaście osób.
Centrala komputerowa była już wyposażona w ogromny, wolno stojący pulpit, który przypominał centrum kontroli rakietowej NASA oraz kilka biurek i szafek na akta, czekając tylko jeszcze na komputery, monitory i drukarki.
Zaczęli rozpakowywać kartony z urządzeniami, stawiając je na wyznaczonych na nie miejscach. W milczeniu pracowali ręka w rękę. Marc cieszył się z pomocy Taja, gdyż kilka z tych urządzeń było ciężkich jak ołów. Sam nie dałby rady. Przede wszystkim montaż tego ogromnego monitora na bocznej ścianie, którego przekątna wynosiła prawie trzy metry, postawiłaby go przed zadaniem nie do wykonania. Tajo trzymał go za to bez większego wysiłku, aż Marc dokręcił śruby do uchwytu.
Monitor był dotykowy. Marc widział takowy tylko w amerykańskich serialach telewizyjnych i nie mógł się powstrzymać, aby nie okazać swojego zachwytu.
– O Boże, co za odlotowe cacko – wyrwało mu się.
Tajo uśmiechnął się twierdząco i wydawał się cieszyć tym młodzieńczym podziwem.
***
Aby pociągnąć okablowanie monitora na dół do matrycy komputera i go podłączyć, Marc wsunął się pod stół.
– Niech Pan przesunie kabel trochę bliżej mnie, stąd go nie dosięgam – zabrzmiało stłumionym głosem spod stołu.
Tajo podszedł trochę bliżej, po czym zaschło mu w ustach. Marc klęczał przed nim, wywijając tymi wszystkimi kablami pod stołem we wszystkich kierunkach. Tajo miał przez to doskonały widok na ten nieźle zaokrąglony, ukryty pod dżinsami tyłeczek, który wypinał się w jego kierunku. Wiedział przecież, jak dżinsy mogą cholernie dobrze leżeć na męskich pośladkach. I to, co widział tutaj przed sobą, wyglądało niesamowicie dobrze.
Odchrząknął, bo przypuszczał, że jego głos brzmiał ochryple. – Hmmm tak… tutaj jest ten kabel, czy tak jest dobrze? – Jeszcze kawałek dalej…
Tajo musiał stanąć nad Marcem i pochylić się nad stołem, aby dosięgnąć kabel od góry i móc go przesunąć w dół. T-shirt Marca przesunął się w międzyczasie do góry, przez co nagie nogi Taja dotknęły gołych boków jego pleców. Obu przeszedł prąd, co próbowali zignorować, a co jednak nie było możliwe, bo i tak musieli trzymać ten kabel. Tajo dostrzegł ku swemu przerażeniu, że stwardniał.
‚Oh my God! (O mój Boże!)’ – odetchnął głęboko, aby stłumić swoje podniecenie. Bez skutku. Rzut okiem na odbijającą się powierzchnię monitora pokazywał, że jego oczy zaiskrzyły się, jakby za chwilę miały się przekształcić w złote oczy lwa.
Natychmiast je zamknął, próbując uspokoić swój puls i oddech. Jego dobry słuch zdradził mu, że Marc na chwilę zaniemówił, zanim ponownie zaczął grzebać przy wtyczce. Tajo wykorzystał ten czas, aby się opanować.
Marc o wiele za szybko przymocował wtyczkę wychodząc spod stołu.
Tajo wyciągnął już rękę, aby pomóc mu wstać, jednak Marc nie był raczej przygotowany na rozmach, z jakim został pociągnięty do góry, przez co wstał lekko się chwiejąc. Tajo automatycznie go przytrzymał, chwytając drugą ręką za jego pasek od spodni.
Marc wciągnął powietrze i zaczerwienił się, co zauważył podniecony Tajo. Jego ręka znajdowała się częściowo w spodniach Marca, a grzbiet jego dłoni dotykał miękkiej, ciepłej skóry jego brzucha.
‚Ulala!’ – pomyślał, mając ochotę wsunąć swoją rękę głębiej. Ale nie, to byłoby teraz naprawdę za bardzo nachalne, nawet jak na niego.
Zanim się od siebie oddalili, usłyszeli chrząknięcie dochodzące od strony drzwi i poczuli się, jak złapani na gorącym uczynku.
W progu stał jego młodszy brat Jon, który pojawił się w nieodpowiednim momencie – jak zwykle.
Jon uśmiechnął się do obydwu. – Keyla mnie wysłała, żebym was zawołał. Kolacja jest gotowa.
Tajo popatrzył zdziwiony na zegarek. W ogóle nie zauważył, jak ten czas minął. W międzyczasie nastał wieczór. Poza tym we znaki dawał mu się już prawdziwy lwi apetyt.
Szybko przedstawił ich sobie. – Jon – Marc, Marc – Jon, mój młodszy brat. Po czym pospiesznie opuścił centralę. Byłoby szkoda, gdyby jedzenie wystygło.
Za jego plecami Marc wybuchnął śmiechem. – Marc Nowack od Witherspoona. Czy pański brat jest zawsze taki szybki?
– Tak, przede wszystkim, jeśli chodzi o jedzenie – usłyszał odpowiadającego z zadowoleniem Jona, podczas gdy sam dużymi krokami skręcił na podwórko. Tajo westchnął gniewnie. Gdyby to jeszcze była prawda!
***
Spotkali się w jadalni przy bogato nakrytym stole. Marc poczuł już przy wejściu do domu ten wyśmienity zapach, który spowodował, że ciekła mu ślinka. Dziwił się nad stosami steków, które parując piętrzyły się na półmisku. Keyla wydawała się być zapaloną i doskonałą kucharką. Jako dodatek podała chleb, sałatę i ziemniaki pieczone w folii.
– Komputery, które Pan zamówił są naprawdę wysokiej jakości – pochwalił Marc, gdy siedzieli przy stole i dorwali się do jedzenia.
– Informowałem się wcześniej i kupiłem tylko urządzenia, które technicznie są na najwyższym poziomie – odpowiedział Jon, napełniając sobie talerz górą ziemniaków. Zaczął interesującą rozmowę z Marcem, a ten zauważył szybko, że młodszy Bruns był z całkiem innej gliny niż jego starszy, małomówny brat. Jon skończył właśnie „Master of Business Administration”. Śmiał się chętnie, droczył ze swoją siostrą i opowiadał Marcowi wiele anegdot z czasów studenckich w Miami i Monachium.
To był przyjemny wieczór i Marc zaczął czuć się w domu Brunsów jak u siebie. Później jednak nie mógł nawet stwierdzić, kto zjadł te wszystkie steki z półmiska, tak szybko, jak został opróżniony.
Po kolacji wstał, uprzejmie pomagając Keyli sprzątnąć ze stołu a przez to, że i tak nie miał nic lepszego do roboty, jeszcze napełnić zmywarkę i posprzątać kuchnię. Obojgu rozmawiało się przy tym doskonale, a Marc mógł się w obecności Keyli naprawdę odprężyć. Dosyć szybko doszli do porozumienia, żeby mówić sobie na ty. Dowiedział się, że Keyla studiuje obecnie na trzecim semestrze weterynarię na uniwersytecie w Gießen.
– Myślałem, że macie tutaj znacznie więcej pracowników, dodał Marc i zabrał się za brudne talerze. Nie przeszkadzało mu to, a dwaj pozostali mężczyźni nie wydawali się być stworzeni do prac domowych. – Jak ty dajesz radę, poza studiami zajmować się jeszcze domem?
– Całe życie zajmuję się tymi dwoma, więc nie znam niczego innego. Sprzątaczki czy pomoce domowe przeszkadzałyby mi tylko – odrzekła Keyla szorując dużą patelnię. – Tajo i Jon koncentrują się na rozbudowie firmy.
Marc zamruczał pod nosem. Było to raczej uprzejmym opisem jego przypuszczenia, że Keyla nie mogła liczyć na pomoc swoich braci przy pracach domowych.
– Chcesz otworzyć gabinet weterynaryjny, kiedy skończysz studia? Miejsca na stado koni i krów mielibyście tutaj wystarczająco.
– Chciałabym się raczej specjalizować w zwierzętach egzotycznych, a nie na zwykłych domowych i gospodarskich – odpowiedziała Keyla wymijająco.
– Ach, na jaszczurkach i wężach czy coś w tym rodzaju? Albo na karpiach koi? – zapytał zainteresowany i kontynuował, wkładając talerze do zmywarki.
– Nie, raczej na zwierzętach takich jak spotykasz w zoo. Lwach, tygrysach, niedźwiedziach i wilkach. Lubię właśnie te duże drapieżniki.
Rozprawiali jeszcze trochę o kierunkach studiów proponowanych w Gießen i Marburgu, i Marcowi umknęło, że w graniczącym z kuchnią korytarzu stał Tajo, przysłuchując się im.
Wyostrzył swoje zmysły. Jego nos rozszerzył się i badał powietrze próbując wyczuć feromony Marca. Jeśli ten był napalony na Keylę, to Tajo mógł to rozpoznać w powietrzu po wzroście męskich feromonów. A do tej pory nie znał żadnego mężczyzny orientacji heteroseksualnej, który nie byłby zafascynowany jego śliczną siostrą.
Ale nie, nic w tym rodzaju, odetchnął z ulgą. Kiedy się odwrócił, zauważył swojego brata, który stał za nim, ze skrzyżowanymi przed sobą ramionami, opierając się o ścianę, obserwując go uważnie. Jon szczerzył bezczelnie zęby od ucha do ucha, po czym odwrócił się bez słowa.
Tajo był wdzięczny, że ten mały żartowniś nie wykorzystał sytuacji, aby go skompromitować, czego można się było po nim spodziewać.
***
Był ładny, ciepły, letni wieczór i o wiele za wcześnie, aby iść spać. Dlatego Keyla zaproponowała Marcowi, aby rozejrzał się trochę po okolicy. Marc nie miał co prawda wielkiej ochoty na samotny spacer, ale takiemu najedzonemu, jakim był, trochę ruchu dobrze by zrobiło. Poza tym, co miałby innego robić na tym pustkowiu?
Wyszedł z domu i okrążył budynek farmy. Za głównym budynkiem zaczynała się szeroka, świeżo wysypana żwirem droga, prowadząc stromo pod górę w stronę lasu. Gdy podążył nią kawałek, zobaczył, że kończy się ona przy hali samolotowej. Hala miała rozmiar połowy boiska do piłki nożnej. Pas startowy wyłożony smołą, rozciągał się przed nim na długość kilkuset metrów wzdłuż skraju lasu. Boczne drzwi wejściowe hali nie były ku jego zdumieniu zamknięte na klucz. Marc nie mógł oprzeć się ciekawości i wszedł do środka. W tej chłodnej, widocznie klimatyzowanej hali czuć było ostro naftę świetlną i olej silnikowy. Jeden helikopter, mała Cessna i duży, biały prywatny odrzutowiec stały równo w szeregu zwrócone ku dużej bramie hali.
Wyrwał mu się wyrażający uznanie gwizd. Łał, oni muszą mieć naprawdę dużo pieniędzy. Firma widocznie dobrze prosperowała. W sumie musiała, w końcu sam jego pracodawca zażądał za instalację sprzętu komputerowego i oprogramowania ogromną sumę dwóch i pół miliona euro. Cenę, która bez targowania i ponownych negocjacji została zaakceptowana. Opuścił budynek i znalazł małą ścieżkę, która prowadziła do lasu. Nie widział co prawda przy nadchodzącym zmroku zbyt wiele, ale spokojne odgłosy lasu i świeży zapach liści przekonały go, aby pójść dalej tą ścieżką.
Po tym jak szedł już pewnie z kwadrans, ścieżka nagle się kończyła przy dosyć dużym jeziorze leśnym, na którym ciągnęła się drewniana kładka prawie do samego środka. Brzeg był porośnięty miękką trawą i widocznie bardzo zadbany. Kilka drewnianych ławek stało na nadbrzeżu idealnie przeznaczonych do tego, aby zrobić sobie małą przerwę. Marc przeszedł do końca kładki, która kończyła się w formie małej, okrągłej płyty. Usiadł, ściągnął buty i skarpety, pozwolił nogom pluskać się w letniej wodzie, patrząc przy tym w niebo, na którym były widoczne pierwsze jasne gwiazdy. Rozkoszował się spokojem i ciszą wokół siebie, zatapiając się w swoich myślach. Automatycznie zaczął tworzyć szczegółowy program na jutro rano i jak najlepiej powinien postąpić. Nawet w jego wolnym czasie było ciężko zająć jego analityczny mózg czymś innym, niż pracą. Często upominał sam siebie, aby się zrelaksował. Jego praca sprawiała mu jednak tyle przyjemności, że nie potrzebował żadnego hobby, żadnych powieści czy muzyki, aby odpocząć. Jakieś czasopismo fachowe było raczej w jego guście.
Kiedy zaszumiało za nim listowie, szybko się odwrócił. Co to było? Był tak zatopiony w myślach, że zupełnie nie zwracał uwagi na otoczenie.
Tajo wyszedł z lasu i szedł w jego kierunku. Chociaż był ogromny, poruszał się z wielką elegancją, która fascynowała Marca. W porównaniu do niego Marc wydawał się sobie ociężały i niezgrabny. W głębi duszy cieszył się, że przeszkodzono mu w jego grze myśli i że będzie miał towarzystwo. Jednak Tajo nie okazał się do tej pory bardzo rozmowny. Marc starał się przyjąć odprężoną i luźną postawę, bo wystarczyła zwykła obecność tego faceta, a czuł się zastraszony i spięty.
– Cześć – przywitał się Tajo, siadając obok niego.
– Cześć – odparł pospiesznie Marc. To jezioro to też Pana własność? – usilnie próbował zatuszować swoje zdenerwowanie.
–Tak. Ten las, aż do szczytu góry tam z tyłu, należy jeszcze do nas. I otrzymaliśmy jeszcze do tego prawo do polowań w dzierżawę na następnych kilka kilometrów kwadratowych.
‚Szaleństwo! To było więcej słów na raz, niż w ogóle do tej pory ze sobą zamieniliśmy‘ – pomyślał Marc i pomruczał w duchu do siebie. Aby sprawiać wrażenie odprężonego, położył się na plecach krzyżując ramiona za głową. Drewniane deski kładki pod nim były lekko ciepłe od słońca. Ciepło wpływało na niego uspokajająco, a jego spięcie znacznie ustąpiło.
– Ładnie tutaj – powiedział.
– Mmm – zamruczał Tajo twierdząco.
– Idę trochę popływać – powiedział po chwili i podniósł się. – Idziesz ze mną?
‚Od kiedy jesteśmy na ty?‘ – zastanowił się Marc zdziwiony. To był chyba typowy amerykański sposób, nie przejmować się za dużo niemieckimi zwrotami grzecznościowymi. Ale to było miłe uczucie. – Hmmm, nie mam nic przy sobie – zamruczał nie mogąc oderwać oczu od Taja, który właśnie rozpiął spodnie.
– Nic nie szkodzi, ja też nie. – Tajo szczerząc zęby opuścił spodnie na ziemię.
Marc przełknął ślinę. Nie wiedział, gdzie ma patrzeć. Echhh, to był jego zleceniodawca, który chcąc czy nie chcąc, podrywał go nieświadomie, stojąc teraz przed nim.
Marca ścisnęło w gardle. Przede wszystkim nie mógł odwrócić wzroku, chociaż powinien był to pewnie zrobić. Jego spojrzenie wędrowało przez imponująco szeroką, tylko lekko owłosioną klatkę piersiową do jeszcze bardziej imponującego sześciopaku mięśni brzucha do…Marcowi zaschło teraz całkowicie w gardle, a on przyglądał się ukradkiem temu w imponującym wymiarze perfekcyjnemu członkowi, schowanemu wśród złotobrązowych loków.
Tajo wydawał się nie dostrzegać jego dyskomfortu, odwrócił się, wskakując elegancko na główkę do wody.
– No dawaj, chodź! – zawołał, kiedy się wynurzył. – Nie patrzę, poza tym nie ma tutaj nikogo.
Marc zdobył się na odwagę, zrzucił ciuchy zostawiając je na kładce. Wpadł do nieznanej mu czarnej wody i popłynął powoli w stronę Taja. Woda była letnia tylko na wysokości pół metra pod powierzchnią, poniżej znacznie chłodniejsza. Miał uczucie, jakby płynął przez dwie różne warstwy.
– Jak głęboko jest tutaj? – zapytał Taja, mając nadzieję, że ten nie rozpoznał w jego głosie strachu. – Mam na myśli, że woda jest taka ciemna, że nie widzę dna.
– Tego nikt nie wie tak dokładnie – Tajo uśmiechnął się. – Chodź, popłyniemy na drugi brzeg, tam jest bardziej płytko i można stać.
W pobliżu brzegu Tajo odwrócił się na plecy i pozwolił się ponieść prądowi. Marc przyglądał mu się podziwiając mięśnie ramion, które podczas pływania naprawdę świetnie wyglądały.
– Dużo trenujesz? – wyrwało mu się. – Ale zadajesz głupie pytania, zbeształ się za to i sam zauważył zdumiony, że teraz także on przeszedł beztrosko na „ty”.
Tajo zaśmiał się cicho. Nie odpowiadając, wyszedł z wody i usiadł na miękkiej trawie.
Marc nie chciał zostać sam w wodzie. Jakby to wyglądało, gdyby tylko on sam jeszcze trochę został i „powiosłował” w jeziorze? Ale tak też nie chciał się naprawdę zachować. Może to była szansa, żeby zbliżyć się trochę do tego imponującego mężczyzny? Nawet, jeśli nie bardzo wierzył, że właśnie taki typ jak Tajo Bruns mógłby być gejem. Przez to, że ten nie wydawał się mieć z tym problemu, aby chodzić przy nim nago, Marc nie powinien się też tak zachowywać. Nawet, jeśli pierwszy raz pływał nago w jeziorze. A co dopiero chodził bez spodni po okolicy? I do tego jeszcze w towarzystwie! Wygramolił się szybko z wody i usiadł obok Taja, jednak omijał go wzrokiem. Chętniej wodził wzrokiem po jeziorze. Rześkie powietrze głaskało jego wilgotną skórę, aż przeszły go ciarki. Gdyby nie był tylko taki nieśmiały! Wtedy wpadłby mu do głowy nie tylko jakiś temat do rozmowy, lecz może nawet nie taki całkiem prostacki tekst na podryw.
Odetchnął powściągliwie, odwracając się plecami do Taja.
Rozdział 3
Tajo rozkoszował się spokojem. Dziwił się co prawda, że Marc nie wydobył z siebie ani słowa, ale właściwie było mu to na rękę. Nie należał do królów rozrywki. Zauważył jednak, że w obecności Keyli i Jona, Marc zachowywał się całkiem inaczej, wtedy był niesamowicie rozmowny i otwarty. Teraz jednak sprawiał wrażenie skrępowanego i nieśmiałego.
Zwrócił się do Marca szukając niewinnego, uprzejmego początku rozmowy. Ten mały człowiek siedział oddalony od niego na długość ramienia, ale był do niego odwrócony plecami. Widocznie miał problem z tym, że był nagi. Tajo uśmiechnął się. Uczucie wstydu było zmiennokształtnym w dużej mierze obce. Żyjąc z kilkoma innymi w lwim stadzie i nie będąc pod obserwacją innych, łatwiej było być nagim i móc się w każdej chwili przemienić. Bokserki miały ten głupi nawyk, że opierały się przeobrażeniu i rozrywały na strzępy.
Tajo powędrował ponownie wzrokiem do Marca, napawając się widokiem nagich, pociągających pleców. Miejsce, w którym poprzez delikatny łuk przechodziły w kształtny tyłek, wzbudziło nagle jego zainteresowanie. Jego wzrok wyostrzył się drapieżnie spostrzegając lekkie drżenie i oznakę gęsiej skórki na tyłku Marca.
Natychmiast stwardniał. Podniecenie Taja pozwoliło rozbić jego racjonale myślenie na tysiąc kawałków. Jego oczy przekształciły się zupełnie i jednym, płynnym ruchem pociągnął Marca na deski, rzucił go na plecy będąc nad nim.
Zanim Marc mógł złapać powietrze, Tajo wcisnął już swoją ogromną erekcję między jego uda. Pożądliwie ocierając się o niego, zwilżył palec śliną szukając sprawnie jego wejścia. Powoli wsunął palec w gorącą szczelinę, rozciągnął i rozszerzył ją ostrożnie. Wszystko w nim krzyczało, aby zatopić się w Marcu, aby go posiąść. Jego zwierzęce instynkty pozwoliły mu prawie zapomnieć każdy ludzki sposób uwodzenia. Nie zwlekał długo, wycofał swój palec z Marca przykładając w jego miejsce swoją żołądź. Nieprzerwanie posuwając się do przodu wciskał swojego dużego fiuta w dziurkę Marca, aż wszedł w niego do końca.
Marcowi wyrwał się ochrypły krzyk.
Tajo natychmiast przestał się ruszać i rozum wrócił mu w mgnieniu oka. Co on do diabła myślał, co on robi?
– Marc? Marc! Marc, I’m sorry… przykro mi, przepraszam… proszę wybacz mi – to wszystko, co zdołał zachrypnięty wydusić z siebie. – Nie poruszył się przy tym ani o milimetr, lecz próbował rozpaczliwie zebrać myśli.
Ręce Marca wciśnięte w deski, oparły się o tors Taja. Widocznie próbował go odepchnąć, ale Tajo był niezdolny do tego, aby się poruszyć.
Nagle dłonie Marca niepewnie pogłaskały jego ramiona, dotykając jego napięty biceps.
Tajo drżał, używając w pełni swojej koncentracji, aby się nie poruszyć, odzyskać kontrolę i nie zrobić mu krzywdy. Ale niestety tkwił jeszcze do oporu zakopany w Marcu.
Marcowi wymsknął się ochrypły jęk, jego trzon drgnął i Tajo poczuł na swoim brzuchu, jak Marca członek nabrzmiał. Ponieważ nie miał odwagi, spojrzeć mu w oczy, aby ten nie zauważył jego wypaczonego drapieżnego spojrzenia, wyszeptał po cichu: – Marc…?
– Jużżż…już dobrze… – wydyszał Marc.
Już dobrze? To była zgoda? Widocznie tak, gdyż ten mały człowiek przysuwając się teraz w jego stronę, ciężko oddychając, poruszył się, lekko rozkładając nogi jeszcze szerzej.
Tajo zaczął zasypywać szyję i ramiona Marca pocałunkami lekkimi jak piórko. Wsunął jedno ramię pod jego głowę, drugie włożył pod jego kolano, zakładając jego nogę na swoje ramię. Marc westchnął głęboko, odprężając się. Jego ramiona objęły kark Taja, przyciągając go jeszcze bardziej do siebie.
Tajo zatopił się w miękkości ciała Marca, który się teraz do niego jeszcze bardziej przybliżył, nalegając na więcej. Z głębokim pomrukiem wgryzł się czule w zgięcie szyi Marca, przycisnął go do siebie, wchodząc w niego powoli a potem coraz szybciej i gwałtowniej. Te wyraźne sygnały namiętności Marca zachęcały go tylko bardziej, jego wyostrzone zmysły dostrzegały każde sapnięcie jak i każde drgnięcie mięśni.
Reagował na najcichsze wskazówki ciała Marca, aby sprawić mu jak największą rozkosz. Kierował ich obu przy tym ku ogromnemu orgazmowi, aż sam się w nim, głośno wzdychając, rozładował. Jednak jego penis nadal wyrzucał gwałtownie strugi spermy, wywołując jęki Marca. Tajo poczuł, jak Marc zesztywniał i rozpłynął między nimi.
Dysząc, podparł się, rozluźniając nieco ramiona wokół ciała Marca. Miał zamknięte oczy próbując możliwie szybko poradzić sobie z ich zmianą.
Marc drżał. Przycisnął swoje czoło do szerokiego torsu Taja próbując w ten sposób złapać oddech. Utrudniał mu to Tajo, który nadal na nim leżał.
– Tajo? – zapytał Marc bez tchu.
– Tak?
– Mógłbyś…proszę…?
– Nie.
Tajo nie dał jeszcze rady uwolnić się od Marca. Odważył się podnieść głowę i spojrzeć bezpośrednio Marcowi w oczy. Badając, obserwował jego twarz szukając oznak … hmmm, na co liczył?
W sumie nie liczył na nic, działał po prostu instynktownie. Nie widział jednak w oczach Marca żadnego obrzydzenia, odrzucenia, czy nienawiści. Także żadnej iskry wahania, wątpliwości czy strachu. Jego twarz była odprężona, a jego oczy trzymały spojrzenie Taja. Nieco zakłopotany i zamyślony, tak, taki wydawał się być. Czyżby myślał teraz o brakującej prezerwatywie? Teraz lub trochę później musiałby go uspokoić. Jako zmiennokształtny nie mógł się zarazić ludzkimi chorobami, ani przenosić chorób takich jak rzeżączka czy AIDS. Nie mógł wprawdzie tego w ten sposób Marcowi powiedzieć, ale sfałszowane zaświadczenie lekarskie powinno go na razie przekonać.
Dłonie Marca objęły jego twarz, a kciuki obrysowywały kształt jego podbródka i dolnej wargi.
Tajo nie mógł inaczej: Obniżył swoje usta do warg Marca i pocałował go delikatnie. Zelektryzowany poczuł, jak dobrze te miękkie wargi przytulały się do jego warg i odwzajemniały najmniejszy ruch. Jęknął cicho, otwierając usta, rozdzielając usta Marca. Język Taja szturchnął język Marca i zaczął powolny taniec. Ten pocałunek stał się szybko energiczny. Dysząc, rozdzielili się, patrząc na siebie.
Namiętne, burzowe spojrzenie Marca kazało Tajowi, ponownie się w nim poruszyć. Nawilżony rozlaną spermą cofnął się nieco, aby płynnym ruchem wsunąć się z powrotem do środka. Rozkoszował się tą śliską ciasnotą, która obejmowała jego twardego członka jak pięść.
Marc oddychał nierówno, ale zareagował od razu na ruchy w swoim wnętrzu.
Tajo odwrócił się na plecy i podniósł Marca silnym ruchem sadzając na swoim kutasie. Ten oparł obie dłonie na jego szerokiej klatce piersiowej i w powolnym tempie zaczął się poruszać na twardym członku Taja.
Tajo wyszedł mu naprzeciw rezygnując z zamiaru powolnego i rozkosznego ujeżdżania przez Marca. Poddał się swojemu pożądaniu, wsuwając się szybko od dołu, doprowadzając siebie i Marca w zawrotnym tempie do następnego orgazmu. Marc z trudem, jeszcze drżąc i łapiąc ciężko oddech, zatrzymał się na Taju.
– Musimy … porozmawiać! – Marc wydyszał.
Tajo czuł, jak ten drobny mężczyzna był zdezorientowany. Jemu również brakowało tchu i tylko kiwał głową. Samą siłą woli próbował się pozbierać i doprowadzić swojego fiuta do opadnięcia. Co nie było łatwe, bo Marc wyglądał po prostu cholernie ponętnie: zaczerwieniona skóra, zmierzwione włosy, zamglone spojrzenie, lekko otwarte usta, warstwa potu na skórze…łał, był taki pociągający. Mógłby to teraz jeszcze godzinami kontynuować.
Jego dłonie spoczywały na biodrach Marca, który wypompowany leżał na nim, obejmując go. Tajo nagle uświadomił sobie tę bliskość.
Natychmiast spróbował Marca z siebie zsunąć. Nie był nigdy typem do przytulania. Ale właściwie Marc był miły w dotyku. Tajo rozkoszował się uczuciem szybkiego bicia serca, jak i dyszącym oddechem na swojej piersi. Jego ramiona objęły Marca jakby samoistnie. A on pozwolił na tę bliskość.
Po tym jak ich puls się nieco uspokoił, Tajo zauważył, że Marc nic nie mówił. To było coś nowego. Tak cichego jeszcze go rzeczywiście nie widział.
– Okej. Powiedz coś – mruknął po chwili.
– Dlaczego…?
Dziwnym trafem Tajo znał pytania, które miały nadejść po „dlaczego” i odpowiedział: – Co chcesz usłyszeć? Jesteś słodki. Masz świetny tyłek…
Podczas gdy to wymawiał, wiedział, jak bezdusznie to brzmiało i jak łatwo Marc mógłby to źle zrozumieć. I że właściwie chciał powiedzieć coś całkiem innego.
Mianowicie, że wydarzenie to było dla niego tak żywiołowe, jakby świat się odrobinę przesunął. Boże, on nie był jeszcze nigdy tak całkowicie i nagle podniecony, i nigdy tak…tak nie eksplodował.
Marc jęknął i zsunął się z niego powoli. Przetoczył się obok niego na plecy, patrząc w jasne niebo, na którym zamigotały pierwsze gwiazdy.
Tajo czuł zakłopotanie Marca i to jaki był zmieszany. Ale nie wiedział, jak temu zaradzić, co zrobić. Podskoczył, ciągnąc Marca na nogi.
– Chodź, popływajmy.
Tajo pobiegł przodem do jeszcze ciepłej wody jeziora, rejestrując z wdzięcznością, że Marc powoli za nim podążał. W sumie obawiał się, że jak najszybciej ucieknie z dala od niego.
***
Obaj brodzili po wodzie zmierzając ku środkowi, aż woda sięgała im do bioder.
Marc podążał niezdecydowanie za Tajem. Był strasznie zakłopotany. Gdy całe obezwładniające pożądanie osłabło, obudził się jakby z transu. Uprawiał właśnie seks bez zabezpieczenia ze swoim klientem, który jak Rambo rzucił się na niego! Nie, że nie rozkoszował się każdą chwilą. Jemu to się nawet podobało.
Ale… on tak nie mógł go traktować. Nie, na to nie pozwoli. Chociaż…to było czyste szaleństwo! Tak głęboko wstrząsającego orgazmu, takiej niepohamowanej ochoty nie odczuł jeszcze nigdy w całym swoim życiu.
Tajo odwrócił się, przyciągnął go do siebie i zaczął ostrożnie myć jego brzuch i czyścić go z ostatnich śladów ejakulacji. Jego brodawki skurczyły się przy dotyku. Drocząc się, Tajo uszczypnął je, mrucząc: – Sperma jest podobno dobra na delikatną skórę. Może nie powinieneś jej zmywać…
Marc parsknął śmiechem, odepchnął Taja zalotnie od siebie, pryskając z rozmachem wodą w jego stronę.
Tajo zanurkował w ciemnej wodzie, aż Marc stracił go z pola widzenia. Niepewny został po prostu w nieruchomej pozycji. Gdzie on się podziewał? Nagle został chwycony za nogi i wyrzucony w górę. Kiedy obaj śmiejąc się, wynurzyli się, wdrapał się na plecy Taja, próbując go przewrócić. Jednak bez powodzenia. Równie dobrze mógł spróbować przewrócić konia.
Kiedy jego podudzia ściskały podbrzusze Taja, przypadkowo musnął jego erekcję. Marc był zdumiony, że Tajo był nadal twardy. Znowu? Jaką wytrzymałość miał właściwie ten facet? Ześlizgnął się z niego i dla pewności zrobił dwa kroki odstępu między nimi.
Ale jakby nigdy nic, Tajo chwycił jego rękę zmierzając do brzegu. Wytarli się swoimi T-shirtami, ubrali spodnie i milcząc, poszli z powrotem w stronę domu. Marc rozkoszował się tą zgodną ciszą. Wydawało się, jakby obaj nie potrzebowali słów, aby się porozumiewać. Zauważył, jak bardzo odprężony był Tajo idąc obok niego. Dopiero teraz uświadomił sobie, że on zawsze sprawiał wrażenie, jakby w każdej chwili mógłby być zaatakowany i musiałby się bronić. Albo, jakby w każdej chwili chciał zaatakować.
Długie, mocne kroki Taja nie wydawały w ogóle żadnych odgłosów na wąskiej ścieżce leśnej. Zręcznie kroczył przez wysoką trawę łąki, która okalała budynek farmy. Zatrzymał się na rogu, opierając się o ścianę domu. Przywołał Marca między swoje rozsunięte nogi, przyciągając go do siebie i dał mu krótkiego, pożądliwego całusa. Marc patrząc na niego pytająco, zatracił się natychmiast w tych złotobrązowych, iskrzących oczach.
– Stay by me. Zostań ze mną dzisiejszej nocy – szepnął do niego Tajo. Jego głos brzmiał jak mruczenie.
Marc czuł, że odpowiedź właściwie powinna brzmieć „nie”, jeśli zbawienie duszy było dla niego ważne. Ale nie mógł inaczej. Niezdecydowanie przytaknął i odwzajemnił pocałunek Taja dla potwierdzenia. Żaden z nich nie dał rady zakończyć pocałunku, i dlatego stał się on szybko bardziej gwałtowny, a swoje odczucia Marc zredukował tylko do uczuć, które wywoływały w nim ręce Taja na jego ciele, usta Taja na jego ustach i jego język z jego językiem. Ale w końcu musieli złapać oddech. Dysząc, Tajo zatrzymał się i odsunął go kawałek od siebie.
Nagle chwycił dłonie Marca i ruszył z miejsca. Szybkimi krokami wpadł do domu ciągnąc go za sobą. Śmiejąc się, biegli po schodach na górę, biorąc po dwa stopnie na raz, a Tajo wciągnął go za sobą do pokoju.
***
O świcie Marc wymknął się spod śpiącego Taja, do swojego własnego pokoju. Miał nieokreśloną potrzebę, przynajmniej na zewnątrz, zachować odrobinę manier i przyzwoitości.
Ubiegłej nocy poznał nie tylko ten nadzwyczajnie szorstki i utalentowany język swojego zleceniodawcy, lecz każdy centymetr jego niesamowitego ciała. Oszalał na punkcie tych twardych, napiętych mięśni, które dokładnie głaskał, masował i lizał.
A teraz, gdy pierwsze emocje opadły, nie wiedział, czy powinien się tego wstydzić, czy nie. Marc zamknął za sobą drzwi pokoju, po czym oparł się o nie ciężko wzdychając.
Boże, zachował się jak jakaś lafirynda, którą można sobie po prostu wziąć i przelecieć! Jeden dzień tutaj i już wylądował w łóżku klienta. A szczególnie cicho też nie byli. Podczas nocnej ciszy i do tego przy otwartym oknie dali prawdopodobnie niezłe przedstawienie.
O rety.
Jego najlepszy kumpel Daniel nie uwierzyłby, że uwiódł taką bombę testosteronu. On sam nigdy nie uwierzyłby, że mógłby się spodobać takiemu mięśniakowi. Do tej pory schodził z drogi tym naprawdę dobrze wyglądającym facetom, gdyż przykleił sobie etykietkę „nieosiągalnego’’. A na krótkie dymanko lub wytrysk w ciemni za bardzo się do tej pory cenił.
Marc miał uczucie, jakby przejechał po nim samochód. Nie tylko psychicznie, ale także fizycznie był w opłakanym stanie, dlatego postanowił najpierw wziąć prysznic.
Ciepła woda rozluźniła go i odprężyła. Kiedy stał przed dużym lustrem w łazience, które zajmowało całą ścianę nad umywalką, zauważył podkrążone oczy i lekki cień zarostu. Poza tym miał zaczerwienione miejsce na ramieniu, które prowadziło do siniaka, nie mówiąc już o dużym odcisku zęba w okolicy zgięcia szyi.
Wzdychając, sięgnął po przybory do golenia, aby przynajmniej nie chodzić zarośnięty, pomimo że ostatnia noc pozostawiła po sobie widoczne ślady.
Rozdział 4
Około siódmej Marc zszedł na dół, gdzie w kuchni zastał Keylę przygotowującą śniadanie. Ten śmiały i serdeczny sposób, w jaki go przywitała i zachęciła do pomocy przy zrobieniu kawy, pozwolił mu myśleć, że może jednak nic nie słyszała z jego i jej brata miłosnej nocy. W każdym razie miał taką nadzieję.
Przy śniadaniu dołączył do nich także Jon, który był wcześniej pobiegać. Marc dowiedział się od Keyli, że te sześć gęsi ich inwentarza hodowała sama, poniekąd jako mały projekt badawczy.
– Gęsi są już prawie dorosłe i na szczęście nie chodzą już za mną krok w krok – zachichotała. – Ale są cholernie dobrymi psami wartowniczymi, dlatego postanowiłam je zatrzymać – nawet, jeśli Tajo widziałby je chętniej oskubane i upieczone na grillu…
– Dlaczego, zaatakowały go? – chciał wiedzieć Marc. Keyla zaczęła właśnie wyjaśniać, kiedy w drzwiach pojawił się Tajo, rzucając jej upominające spojrzenie. Zamilkła natychmiast. Tajo sięgnął po termos z kawą i nalał sobie do kubka.
Jego obecność była dla Marca tak niesamowicie wyczuwalna, że spuścił wzrok, zajmując się wyjątkowo długo smarowaniem masłem swojej bułki.
– Za pół godziny w biurze – powiedział cicho Tajo biorąc ze sobą kubek na zewnątrz.
– Spokojnie, przecież cię nie zeżre – zaznaczył Jon nadzwyczaj rześko, sprawiając, że Keyla prawie się zakrztusiła, a Marc zrobił się czerwony jak burak.
Cholera, co miała znaczyć ta uszczypliwa uwaga? Czyżby zeszłej nocy jednak coś słyszeli? Jaka żenada! Jeśli teraz jedno z nich jeszcze raz rzuciłoby taką uwagę, zapadłby się ze wstydu pod ziemię.
Pożegnał się szybko i wyszedł w pośpiechu na zewnątrz.
***
– Jon, no co ty! – Keyla zganiła swojego brata. On zdaje sobie chyba sprawę, że ich zeszłej nocy słyszeliśmy, prawda? Więc nie musisz go jeszcze wprawiać w zakłopotanie.
– Czy ty zdajesz sobie sprawę, że on wziął Marca do swojego pokoju? – wtrącił Jon. To niespotykane. Tajo nie wpuścił jeszcze nigdy nikogo do swojej strefy prywatnej.
Jon uśmiechnął się szyderczo do Keyli.
– Tak, to prawda. Może to dla odmiany rzeczywiście coś dla niego znaczyło. Ale tego nie dowiemy się oboje tak szybko. Tajo jest jedynym, którego znam, który potrafi się nie wtrącać w swoje własne prywatne życie.
Rodzeństwo zaczęło się śmiać.
***
Marc spiął się i przekroczył próg centrali komputerowej. Hej, był dorosłym facetem, czego miał się obawiać?
Tajo był w trakcie zgniatania reszty kartonów, aby wynieść je na zewnątrz.
Marc studiował jego niewyraźną minę i zabrał się bez słowa za podłączanie ostatnich kabli. Następnie uruchomił pierwszy komputer. Kiedy monitor zamigotał i pierwsze kroki instalacji oprogramowania były do przeprowadzenia, zapomniał już o Taju.
Teraz Marc był w swoim żywiole i całkowicie pochłonięty pracą. Stopniowo tchnął życie w te wszystkie komputery.
***
Tajo posprzątał do końca i obserwował Marca przez dłuższą chwilę. Podobał mu się jego skoncentrowany wyraz twarzy. Jego oczy uważnie przemykały po monitorze i wydawały się nic innego wokół siebie nie dostrzegać. Od czasu do czasu przygryzał dolną wargę i mruczał coś niezrozumiałego, wydając w zawrotnej prędkości rozkazy poprzez różne klawiatury, bez dokładnego patrzenia na nie.
Nie mógł się powstrzymać i podszedł do krzesła Marca, od tyłu. Na jego szyi, w miejscu, które było lekko zakryte T-shirtem, mógł rozpoznać swoje ślady ugryzienia z poprzedniej nocy. To było najbardziej erotyczne, co kiedykolwiek widział: swój znak na wybranym przez siebie partnerze? Ofierze? Nie wiedział tego, ale mu się podobało. Schylił się, wyciskając całusa w zgięcie szyi, dokładnie w miejscu ugryzienia.
Marc zamarł w środku swojego ruchu.
– Przepraszam – rozpraszam cię w pracy – zamruczał Tajo przepraszająco.
Marc tylko przytaknął. Jego oczy były nadal skierowane na monitor, a ręka unosiła się jak zamrożona nad klawiaturą. Tajo zauważył, jak mimowolnie wstrzymał oddech.
– Zostawię cię lepiej w spokoju. Zobaczymy się później. Bez czekania na odpowiedź, opuścił centralę i powlókł się w stronę domu.
– Później… – pomyślał zadumany. Co przyniesie wieczór? Uda mu się go ponownie wyciągnąć z jego skorupy? Ostatniej nocy odkrył całkiem inną stronę tego małego człowieka: ciekawy, energiczny, bez zahamowań i nieokiełznany. Było oszałamiająco, fantastycznie i jedynie w swoim rodzaju. Ciągle od nowa zagłębiał się w nim, starając się przy tym, aby było to dla Marca niezapomniane przeżycie. To był chyba pierwszy raz, że rozkosz drugiej osoby więcej dla niego znaczyła, niż jego własne spełnienie. Przestał dopiero wtedy, kiedy Marc prawie pod nim zasnął. Kiedy zauważył, że Marc wpadł w głęboki sen, trzymał go jeszcze długo w ramionach, wdychając jego zapach, a nos zagrzebany w jego skołtunionych, brązowych włosach.
Tajo potrząsnął głową zmieszany. Musiał całkowicie oszaleć. Ten mały robił z niego właśnie prawdziwego wrażliwca.
***
Po kolacji mężczyźni siedzieli bezczynnie, syci i zadowoleni. Marc stłumił niestosowne beknięcie. Jeśli on tu tak dalej będzie pochłaniał tyle jedzenia ze stołu, będą musieli go z powrotem do Frankfurtu zaturlać. Jutro pójdzie pobiegać, przysiągł sobie, aby spalić te wszystkie kalorie. Albo wpadła mu do głowy jeszcze inna możliwość sportowej aktywności, razem z Tajem? Nie, wykluczone. Drugi raz się tak nie puści. Cały dzień przychodziło mu z trudem, przebywać w obecności Taja, nie mając przed oczami tego obrazu jego twarzy w grymasie pożądania, który go wczoraj w nocy tak oszołomił.
Keyla krzątała się nieustannie wokół nich i wydawało się, że nie przeszkadza jej, że faceci siedzą sobie wygodnie i przyglądają się jej przy sprzątaniu ze stołu. Nagle stanęła za Tajem dając mu klepnięcie w tył głowy.
– Hej, jak wygląda sprawa z huśtawką ogrodową? Sama się nie zmontuje. Obiecałeś mi, że się tym zajmiesz. Jon, rusz swój leniwy tyłek i pomóż swojemu bratu. Meble wypoczynkowe też trzeba jeszcze złożyć. –
Jon zaszemrał cicho, a Marc, który gładził się właśnie błogo po pełnym brzuchu, usiadł. Te duże kartony i paczki na werandzie już widział i zastanawiał się, co w nich było.
– Jasne, Keyla, zrobimy to. W trójkę skończymy to na pewno szybko – powiedział pojednawczo, wstał dając do zrozumienia dwóm mężczyznom, aby poszli z nim na werandę. Tajo i Jon westchnęli poddańczo.
Razem rozpakowali kartony, układając pojedyncze części jako tako uporządkowane jedna na drugiej. Kiedy bracia zdjęli swoje koszulki ze względu na wysiłek fizyczny, Marcowi zrobiło się natychmiast gorąco. Co za widok! Dwaj półnadzy faceci, jeden i drugi postury greckiego Boga… już dla tego widoku opłaciła się ta praca. Musiał poważnie wziąć się w garść, aby nie było to nazbyt oczywiste, że się na nich gapi.
Marc był co prawda manualnie dosyć uzdolniony, w końcu od wieków grzebał przy komputerach, ale zręczność, z jaką dwaj bracia łączyli zestaw drążków huśtawki i mebli wypoczynkowych bez nawet jednego rzutu okiem do instrukcji obsługi, zaskoczyła go. Dlatego próbował niepozornie trzymać się z dala, aby nie wchodzić im w drogę, ale Tajo wiedział, jak go uwzględnić w pracy.
– Marc, czy możesz trzymać mój drążek? – powiedział, uśmiechając się przekornie.
Jon parsknął śmiechem, wyłapując dwuznaczność słów i ze śmiechu upuściłby prawie swoją stronę huśtawki ogrodowej. Marc rzucił Tajowi ponure spojrzenie i pospieszył się, aby wziąć od niego drążek skręcając go w odpowiednim miejscu.
– Jestem zawsze do twojej dyspozycji, aby użyczyć ci pomocnej dłoni – odrzekł świergocząc przesadnie.
Jon tak się rozkaszlał, że wyglądał, jakby złapał go nagły napad duszności.
Kiedy huśtawka jak i drewniane meble zostały złożone a reszta poduszek do siedzenia rozpakowana i porozkładana, chłopaki pozwolili sobie na nich usiąść, wzdychając. Tajo rzucił się na gotową huśtawkę ogrodową, testując jej stabilność. Ta jednak tylko cicho zaskrzypiała, wytrzymując próbę obciążenia.
– Hmmm, niemiecka jakość, nie mam nic przeciwko amerykańskim huśtawkom, ale one nie są po prostu stworzone dla l… dla ludzi takich jak ja.
Jon mrugnął do Marca. – Kilka już się pod jego tyłkiem załamało.
– Kilka? Nie opowiadaj takich bzdur, to była tylko jedna jedyna huśtawka. Marc, nie wierz temu wariatowi we wszystko co mówi. On jak zwykle przesadza. – Tajo obruszył się pogardliwie.
Keyla przyniosła chłodne piwo, przysiadła się do nich i zapytała – Marc, opowiedz mi trochę o sobie – wymusiła na nim. Czeka ktoś na ciebie we Frankfurcie?
– Nie, w sumie nie. Mieszkam sam, moja matka zmarła pięć lat temu na raka. – Wziął łyka piwa. Współczucie, które otrzymywał ze wszystkich stron z powodu wczesnej straty matki, było dla niego po prostu nieprzyjemne. Mógł przynajmniej się z nią pożegnać. Wielu ludzi, którzy stracili swoich krewnych nagle i nieoczekiwanie w wypadku, cierpiało przez to bardziej niż on.
– Przykro mi – powiedziała Keyla poważnie. – A Twój ojciec?
– Nigdy go nie znałem, nie mam pojęcia kim jest, moja mama nie opowiadała o nim za wiele. Widocznie nie było warto, aby o nim mówić. Ale właściwie nigdy mi to nie przeszkadzało.
– Przyjaciele? – teraz Tajo dopytywał się wnikliwie. Marc wyczuwał pewną nutkę niepewności w jego głosie. Tajo chciał raczej wiedzieć, czy miał kogoś?
– Tylko jeden, Daniel. Znam go od dziecka, wychowywaliśmy się razem. Jest maklerem giełdowym. Stresująca praca, dlatego widujemy się bardzo rzadko.
– Więc co robisz, kiedy nie pracujesz? – zapytał zaciekawiony Jon. – Frankfurt to super miasto, wiele się w nim dzieje.
– Przebywam chętnie w domu przed komputerem i piszę własne oprogramowania, jeśli nie podobają mi się te, które są mi proponowane. I czasami gram online. Marc kręcił zakłopotany butelkę w swoich rękach. – Jak nudno musiało to zabrzmieć dla nich? Ale co tam, to była po prostu prawda: Był fanatykiem oszalałym na punkcie komputerów. Prawie oczekiwał, że pozostali będą się z tego śmiać. Danielowi rzadko udawało się przekonać go do wyjścia. Nie czuł się szczególnie dobrze w knajpach i dyskotekach, nawet kiedy zdobył tam swoje pierwsze doświadczenia z facetami. Ale tego jedynego do związku, za którym tęsknił, tam nie spotkał.
– A kiedy zauważyłeś, że nie interesują cię kobiety? –zapytała nagle Keyla.
– No, w każdym razie nie wczorajszej nocy – odrzekł błyskotliwie.
Okej, odnalazł z powrotem swoją niewyparzoną gębę, stwierdził zszokowany. I wstrzymał powietrze, po tym jak zauważył, co właśnie powiedział. Cholera! Wyrwało mu się! Co oni teraz o nim pomyślą? No to, że był gejem, już wiedzieli. Ale ze względu na fakt, że Tajo też był gejem, nie odrzucało to Keyli i Jona. Ale dlaczego zawsze się martwił, że ludzie go odrzucą, kiedy powie, że interesują go faceci?
Jon jednak wybuchnął śmiechem klepiąc się ze śmiechu w uda.
– To było dobre, Marc, niezła riposta. Touché, el Toro! – On i Keyla zwijali się ze śmiechu, Marc uśmiechał się trochę zawstydzony, a Tajo przewracał oczami.
– O nie, nie zaczynajcie znowu z tym – próbował powstrzymać swoje rodzeństwo.
– Dawaj Keyla, opowiedz mu tę historię o Taju i El Toro! – zażądał Jon, szczerząc zęby do Taja.
Tajo westchnął wkurzony.
Keyla opowiedziała Marcowi, jak Tajo na jednym z południowo-afrykańskich safari został wzięty na rogi przez ciężko rannego bawoła afrykańskiego i ciśnięty na ziemię.
– Myślał, że ten bawół był już martwy, gdy ten nagle się pozbierał i zaatakował. Ta gruba blizna na jego prawej łydce pochodzi od rogu bawoła, który go zranił.
– Tak, gdybyście wy kobiety go zabiły zgodnie z zasadami, to nic by się nie stało – odrzekł nadąsany Tajo.
– Nasza mama nazwała tego bawoła, który wisi teraz wypchany nad kominkiem w naszym rodzinnym domu, El Toro i powiedziała, że to pierwsze i jedyne zwierzę poza nią, które potrafiło przywołać Taja do porządku. A teraz El Toro jest po prostu w naszej rodzinie jako synonim zwykłej kontry – Jon śmiał się głośno.
Marc nieświadomie zamarł na to sformułowanie. Czyżby się przesłyszał? Czy Jon naprawdę powiedział: – jedyne zwierzę poza nią? W końcu zrzucił winę na błąd w tłumaczeniu Jona. W końcu nie mówił tutaj w swoim języku ojczystym.
– Dlatego El Toro pasowałby do ciebie jako przezwisko, Marc – powiedział Jon, chichocząc.
– No nie wiem Jon. W końcu dla takiego byka walka na arenie nigdy dobrze się nie kończy – odwzajemnił się Marc.
Tajo spojrzał na niego przenikliwie, ale nic nie powiedział. Marc miał uczucie, że teraz zdecydowanie przesadził. Wstał chcąc się pożegnać, ale Keyla popchnęła go z powrotem na sofę, podsuwając mu jeszcze jedno piwo, z kolei Jona pociągnęła do pionu z fotela, życząc im dobrej nocy.
Jon mruczał co prawda, że nie jest jeszcze zmęczony, ale uległ zdumiewająco szybko, kiedy Keyla łapiąc go za kark popchnęła go w kierunku jego pokoju.
Marc i Tajo milczeli.
– Lubię twoje rodzeństwo – zauważył po chwili Marc. Przykro mi, jeśli cię w jakiś sposób skompromitowałem.
– Nie przejmuj się. Keyla dorastała z tym, że nie przyprowadzam kobiet do domu, ona nie zna niczego innego, a Jon sam jest gejem.
Głowa Marca przesunęła się do góry. – Naprawdę? Tego bym jakoś nie…mam na myśli, że nic nie zauważyłem. Zwykle…on nie robił jakichś aluzji czy coś… Marc zauważył, że zaczął pleść głupoty i zamilkł.
Tajo uśmiechnął się. – Chodź do mnie! – zachęcił go cicho.
Marc zwlekał co najmniej jedną sekundę. Więcej nie był w stanie. Jego dzikie pragnienie, aby poczuć jeszcze raz tego twardego, jędrnego kolosa, było przeogromne. Podniósł się z fotela stając niezdecydowanie przed huśtawką ogrodową, na której leżał, wyciągnięty na plecach z ręką pod głową, obiekt jego pożądania.
Tajo złapał go, ciągnąc na siebie. Obaj zatonęli w głębokich poduszkach, śmiejąc się, kiedy huśtawka protestując, zaskrzypiała lekko bujając się z powrotem.
– Lepiej się nie ruszaj – szeptał Tajo.
– Łatwo ci mówić – odszepnął Marc. – Jeśli zepsujemy to cacko, Keyla nam na pewno tego nie wybaczy. Wydaje mi się, że ta huśtawka jest dla niej bardzo ważna.
Głowa Marca spoczywała pod brodą Taja na jego nagiej klatce piersiowej. Przysłuchiwał się równomiernemu oddechowi i biciu serca, który go usypiał. Zamyślony musnął palcem ramię Taja, patrząc zafascynowany, jak od razu tworzy się na nim gęsia skórka. Stał się bardziej odważny, polizał swój palec wskazujący, aby malować wilgotne koła wokół sutków Taja.
Tajo wciągnął ostro powietrze, ale nic nie powiedział. Za to zaczął głaskać plecy Marca. Opuszkami palców jeździł powoli po jego kręgosłupie w górę i w dół, aż w końcu wsunął swoją rękę pod pasek jego spodni? Tym razem to Marc westchnął, kiedy duża ręka Taja złapała jego pośladek, masując go z lekkim naciskiem.
Marc nie chciał pozwolić się tak łatwo poderwać. W końcu dzisiaj rano przysiągł sobie, nie wskoczyć znowu do łóżka tego nienasyconego ogiera jak napalona lafirynda. Ale podobało mu się, ile władzy wydawał się mieć nad tym atletycznym, napakowanym mięśniami ciałem.
Podniósł głowę patrząc na Taja. Ten miał przymknięte oczy i obserwował go przez wąskie szparki, a jego oddech przyspieszył. Marc nie mógł się dłużej przeciwstawiać swojemu pożądaniu, schylił głowę nad jego już zwilżonym sutkiem i wciągnął go do ust.
Tajo westchnął głęboko i automatycznie podniósł swoją miednicę, aby pozwolić Marcowi poczuć jego nabrzmiałego członka.
Prawa ręka Marca powędrowała do wyraźnego wybrzuszenia w szortach Taja, które masował i przyciskał opiekuńczo. Czuł, że Tajo tym razem pozostawił jemu decyzję, czy chciałby pójść dalej.
I cholera, jak mógłby teraz powiedzieć nie albo się wycofać. ‚Niemożliwe’ – pomyślał Marc.
‚Żaden człowiek nie mógłby się oprzeć i pozwolić temu członkowi umrzeć z głodu…’
***
Marc rozpiął delikatnie jego spodnie, rozsuwając zamek krok po kroku, bardzo wolno.
Tajo westchnął, ale rozkoszował się wyzwaniem. Tym razem był on tym, który musiał się Marcowi trochę podporządkować, aby dostać to, czego chciał. Było mu diabelnie ciężko oddać kontrolę nad tą grą. W końcu to on był samcem alfa i od czasu stania się dorosłym zawsze był tym, który decydował o przebiegu wydarzeń. Drżał z wysiłku, aby nie przejąć inicjatywy i pozwolić Marcowi robić tak dalej.
I psiakrew, Marc był fantastyczny w tym, co robił.
Członek Taja zaczynał już lekko pobolewać, tak był twardy, a on nie zrobiłby nic chętniej niż jednym ruchem uwolnić go z jego więzienia i wepchnąć głęboko Marcowi do gardła.
Marc grał z nim w odlotową, nieuczciwą grę, tego był Tajo pewny. Gdyż jego mina zdradzała również, że niczego bardziej nie chciał, niż wsunąć członek Taja do swoich ust. Ale nie zrobił tego. Jeszcze nie.
Kiedy Marc wyciągnął w końcu jego członek, wydawał się długo tylko go obserwować. Wnerwiony Tajo przyglądał się, jak oblizywał swoje usta, aby następnie końcem języka przejechać po żołędzi i posmakował pierwszą kroplę wytrysku. Tajo westchnął i poruszył się niespokojnie. Marc zatrzymał się natychmiast, patrząc na niego przeszywająco.
Okej, Tajo poddał się i zachował spokój. W każdym razie na tyle, na ile mógł.
Zadrżał, kiedy Marc ponownie końcem języka okrążył jego żołądź.
Kiedy ten bezczelny koniec języka wwiercał się w jego szczelinę i go podniecał, wymsknęło mu się ciche mruczenie.
– Marc! – niepohamowanie wykrzyknął, kiedy ten jedną ręką objął jego jądra, a jego członek wziął głęboko do gardła.
Natychmiast wyładował się, wbijając się głęboko w gardło Marca i wystrzelił swój orgazm. Pompował i pompował, aż czarne plamki pojawiły mu się przed oczami i obaj prawie spadli z huśtawki.
Marc połknął wszystko i oblizał członek Taja z rozkoszą do czysta.
Tajo pociągnął go gwałtownie do góry, całując go dziko. Upajał się swoim własnym smakiem na Marca ustach. – Do mnie czy do ciebie? – wymamrotał bez tchu przy jego ustach.
Marc uwolnił się z jego ramion, powoli wstał, wziął jeszcze jeden głęboki łyk z butelki z piwem patrząc na Taja podejrzliwym wzrokiem.
– Dobranoc, widzimy się jutro – pożegnał się cicho, ale stanowczo.
Tajo patrzył za nim z niedowierzaniem. Po dwóch minutach usłyszał, jak drzwi od pokoju Marca zamknęły się i zostały od środka zamknięte na klucz.
Cholera, ten mały miał odwagę. Sprowokował lwa.
I zostawił go z otwartym rozporkiem i w połowie niezaspokojonego.
Tajo był naprawdę pod wrażeniem.
Rozdział 5
W ciągu następnych dwóch dni Marc starał się dzielnie trzymać Taja na dystans. Co nie było wcale łatwe, gdy się tak ściśle współpracowało. Był jednak przekonany, że postępuje słusznie, chcąc chronić swoje serce oraz zachować twarz, kiedy nie będzie się dalej zadawał ze swoim atrakcyjnym pracodawcą. Co miałoby to dać? To że Tajo się z nim zadawał, nie mogło znaczyć, że chciał od niego czegoś na poważnie. Chciał iść z nim tylko do łóżka? Ale to nie było w jego stylu. Tyle dobrze, że nie musiał się obawiać jakichkolwiek chorób. Przynajmniej na tą drugorzędną uwagę pozwolił sobie Tajo.
Jednak awansom Taja było ciężko się oprzeć. Na szczęście mieli dużo do zrobienia i Tajo musiał się niekiedy skoncentrować na pracy. Krok po kroku przeszli przez oprogramowania pulpitu komputerowego. Marc stwierdził, że jego pierwsze wrażenie, że przypominało mu to pulpit sterowniczy rakiet NASA, nie było wcale takie nieuzasadnione. Faktycznie chodziło o układ sterujący prywatnej satelity. Jaką miała orbitę, do kogo należała i do czego służyła, nie mógł jednak odkryć. Tajo unikał jego pytań albo częściowo, albo wcale nie odpowiadał, dlatego też Marc po krótkim czasie dał sobie spokój, aby się więcej o tym dowiedzieć.
Instalacja i oprogramowanie dużego ekranu dotykowego sprawiały im obu ogromną przyjemność. Kiedy udało im się po raz pierwszy, jakąś aplikację wysłać z ekranu dotykowego na inny monitor jednym ruchem ręki, cieszyli się jak dzieci.
Marc zobaczył wtedy zabawną, luźną stronę Taja, czego wcześniej nie uważał za możliwe. Podczas ich pierwszego spotkania wydawał mu się wyjątkowo wysoki, niesamowicie poważny i rozgniewany. Ale teraz stopniowo zauważał, że ten facet miał wiele stron oraz całkiem inną, prywatną twarz. Tajo miał nadzwyczajną skłonność do sarkazmu, i czy chciał czy nie, często śmiał się do rozpuku z jego suchego sposobu bycia, kiedy Tajo pozwolił sobie na jakąś uwagę. I musiał dodać, że nie tylko ta strona, lecz cały ten facet więcej niż mu się podobał. I dokładnie dlatego też było cholernie ciężko, nie ulec pokusie kolejnej nocy.
Tajo pokazał mu, które komputery powinny być odłączone od tych podłączonych do internetu, a które powinny działać wewnętrznie pod ochroną. Ten komputer, który został podłączony do normalnego internetu, miał być chroniony programem, który powinien ukryć jego wprowadzanie i wyszukiwanie danych w postaci różnych, operujących na całym świecie serwerów. Przez to inni nie mieliby możliwości śledzenia, skąd pochodzi dostęp online do ich numeru ID.
Cała ta sprawa stawała się dla Marca coraz bardziej tajemnicza. Ukryty dostęp online, układ sterujący satelitami, chroniony serwer? Przypominało mu to film szpiegowski, ale swoje zdanie zachował dla siebie, wykonując polecenia Taja. W końcu jego pracodawca żądał za to dużych pieniędzy od firmy Bruns LLC.
Marc pracował skoncentrowany, a dzięki wysokiej mocy komputerów posuwał się bardzo szybko do przodu. Po kilku dniach przyłapał się na tym, że chciał wgrać kilka prostych oprogramowań, które mogłyby ułatwić pracę czy też które on uważał za potrzebne do całego konceptu, ale które nie były wcale planowane.
,Przestań grać na zwłokę‘ – skarcił samego siebie. Przerwał pracę i postanowił pójść do domu i poprosić Keylę o jeszcze jeden dzbanek mrożonej herbaty. Sama robiła tą doskonałą, gaszącą pragnienie herbatę ze świeżej mięty, którą hodowała w ogrodzie, dodając jeszcze cytrynę, trochę cukru i kostki lodu.
Kiedy chciał właśnie opuścić centralę komputerową, usłyszał ciche, zdenerwowane głosy. Rozpoznał Jona i Taja, którzy szepcząc wydawali się kłócić. Marc stanął jak wryty.
– Nie jesteśmy jeszcze gotowi – syknął Jon.
– Hank zaginął i co powinniśmy twoim zdaniem zrobić? Siedzieć tutaj i zbijać bąki? – odrzekł wściekły Tajo.
– On potrafi sam o siebie zadbać. W końcu sam się w taką sytuację wpakował, czyż nie?
– Przecież ty wcale nie wiesz, w jakiej sytuacji on się znajduje. Wiemy tylko, że się nie odezwał, jak było ustalone. A że uratował mi kilka razy tyłek, to nie zostawię go samego…
– Tajo, to jest za bardzo niebezpieczne! Obecnie nie stworzyłeś jeszcze zespołu, który mógłby ci pomóc. A pojechać w pojedynkę do Iraku, to wariactwo!
Tajo zaśmiał się pogardliwie.
Marc świadomie zamknął drzwi biura głośno, wychodząc z domu. Obaj bracia stali naprzeciw siebie, a napięcie między nimi było wręcz namacalne. Tajo przyglądał mu się badawczo, a Marc przybrał neutralną minę, aby ukryć, że podsłuchiwał.
– Hej chłopaki, idę do Keyli czegoś się napić, idziecie ze mną? – zapytał najbardziej na luzie, jak tylko mógł.
– Nie, dziękuję! – bracia odpowiedzieli chórem, odwracając się i krocząc w przeciwnym kierunku każdy.
‚Rety, u nich jak jest awantura, to na całego’ – pomyślał Marc. I na Boga, o co oni się pokłócili? Dla Marca nie trzymało się to wszystko kupy.
***
W ciągu kolejnych dni przeszło kilka burz termicznych z oberwaniem chmury i gradem. To było po prostu typowe niemieckie lato.
– Tajo, mógłbym mój samochód postawić gdzieś pod dachem? Jeśli będzie tak dalej padał grad to jeszcze zrobią się wgniecenia – poprosił Marc zmartwiony. Badawczo spojrzał przez okno, niebo wydawało się coraz bardziej chmurzyć. Utworzyło się ciemne i groźne pasmo chmur, a ciężkie opady deszczu dudniły głośno w dach werandy. Przedtem spadł już gwałtowny grad, a pojedyncze resztki jego gródek pokrywały nadal jego auto i część podwórza.
– Jasne, że możesz – bąknął Tajo. – Prze-parkuję trochę inaczej moje auta w stodole i zrobię ci miejsce, wtedy zmieszczą się wszystkie samochody.
Marc czekał w schronieniu werandy, aż Tajo szybkim krokiem doszedł do stodoły. Uśmiechając się, patrzył, jak ten duży mężczyzna wstrząsnął się zniesmaczony, kiedy dotarł tam przemoknięty do suchej nitki. Kilka minut później podążył za nim, biegł tak szybko jak mógł do swego auta, ale również oberwał tą silną ulewą. Przemoczony do suchej nitki i ze zdrętwiałymi palcami zapalił silnik, ale najpierw musiał niecierpliwie odczekać, aż nawiew uwolni przednią szybę od zaparowanej wilgoci. Co za cholerna pogoda! Gniewnie skrzywił twarz, odgarnął mokre włosy z oczu i zaprowadził auto w suche miejsce, jak ustalił.
Kiedy wysiadł i rozejrzał się po ogromnej stodole, podziwiał stojące tam w szeregu pojazdy: Porsche Cayenne, ogromny, czarny Hummer, czerwone Ferrari, srebrny Aston Martin, szary Jaguar i dwa ciężkie motory. Mały, czerwony Nissan, który jak zagubiony stał obok zaparkowany, skłonił go do uśmiechu.
– Hm, ten mały należy pewnie do Keyli, prawda?
– Prawda, ja nawet nie zmieściłbym moich nóg w takim ‚puddle jumper’. Jak Wy mówicie po niemiecku? ‚Hasenkiste’ (pudełko dla królika)? – zażartował Tajo.
Marc parsknął rozbawiony. – Lepiej nie mów jej tego, jak nazywasz jej auto.
Duży Hummer wzbudził Marca zainteresowanie.
– Mogę mu się przyjrzeć? – zapytał. Takiego auta nie widział jeszcze w Niemczech. Można było tutaj w ogóle dopuścić do ruchu tego pożeracza paliwa z tym wyposażeniem? Co powiedziałby Związek Kontroli Technicznej na te ogromne opony, szeroką karoserię i reflektory na dachu? A może to auto przeszło w wydziale komunikacji jako traktor?
***
– Okej, śmiało, obejrzyj go sobie.
Uśmiechając się wyrozumiale Tajo podążył za Marcem do pojazdu, ciesząc się z jego szczerego podziwu. On sam uwielbiał swój samochód terenowy. Jego rodzeństwo nabijało się z niego, że ich oboje sprzedałby raczej do zoo, niż pozwoliłby na jazdę próbną Keyli czy Jonowi.
Marc głaskał z podziwem czarny lakier jak i chromowany zderzak i bagażnik dachowy. Przez drzwi kierowcy zajrzał do środka. Tajo obserwował uważnie każdy jego ruch. Mokra koszulka kleiła się na nim, modelując szczupłą górną część ciała. Lekka gęsia skórka utworzyła się na jego ramionach i Marc pocierał o nie zamyślony. Palce Taja drżały. Zbyt chętnie potarłby za niego wilgotną skórę, ogrzewając go. Dlaczego właściwie nie? Byli tutaj sami, jak okiem sięgnąć, nikogo nie było w pobliżu…
Tajo podszedł do niego od tyłu, obejmując go swoimi ramionami. Oparł swój podbródek na ramieniu Marca, szepcząc mu do ucha: – Chcemy go wypróbować?
Marc napiął się, próbując się od niego uwolnić. Zanim jednak udało mu się, jak w ostatnich dniach zejść mu z drogi, Tajo otworzył jedną ręką tylne drzwi Hummera, a drugą wepchnął go na tylne siedzenie.
Z zaskoczonym sapnięciem Marc upadł na skórzane tylne siedzenie, a Tajo stanął między jego udami. Marc patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Jego cała postawa emanowała niepewnością, która poruszała Taja. Czyżby się bał? Nie, na strach to nie wyglądało. Raczej na…desperacką próbę ukrycia własnego zdenerwowania. Próby obrony Marca były tak niezdecydowane, że nie mógł się już dłużej powstrzymywać. Nie mówiąc już o tym, że naprawdę tego chciał.
– Co ja mam z tobą zrobić? – wyszeptał.
– Pozwolić mi odejść? – zaproponował Marc niezdecydowanie.
Deszcz dudnił o dach stodoły. Tajo gapił się jak zahipnotyzowany na kawałek nagiego brzucha Marca, który był widoczny przez podsunięty do góry podkoszulek.
– Chyba nie potrafię – odparł zachrypniętym głosem. Jego oczy chłonęły ten podniecający widok. Klatka piersiowa Marca szybko podnosiła się i opadała. Tajo czuł adrenalinę, którą błyskawicznie wydzielało jego ciało. Łącznie z typowym dla Marca, czystym zapachem podniecało go to niesamowicie. Poza tym uważał młode i szczupłe ciało Marca po prostu za doskonałe. Ta mieszanka męskiej twardości, żylastych mięśni, ale także pewnej jego własnej miękkości zapierała dech.
Jego dłonie powędrowały pod wilgotny od deszczu materiał, przesuwając go dalej ku górze. Jego kciuki pocierały sutki Marca, które od razu stwardniały. Pochylił się nad nim, całując go najpierw delikatnie, a później z coraz większym pożądaniem.
Wyraźnie czuł napięcie Marca, który jednak gwałtownie odwzajemnił jego pocałunek, jakby chciał nadrobić zaległości z ostatnich dni. Jakby się stęsknił. Marc jęknął i chwycił jego mokre włosy. Jego szczupłe nogi objęły go mocno, przyciągając bliżej, tak że Tajo leżał w połowie na nim.
Tajo uwolnił się rozkoszując widokiem. W jego spodniach zapanował drastyczny brak miejsca. Nie mógł się oprzeć i pocierał przez spodnie swojego twardego kutasa o kutasa Marca.
Nagle spodnie okazały się bardziej uciążliwe. Nerwowymi palcami pomógł Marcowi, rozpiąć je i ściągnąć. Co nie było łatwe, gdyż obaj byli przemoknięci, a dżinsy kleiły się na nich. Potem ściągnął jego bokserki.
Sięgnął między nich, wziął oba członki razem w swoją dużą dłoń, pocierając delikatnie o siebie. Marc jęczał, napierając na Taja.
Jego usta szukały ust Marca, a później wyznaczyły ścieżkę pocałunków w dół, po jego piersi i brzuchu.
Marc wstrzymał słyszalnie powietrze, kiedy jego usta objęły kształtny trzon. Tajo patrząc mu w oczy, wsunął jego członek do ust. Ręce Marca drżały, a on trzepocząc zamknął powieki. Jego głębokie jęki brzmiały jak muzyka w uszach Taja.
Kiedy czuł, że Marc był krótko przed orgazmem, zatrzymał się, dając mu raptem dziesięć sekund na złapanie oddechu. Rozsunął nogi Marca jeszcze szerzej, przyciągnął jego tyłek trochę do siebie, spuszczając swoją głowę ponownie między jego uda.
Delikatnie przejechał językiem po jego dziurce, otaczając to czułe wejście. Zaskakujące dyszenie, krótki jęk Marca pozwolił mu na uśmiech. Nie był jeszcze w tym tak wrażliwym miejscu lizany? Kontynuował rytmicznie lizanie wrażliwej dziurki, jego język masował i rozciągał to wąskie wejście. Zaczął uwielbiać tę grę, testując, jakie dźwięki mógł wydobyć z Marca. Jeśli Marc da radę jeszcze chwilę się powstrzymać, to zbliżający się orgazm wzniósłby go do nieba.
Musnął palcem po wilgotnej dziurze, wdzierając się ostrożnie do środka. Marc wychodził mu naprzeciw, a Tajo w tym czasie zaczął go powoli pieprzyć palcem. Po reakcjach Marca wiedział, kiedy ten był gotowy na drugi, a chwilę później także na trzeci palec.
Tajo dał sobie czas, aby go przygotować. Marc trzymał się kurczowo tapicerki auta, jęcząc i obracając się pod jego rękoma i ustami.
– Proszę, Tajo, proszę …weź mnie teraz – błagał.
Tajo naciskał swoim twardym członkiem na wejście Marca. Cholera, on sam był na skraju swojej samokontroli. Jeśli teraz straci tylko przez króciutki moment kontrolę, to wszystko skończy się o wiele za szybko, a on chciał rozkoszować się każdą pojedynczą sekundą. Energicznie wytarł krople potu, które kapały mu z czoła.
Pomimo wilgoci lizanej szczeliny i wytrysku na swoim członku, który roztarł na wejściu Marca, musiał zwolnić i krok po kroku się w niego wsuwać. Tym razem pozwolił mu się przyzwyczaić do swojej wielkości i odczekał, aż zauważył, że Marc był gotowy, zanim się cofnął i delikatnie w niego wtargnął.
Marc wciągnął ostro powietrze i sapiąc, wydychał je z powrotem. Słabe kwilenie wydobyło się z niego. Rozciągnięcie było na granicy tego, co był w stanie znieść.
Tajo przełożył nogi Marca przez swoje ramiona. Marc leżał przed nim całkowicie otwarty. Widok własnego, dużego członka, który powoli wślizgiwał się i wyślizgiwał z dziurki Marca, nieprawdopodobnie go podniecał. Wepchnął się w niego bardzo głęboko. Jego członek został objęty jedwabną, ciepłą osłoną, która otuliła go jak imadło i dojony przez lekkie skurcze mięśni. Chwycił twardego członka Marca, który kusząco wygiął się w jego kierunku, zwilżył dłoń i pozwolił mu w swojej dłoni poczuć ruchy ich ciał.
***
Obaj pocili się, a ich wilgotne od deszczu ciała powodowały, że szyby Hummera zaparowały.
Marc uśmiechnął się drwiąco, kiedy jego wzrok padł na zaparowaną szybę nad nim. To przypominało mu scenę z „Titanica”, gdzie Kate Winslet i Leonardo DiCaprio uprawiali seks w samochodzie na pokładzie załadunkowym, zanim statek uderzył w górę lodową. Położył dłoń na szybie, jadąc teatralnie po niej palcem w dół.
– Góra lodowa naprzód! – nie mógł się powstrzymać.
Tajo wiedział, do czego była ta aluzja, i roześmiał się cicho. – Rose, jeśli Ty skoczysz, ja też skoczę – zacytował w tonie Leonarda DiCaprio.
Marc śmiał się pod nosem. Ta mała, duchowa rozrywka pomogła mu, odwlec jego nadchodzący orgazm. Chciał rozkoszować się każdą sekundą z Tajem. Ale nie mógł też sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek śmiał się podczas seksu.
Zmierzył twarz Taja, który zwęził oczy do wąskich szczelin. Coś przeszkadzało mu w tym spojrzeniu, ale nie wiedział co. Zanim jednak uświadomił sobie, co go irytowało, Tajo zwiększył tempo, zmienił kąt swojego ataku, wciskając się w niego głębiej. Jego członek wydawał się jeszcze trochę bardziej nabrzmiały, trafiając w ten jeden określony punkt, który pozwolił mu niekontrolowanie zadrżeć. Gorąca fala przebiegła przez niego, jego palce u rąk i stóp podkurczyły się gwałtownie, a on wygiął plecy, sapiąc.
Jęczał, trzymając się zagłówka, aby od tych dzikich pchnięć nie wylądować na drzwiach po drugiej stronie. Wszystko się w nim skurczyło, gdy szczytując, krzyczał.
Tajo jęknął podniecony, rozlewając się w jego wnętrzu. Pozwolili powoli opaść ich pożądaniu i uspokoić bicie ich serc.
– Kiedy mogę odbyć próbną jazdę tym autem? – Marc wydyszał.
– Kiedy tylko chcesz… – odparł Tajo bez tchu.
Rozdział 6
W ciągu następnych dni przez Niemcy przeszedł front złej pogody, przynosząc ze sobą jeszcze więcej deszczu.
Marc zauważył rozbawiony, jak Jon i Tajo byli coraz bardziej rozdrażnieni, im dłużej przebywali w zamkniętych pomieszczeniach. Obaj brali tylko wtedy oddech, kiedy w przerwie deszczu mieli możliwość opuszczenia domu, aby pójść pobiegać czy załatwić inne sprawy.
Jednak dziwiło go to, że pomimo deszczu nie wychodzili na zewnątrz. Jemu deszcz nie przeszkadzał i tak wychodził każdego poranka, niezależnie od pogody. Jego spacer prowadził za każdym razem do tego małego jeziora w lesie. Zatopiony w myślach okrążał jezioro, rozmyślając nad minionymi dniami.
Tajo był widocznie nie tylko z powodu deszczowej pogody w złym nastroju. Marc zauważył, że bracia niezwykle często zaszywali się w salonie, zamykając za sobą drzwi, aby móc w spokoju porozmawiać. Od czasu do czasu słyszał, jak się kłócili po cichu, nie mógł jednak zrozumieć, o co chodziło.
Marc spróbował ostrożnie wyciągnąć z Keyli kilka informacji o tym tajemniczym przyjacielu, który znajdował się w tarapatach, ale ona zbywała jego pytania, unikając ich w elegancki sposób.
Tłumaczyła się mu, że nic nie wie o sensie i celu sterowania satelitami jak i o wysokich standardach bezpieczeństwa komputerów. Marc nie wierzył w żadne jej słowo. Nie był jednak za bardzo dobry w wypytywaniu innych ludzi lub wydobywaniu z nich tajemnic.
Zaczął się już trzeci tydzień jego pobytu i skończył już prawie swoje programowania. Zaczął wprowadzać Jona i Taja w tajniki ich nowych komputerów i obaj byli więcej niż pozytywnie zaskoczeni wynikiem.
– Marc, jesteś genialny – zachwycał się Jon. Nie tylko uniemożliwiłeś wykrycie śladów naszych wyszukiwań i dostępów on-line, lecz także zaszyfrowałeś wszystkie konta e-mailowe i adresy IP w taki sposób, że nawet CIA nie mogłoby ich skontrolować!
Marc uśmiechnął się dumny. – Nie, wszystkie komputery CIA, Federalnej Służby Wywiadowczej i MI 5 nie miałyby nawet tyle pojemności, aby włamać się do waszego systemu. On reaguje z zawrotną prędkością na wszystkie ataki i tak też jest zaprogramowany, aby być zawsze o krok myślowy do przodu przed hackerem.
– Ej, wiedziałem, że jesteś dobry, ale tutaj przeszedłeś samego siebie – powiedział Tajo, kładąc ramię wokół niego, ściskając z wyrazem uznania i całując go długo i mocno w usta.
Marc spojrzał na niego badawczo. To był pierwszy raz, kiedy Tajo w obecności Jona go dotknął, pokazując tym publicznie ich intymny związek. Stwierdził poirytowany, że cały czas czekał na znak sympatii. A teraz, kiedy Tajo go objął, nie odpowiadało mu to.
Teraz wydawało mu się, jakby tym pocałunkiem Tajo chciał coś udowodnić swojemu bratu. Jakby był jakimś trofeum, pokazywanym publicznie. Czuł się skompromitowany i tak nieswojo. Nie chciał być rozgrywany, jak piłka do gry między dwoma braćmi, był za dobry na to. Jutro odjechałby, wracając do swojego starego, normalnego życia.
Ale jak ma tak po prostu jechać z powrotem do Frankfurtu i… i…
Szybkim ruchem uwolnił się od Taja i opuścił biuro bez słowa. Na zewnątrz lało jak z cebra. Pasowało to doskonale do jego nastroju. Szedł szybkim krokiem na drugą stronę domu do werandy głównego budynku. Ale w połowie drogi dogonił go Tajo, chwycił za ramię i obrócił
– Marc, co się dzieje? Co ci nagle nie pasuje, kiedy cię całuję?
Marc załamał ręce. Zrozpaczony próbował znaleźć odpowiednie słowa. – Nie to, że mnie całujesz jest złe, lecz to, że zrobiłeś to przy Jonie – odrzekł.
Tajo gapił się na niego wściekły, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. – Co Jon ma z tym wspólnego? – odrzekł ostro.
Marc zacisnął pięści, krzyżując również swoje ramiona na klatce piersiowej. Jednocześnie stłumił potrzebę przywalenia Tajowi, na co miał nagle ogromną ochotę. Powstrzymał się, bo po pierwsze był za dobrze wychowany, a po drugie Tajo prawdopodobnie wcale nie zauważyłby, że Marc go walnął.
– Jutro wyjeżdżam! – próbował wyjaśnić.
***
– No i? – zapytał Tajo. Ten mały wprowadzał go ciągle w błąd, nawet kiedy Tajo z upływem czasu wiedział, że analityczny mózg Marca pracował ‚inaczej’ i podobnie jak jego uwielbiane komputery, był zawsze o krok do przodu przed zwykłym śmiertelnikiem. Co go także podniecało w tym małym geniuszu.
Marc przewrócił oczami ku niebu. – Jutro wyjeżdżam i nie zobaczymy się już. Nie odpowiada mi pozostać w pamięci Keyli czy Jona jako twój ‚przelotny numerek’. I możesz sobie darować to obnoszenie przed Jonem, jakbyś zajął pierwsze miejsce w wyścigach i wygrał mnie jako puchar.
Tajo chciał właśnie odrzec, że on przecież po tych kilku… wspólnych godzinach nie ma chyba na myśli poważnego związku, ale urwał z otwartymi ustami. To zdanie na pewno zraniłoby dogłębnie Marca, a on nie chciał mu sprawić bólu. Zaskoczony stwierdził, że uczucia Marca były dla niego ważne. Poza tym widział po nim, że coś jeszcze leżało mu na sercu.
– Ale coś jeszcze jest, zgadza się? To nie jest jeszcze cała prawda.
Marc poczerwieniał. – Do cholery, jutro wyjeżdżam i nie wiem, czy z nas coś będzie? – wrzasnął nagle. Obrócił się na pięcie i pognał do domu.
Tajo został sam, gdy ulewa spadła na podwórze. Mimochodem zauważył, że przemókł do suchej nitki, czego on właściwie jako wielki kot stosunkowo nienawidził. Nieświadomie tarł sobie ramię, nie wiedząc dokładnie, dlaczego nagle w jednym miejscu lekko go swędziało. Czy Marc naprawdę go właśnie walnął?
– On mnie lubi! – pomyślał rejestrując to błogo ciepłe uczucie, które się w nim rozszerzało. Bo z jakich innych powodów miałby Marc zawracać sobie głowę tym, co mogłoby z nich być? Już sama ta pewność czyniła go… szczęśliwym. Mrucząc zadowolony udał się w kierunku domu, aby ubrać suche rzeczy.
***
Późnym wieczorem Marc poszedł jeszcze raz do centrali komputerowej po drugiej stronie, gdyż wpadło mu coś do głowy w sprawie jednego z programów firewall, co mógłby ulepszyć. I zanim umknęłaby mu ta myśl, wolał ją natychmiast wcielić w czyn.
Kiedy wszedł do centrali, zauważył Taja, który zamyślony, ze skrzyżowanymi ramionami stał przed nagraniem satelitarnym, które uruchomił na dużym monitorze na ścianie.
– Hej Marc – przywitał go ten, nie odwracając się.
– Co oglądasz? Jaki to jest region? – zapytał Marc.
– Nagrania południowo-wschodniego Iraku – wymamrotał zatopiony w myślach Tajo. – Góry są bardzo szczelinowate, te cienie tam na zdjęciu to mogłoby być wszystko.
– Jeśli mi powiesz, co chcesz znaleźć, mogę ci pomóc, kazać komputerowi tego szukać – zaproponował Marc.
Tajo odwrócił się, lustrując go uważnie. Zastanowił się krótko, ile mógł zdradzić bez opowiadania o tej drażliwej misji, którą planował. Ale miał jakiś inny wybór? Od wielu dni przeszukiwał zdjęcia satelitarne ręcznie i nie robił postępów. A wiedział, że czas naglił.
Zamknął na chwilę oczy, skanując okolicę swoimi zmysłami. Jego ‚anteny’ nie były co prawda zbytnio perfekcyjne, kiedy był człowiekiem, ale jednak mógł stwierdzić, kiedy ktoś kłamał.
– Dlaczego chcesz mi pomóc? – zapytał Marca z naciskiem.
– No bo niewątpliwie potrzebujesz pomocy, prawda? – odparł Marc zirytowany.
Tajo rozluźnił się. To brzmiało bardzo szczerze. A on ufał Marcowi, czuł, że był po jego stronie.
– Okej, szukam ukrytej bazy, obozu w tych górach. Może składać się z namiotów, które stoją przy górskiej ścianie albo są ukryte w jaskiniach.
– Jeśli chodzi o obozy, to musiałyby przecież docierać tam transporty, prawda? A jeśli transporty odbywają się pojazdami, to muszą być obecne ślady opon. – Jak długo już miałby istnieć ten obóz? Marc podszedł bliżej do jednego z innych komputerów i wystukał coś zwinnymi palcami na klawiaturze.
– Nie wiem, prawdopodobnie od początku roku. Dlaczego? – odpowiedział Tajo.
– Bo ostatnio w maju padał deszcz w Iraku, tak jest napisane tutaj w pomiarach temperatury – odpowiedział Marc. Z zamyśloną miną opadł na stojące obok niego krzesło obrotowe. – A jeśli ten obóz w tym czasie już istniał, ślady opon musiałyby być o wiele głębiej wryte w ziemię niż inne koleiny. Wtedy mielibyśmy naprawdę szansę, przedstawić te zmiany optycznie w tych niezamieszkałych regionach gór na podstawie zdjęć satelitarnych.
Marc odwrócił się do komputera i zaczął przeglądać zdjęcia satelitarne. Mrucząc coś pod nosem nie zwracał w ogóle uwagi na obecność Taja.
Tajo podszedł do niego z tyłu, aby patrzeć mu dokładnie na ręce podczas pracy. Ale cholera, tak szybko, jak Marc pisał programy i wprowadzał rozkazy, które zwiększały liczbę pikseli zdjęć satelitarnych oraz rozpoczynał procesy szukania poszczególnych zdjęć, sprawiały, że Tajo ledwo mógł śledzić słowa na monitorze.
Rozbawiony zauważył, jak Marc z pasją poświęcił się swojemu nowemu zadaniu. Prawdopodobnie nawet nie po to, aby mu się przypodobać albo mu pomóc, lecz po prostu, bo uwielbiał takie trudne zadania.
A Tajo uwielbiał ten rozbudzony, inteligentny wyraz w brązowo-czekoladowych oczach Marca jak i oddanie, z jakim rzucił się na swoją pracę. Był ponownie zdumiony lekkością, z jaką Marc obchodził się z tak trudną pracą, jaką był przebieg programów i w jak krótkim czasie pisał na komputerze złożony program do szukania tych zdradzieckich śladów opon.
***
Tajo przyciągnął sobie krzesło i przyglądał się mu, gdy programował, a kiedy dwie godziny później wcisnął klawisz, enter, komputer zaczął według ustalonego schematu przeszukiwać systematycznie zdjęcia satelitarne. Był tak zatopiony w swojej pracy, że nie zauważył w ogóle jego obecności. Wyczerpany oparł się na krześle pozwalając komputerowi wykonać swoją pracę.
– Tak, to może teraz trochę potrwać, ale do śniadania powinieneś wiedzieć więcej.
– No to mamy jeszcze trochę czasu dla siebie – Tajo uśmiechając się, pociągnął Marca z jego krzesła do góry.
– Wiesz właściwie, jak namiętnie wyglądasz, kiedy pracujesz?
Marc niepewnie spojrzał na niego. – Teraz kpisz sobie ze mnie – powiedział powątpiewająco. Tajo manipulował nim tylko po to, aby zaciągnąć go jeszcze raz do łóżka. Co on mógłby w nim widzieć?
Tajo wziął jego twarz w swoje duże dłonie przyglądając mu się poważnie. – Ty nie zauważyłeś, prawda? Nie wiesz, jak bardzo mnie podniecasz, tak że w twojej obecności ciężko mi się na czymkolwiek skoncentrować, prawda?
Marc spojrzał mu w oczy. I nagle zauważył, co ostatnio podczas ich gry miłosnej w Hummerze tak mu przeszkadzało: Oczy Taja świeciły złociście, jaśniej niż zazwyczaj. Już nie w tym znajomym, podobnym do bursztynu kolorze, lecz raczej żółtawo. Wielkość i obwód tęczówki zmienił się, płynnie się powiększając i zaczęła spychać białko oka na drugi plan.
Cofnął się, wyrywając się z objęć Taja.
***
Tajo wstrzymał oddech i cofnął się o krok. Zacisnął przerażony oczy. Cholera, stracił przez chwilę kontrolę. Ale nie liczył się z tym, że przez mały dotyk może stracić aż tak kontrolę nad sobą, że jego oczy się zmienią. Ale zauważył poprzez swoją wyostrzoną widoczność, że teraz już nie mógł tego zatrzymać.
Oczekiwał, że Marc w popłochu opuści pomieszczenie, a on szybko będzie musiał wymyślić jakąś wymówkę na swój wygląd. ‚Bzdura’ – przeszło mu przez myśl, ‚Marc jest za mądry, aby nabrać się na jedną z moich standardowych wymówek’.
Zdziwiony stwierdził, że Marc nie uciekł na łeb i szyję. Tylko stał nadal jak wryty przed nim, patrząc na niego badawczo. Przy tym nie robił też wrażenia zwierzęcia-ofiary, które nie mogło się poruszyć ze względu na zbliżające się niebezpieczeństwo.
Nie, Marc stał tam uważnie patrząc, pewny siebie i bez oznak strachu. I do cholery, Tajo cofnął się o kolejny krok. Nie mógł sobie tego wyjaśnić, dlaczego szedł do tyłu, ale miał takie uczucie, wydawało mu się… bardziej bezpieczne.
– Czym ty jesteś? – zapytał Marc cicho.
– Czym miałbym być? – odpowiedział Tajo wymijająco. Zawsze dobrze było na nieprzyjemne pytanie odpowiadać pytaniem. To wbił mu do głowy jego ojciec.
Marc podszedł do niego krok bliżej. Tajo cofnął się znowu. Jednak dotarł już tylko do ściany. Desperacko szukał oczami wyjścia, które znajdowało się niestety po przeciwnej stronie pomieszczenia.
– Nie chcesz mi wyjaśnić, co się dzieje z twoimi oczami? – zapytał ponaglająco Marc.
– Nie, nie chcę, ani trochę! – warknął na niego Tajo. Boże, nic nie przychodziło mu do głowy. Żadne wyjaśnienie, którego zmiennokształtni użyliby zwykle w takiej sytuacji, nie przekonałoby takiej mądrej głowy jak Marc. Czy przynajmniej udałoby się go na tyle uspokoić, aby nie zadawał więcej żadnych pytań. A wyeliminować go, czy zabić tylko dlatego, że widział jego oczy… nie, nigdy, w żadnym wypadku.
Tajo uniósł mimowolnie kąciki ust do góry, przy czym wymknęło mu się głębokie warknięcie. Ta myśl, że on albo ktoś inny mógłby Marca tylko dotknąć albo mu sprawić ból…
Marc nagle się zatrzymał i spojrzał na niego zdumiony. Tajo zareagował instynktownie, rzucając się do wyjścia, wymijając go. Sekundę później zauważył, że się przy tym za szybko poruszył. O nie, jeszcze to! Na Marca musiało to podziałać, jakby przeszła obok niego trąba powietrzna, prawie szybciej niż ludzkie oko może zauważyć.
Zatrzymał się na podwórku. Patrzył przestraszony na Keylę i Jona, którzy stali na werandzie nic nie mówiąc, tylko patrząc na niego. Cholera, co robiło tych dwoje tutaj na zewnątrz o tej porze? Czekali na niego? Czy byli tylko ciekawi i chcieli wiedzieć, czego Marc i on tak późno jeszcze szukali w centrali. Do diabła. Ich dobre uszy śledziły na pewno rozmowę z Marcem i obserwowali jego niechlubne, na miarę tornada wyjście.
Tajo spojrzał w ich kierunku i załamując ręce pognał obok nich do domu.
– Uuups! – to tyle, co Jon wydobył z siebie, kiedy Tajo przebiegł obok nich.
***
Keyla pospieszyła za Tajem, który uciekł prosto do swojego pokoju, rzucając się plecami na łóżko. Gapił się w sufit. Rozpaczliwie szukał drogi, jak mógł naprawić tę wpadkę.
– Co to było? – zapytała wstrząśnięta Keyla.
– Naważyłem piwa – wymamrotał Tajo. Pierwszy raz w swoim życiu. Coś takiego nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy. Jon, owszem, parę razy znalazł się w takich sytuacjach, w których jego straszy brat musiał mu pomóc. Ale on nie. Nie, on był zawsze tym perfekcyjnym lwem, przywódcą stada.
A teraz czuł się bezsilny.
– Co ja mu teraz powiem?
– Nic. Nie będziesz w ogóle więcej z nim rozmawiać. Jon pójdzie do niego i wciśnie mu jakąś historię – odrzekła stanowczo Keyla. – Marc wyjeżdża dziś po śniadaniu i gotowe.
Tajo odsapnął. Jakoś to nie było żadne rozwiązanie dla niego. Byłoby mu cholernie trudno, nie widzieć Marca ponownie.
– Jedyną alternatywą tego byłoby: Powiedzenie mu prawdy o nas i zaproponowanie mu tutaj roboty. Możemy go jeszcze w zespole potrzebować, jako specjalisty od komputerów i hakera. Wiesz o tym. I Jon nie byłby dłużej przywiązany do centrali, tylko mógłby cię więcej wspierać w misjach – Keyla dała mu do myślenia. – Trochę myślałam w ostatnich dniach o tym, czy to ma sens, jeśli Marc mógłby zostać. On jest, jeśli chodzi o komputery, po prostu geniuszem. I lubię go.
Ale wprowadzić obcego w ich świat zmiennokształtnych, nie było wcale takie łatwe. Jeśli okazałoby się, że Marc puściłby parę z ust i wypaplał ich tajemnicę – to byłby dla niego wyrok.
Tajo rozumiał swoją siostrę. Rozważał to również. Nic nie byłoby piękniejsze, niż mieć tego małego, dzień i noc w pobliżu. Myśl, aby pogłębić to, co między nimi było, kusiła aż za bardzo. A talenty Marca, jako hakera byłyby naprawdę wzbogaceniem dla całego zespołu.
Problem był tylko jeden: Przywiązałby tym Marca na zawsze do siebie i swojej rodziny. On jako przywódca stada musiałby przejąć pełną odpowiedzialność za niego. Takie były reguły w jego świecie. I nie był pewny, czy może to zrobić Marcowi. Marc nigdy by się z tego nie wyplątał, nie mógłby prowadzić zwykłego, niezależnego życia. Gdyby odszedł, musiałby umrzeć.
– Nie, to nie byłoby właściwe. Nie mogę tego od niego wymagać – odparł zrezygnowany Tajo.
– Dobrze, więc postanowione. Marc wyjeżdża za kilka godzin, Jon z nim porozmawia, a ty nie pokazuj mu się więcej – zarządziła Keyla.
Tajo spojrzał tylko na nią i przytaknął. Jak znieczulony podniósł się, opuścił pokój, skacząc dużymi susami po schodach w dół. W popłochu wybiegł z domu i zawrócił się w kierunku lasu. Chciał teraz zostać sam i uniknąć spotkania z Marcem.
Coś skurczyło się w nim. Czuł ucisk w klatce piersiowej, który naprawdę bolał. Takiego bólu jeszcze nigdy nie odczuwał. Czy uczucia mogły naprawdę boleć? Nie, to bzdura, to musiało być coś innego. Może miał po prostu za dużo stresu. W końcu robił to, co powinien, pozwalając Marcowi odejść.
Tajowi ulżyło, kiedy dotarł na skraj lasu. Tam, pod ochroną ciemności, zrzucił z siebie ubranie i ukrył je w krzakach.
Po tym skoncentrował się na lwie w sobie. Przemiana trwała tylko ułamek sekundy i zaraz opadł na cztery łapy, potrząsając krótko po tym okazałą grzywą. Jego widoczność w nocy dostosowała się od ręki, jego wąsy wyczuwały wibracje i zmiany powietrza, jego nos dał mu dokładny obraz jego otoczenia. Jego uszy drgając kierowały się w kierunku lasu, aby przyswoić odgłosy zwierząt wokół niego.
Stłumił to, rycząc triumfująco, zdradzając tym nocy nadejście drapieżnika. A przede wszystkim, aby nie rzucać się w oczy ludzkim mieszkańcom w okręgu kilkunastu kilometrów.
Pod szerokimi łapami czuł warstwę listowia i miękką glebę próchniczą. Wysunął swoje pazury, wbijając je w ziemię. Ból w jego piersi zniknął w wyniku przemiany. Jego uczucia jako lwa były wyraźniejsze, prościej uporządkowane, łatwiejsze do zrozumienia. Czuł się z tym lepiej.
Teraz miał po prostu potrzebę, wbicia swoich pazurów i kłów w miękkie ciało ofiary i duszenia jej, aż przestałaby wierzgać i oddychać. I tak był trochę głodny. Jak prawie o każdej porze dnia.
Ponownie poruszył uszami. Dosyć dużo dziczyzny było w okolicy. Długo nie musiał jej szukać. W kierunku północnym słyszał stado dzików ryjących w ziemi. To był tylko w przybliżeniu godny przeciwnik, ale co z tego. Ponieważ nie było żadnych bawołów do dyspozycji, musiał zadowolić się dzikimi świniami.
Po cichu zakradł się w kierunku stada, zapominając wkrótce o swoich ludzkich problemach.
***
Jon po tym wypadku pospieszył na drugą stronę domu do Marca, do centrali komputerowej. Słyszał każde słowo ich rozmowy i był świadomy tego, co się stało.
Jedyne, co teraz mógł zrobić, to zaprzeczyć wszystkiemu, zatrzeć wrażenia zmysłowe Marca i zasiać wątpliwości co do tego, w co wierzył Marc, że widział. W taki sam sposób musiał go jego starszy brat już kilka razy wyciągnąć z tarapatów. A jako młodszy brat był oczywiście natychmiast po jego stronie. Dogodną historię przygotował sobie Jon już wcześniej.
Marc stał ze skrzyżowanymi ramionami, przyglądając mu się wściekłością.
– No tak, przybyła kawaleria – przyjął Jona, szepcząc. – Daj sobie spokój, Jon. – Jeśli Tajo myśli, że nie musi mi nic wyjaśniać, to ty na pewno nie musisz go zastępować – zbeształ go Marc.
Zanim Jon mógł w ogóle zacząć jakąkolwiek wymówkę, Marc już śmignął obok niego.
Jon spojrzał za nim zmieszany. To wcale nie przebiegło tak, jak on sobie to wyobraził. Ten mały człowieczek zupełnie go zaskoczył.
Marc pognał na drugą stronę do głównego budynku. Po dotarciu do swojego pokoju, zamknął za sobą cicho drzwi, opierając się o nie. W pokoju Taja słyszał ciche szepty, po czym drzwi się otworzyły i Tajo pognał schodami w dół. Marc podszedł do okna, widząc, jak ten czmychnął w stronę lasu.
Tęsknie patrzył za nim.
– Chcę przecież tylko z tobą porozmawiać – mamrotał pod nosem. Zacisnął pięści. Cholera, to było niedorzeczne. Kiedy stojąc naprzeciwko Taja zażądał od niego wyjaśnienia, co do zmiany jego oczu, był po prostu ciekawy. Niezrozumiałe zachowanie Taja przyczyniło się do tego, że chciał zbadać, co to wszystko znaczyło. I był pewien, że zasłużył na to, aby dowiedzieć się prawdy od niego.
Ale właściwie powód tych dziwnych zmian był mu obojętny. Tak, to było mu obojętne, jakie cielesne niezwykłości posiadał Tajo, gdyż one nie były tym, co go w tym facecie przyciągało. No dobrze, jego ciało samo w sobie było oczywiście pociągające, bardzo seksowne i nieprawdopodobnie piękne. Ale to nie było wszystko, jemu podobał się cały facet, a nie tylko jego wygląd. I bardziej frustrowało go, że więcej już nie porozmawiają ze sobą, wyjaśniając ich sytuację. I że nie mógł Tajowi powiedzieć, co do niego czuł.
Wszystko inne nie było dla niego tak ważne.
To było dla niego oczywiste, że nie zobaczy już Taja przed swoim wyjazdem. Klnąc, chwycił walizkę i zaczął pakować swoje rzeczy.
Cholera jasna! Nastąpiło dokładnie to, czego spodziewał się na początku. Jedna namiętna noc, kilka wspaniałych godzin, ale nic więcej. Po co on się w ogóle zadał z Tajem? To musiało się tak skończyć.
Wściekły zatrzasnął wierzch walizki.
Ücretsiz ön izlemeyi tamamladınız.