Kitabı oku: «Dlaczego zabija»
Blake Pierce
Blake Pierce jest autorem bestsellerowej serii kryminałów o agentce RILEY PAGE, w skład której wchodzą: Zaginiona (cz. 1), Porwana (cz. 2) i Pożądana (cz. 3). Blake Pierce napisał również serię kryminałów o MACKENZIE WHITE.
Blake Pierce był od zawsze zapalonym czytelnikiem i miłośnikiem powieści detektywistycznych i thrillerów. Blake bardzo ceni sobie kontakt z czytelnikami i zachęca do odwiedzenia jego strony www.blakepierceauthor.com, godzie możesz dowiedzieć się więcej na temat jego twórczości i skontaktować się z nim.
Copyright © 2016 by Blake Pierce. Wszystkie prawa zastrzeżone. Za wyjątkiem przypadków dozwolonych na mocy amerykańskiej ustawy o prawie autorskim z 1976 r., żadna część tej publikacji nie może być powielana, rozpowszechniana ani przekazywana w żadnej formie ani w jakikolwiek sposób, ani też przechowywana w bazie danych lub systemie wyszukiwania, bez uprzedniej zgody autora. Niniejszy e-book jest przeznaczony do użytku prywatnego i nie wolno go odsprzedawać ani rozdawać innym osobom. Jeśli chcą Państwo udostępnić tę książkę innej osobie, należy kupić odrębny egzemplarz dla każdego odbiorcy. Jeśli czytają Państwo tę książkę, ale jej nie zakupili, ani nie została ona zakupiona wyłącznie do Państwa użytku, prosimy o zwrócenie jej i nabycie własnego egzemplarza. Dziękujemy za uszanowanie ciężkiej pracy tego autora. Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Imiona, postacie, firmy, organizacje, miejsca i wydarzenia stanowią wytwór wyobraźni autora lub wykorzystano je na potrzeby fikcji literackiej. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe. Prawa autorskie do zdjęcia na okładce należą do milijko. Zdjęcie zostało wykorzystane na podstawie licencji iStock.com.
KSIĄŻKI AUTORSTWA BLAKE PIERCE
SERIA KRYMINAŁÓW O RILEY PAIGE
ZAGINIONA (cz. 1)
PORWANA (cz. 2)
POŻĄDANA (cz. 3)
SERII THRILLERÓW O AVERY BLACK
DLACZEGO ZABIJA (cz. 1)
DLACZEGO UCIEKA (cz. 2)
Prolog
To, aby Cindy Jenkins wyszła z wiosennej imprezy w Atrium, organizowanej przez stowarzyszenie studentek, było prawie niemożliwe. Ogromną salę penthouse’u wyposażono w stroboskopowe światła, dwa dobrze zaopatrzone bary i olbrzymią kryształową kulę rzucającą migoczące błyski na parkiet pełen rozbawionych gości. Cindy przez całą noc tańczyła z wszystkimi, przy tym nie tańcząc z nikim konkretnym. Partnerzy przychodzili i odchodzili, a ona zmysłowo potrząsała rudymi włosami, rzucała zniewalający uśmiech i spojrzenie błękitne niczym niebo do każdej tańczącej osoby, na którą akurat się natknęła. Ta noc należała do niej; świętowała nie tylko fakt, że była dumą Kappa Kappa Gamma, ale przede wszystkim wiele trudnych lat walki o utrzymanie tytułu najlepszej.
Wiedziała, że przyszłość ma już zapewnioną.
Przez ostatnie dwa lata pracowała jako stażystka w dużej firmie audytorskiej w centrum. Niedawno zaoferowano jej stanowisko młodszego konsultanta. Początkowe wynagrodzenie pozwoli na zakup nowych ubrań najlepszych marek i wynajęcie mieszkania oddalonego zaledwie o kilka przecznic od firmy. A oceny? Najwyższe na roku. Pewnie, musiała jeszcze jakoś przetrwać do oficjalnego zakończenia studiów, ale dla Cindy słowo “przetrwać” nie istniało. Każdego dnia, bez względu na to, czym się akurat zajmowała, angażowała się w stu procentach. Kierowała się regułą: “Pracujesz na całego i bawisz się na całego”; a dziś wieczorem miała ochotę się bawić.
Jeszcze jeden mocny drink “Dreamy Blue Slush”, jeszcze jeden toast za Kappa Kappa Gamma, jeszcze jeden taniec – uśmiech zagościł na twarzy Cindy na dobre. W migoczącym świetle stroboskopu poruszała się jakby w zwolnionym tempie. Włosy odrzuciła do tyłu, marszcząc zadarty nos do chłopaka, którego znała od lat, a który chciał ją pocałować.
– Dlaczego nie? – pomyślała. Jeden buziak, nic takiego. Nie wpłynie przecież na jej aktualny związek, a wszyscy się przekonają, że nie zawsze występuje w roli wzorowej prymuski przestrzegającej zasad za wszelką cenę.
Znajomi zauważyli to i przyjęli entuzjastycznymi okrzykami.
Cindy odsunęła się od chłopaka. Taniec, w połączeniu z alkoholem i upałem, zaczął w końcu zbierać swoje żniwo. Zachwiała się lekko i, uśmiechając się cały czas, przytrzymała chłopaka za szyję, by nie upaść.
– Chcesz iść do mnie do domu? – wyszeptał.
– Mam chłopaka.
– To gdzie on jest?
No właśnie – przyszło jej do głowy. Gdzie jest Winston? Nie znosił imprez organizowanych przez stowarzyszenie studentek. Zawsze mówił, że to banda pustych lal, które chleją na umór i zdradzają swoich chłopaków.
– Dobra – pomyślała. – Chyba trzeba się z nim w końcu zgodzić! Pocałunek z przypadkowym chłopakiem, jeśli była w związku z innym facetem, stanowił prawdopodobnie najbardziej gorszącą rzecz jaką zrobiła w życiu.
Jesteś zalana – upomniała samą siebie. – Czas się stąd zbierać.
– Muszę iść – powiedziała niewyraźnie, przeciągając słowa.
– Może zatańczymy jeszcze raz?
– Nie – odpowiedziała. – Naprawdę muszę już iść.
Chłopak z żalem ustąpił. Pożerając lubianą studentkę ostatniego roku Harvardu pełnym pożądania spojrzeniem, wycofał się w tłum, kiwając ręką na pożegnanie.
Cindy zatknęła za ucho spocony kosmyk włosów i, ze spuszczonym wzrokiem, zaczęła schodzić z parkietu. Jej twarz promieniała szczęściem. Rozległa się jej ulubiona piosenka, więc wykonała piruet i zakołysała się wychodząc z tłumu.
– Nieeeeee! – zajęczeli jej znajomi widząc, że zmierza do wyjścia.
– A ty dokąd? – dopytywał się ktoś.
– Do domu. – odpowiedziała.
Przyjaciółka, Rachel, przedarła się przez grupę osób i chwyciła Cindy za ręce. Niska, przysadzista brunetka, chociaż ani nie najładniejsza, ani nie najmądrzejsza spośród znajomych, emanowała agresywnym seksapilem plasującym ją zwykle w centrum uwagi. Miała na sobie srebrną sukienkę tak skąpą, że z każdym jej ruchem odnosiło się wrażenie, że ciało zaraz wyleje się z materiału.
– Nie możesz tak po prostu wyjść. – zakomenderowała.
– Jestem zalana w sztok. – wyjęczała Cindy.
Ale nawet nie było jeszcze żadnego żartu na Prima Aprilis! A to przecież najważniejsza część naszej imprezy! Proszę cię! Zostań jeszcze chwilę!
Cindy pomyślała o swoim chłopaku. Chodzą ze sobą od dwóch lat. Tej nocy mieli się spotkać u niej. Wewnętrznie skrzywiła się na myśl o przypadkowym pocałunku na parkiecie. – Jak ja się z tego wytłumaczę? – zastanowiła się.
– Serio – powiedziała. – Muszę iść.
Nawiązując do nieprzyzwoicie zmysłowej natury Rachel, rzuciła znaczące spojrzenie w stronę chłopaka, z którym się całowała i żartobliwie dodała. – Kto wie jak to się skończy, jeśli zostanę?
– Oooo! – wykrzyknęli znajomi.
– Film jej się urywa!
Cindy cmoknęła Rachel w policzek i szepnęła:
– Fajnego wieczoru! Widzimy się jutro.
Skierowała się w stronę drzwi.
Chłodne wiosenne powietrze na zewnętrz sprawiło, że Cindy wykonała głęboki wdech. Wytarła pot z twarzy i w krótkiej, żółtej, letniej sukience w podskokach podążyła Church Street. Wzdłuż przecznicy ciągnęły się niskie budynki z cegły i kilka solidnych domów otulonych drzewami. Skręciła w lewo w Brattle Street, przeszła na drugą stronę i dalej w kierunku południowo-zachodnim.
Na rogach większości ulic paliły się latarnie; tylko część Brattle Street tonęła w mroku. Nie przejmując się tym, Cindy przyspieszyła kroku, szeroko rozpostarła ramiona jakby cienie były w stanie oczyścić jej organizm z alkoholu i zmęczenia i wlać w nią energię potrzebną na randkę z Winstonem.
Doszła do wąskiej alejki po lewej stronie. Instynkt nakazał jej zachować ostrożność. W końcu było bardzo późno. Należało mieć na uwadze, że Boston posiada także swoją mniej bezpieczną stronę. Pozostawała jednak w takim uniesieniu, że trudno było uwierzyć, że istnieje coś, co może stanąć na drodze do jej przyszłości.
Kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Gdy skręciła, było już za późno.
Poczuła nagły ostry ból w szyi. Taki, że wstrzymała oddech. Spojrzała za siebie i zobaczyła błyszczącą w świetle igłę.
Igłę.
Serce zaczęło jej walić jak szalone, a cała radość natychmiast gdzieś uleciała.
Jednocześnie poczuła, że ktoś napiera jej na plecy, a chwyt szczupłej ręki blokuje jej ramiona. Ciało, mniejsze od jej ciała, było silne. Szarpnięciem wciągnięto ją tyłem w alejkę.
– Ciiiiii!
Myśl, że to może być żart, wyparowała w momencie, gdy usłyszała złowrogi, mocny głos. Próbowała kopać i krzyczeć. Z jakiegoś powodu głos utknął jej w krtani, jakby coś spowodowało zwiotczenie mięśni szyi. Poczuła też, że nogi ma jak z waty, z trudem utrzymywała się w pionie.
– Zrób coś! – nakazywała sobie, świadoma, że w przeciwnym wypadku zginie.
Ramię obejmowało prawą stronę jej ciała. Cindy wykręciła się z uścisku, a jednocześnie rzuciła głową w tył, aby uderzyć napastnika w czoło. Jej potylica trafiła go w nos, prawie usłyszała chrzęst kości. Napastnik zaklął, wstrzymując oddech i puścił ją.
– Uciekaj! – krzyczała w duchu.
Ciało jej jednak nie posłuchało. Kolana ugięły się pod nią. Padła ciężko na beton.
Leżała na plecach, z rozchylonymi nogami i nienaturalnie wykręconymi ramionami, nie będąc w stanie się ruszyć.
Napastnik klęknął przy niej. Twarz zasłaniała mu przekrzywiona peruka, sztuczne wąsy i grube okulary. Oczy za szkłami sprawiły, że jej ciałem wstrząsnął dreszcz – były zimne i bezlitosne. Bezduszne.
– Kocham cię – powiedział.
Cindy próbowała krzyknąć; z jej gardła wydobył się tylko jakiś gulgot.
Człowiek prawie dotykał jej twarzy. Potem, jakby uświadomił sobie, gdzie są i szybko wstał.
Cindy poczuła chwyt na rękach, a zaraz potem, że ktoś ciągnie ją alejką.
Do oczu napłynęły jej łzy.
W duchu błagała:
– Niech mi ktoś pomoże. Pomocy! Pomyślała o kolegach z roku, przyjaciołach, śmiechu na imprezie. – Pomocy!
Niewielka postać wzięła ją, na końcu ścieżki, na ręce i mocno przytuliła. Głowa Cindy opadła na ramię napastnika, który czule pogładził ją po włosach.
Chwycił ją za rękę i zakręcił się z nią, jakby byli zakochani.
– Wszystko dobrze – powiedział głośno, jakby zwracając się do kogoś innego. – Otworzę tylko drzwi.
Cindy zauważyła w oddali jakichś ludzi. Myślenie sprawiało jej trudność. Nie mogła się poruszyć; próba wydania głosu nie powiodła się.
Niebieski minivan była otwarta od strony pasażera. Wrzucił ją do środka i ostrożnie zamknął za nią drzwi tak, aby głową oparła się o szybę.
Postać wsiadła po stronie kierowcy, pod głowę wsunęła jej miękki worek przypominający poduszkę.
– Śpij, kochanie – powiedział nieznajomy, przekręcając kluczyk w stacyjce. – Śpij.
Samochód ruszył, a umysł Cindy zapadał się w ciemność. Ostatnią myślą była przyszłość, jej świetlana, niewiarygodna przyszłość, którą tak nagle i tak brutalnie jej odebrano.
Rozdział pierwszy
Avery Black stała z tyłu wypełnionej ludźmi sali konferencyjnej, oparta o ścianę, pogrążona w myślach, jakby usiłowała rozgryźć to, co dzieje się wokół niej. W niewielkim pomieszczeniu tłoczyło się ponad trzydziestu policjantów Komisariatu Policji przy New Sudbury Street w Bostonie. Dwie ściany były pomalowane na żółto; dwie, wykonane ze szkła, wychodziły na pierwsze piętro budynku. Nadkomisarz Mike O’Malley, dobiegający pięćdziesiątki, niski, mocno zbudowany, mieszkaniec Bostonu od zawsze, o ciemnych oczach i ciemnych włosach, chodził tam i z powrotem za usytuowanym na podwyższeniu pulpitem. Avery wydawało się, że jest stale pobudzony do tego stopnia, że czuje się dyskomfortowo we własnej skórze.
– A na koniec – powiedział z charakterystycznym akcentem. – Chciałbym powitać Avery Black w Wydziale Zabójstw.
W sali zabrzmiały wymuszone oklaski zaledwie kilku osób; pozostali zachowali krępującą ciszę.
– Dajcie spokój – żachnął się nadkomisarz. – Nie tak traktuje się nowego detektywa. W zeszłym roku pani Black aresztowała więcej osób, niż ktokolwiek z was. Bez mała własnoręcznie zapuszkowała gości z West Side Killers. No, trochę szacunku! – powiedział i, z dwuznacznym uśmieszkiem, skinął głową w kierunku siedzących z tyłu.
Avery zwiesiła głowę, wiedząc, że tlenione na blond włosy ukryją jej twarz. Ubrała się bardziej jak prawniczka niż glina, a skrojony na miarę czarny żakiet i spodnie oraz zapinana na guziki bluzka czyli strój stanowiący relikt przeszłości z czasów, gdy była adwokatem, stanowił jeszcze jeden powód, dla którego większość personelu komisariatu policji postanowiła jej unikać albo nabijać się z niej za plecami.
– Avery! – nadkomisarz wzniósł ręce do góry. – Próbuję panią jakoś wprowadzić. Pobudka!
Rozejrzała się wokół, zmieszana, po spoglądających na nią wrogo twarzach. W głowie kiełkowała jej myśl, czy przyjście do Wydziału Zabójstw to rzeczywiście dobry pomysł.
– No dobra, zabieramy się do roboty – dodał nadkomisarz – zwracając się do pozostałych osób w sali. – Avery, widzę panią u siebie, w biurze. Już. Zwrócił się do innego policjanta. – I ciebie też, i ciebie, Hennessey, no ruszać się. A ty, Charlie, dokąd się stąd tak spieszysz?
Avery odczekała, aż tłum funkcjonariuszy wyjdzie i skierowała się do biura. Przed nią stał policjant, ten, którego już widziała na komisariacie, a który oficjalnie się z nią nie przywitał. Ramirez był od niej nieco wyższy, szczupły, o zwracającej uwagę urodzie i ciemniejszej karnacji Latynosa. Miał ciemne, krótkie włosy, gładko ogoloną twarz; elegancki, szary garnitur nie był w stanie zakamuflować egzystencjonalnego luzu, który emanował z jego postawy i wyglądu. Upił łyk kawy i mierzył ją pozbawionym emocji spojrzeniem.
– Czy mogę panu w czymś pomóc? – spytała.
– Sprawy mają się wręcz odwrotnie – odparł. – To ja mam pomóc pani.
Podał jej rękę, ale jej nie przyjęła.
– Próbuję wziąć niesławną Avery Black na celownik. Różne rzeczy tu gadają. Chciałem się przekonać, które z nich są prawdziwe. Jak dotąd mamy dwie: “jej myśli krążą gdzie indziej, zachowuje się, jakby była lepsza od nas wszystkich.” Zgadza się. Jedno i drugie. Nieźle, jak na poniedziałek.
Avery przyzwyczaiła się już do prowokacyjnych zaczepek ze strony funkcjonariuszy. Zaczęły się trzy lata temu, gdy, jako żółtodziób, wstąpiła do służby. W tym zakresie nic się nie zmieniło. Niewiele osób w wydziale uznawała za kolegów, jeszcze mniej darzyło ją zaufaniem jako współpracownika.
Przemknęła się obok niego.
– Powodzenia z szefem – zawołał sarkastycznie Ramirez. – Słyszałem, że potrafi nieźle dopieprzyć.
W odpowiedzi Avery tylko lekko, z rezygnacją, machnęła ręką. Zbierając doświadczenia latami nauczyła się, że lepiej zauważać obecność wrogo nastawionych partnerów, niż kompletnie ich unikać; wysłać sygnał, że jest na posterunku i nie zamierza rozpłynąć się we mgle.
Pierwsze piętro komendy policji A1 w centrum Bostonu stanowiło dynamiczne, tętniące życiem miejsce, w którym cały czas coś się działo. Środek pomieszczenia wypełniały boksy, a boczne okna zabudowano szklanymi ścianami, tworząc małe wydzielone pomieszczenia / biura. Policjanci gapili się na przechodzącą Avery.
– Morderczyni – wymamrotał ktoś zduszonym głosem.
– Wydział Zabójstw pasuje do ciebie jak ulał, co? – powiedział jeszcze ktoś inny.
Avery minęła irlandzką policjantkę, którą wyrwała z łap gangu. Policjantka rzuciła jej krótkie spojrzenie i wyszeptała:
– Powodzenia, Avery. Zasługujesz na to.
Avery uśmiechnęła się:
– Dziękuję.
Pierwsze miłe słowa skierowane do niej tego dnia przywróciły jej pewność siebie, tak potrzebną, gdy szła do biura nadkomisarza. Ku jej zaskoczeniu Ramirez stał parę metrów przed przepierzeniem z szyby. Podniósł kubek z kawą i wyszczerzył w uśmiechu zęby.
– Niech pani wejdzie – powiedział szef. – I zamknie za sobą drzwi.
Avery usiadła.
Z bliska O’Malley był jeszcze bardziej przerażający. Jego farbowane włosy rzucały się mocno w oczy; podobnie jak zmarszczki wokół oczu i ust. Pomasował sobie skronie i rozparł się na krześle.
– Podoba się tu pani? – zapytał.
– Co pan ma na myśli?
– Chodzi mi o to miejsce, A1. Serce Bostonu. Pani znalazła się w samym centrum wydarzeń. Psy w wielkim mieście muszą mieć grubą skórę. Pani pochodzi z małej miejscowości, prawda? Z Oklahomy?
– Ohio.
– No tak, no tak – wymamrotał. – A co w A1 podoba się pani najbardziej? W Bostonie jest mnóstwo innych posterunków. Mogłaby pani rozpocząć od południa, B2, może D14, poczuć smak przedmieścia. Grasuje tam wiele gangów. A pani złożyła podanie tutaj.
– Lubię duże miasta.
– Tutaj mamy prawdziwych psycholi. Na pewno chce się pani znów w to pchać? Do Wydziału Zabójstw. To nie są przelewki!
– Widziałam, jak szef West Side Killers obdziera kogoś żywcem ze skóry, a reszta przygląda się ze śpiewem na ustach. Zatem o jakich “psycholach” mówimy?”
O’Malley obserwował każdy jej ruch.
– Z tego, co słyszałem – powiedział – o tym świrze z Harvardu, grała pani ostro. A on wystawił panią na pośmiewisko. Zniszczył pani życie. Z adwokata-gwiazdy zdegradowano panią do adwokata w niełasce, a potem do pani-nikt. Następnie początkująca policjantka. To musiało zaboleć.
Avery skurczyła się na krześle. Czemu musiał to wszystko przywoływać? Dlaczego właśnie teraz? Dzisiaj, gdy świętowała awans do Wydziału Zabójstw i nie chciała sobie psuć tej chwili. A już z pewnością nie chciała grzebać w przeszłości. Co się stało, to się nie odstanie. Mogła tylko spoglądać w przyszłość.
– Ale odkręca to pani – kiwnął w uznaniu głową. – Rozpoczęła tu pani nowe życie. Tym razem po właściwej stronie. Z tego tytułu – szacunek. Ale – powiedział – chcę mieć pewność, że jest pani gotowa. Czyli jak – gotowa?
Wytrzymała spojrzenie zastanawiając się, dokąd on zmierza.
– Jeśli nie byłabym gotowa – rzekła – nie byłoby mnie tutaj.
Kiwnął potakująco głową, wyraźnie zadowolony.
– Właśnie odebraliśmy telefon – powiedział. -Dziewczyna nie żyje. Wyreżyserowana śmierć. Nie wygląda to dobrze. Chłopaki na miejscu zbrodni nie wiedzą, jak to ugryźć.
Serce Avery zabiło szybciej.
– Jestem gotowa – odparła.
– Jest pani? – spytał. – Jest pani dobra, ale jeśli okaże się, że to duża sprawa, chcę mieć pewność, że pani nie pęknie.
– Ja nie pękam – stwierdziła.
– I to właśnie chciałem usłyszeć – powiedział i przesunął jakieś papiery na biurku. – Dylan Connelly kieruje Wydziałem Zabójstw. Teraz pracuje na miejscu z technikami. Acha, ma pani nowego partnera. Proszę nie pozwolić, aby i on zginął.
– To nie była moja wina – obruszyła się Avery i wewnętrznie najeżyła się na myśl o niedawnym dochodzeniu prowadzonym przez Wydział Spraw Wewnętrznych, ponieważ jej były partner – choleryk z uprzedzeniami – pojechał po bandzie starając się infiltrować gang na własną rękę. Aby samemu zebrać chwałę za odwaloną robotę.
Szef wskazał coś na zewnątrz.
– Partner czeka. Pani jest detektywem prowadzącym. Proszę mnie nie zawieść.
Avery obróciła się i ujrzała czekającego Ramireza. Jęknęła.
– Ramirez? Dlaczego właśnie on?
– Szczerze? – Kapitan wzruszył ramionami. – On jako jedyny chciał z panią pracować. Pozostali najwyraźniej pani nie cierpią.
Poczuła jak kurczy jej się żołądek.
– Jest pani nowa, proszę baczyć na każdy krok – dodał wstając, aby zasygnalizować, że spotkanie dobiegło końca. – Przyda się pani każdy kolega, którego uda się pani zdobyć.
Rozdział drugi
– I jak było? – spytał Ramirez, gdy Avery wyszła z biura.
Spuściła głowę i szła przed siebie. Nie znosiła grzecznościowej wymiany zdań, żadnemu koledze – policjantowi nie ufała na tyle, aby mógł z nią rozmawiać, nie narażając się na złośliwości.
– Dokąd idziemy? – odpowiedziała pytaniem.
– Służbowo – Ramirez posłał jej uśmiech. – Warto wiedzieć, jak się sprawy mają. No dobra, Black. Na ławce w Lederman Park nad rzeką mamy martwą dziewczynę. To bardzo uczęszczana okolica. Nietypowe miejsce na pozostawienie ciała.
Policjanci po kolei witali się z Ramirezem.
– Nie popuszczaj jej, stary!
– Weź ją w cugle, Ramirez.
Avery potrząsnęła głową:
– Jak miło! – powiedziała.
Ramirez podniósł ręce.
– Przecież to nie ja.
– To wy wszyscy – skwitowała szyderczo. – Nie przypuszczałam, że komisariat może być gorszy od kancelarii adwokackiej. Tajny klub dla chłopców, co? Żadnych bab.
– Wyluzuj, Black.
Skierowała się do windy. Kilku funkcjonariuszy pogratulowało sobie, że udało się jej dopiec. Zwykle Avery była w stanie to ignorować, ale coś w związku z nową sprawą do głębi nią wstrząsnęło. Słowa, którymi posłużył się nadkomisarz wskazywały, że nie chodziło o proste zabójstwo: Nie wiem, jak to ugryźć. Wyreżyserowana śmierć.
A buńczuczną, pełną dystansu postawę nowego partnera trudno było uznać za kojącą. Wydaje się oczywista. Nigdy nic nie było oczywiste.
Drzwi windy prawie się zamknęły, gdy Ramirez wsunął między nie dłoń.
– Przepraszam, wszystko w porządku?
Wydawał się szczery. Dłonie w górze, przepraszające spojrzenie ciemnych oczu. Przycisk był wciśnięty, pojechali w dół.
Avery rzuciła mu szybkie spojrzenie.
– Komisarz powiedział, że jako jedyny chciałeś ze mną pracować. Dlaczego?
– Jesteś Avery Black – odpowiedział, jakby to było oczywiste. – Trudno mi było powstrzymać ciekawość. Nikt tak naprawdę cię nie zna, ale wszyscy wystawiają ci jakąś opinię: idiotka, geniusz, była gwiazda, typ “wstaję i do przodu”, morderczyni, wybawicielka. Chciałem oddzielić fakty od fikcji.
– A co ciebie to obchodzi?
Ramirez uśmiechnął się do niej enigmatycznie.
Nic jednak nie powiedział.
* * *
Avery szła za Ramirezem przez podziemny parking. Bez krawata, dwa górne guziki u koszuli miał rozpięte.
– Stoję tam – pokazał.
Minęli kilku policjantów w mundurach, którzy najwyraźniej go znali; jeden pomachał i posłał mu dziwne spojrzenie, jakby pytał: A ty co masz z nią wspólnego?
Poprowadził ją do zakurzonego, wiśniowego Cadillaca ze starymi, powycieranymi, brązowymi siedzeniami.
– Nie ma to jak komfort jazdy – zażartowała.
– To cudo wyciągnęło mnie z niejednej opresji – pochwalił się i z czułością pogładził karoserię. – Wystarczy, że ubiorę się jak alfons albo wychudzony Latynos i nikt nie zwraca na mnie uwagi.
Wyjechali z parkingu.
Lederman Park dzieliło od posterunku zaledwie kilka mil. Pojechali Cambridge Street na zachód i skręcili w prawo w Blossom.
– No więc – powiedział Ramirez – Słyszałem, że kiedyś byłaś prawniczką.
– Taaaa? – Z boku padło na niego pełne rezerwy spojrzenie błękitnych oczu. – To co jeszcze usłyszałeś?
– Adwokat przestępców – dodał – najlepsza z najlepszych. Pracowałaś w firmie Goldfinch & Seymour. Nie jakaś tam firemka. Dlaczego stamtąd odeszłaś?
– A nie wiesz?
– Wiem, że broniłaś różne szumowiny. Niezły dorobek, co? Nawet udało ci się wsadzić za kratki kilku umoczonych policjantów. To musiało być życie! Solidna pensja, niekończący się ciąg sukcesów. Jaki człowiek rzuca coś takiego, żeby wstąpić do policji?
Avery przypomniała sobie dom, w którym dorastała – niewielką farmę otaczała ciągnąca się w nieskończoność pustka. Samotność nigdy jej nie odpowiadała. Ani zwierzęta, ani zapachy tego miejsca: odchodów, futra i piór. Od początku chciała stamtąd uciec. I udało się – do Bostonu. Najpierw na uczelnię, potem do szkoły prawniczej i do pracy.
A teraz to.
Westchnęła.
– Chyba czasem sprawy przybierają inny bieg, niż planujemy.
– A to co ma znaczyć?
W myślach znów zobaczyła ten uśmiech, stary, złowieszczy uśmiech starego, pokrytego zmarszczkami człowieka w grubych okularach. Początkowo sprawiał wrażenie szczerej, pełnej pokory, inteligentnej i uczciwej osoby. Uświadomiła sobie, że każdy z nich sprawiał takie wrażenie.
Do zakończenia procesów i powrotu wszystkich do codzienności, była zmuszona akceptować fakt, że nie jest żadnym wybawcą bezbronnych, obrońcą ludu, lecz zwykłym pionkiem w grze zbyt złożonej i ugruntowanej, aby móc coś zmienić.
– Życie jest ciężkie – ciągnęła. – Jednego dnia uważasz, że coś tam wiesz, a kolejnego zasłona opada i wszystko się zmienia.
Przytaknął.
– Howard Randall – powiedział, doznając olśnienia.
To nazwisko uświadomiło jej wszystko – chłodne powietrze w samochodzie, fotel, na którym siedziała, lokalizację w mieście. Nikt go nie wymawiał od dawna, szczególnie w jej obecności. Poczuła się słaba i bezbronna, napięła mięśnie i wyprostowała się na siedzeniu.
– Przepraszam – powiedział. – Nie chciałem …
– W porządku – ucięła.
Ale nie było w porządku. Po nim wszystko się dla niej skończyło. Życie. Kariera. Zdrowie psychiczne. Praca adwokata stanowiła, eufemistycznie rzecz ujmując, wyzwanie, ale on był osobą, która miała wszystko przywrócić na właściwe tory. Genialny profesor Harvardu – powszechnie szanowany, prostolinijny i uprzejmy, oskarżony o morderstwo. Jego obrona miała być wybawieniem dla Avery. Tym razem to, o czym marzyła od dzieciństwa, miało się ziścić: przeprowadzi obronę niewinnej osoby i zapewni zwycięstwo sprawiedliwości.
Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Rozdział trzeci
Park został zamknięty dla spacerowiczów.
Dwóch funkcjonariuszy w cywilu zatrzymało samochód Ramireza. Szybkim ruchem ręki kazali opuścić główny parking i przejechać na lewo. Wśród policjantów niewątpliwie z jej wydziału Avery zauważyła kilku z policji stanowej.
– A ci ze stanowej co tu robią? – spytała.
– Stacjonują przy tej ulicy.
Ramirez podjechał do krawężnika i zaparkował obok ciągu radiowozów. Żółtą taśmą odgrodzono sporą część terenu. Zgromadziły się przy niej wozy reporterskie, dziennikarze, gromada biegaczy i parkowych bywalców, aby spróbować podejrzeć, co się dzieje.
– Dalej nikt nie wchodzi – zarządził policjant.
Avery pokazała odznakę.
– Zabójstwa – powiedziała. Po raz pierwszy dotarło do niej, jakie ma teraz stanowisko, a to wypełniło ją dumą.
– Gdzie jest Connelly? – spytał Ramirez.
Funkcjonariusz wskazał w kierunku drzew.
Przeszli przez trawnik, mijając po lewej boisko do baseballa. Na linii drzew natknęli się na więcej żółtej taśmy. Pod gęstym listowiem wzdłuż rzeki Charles River wiła się ścieżka. Przed ławką stał policjant, z technikiem i fotografem.
Avery unikała pierwszego kontaktu z osobami znajdującymi się na miejscu zbrodni. Z upływem czasu stwierdziła, że interakcje z ludźmi ją dekoncentrują, a zbyt wiele pytań i formalności zaburza punkt widzenia. Niestety, to kolejna cecha, która sprowadziła na nią pogardę całego wydziału.
Ofiarą była młoda dziewczyna, którą położono w poprzek ławki. Niewątpliwie już nie żyła, ale z wyjątkiem sinego odcienia skóry, i ułożenie ciała, i wyraz twarzy mogły sprawiać, że przechodnie zastanowiliby się dwa razy zanim przyszłoby im do głowy, czy coś jest nie w porządku.
Niczym u kochanki oczekującej na adoratora, ręce dziewczyny umieszczono na oparciu ławki. Broda opierała się na dłoniach. Na ustach gościł figlarny uśmiech. Sylwetka była obrócona, jakby z pozycji siedzącej ruszyła się, by spojrzeć na kogoś lub wydać ciężkie westchnienie. Miała na sobie żółtą, letnią sukienkę i białe klapki. Piękne, rude włosy spływały po jej lewym ramieniu. Palce skrzyżowanych stóp spoczywały lekko na ścieżce.
Jedynie oczy ofiary zdradzały przez co przeszła. Emanował z nich ból i niedowierzanie.
W głowie Avery zabrzmiał głos, głos starego człowieka, którzy prześladował ją dniami i nocami. Mając na myśli własne ofiary zapytał ją kiedyś:
– Kim oni są? Naczyniami, bezimiennymi naczyniami bez twarzy, niewielu wśród milionów, w oczekiwaniu, aż pojawi się jakiś cel.
Poczuła wzbierający w niej gniew, gniew zrodzony z bezradności i poniżenia, a przede wszystkim, z faktu, że całe jej życie legło w gruzach.
Zbliżyła się do zwłok.
Jako prawniczka była zmuszona do studiowania niekończących się ekspertyz kryminalistycznych i zdjęć wykonanych przez koronerów oraz wszystkich innych rzeczy, które dotyczyły sprawy. Teraz do zadań służbowych należała analiza ofiar morderstw, a to zarówno poszerzało jej wiedzę jako policjantki, jak i pozwalało na dokonywanie bardziej rzetelnych ocen
Zauważyła, że sukienka została wyprana, a włosy ofiary wymyte. Paznokcie u rąk i nóg były świeżo opiłowane, a gdy wciągnęła w nozdrza zapach skóry, rozpoznała woń kokosa i miodu i ledwie wyczuwalny formaldehyd
– Chcesz to całować czy co? – ktoś zapytał.
Avery pochyliła się nad ciałem ofiary, ręce trzymała za plecami. Ławkę oznaczono żółtą tabliczką z numerem “4”. Poza tym w okolicy talii dziewczyny znajdował się sztywny, pomarańczowy włos, ledwie zauważalny na żółtym tle sukienki.
Szef Wydziału Zabójstw, Dylan Connelly, stał w nonszalanckiej pozie, oczekując odpowiedzi. Mocno zbudowany, krzepki, o jasnych włosach i przenikliwych, niebieskich oczach. Szeroki tors i ramiona prawie rozrywały szwy niebieskiej koszuli. Miał na sobie brązowe, lniane spodnie. Stopy ginęły w masywnych, czarnych butach. Avery często widziała go w biurze; nie był dokładnie w jej typie, ale, w jakimś wymiarze, przywodził na myśl dzikość zwierzęcia, co akurat podziwiała.
– To miejsce zbrodni, proszę pani. Następnym razem proszę uważać, gdzie pani stąpa. Na szczęście zabezpieczyliśmy ślady i odciski butów.
Zbita z tropu spojrzała w dół. Przecież szła ostrożnie. Popatrzyła mu prosto w stalowoniebieskie oczy, uświadamiając sobie, że Connelly szuka powodu, aby się na niej wyżyć.
– Nie miałam pojęcia, że to miejsce zbrodni – powiedziała. – Dzięki za informację.
Ramirez parsknął śmiechem.
Connelly zacisnął szczękę i zrobił krok w przód.
– Wie pani dlaczego ludzie pani nie znoszą, Black? Ano dlatego, że wbrew pozorom nie jest pani jedną z nas. Poza tym, gdy pani pracowała gdzie indziej, nie żywiła pani szacunku dla policji. A będąc w policji, szanuje ją pani jeszcze mniej. Postawię sprawę jasno, nie lubię pani. Nie ufam pani i za cholerę nie chciałem mieć pani w moim zespole.
Odwrócił się do Ramireza.
– Przekaż jej to, co wiemy. Idę do domu wziąć prysznic. Niedobrze mi – powiedział. Zdjęte rękawiczki cisnął na ziemię. A potem dodał, zwracając się do Avery:
– Oczekuję pełnego raportu na koniec dnia. Punktualnie o piątej. W sali konferencyjnej. Słyszy pani? Tylko żadnych opóźnień. Acha i posprzątajcie ten śmietnik, zanim wyjedziecie. Policja stanowa grzecznie się stąd zabrała, pozwalając nam pracować. A pani będzie tak miła i okaże im odrobinę uprzejmości.
Connelly, nadęty, odszedł.
– Ty to wiesz jak podejść człowieka – zachwycił się Ramierez.
Avery wzruszyła ramionami.
Technikiem dochodzeniowo-śledczym na miejscu zbrodni okazała się niezwykle zgrabna czarnoskóra Randy Johnson. Miała ogromne oczy i natychmiast wzbudzała sympatię. Krótkie, czarne dredy tylko częściowo ukryła pod białą czapką.
Avery już się z nią kiedyś zetknęła. Szybko znalazły wspólny język, rozpracowując sprawę związaną z przemocą domową. Ostatnim razem widziały się przy jakiś drinku.
Ucieszona, że będzie pracować z Avery przy kolejnej sprawie Randy wyciągnęła rękę, zarumieniła się, zaśmiała, powiedziała – Oj! – a potem zrobiła głupią minę i stwierdziła – Przecież już mogłam się czymś zarazić.
– Miło cię widzieć, Randy.
– Gratuluję awansu do Zabójstw – powiedziała Randy wykonując lekki teatralny ukłon. – Pniemy się na tym świecie coraz wyżej.
– Od psychola do psychola. A tutaj co mamy?
– Można powiedzieć, że ktoś się zakochał – odparła Randy. – Pięknie ją wyczyścił. Otworzył na plecach. Dokładnie pozbawił wszelkich płynów, wypełnił tak, aby nie zgniła i zaszył. Świeże ubrania. Manicure. Do tego uważny. Na razie żadnych śladów. Dopiero w laboratorium będę mogła stwierdzić, czy mamy coś więcej. Znalazłam tylko dwie rany. Widzisz jej usta? Przypinając mięśnie szpilkami od wewnątrz lub używając żelu można osiągnąć efekt, aby zwłoki trzymały taki uśmiech. Ta rana kłuta – wskazała na kącik ust – wskazuje, że to był chyba zastrzyk. A tutaj jest jeszcze jedna – zaznaczyła coś na szyi. – Po zabarwieniu można sądzić, że wykonano ją wcześniej, może podczas porwania. Ciało jest martwe od około czterdziestu ośmiu godzin. Znalazłam kilka interesujących włosów.
– A jak długo ona jest tutaj?
– Rowerzyści znaleźli ją o szóstej – powiedział Ramirez. – Każdej nocy patrol robi obchód parku około północy i o trzeciej nad ranem. Niczego nie zauważyli.
Avery nie mogła oderwać wzroku od martwych oczu dziewczyny. Sprawiały wrażenie, jakby wpatrywały się w coś w oddali, blisko linii brzegowej, po tej stronie rzeki. Ostrożnie przeszła na tył ławki i spróbowała spojrzeć w tę samą stronę. Nieco niżej, przy rzece, stało kilka niskich, ceglanych budynków. Jeden krótki z białą kopułą wieńczącą dach.
– Co to za budynek? – spytała. – Ten wielki z kopułą?
Ramirez zmrużył oczy.
– Chyba kino Omni?
– Czy można się dowiedzieć, co grają?
– Dlaczego?
– Nie wiem, Przeczucie.
Avery wstała.
– Wiemy kim ona jest?
– Tak – odpowiedział Ramirez i zerknął w notatki. – Nazywa się chyba Cindy Jenkins. Ostatni rok Harvardu. Należała do stowarzyszenia studentek Kappa Kappa Gamma. Zaginęła dwa dni temu. Wczoraj wieczorem policja z kampusu i gliny z Cambridge opublikowały jej zdjęcie. Connelly kazał swoim ludziom przejrzeć zdjęcia. Jej pasowało. Czekamy jeszcze na potwierdzenie. Zadzwonię do rodziny.
– A co z monitoringiem?
– Zajmują się tym Jones i Thompson. Znasz ich, prawda? Świetni detektywi. Przypisano ich do nas na dzisiaj. Potem działamy już sami, chyba, że okaże się, że potrzebujemy dodatkowego wsparcia. Nie ma kamer przy wejściu do parku, ale jest kilka na autostradzie i po drugiej stronie ulicy. Dziś po południu powinniśmy już coś wiedzieć.
– Jacyś świadkowie?
– Jak dotąd – brak. Rowerzyści są czyści. Rozejrzę się.
Avery zlustrowała najbliższą okolicę. Żółta taśma okalała sporą część parku. Ani w pobliżu rzeki, ani na ścieżce rowerowej czy trawie nie było niczego nietypowego. Spróbowała stworzyć w głowie obraz wydarzeń. Przejechał główną ulicę samochodem, zaparkował w pobliżu wody, aby łatwiej dotrzeć do ławki. W jaki sposób przeniósł ciało do ławki nie wzbudzając podejrzeń?
Zastanowiła się. Ludzie mogli go obserwować. Musiał się do tego przygotować? Może tak to upozorował, aby wyglądało, że ona żyje? Avery odwróciła się znów w kierunku zwłok. Z pewnością istniała taka możliwość. Dziewczyna, nawet po śmierci, była piękna, niemal eteryczna. Wyraźnie poświęcił mnóstwo czasu i skrupulatnie planował, aby doprowadzić jej wygląd do perfekcji. Uświadomiła sobie, że nie zabił jej gang, ani wzgardzony kochanek. Tutaj było inaczej. Avery widziała wcześniej takie przypadki.
Nagle przyszło jej do głowy czy O’Malley nie miał racji. Może ona nie była jeszcze gotowa.
– Mogę pożyczyć twój wóz? – spytała.
Ramirez podniósł jedną brew.
– A miejsce zbrodni?
Odpowiedziała pewnym siebie wzruszeniem ramion.
– Jesteś już duży. Radź sobie.
– A ty gdzie się wybierasz?
– Na Harvard.
Rozdział czwarty
Siedział w biurowym boksie – dominujący, zwycięski i najsilniejszy ze wszystkich istot ziemskich. Przed nim stał otwarty ekran komputera. Z głębokim wdechem zamknął oczy i wspominał.
Przywołał obraz przepastnej piwnicy swojego domu, przypominającej bardziej szkółkę roślin ogrodowych. W pomieszczeniu głównym ustawił w szeregu kilka odmian maków: czerwone, żółte i białe. Inne psychodeliczne okazy, przypominające istoty z zaświatów, systematycznie gromadzone od niepamiętnych lat, królowały w długich skrzynkach. Wśród nich przypominające pozaziemskie istoty chwasty i intrygujące kwiatostany. Przez swój niepozorny wygląd wiele z nich nie zwróciłoby niczyjej uwagi w swoim naturalnym otoczeniu, gdyby nie ich działanie. Dzięki sterowanemu systemowi podlewania, miernikowi temperatury oraz światłu LED bujnie się rozrastały.
Długi łącznik z drewnianych bali prowadził do innych pomieszczeń. Na ścianach wisiały zdjęcia. Większość z nich przedstawiało zwierzęta w różnym stadium śmierci, a następnie “odrodzenia” po ich wypchaniu i ustawieniu; bury kot na tylnych łapach podczas zabawy włóczką, leżący na plecach biały pies w czarne cętki, oczekujący, aż ktoś podrapie go po brzuchu.
A następnie drzwi. Wyobraził sobie, że drzwi po lewej są otwarte. Tam, ujrzał to ponownie, jej nagie ciało rozciągnięte na srebrnym stole. Silne, fluorescencyjne światło rozjaśniało przestrzeń. W szklanej szafce znajdowały się liczne słoiki z kolorowymi cieczami.
Poczuł dotyk jej skóry, gdy przesunął palcami po zewnętrznej części uda. W myślach wykonał raz jeszcze każdą, delikatną czynność: usunięcie z jej organizmu płynów, balsamowanie, oczyszczanie i wypychanie. W trakcie ponownych narodzin robił zdjęcia, które później zawisną na ścianach przeznaczonych na ludzkie trofea. Niektóre fotografie już tam były.
Przepłynęła przez niego potężna, surrealistyczna energia.
Unikał istot ludzkich przez całe lata. Wzbudzały w nim strach, były bardziej bezwzględne i niepowstrzymane od zwierząt. A zwierzęta kochał. Stwierdził, że człowiek jest lepszą ofiarą dla Wszechducha. Po śmierci dziewczyny ujrzał otwierające się niebo oraz mglisty cień Wielkiego Stwórcy, który obdarzył go spojrzeniem i rzekł: Więcej.
Z zamyślenia wyrwało go ostre warknięcie.
– Znów gdzieś odpływasz? – gdzieś nad głową usłyszał pomruk niezadowolenia, a na twarzy mówiącego malował się gniew. Z oblicza i postury przypominał byłego zawodnika futbolu amerykańskiego. Jego jaskrawy niebieski strój mógł jedynie potęgować takie skojarzenie.
Pokornie spuścił głowę. Lekko zgarbił ramiona i znów stał się niepozornym, drobnym urzędniczyną.
– Przepraszam pana, panie Peet.
– Mam dosyć tych twoich przeprosin. Dawaj mi liczby.
W duchu zabójca uśmiechnął się niczym zadowolony z siebie gigant. W pracy gra podniecała go podobnie jak w życiu prywatnym. Nikt nie wiedział, jak szczególną był osobą, oddaną i nieodzowną dla zachowania delikatnej równowagi we wszechświecie. W królestwie Nadświata żaden z nich nie zdobyłby honorowego miejsca. Te ich codzienne, prozaiczne, przyziemne zajęcia: ubieranie, spotkania, przemieszczanie kasy z jednego miejsca na drugie – były bez znaczenia. Miały znaczenie tylko dla niego, ponieważ łączyły go ze światem zewnętrznym i pozwalały mu na wykonywanie pracy, do której powołał go sam Pan.
Szef pomarudził i oddalił się w swoim kierunku.
Z zamkniętymi oczami zabójca wyobraził sobie swojego Nadpana: mglistą, ciemną postać, która szeptała do niego nocą i kierowała jego myślami.
Na usta cisnęła mu się pieśń- hołd i cicho zaśpiewał: “Panie, Panie, nasze dzieło jest czyste. Powiedz tylko, a dam ci: Więcej”.
Więcej.
Rozdział piąty
Avery miała jej imię i nazwisko: Cindy Jenkins. Wiedziała coś o stowarzyszeniu studentek Kappa Kappa Gamma. No i dobrze znała Uniwersytet Harvarda. Renomowaną uczelnię, która odrzuciła jej podanie o przyjęcie, niemniej jednak w trakcie studiów na własnej uczelni udało jej się ponurzać w studenckim życiu Harvardu, jako że chodziła z dwoma studentami, którzy właśnie tam pobierali nauki.
W przeciwieństwie do innych uniwersytetów, stowarzyszenia studentek i studentów Harvardu nie zostały oficjalnie uznane. Ani na terenie kampusu, ani poza nim nie było żadnych placówek studenckich stowarzyszeń oznaczonych greckimi literami. Niemniej regularnie organizowano imprezy w domach lub apartamentach noszących nazwę organizacji lub specjalistycznych “klubów” poza uczelnią. Avery stała się naocznym świadkiem paradoksu życia uniwersytetu w trakcie swoich studiów. Wszyscy udawali skupienie wyłącznie na ocenach do momentu, gdy zaszło słońce i gdy przeistaczali się w nieokiełznanych imprezowiczów.
Stojąc na czerwonym świetle, Avery szybko przejrzała Internet i dowiedziała się, że Kappa Kappa Gamma wynajmowało dwa obiekty w tej samej przecznicy Cambridge: Church Street. Jeden przeznaczono na imprezy, a drugi na spotkania i życie towarzyskie.
Przejechała most Longfellow, politechnikę MIT i skręciła w prawo w Massachusetts Avenue. Harvard Yard pojawił się jej po prawej stronie, pełen majestatycznych budynków z czerwonej cegły wśród drzew i brukowanych ścieżek.
Na Church Street zwolniło się miejsce.
Zaparkowała, zamknęła samochód, podniosła twarz do słońca. To był ciepły dzień, temperatura oscylowała w okolicach 20 stopni. Sprawdziła godzinę. Dziesiąta trzydzieści.
Budynek stowarzyszenia Kappa miał dwie kondygnację i elewację z klinkierowej cegły. Parter mieścił liczne sklepy z ubraniami. Pierwsze piętro, jak sądziła Avery, zarezerwowano na biura i działalność stowarzyszenia studentek. Jedynym oznaczeniem obok dzwonka na drugie piętro była heraldyczna lilia, symbol Harvardu. Wcisnęła przycisk.
W głośniku intercomu zaskrzeczał kobiecy głos.
– Tak? –
– Policja – warknęła – otwierać.
Na chwilę zapadła cisza.
– Poważnie – powtórzył głos. – Kto to?
– To policja – powiedziała dobitnie. – Wszystko w porządku. Nikomu nic się nie stało. Muszę porozmawiać z kimś ze stowarzyszenia Kappa Kappa Gamma.
Zabrzmiał dzwonek.
Na szczycie schodów Avery powitała śpiąca, mizernie wyglądająca dziewczyna w ogromnej szarej bluzie i białych spodniach od dresu. Ciemnowłosa, sprawiała wrażenie, jakby była po dzikiej imprezie. Większość jej twarzy zasłaniały kosmyki włosów. Pod oczami widać było ciemne obwódki, a sylwetka, którą zwykle podkreślała z wielką dumą, wydawała się gruba i bezkształtna.
– Czego pani chce? – spytała.
– Spokojnie – odparła Avery. – To nie ma nic wspólnego z działalnością stowarzyszenia. Przyszłam zadać kilka pytań.
– Mogę zobaczyć jakiś identyfikator?
Avery pokazała odznakę.
Dziewczyna zmierzyła Avery wzrokiem, obejrzała odznakę i odsunęła się.
Stowarzyszenie Kappa Kappa Gamma dysponowało dużą, jasną przestrzenią. Pomieszczenie było wysokie. Stało w nim kilka kanap z brązowej skóry i niebieskie pufy w różnych miejscach. Ściany pomalowano na kolor ciemnoniebieski. Był też bar, system nagłaśniający oraz wielki telewizor z płaskim ekranem. Okna sięgały niemal od podłogi do sufitu. Po drugiej stronie ulicy Avery zobaczyła dach innego kompleksu mieszkań, a nad nim niebo, po którym przesuwały się (pojedyncze) chmury.
Z czasu swoich studiów wyniosła chyba zgoła inne doświadczenia niż większość dziewczyn z Kappa Kappa Gamma. Po pierwsze sama opłacała sobie czesne. Codziennie po zajęciach udawała się do miejscowej kancelarii prawnej i pracowała, awansując od stanowiska sekretarki, po prestiżowe dla studenta stanowisko asystenta prawnika. Podczas studiów rzadko piła. Jej ojciec był nałogowym alkoholikiem. Większość wieczorów w trakcie pobytu na uczelni spędziła w roli kierowcy lub nad książkami w akademiku.
Twarz dziewczyny rozjaśniła się nadzieją.
– Czy chodzi o Cindy? – spytała.
– Czy to pani znajoma?
– Tak, moja najlepsza przyjaciółka – oparła. – Proszę mi powiedzieć, czy wszystko z nią w porządku?
– Jak się pani nazywa?
– Rachel Strauss.
– Czy to pani zawiadomiła policję?
– Tak. W sobotę Cindy wyszła z imprezy dość zalana. Nikt jej nie widział od tego czasu. A to nie jest do niej podobne.
Przewróciła oczami i uśmiechnęła się, dodając – Zwykle była bardzo przewidywalna. Taka prymuska, no wie pani? Zawsze o tej samej porze w łóżku, codziennie identyczny plan dnia, bez żadnych odstępstw. A jeśli zmiana, to planowana na pięć lat do przodu. W sobotę coś w nią wstąpiło. Piła. Tańczyła. Jakby na chwilę czas się dla niej zatrzymał. Fajnie to wyglądało.
Na moment Rachel odpłynęła wzrokiem gdzieś w dal.
– Wie pani, jaka ona była szczęśliwa!
– Z jakiegoś szczególnego powodu? – dopytywała się Avery.
– Czy ja wiem? Najlepsza w grupie. Jesienią miała rozpocząć pracę.
– Jaką pracę?
– W firmie Devante? Oni są bodajże najlepsi w Bostonie. Studiowała księgowość. Wiem, nudy, ale ona świetnie sobie radziła z liczbami.
– Czy może mi pani powiedzieć coś więcej o sobocie?
Do oczu Rachel napłynęły łzy.
– Czyli chodzi o Cindy, prawda?
– Tak – powiedziała Avery. – Czy możemy usiąść?
Rachel opadła na kanapę i rozpłakała się.
Szlochając próbowała coś powiedzieć.
– Wszystko z nią w porządku? Gdzie jest?
Tej części Avery najbardziej nie znosiła. Rozmów z krewnymi i znajomymi. Można je było prowadzić tylko w ściśle określonym zakresie. Im więcej ludzie dowiadywali się o sprawie, tym chętniej mówili, co często prowadziło do ustalenia sprawców zbrodni. Na tym etapie nikt niczego nie rozumiał, ani nikomu na niczym nie zależało; wszyscy byli zbyt zdenerwowani. Wszyscy oczekiwali odpowiedzi.
Avery siadła obok niej.
– Bardzo dobrze, że pani zadzwoniła – rzekła. – Właśnie to należało zrobić. Niestety nie mogę rozmawiać o toczącym się dochodzeniu. Mogę natomiast powiedzieć pani, że robię wszystko, co w mojej mocy, aby dowiedzieć się, co się stało tego wieczora z Cindy. Ale sama nie dam rady, potrzebuję pani pomocy.
Rachel skinęła głową i wytarła oczy.
– Mogę pomóc – powiedziała. – Mogę pomóc.
– Proszę powiedzieć co pani pamięta z tamtego wieczoru i o Cindy. Z kim rozmawiała? Czy coś szczególnie zapadło pani w pamięć? Jakieś jej uwagi? Ludzie, którzy się nią interesowali? Wszystko, co dotyczy jej wyjścia?
Rachel kompletnie się rozkleiła.
W końcu podniosła rękę, pokiwała głową i wzięła się w garść.
– Tak – powiedziała. – Oczywiście.
– A gdzie się wszyscy podziali? – spytała Avery, aby odwrócić jej uwagę. – Wydawało mi się, że budynki stowarzyszeń wypełniają skacowane dziewczyny w strojach Kappa.
– Są na zajęciach – odparła Rachel i wytarła oczy. – Kilka dziewczyn poszło zjeść śniadanie. A tak przy okazji – dodała – to nie jest tak naprawdę budynek stowarzyszenia, tylko wynajęte pomieszczenie, żebyśmy miały gdzie się podziać, gdy nie chce nam się wracać do akademika. Cindy tu nie bywała. Dla niej to zbyt nowoczesne miejsce. Ona potrzebowała czegoś bardziej domowego.
– Gdzie ona mieszka?
– W mieszkaniu studenckim niedaleko stąd – powiedziała Rachel. – Ale w sobotę wieczorem nie wracała prosto do domu. Miała się spotkać z chłopakiem.
Avery drgnęła.
– Z chłopakiem?
Rachel pokiwała głową.
– Winston Graves, ważniak z ostatniego roku, wioślarz i do tego palant. Nigdy nie rozumieliśmy, dlaczego Cindy się z nim spotyka. A przynajmniej ja nie rozumiałam. Jest przystojny i rodzina ma forsy jak lodu. A Cindy nigdy się nie przelewało. Jeśli ktoś pochodzi z niezamożnego domu to zawsze go to przyciągnie.
– Taaa – pomyślała Avery. – Wiem. Przypomniała sobie, że pieniądze, prestiż i władza wiążące się z pracą w poprzedniej kancelarii prawniczej sprawiły, że poczuła jak bardzo różni się od zahukanej i zdeterminowanej dziewczynki, która wyjechała z Ohio.
– Gdzie mieszka Winston? – spytała.
– Przy Winthrop Square. To bardzo blisko stąd. Ale Cindy nigdy tam nie dotarła. Winston przyszedł w niedzielę wcześnie rano, bo jej szukał. Uznał, że zapomniała o planach i zasnęła. Razem poszliśmy do niej do domu. Tam też jej nie było. Wtedy zadzwoniłam na policję.
– Czy mogłaby pójść gdzie indziej?
– To niemożliwe – stwierdziła Rachel. – To zupełnie nie w jej stylu.
– Jest więc pani pewna, że gdy stąd wyszła, udała się prosto do domu Winstona.
– Z pewnością.
– Czy było cokolwiek, co mogło wpłynąć na to, by Cindy zmieniła plany? Cokolwiek, co wydarzyło się wcześniej tamtego wieczoru, a może nawet pod koniec?
Rachel potrząsnęła głową.
– Nie. A może… – uznała – jednak coś zaszło. Jestem pewna, że to nic wielkiego, ale był taki chłopak, który od lat kochał się w Cindy. Nazywa się George Fine. Przystojny, dobrze zbudowany, samotnik, trochę dziwak – wie pani, o co mi chodzi? Ciągle ćwiczy i biega wokół kampusu. W zeszłym roku trafiłam z nim do jednej grupy. Żartowaliśmy, że w każdym semestrze, od pierwszego roku, jest w jakiejś grupie z Cindy. Miał fioła na jej punkcie. Był tu w sobotę. Cindy poszła po bandzie i zatańczyła z nim, a nawet się pocałowali. Zupełnie nie w jej stylu. To znaczy, ona chodzi z Winstonem, nie byli oczywiście idealną parą, ale Cindy się upiła i pękły lody. Całowali się, tańczyli, a potem ona wyszła.
– Czy George poszedł za nią?
– Nie wiem – powiedziała. – Naprawdę nie pamiętam, czy widziałam go, gdy Cindy już wyszła, ale być może. Byłam totalnie zalana.
– A pamięta pani, o której godzinie wyszła?
– Tak – powiedziała – dokładnie o drugiej czterdzieści dwie. W sobotę mieliśmy doroczną imprezę z okazji Prima Aprilis, mieliśmy robić świetne żarty, ale wszyscy tak doskonale się bawili, że zapomnieliśmy o tym do momentu wyjścia Cindy.
Rachel zwiesiła głowę. Na chwilę zapanowała cisza.
– No dobrze – powiedziała Avery. – To mi bardzo pomogło. Dziękuję. Oto moja wizytówka. Jeśli coś się przypomni pani albo innym studentkom ze stowarzyszenia i można by coś dodać, to czekam na kontakt. Śledztwo dopiero się rozpoczęło, nawet najmniejszy szczegół może nas naprowadzić na coś istotnego.
Rachel spojrzała jej w twarz oczyma pełnymi łez. Łez, które zaczęły jej spływać po policzkach, choć zachowała spokojny i opanowany głos.
– Ona nie żyje, prawda? – powiedziała.
– Rachel, ja nie mogę…
Rachel skinęła głową, a następnie ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać z rozpaczy. Avery pochyliła się nad nią i mocno ją przytuliła.
Rozdział szósty
Na zewnątrz Avery obróciła twarz do słońca i ciężko westchnęła.
Church Street była ruchliwą ulicą, na wielu sklepach zamontowano kamery. Nie mogła uwierzyć, że w takim miejscu mogło dojść do porwania, nawet w środku nocy.
– Którędy mogłaś pójść? – zastanawiała się.
Na telefonie szybko znalazła najkrótszą drogę do Winthrop Square. Przeszła ulicę Church i skręciła w lewo w Brattle. Brattle Street była szersza od Church, z taką samą ilością sklepów. Po drugiej stronie zauważyła kino Brattle Theatre. Z boku budynku biegła wąka alejka, na której znajdowała się kawiarnia. Miejsce zacieniały drzewa. Zaciekawiona Avery przeszła ulicę i weszła na wąski spłachetek pomiędzy budynkami.
Wróciła na Brattle i sprawdziła witrynę każdego sklepu w odległości jednej przecznicy po obu stronach Church Street. Przynajmniej na dwóch z nich zamontowano kamery.
Skierowała się do niewielkiego sklepu z papierosami.
U wejścia zadzwonił dzwonek.
– Czym mogę służyć? – zapytał stary, siwy hipis z dredami.
Avery powiedziała:
– Zauważyłam, że ma Pan kamerę w witrynie. Jaki ma zasięg?
– Na całą przecznicę – powiedział. —W obu kierunkach. Musiałem zamontować dwa lata temu. Przez tych cholernych studentów. Wszystkim się wydaje, że szczyle z Harvardu są jakieś wyjątkowe, ale, po prawdzie, to banda takich gnojów, jako wszyscy. Przez lata wybijali mi szyby. Niby, że taki żart, co? Ale nie dla mnie. Wie pani, ile kosztuje wstawienie takich szyb?
– Bardzo mi przykro. Wie pan, nie mam wprawdzie nakazu – powiedziała i pokazała odznakę – ale jacyś cholerni smarkacze chyba coś zmalowali trochę dalej od pana. A tam nie ma kamer. Czy mogłabym spojrzeć na pańskie? Wiem, o której to było. To nie zabierze dużo czasu.
Mężczyzna zmarszczył brwi i coś do siebie wymamrotał.
– Nie wiem – odrzekł. – Muszę pilnować sklepu. Jestem tu sam.
– Wynagrodzę to panu – uśmiechnęła się. – Pięćdziesiąt dolców, może być?
Bez słowa spuścił głowę i wyszedł zza kontuaru. Odwrócił znak na drzwiach zmieniając “otwarte” na “zamknięte”.
– Pięćdziesiąt? – upewnił się. – Proszę wejść!
Zaplecze sklepu było zagracone i ciemne. Wśród pudeł i towaru mężczyzna wskazał ukryty niewielki telewizor. A nad nim, na wyższej półce, podłączony do niego sprzęt elektroniczny.
– Nie korzystam z niego zbyt często – powiedział. – Tylko w przypadku problemów. Nagrania kasują się w każdy poniedziałek wieczorem. A kiedy doszło do tego pani incydentu?
– W sobotę w nocy – powiedziała.
– No to ma pani szczęście.
Włączył telewizor.
Pojawił się czarno-biały obraz miejsca po prawej stronie sklepu. Avery wyraźnie widziała wejście, jak również ulicę po drugiej stronie oraz wejście na Brattle. Miejsce, które szczególnie ją interesowało, znajdowało się około 50 jardów dalej. Zdjęcie było bardziej rozmazane, trudno było wyróżnić kształty przed alejką.
Przy pomocy niewielkiej myszki cofnęła nagranie.
– O której godzinie to się miało wydarzyć? – spytał.
– O drugiej czterdzieści pięć – powiedziała. – ale muszę sprawdzić jeszcze inne godziny. Czy miałby pan coś przeciwko temu, żebym usiadła i sama to zrobiła? Może pan wrócić do sklepu.
W odpowiedzi ujrzała zmarszczone brwi wyrażające nieufność.
– Zamierza mnie pani okraść?
– Jestem z policji – powiedziała. – To wbrew moim zasadom.
– Nie przypomina pani żadnego z policjantów, których znam – zaśmiał się.
Avery wysunęła małe, czarne krzesło. Wytarła kurz i siadła. Szybko zapoznała się ze sprzętem i z łatwością była w stanie przewijać obraz w przód i w tył.
O drugiej czterdzieści pięć kilka osób przeszło w jedną i drugą stronę Brattle Street.
O drugiej pięćdziesiąt ulica zdawała się być pusta.
O drugiej pięćdziesiąt dwie, ktoś, sądząc po włosach i sukience, dziewczyna, wszedł w kadr obrazu od strony ulicy Church. Przeszła Brattle i skręciła w lewo. Gdy minęła kawiarnię, spod drzew wyłoniła się ciemna postać, która stopiła się z nią po czym obie zniknęły. Przez moment Avery mogła jedynie zobaczyć różne zmieniające się odcienie czerni. Po chwili drzewa swój powróciły do swego zwykłego kształtu. Dziewczyna już się nie pojawiła.
– Cholera – wyszeptała.
Odpięła zgrabny, nowoczesny walkie-talkie z tyłu paska.
– Ramirez – powiedziała do mikrofonu. – Gdzie jesteś?
– A kto mówi? – spytał rwany głos.
– Wiesz, kto mówi. Twój nowy partner.
– Ciągle w Lederman. Już prawie skończyłem. Zabrali ciało.
– Musisz tu migiem przyjechać – powiedziała, gdzie jest. – Chyba wiem, gdzie Cindy Jenkins została porwana.
* * *
Godzinę później na polecenie Avery wejście do alejki zablokowano z obu stron żółtą taśmą. Przy Brattle Street zaparkował radiowóz i furgonetka ekipy dochodzeniowo-śledczej. Jednego policjanta wyznaczono do przeganiania gapiów.
Alejka przechodziła w szeroką, zacienioną do połowy przecznicy ulicę. Po jednej stronie znajdował się oszklony budynek agencji nieruchomości i rampa załadunkowa. Po drugiej budynki mieszkalne. Był też parking na cztery auta. Na końcu alejki stał jeszcze jeden radiowóz, pociągnięto jeszcze więcej żółtej taśmy.
Avery stała przed rampą.
– Tutaj – powiedziała, wskazując wysoko zawieszoną kamerę. – Musimy dostać nagranie stąd. Należy chyba do agencji nieruchomości. Wejdźmy i przekonajmy się, co tam jest.
Ramirez potrząsnął głową.
– Odbiło ci – powiedział. – Na tym nagraniu gówno widać.
– Nie było żadnego powodu, aby Cindy Jenkins miała wchodzić w tę alejkę – powiedziała Avery. – Jej chłopak mieszka zupełnie gdzie indziej.
– Może chciała się przejść – stwierdził. – Chodzi mi o to, że może niepotrzebnie ściągasz tyle osób, jeśli to tylko przeczucie
– Ale to nie jest przeczucie. Widziałam nagranie.
– Ja też widziałem sporo czarnych plam, z których nic nie wynika – nie ustępował. – Dlaczego zabójca miałby atakować właśnie tutaj? Wszędzie pełno kamer. Musiałby być kompletnym idiotą.
– Chodźmy się przekonać – zaproponowała.
Agencja nieruchomości Top Real Estate była właścicielem oszklonego budynku i rampy załadunkowej.
Po krótkiej rozmowie z ochroną przy recepcji, Avery i Ramirez usłyszeli, że mają poczekać na skórzanej kanapie, aż przyjdzie do nich ktoś z kierownictwa. Po dziesięciu minutach pojawił się szef ochrony i prezes firmy.
Avery uśmiechnęła się do nich najpiękniej, jak potrafiła i przywitali się uściskiem dłoni.
– Dziękujemy, że panowie przyszli – powiedziała. – Chcielibyśmy zobaczyć nagranie z kamery umieszczonej bezpośrednio nad rampą załadowczą. Nie mamy nakazu – zmarszczyła brwi. – Mamy natomiast martwą dziewczynę, którą porwano w sobotę w nocy, najprawdopodobniej przed Państwa tylnym wejściem. O ile czegoś nie znajdziemy, to powinniśmy stąd zniknąć w ciągu dwudziestu minut.
– A jeśli coś się pojawi? – spytał prezes.
– Wówczas okaże się, że podjęli państwo najlepszą możliwą decyzję, udzielając pomocy policji w niezwykle pilnej i delikatnej sprawie. Uzyskanie nakazu może pochłonąć cały dzień. Ciało tej dziewczyny jest martwe od dwóch dni. Ona już nic nie powie. Nie jest w stanie nam pomóc. Za to państwo – jak najbardziej. Bardzo o to proszę. Z każdą zmarnowaną sekundą zacierają się ślady.
Prezes pokiwał głową jakby do własnych myśli i zwrócił się do ochroniarza.
– Zaprowadź ich, Davis – powiedział. – Udostępnij to, co jest im potrzebne. A jeśli pojawią się jakieś problemy – powiedział do Avery – proszę przyjść i mnie znaleźć.
W drodze Ramirez gwizdnął do siebie.
– Przyjemniaczek – powiedział.
– Wszystko jedno – wyszeptała Avery.
Centrum ochrony agencji nieruchomości Top Real Estate okazało się pełnym hałasu pomieszczeniem z ponad dwudziestoma ekranami telewizyjnymi. Strażnik siedział przy czarnym stole i klawiaturze.
– Dobra – rzekł. – Godzina i miejsce?
– Rampa załadowcza. Około drugiej pięćdziesiąt dwie. I proszę przewijać w przód.
Ramirez potrząsnął głową.
– Niczego tu nie znajdziemy.
Agencja dysponowała znacznie lepszymi kamerami, niż te w sklepie z papierosami. Z kolorowym obrazem. Większość ekranów miała podobny rozmiar, ale jeden był szczególnie duży. Strażnik przełączył kamerę z rampy na większy ekran i przewinął obraz w tył.
– Tutaj – krzyknęła Avery. – Stop.
Obraz zatrzymał się na drugiej pięćdziesiąt. Kamera pokazała panoramiczny widok na parking dokładnie naprzeciwko rampy do rozładunku, a także po lewej stronie, w kierunku znaku ślepej uliczki oraz ulicy dalej. Obejmowała tylko częściowo alejkę, która prowadziła w kierunku Brattle. Na parkingu stał jeden samochód – minivan w kolorze ciemnoniebieskim.
– A co tu robi ten samochód? – zdumiał się strażnik.
– Jesteś w stanie odczytać rejestrację? – zastanawiała się Avery.
– Tak, jasne – powiedział Ramirez.
Cała trójka zamarła w oczekiwaniu. Przez chwilę poruszały się jedynie samochody na prostopadłej ulicy. A także drzewa.
O drugiej pięćdziesiąt trzy ukazały się dwie osoby.
Mogli stanowić zakochaną parę.
Jedną osobą był mniejszy mężczyzna, żylasty i niski, o gęstych, szorstkich włosach, z wąsami i w okularach. Drugą była dziewczyna, wyższa, z długimi włosami. Miała na sobie jasną, letnią sukienkę i sandały. Sprawiali wrażenie, jakby tańczyli. On trzymał ją za rękę i obracał dziewczyną w talii.
– Ja pierdolę – powiedział Ramirez – to Jenkins.
– Ta sama sukienka – rzekła Avery – i buty, i włosy.
– Jest naćpana – zauważył Ramirez. – Spójrz na nią. Stopy ciągną się jej po ziemi.
Patrzyli, jak zabójca otwiera drzwi po stronie pasażera i wsadza dziewczynę do środka. Następnie skręcił odwrócił się, przeszedł na stronę kierowcy, spojrzał prosto w kamerę nad rampą, skłonił się teatralnym gestem i odwrócił do drzwi kierowcy.
– Noż kurna! – zawył Ramirez. – Skurwiel sobie z nami pogrywa!
– Teraz potrzebuję wszystkich – powiedziała Avery. – Thompson i Jones zajmą się całodobową obserwacją. Thompson może zostać w parku. Powiedz mu o minivanie. To zawęzi zakres poszukiwań. Jones ma trudniejsze zadanie. Niech się tutaj stawi i namierzy wóz. Nie interesuje mnie jak to zrobi. Powiedz mu, żeby wyszukał wszystkie kamery, które mogą mu w tym pomóc.
Odwróciła się do Ramireza, który odwzajemnił spojrzenie, zszokowany i pod wrażeniem.
– To mamy naszego zabójcę.
Rozdział siódmy
O godzinie osiemnastej czterdzieści pięć, w trakcie jazdy windą na drugie piętro komisariatu Avery dopadło zmęczenie. Cała energia i impet czerpane z porannych rewelacji pozwoliły jej dobrze przeżyć ten dzień. Niezliczone pytania bez odpowiedzi pozostawiła sobie na noc. Avery miała jasną karnację, więc słońce zdążyło ją nieco spalić, włosy były w nieładzie, a żakiet zwisał jej przez ramę. Wysunięta ze spodni bluzka była już brudna. Natomiast Ramirez sprawiał wrażenie bardziej świeżego niż o poranku: miał zaczesane do tyłu włosy, garnitur prawie idealnie wyprasowany, wzrok wyostrzony, a na czole zaledwie ślad potu.
– Jak ty to robisz, że tak świetnie wyglądasz? – spytała.
– Hiszpańsko-meksykańska krew – wyjaśnił z dumą. – Mogę tyrać przez dwadzieścia cztery, czterdzieści osiem godzin bez przerwy i cały czas dobrze się prezentuję.
Obrzucił na Avery szybkim, nieśmiałym spojrzeniem i jęknął:
– Rzeczywiście, wyglądasz okropnie.
Jego oczy były pełne szacunku.
– Ale udało ci się.
Wieczorem piętro było zaludnione tylko w połowie, ponieważ większość funkcjonariuszy poszła już do domu lub pracowała w terenie. W sali konferencyjnej paliły się światła. Dylan Connelly chodził w kółko, ewidentnie poirytowany. Na ich widok rzucił się do drzwi.
– Gdzieście się, do cholery, podziewali?! – warknął. – Powiedziałem, że chcę mieć raport na biurku o piątej. Wyłączyliście walkie-talkie. Oboje. – podkreślił. – Po pani, Black, mogłem się tego spodziewać. Po tobie już nie, Ramirez. Nikt do mnie nie zadzwonił. Nikt nie odbiera telefonu. Nadkomisarz też jest wkurzony, więc nie idźcie się do niego skarżyć. Wiecie, co się tutaj działo? Co wam, do diabła, przyszło do głowy?
Ramirez podniósł dłonie.
– Dzwoniliśmy – powiedział. – Zostawiłem ci wiadomość.
– Zadzwoniłeś dwadzieścia minut temu – odparował Dylan. – Natomiast ja dzwoniłem co pół godziny od wpół do piątej. Czy ktoś umarł? Goniliście zabójcę? Czy też sam Bóg Wszechmogący zstąpił z nieba, aby wesprzeć was w tej sprawie? Ponieważ to są jedyne odpowiedzi do zaakceptowania na usprawiedliwienie waszej jawnej niesubordynacji. Powinienem was oboje w tej chwili zdjąć z tej sprawy.
Wskazał na salę konferencyjną.
– Do środka.
Avery puściła gniewne pogróżki mimo uszu. Furia Dylana stanowiła dla niej szum w tle, który bez problemu filtrowała. Tę umiejętność opanowała już dawno, w Ohio, gdy musiała wysłuchiwać wrzasków ojca i krzyków na matkę prawie każdej nocy. Zatykała wówczas uszy, śpiewała piosenkę i marzyła o dniu, gdy wreszcie będzie wolna. Teraz ważniejsze sprawy przyciągały jej uwagę.
Na stole leżała popołudniowa gazeta.
Na okładce widniało zdjęcie Avery zaskoczonej, że ktoś ustawił aparat tuż przed jej twarzą. W nagłówku napisano: “Morderstwo w Lederman Park: sprawę seryjnego mordercy bada była adwokat!”. Obok zdjęcia na całą stroną widniała mniejsza nieco podobizna Howarda Randalla, zasuszonego staruszka, seryjnego zabójcy z koszmarów sennych Avery, w okularach jak denka od butelek po coca-coli i uśmiechniętym obliczu. Nad zdjęciem widniał nagłówek: “Nikomu nie ufać: ani adwokatowi ani policji.”
– Widziała to pani? – zajęczał Connelly.
Podniósł gazetę i z furią rzucił ją z powrotem na stół.
– Jest pani na pierwszej stronie! Pierwszy dzień w Zabójstwach i już pani jest na pierwszej stronie gazety – znowu. Zdaje sobie pani sprawę, że to jest totalny brak profesjonalizmu? Nie, nie – uprzedził widząc wyraz twarzy Ramireza – ty już się w ogóle nie odzywaj. Oboje to spieprzyliście. Nie wiem, z kim rozmawialiście dziś rano, ale spuściliście lawinę gówna. Skąd Harvard dowiedział się o śmierci Cindy Jenkins? Na stronie Kappa Kappa Gamma zamieścili już wspomnienie o niej!
– Ktoś połączył ze sobą fakty? – powiedziała.
– Kurwa mać, Black! Wylatuje pani ze sprawy. Słyszy pani!?
Kapitan O’Malley wsunął się do pokoju.
– Chwila – zaoponował Ramirez. – Tak nie można. Nie wiesz, co zdobyliśmy.
– Nie obchodzi mnie, co zdobyliście – wrzasnął Dylan. – Ja jeszcze nie skończyłem. No coraz lepiej. Godzinę temu dzwonił burmistrz. Grywał w golfa z ojcem tej Jenkins i chciał się dowiedzieć dlaczego była pani adwokat, która doprowadziła do uwolnienia seryjnego mordercy z więzienia, prowadzi sprawę zabójstwa córki dobrego znajomego.
– Uspokój się – powiedział O’Malley.
Dylan, z rumieńcem na twarzy i otwartymi ustami, wykonał gwałtowny obrót. Na widok przełożonego, który choć niższy i cichy, sprawiał wrażenie podminowanego i gotowego do wybuchu, spuścił z tonu.
– Z jakiegoś powodu – ciągnął opanowanym głosem O’Malley – ta sprawa wymknęła się spod kontroli. Chciałbym się zatem dowiedzieć, co państwo robili dziś przez cały dzień, o ile nie masz nic przeciwko temu, Dylan?
Connelly wymamrotał coś pod nosem i odwrócił się.
Komisarz kiwnął głową na Avery.
– Niech się pani tłumaczy.
– Nie podałam nikomu nazwiska ofiary – odrzekła Avery. – Ale rozmawiałam z dziewczyną z Kappa Kappa, przyjaciółką Cindy Jenkins, Rachel Strauss. Pewnie dodała jedno do drugiego. Przepraszam – spojrzała na Dylana przepraszająco i szczerze. – Kurtuazyjne rozmowy nie są moją mocną stroną. Poszukiwałam odpowiedzi i je uzyskałam.
– Powiedz im – ponaglił Ramirez.
Avery obeszła stół konferencyjny.
– Mamy seryjnego mordercę podanego na widelcu.
– No na pewno! – skwitował drwiąco Dylan. – Skąd niby ona może to wiedzieć? Jest zaangażowana w sprawę dopiero jeden dzień. Mamy jedną martwą dziewczynę. To przecież niemożliwe.
– Zamkniesz się wreszcie? – wrzasnął O’Malley.
Dylan przygryzł dolną wargę.
– To nie jest zwykłe morderstwo – powiedziała Avery. – Tyle sam nam pan powiedział, komisarzu, a my też to zauważyliśmy – zwróciła się do Dylana. – Ofiara wyglądała, jakby żyła. Najwyraźniej zauroczyła naszego mordercę. Na ciele nie było żadnych siniaków, żadnego gwałtu, można wykluczyć gangi czy przemoc domową. Technicy potwierdzili, że nafaszerowano ją jakimś silnym, ale naturalnym środkiem znieczulającym, który morderca mógł sam spreparować. Może wyciąg z jakiś kwiatów wywołujący natychmiastowy paraliż, a następnie powolną śmierć. Przy założeniu, że hoduje te rośliny gdzieś pod ziemią potrzebuje oświetlenia, systemu nawadniania, użyźniania. Wykonałam parę telefonów, aby dowiedzieć się, skąd się przywozi nasiona, gdzie się je sprzedaje oraz jak dostać taki sprzęt w swoje ręce. Chciał mieć ofiarę, gdy jeszcze żyła, chociaż na chwilę. Nie byłam pewna dlaczego aż do momentu, gdy nie złapaliśmy go na nagraniu z kamery.
– Co? – wyszeptał O’Malley.
– Mamy go – powiedział Ramirez. – Nie ma się wprawdzie jeszcze z czego cieszyć. Zdjęcia są rozmazane i trudno na nich coś zobaczyć, ale całe porwanie można obejrzeć na dwóch, niezależnych kamerach. W niedzielę rano Jenkins wyszła z imprezy parę minut po wpół do drugiej i udała się do domu swojego chłopaka. Mieszka pięć przecznic od siedziby Kappa Kappa Gamma. Avery przeszła tę samą trasę, którą, w założeniu, pokonała Jenkins. Kto wie, co ją do tego skłoniło, ale intuicja nakazała jej sprawdzić kamery systemu ochrony w pobliskim sklepie z papierosami.
– Do tego potrzebny jest nakaz – wtrącił się Dylan.
– Tylko, jeśli ktoś o niego poprosi – odparła Avery. – Czasami przyjazny uśmiech rozmowa czynią cuda. W ciągu ostatniego roku ten sklep był niszczony przez wandali dziesięć razy – ciągnęła. – Ostatnio zamontowano więc kamerę na zewnątrz. Sklep stoi naprzeciw alejki, mniej więcej w połowie przecznicy poniżej, ale widać wyraźnie, że dziewczyna, a sądzę, że to była Cindy Jenkins, została napadnięta pod drzewami.
– Wtedy do mnie zadzwoniła – kontynuował Ramirez. – Uznałem, że oszalała. Poważnie. Obejrzałem nagranie i wszystko stało się jasne. Black, natomiast, kazała zadzwonić po techników i ściągnąć na miejsce cały zespół. Można sobie wyobrazić, jak byłem wkurzony. Ale – ciągnął ze wzrokiem pełnym przejęcia – ona miała rację. Jest jeszcze jedna kamera przy rampie załadowczej, z tyłu alejki, Poprosiliśmy agencję, aby pozwolono nam zobaczyć, co się nagrało. Zgodzili się i “bum” – powiedział i szeroko rozpostarł ramiona. – z alejki wychodzi facet niosąc naszą ofiarę. W tej samej sukience. W tych samych butach. Jest drobny, niższy od Cindy, tańczy. Trzymał ją i tańczył. Była wyraźnie naćpana. Powłóczyła stopami i tak dalej. W pewnym momencie on nawet spojrzał do kamery. Ten chory pojeb robił sobie z nas jaja. Wsadził ją na przednie siedzenie minivana i odjechał jakby nigdy nic. To był chyba Chrysler, granatowy.
– Tablice rejestracyjne? – spytał Dylan.
– Fałszywe. Już to sprawdziłem. Musiał mieć nakładkę. Zbieram wykaz Chryslerów w takim kolorze sprzedanych w okresie ostatnich pięciu lat w obrębie pięciu hrabstw. Trochę to potrwa, ale może będzie możliwość zawężenia listy uzupełniając ją o więcej informacji. Acha, gość miał przebranie. Trudno było zobaczyć twarz przez wąsy, prawdopodobnie perukę i okulary. Możemy tylko określić wzrost, jakieś metr sześćdziesiąt siedem lub metr siedemdziesiąt. I może kolor skóry – biały.
– A gdzie są taśmy? – spytał O’Malley.
– Na dole u Sary – odparła Avery. – Powiedziała, że to trochę potrwa, ale spróbuje sporządzić portret zabójcy na podstawie tego, co zobaczy do jutra. Portret pamięciowy będzie można porównać z naszymi podejrzanymi i przejrzeć bazę danych, żeby zobaczyć, co znajdziemy.
– Gdzie są Jones i Thompson? – spytał Dylan.
– Mamy nadzieję, że jeszcze w pracy – powiedziała Avery. – Thompson nadzoruje park. Jones stara się namierzyć minivana z alejki.
– Do czasu naszego wyjazdu – dodał Ramirez – Jones znalazł przynajmniej sześć różnych kamer w odległości dziesięciu przecznic, które mogą być dla nas pomocne.
– Nawet jeśli zgubimy samochód – powiedziała Avery – możemy przynajmniej zawęzić kierunek. Wiemy, że skręcił z alejki na północ. W połączeniu z tym, co Thompson znajdzie w parku, możemy wydzielić trójkąt terenu i przechodzić od domu do domu, jeśli zaistnieje taka konieczność.
– A jakieś ślady? – spytał O’Malley.
– W alejce niczego nie było – powiedziała Avery.
– I to tyle?
– Mamy też kilku podejrzanych. Noc przed porwaniem Cindy spędziła na imprezie. Był tam chłopak – George Fine. Najwyraźniej od lat łaził za Cindy; uczęszczał na te same zajęcia, niby przypadkowo wpadał na nią na imprezach. Po raz pierwszy pocałował Cindy, tańczył z nią przez całą noc.
– Rozmawiała z nim pani?
– Jeszcze nie – powiedziała patrząc wprost na Dylana. – Chciałam uzyskać pańską akceptację zanim Uniwersytet Harvarda zatrzęsie się w posadach.
– Dobrze, że zostało w pani choć trochę chęci trzymania się protokołu – ironizował Dylan.
– Poza tym jest jeszcze jej chłopak – zwróciła się do O’Malloy’a. – Winston Graves. Cindy miała tej nocy udać się do niego. Ale już tam nie dotarła.
– Zatem mamy dwóch potencjalnych podejrzanych i auto do namierzenia. Jestem pod wrażeniem. No jestem pod wrażeniem. A co z motywem? Czy zastanowiła się pani nad tym choć chwilę?
Avery odwróciła wzrok.
Film, który zobaczyła, jak również ułożenie i przygotowanie zwłok ofiary wskazywały na osobę, która kochała swoją pracę. Osobę, która robiła to już wcześniej i zrobi to kolejny raz. Która chciała pokazać swoją siłę, ponieważ niezbyt przejmowała się policją. Teatralny ukłon w do kamery mówił aż za wiele. To wymagało odwagi lub świadczyło o głupocie; natomiast jeśli chodzi o porzucenie zwłok lub porwanie, nic nie wskazywało na błędną ocenę sytuacji.
– Bawi się z nami – powiedziała. – To, co robi, sprawia mu przyjemność i chce to powtórzyć. Twierdzę, że ma jakiś plan. To nie jest koniec.
Dylan parsknął i potrząsnął głową.
– Niedorzeczne – wysyczał.
– No dobrze – powiedział O’Malley. – Avery, jasne jest, że jutro będziesz rozmawiała z podejrzanymi. Dylan, skontaktuj się z Harvardem i przetrzyj jej drogę. Dziś wieczorem skontaktuję się z szefem i powiem, co mamy. Postaram się też zdobyć jakieś czyste blankiety nakazów, przydadzą się do kamer. Niech Thompson i Jones będą w pogotowiu. Dan, wiem, że pracujesz od rana. Jeszcze jedna rzecz i jesteś wolny. Zdobądź adresy tych dwóch chłopaków z Harvardu, chyba, że już je masz. Wstąp do nich w drodze do domu. Sprawdź co z nimi. Nie chcę, aby ktoś nam czmychnął.
– Mogę to zrobić – zaofiarował się Ramirez.
– Dobra – przyklasnął O’Malley. – To do roboty. Świetnie się oboje spisaliście. Avery i Dylan, zostańcie jeszcze chwilę.
Ramirez wskazał na Avery.
– Podjechać po ciebie jutro rano? Ósma? Przyjedziemy razem?
– Jasne.
– Będę cisnął Sarę o te portrety. Może ona coś będzie miała.
Niespodziewana chęć partnera do niesienia pomocy, z własnej inicjatywy, bez żadnych podpowiedzi, stanowiła dla Avery nowość. Inni, z którymi pracowała w parze od czasu wstąpienia do służby, najbardziej chcieli pozostawić jej zwłoki w jakimś rowie.
– Świetnie – powiedziała.
Po wyjściu Ramireza O’Malley polecił Dylanowi usiąść po jednej stronie stołu konferencyjnego, a Avery po drugiej.
– Posłuchajcie mnie – powiedział cichym, ale stanowczym głosem. – Dziś zadzwonił do mnie szef i spytał, co sądzę o przekazaniu sprawy znanej i niesławnej byłej pani adwokat, specjalistce w sprawach karnych. Avery, powiedziałem mu, że jest pani dobrą policjantką do tej roboty i będę się trzymał swojej decyzji. To, co dziś pani zrobiła, tylko to potwierdza. Natomiast dochodzi wpół do ósmej, a ja wciąż tu tkwię. W domu czeka na mnie żona i trójka dzieci. Za wszelką cenę chcę wyjść, pobyć z nimi i zapomnieć na chwilę o tym godnym politowania miejscu. Oczywiście żadne z was nie ma takich problemów, więc pewnie nie rozumiecie, co do was mówię?
Odwzajemniła jego spojrzenie w zamyśleniu.
– Dogadajcie się jakoś i przestańcie zawracać mi głowę pierdołami! – warknął.
W pomieszczeniu zapadła pełna napięcia cisza.
– Dylan, zacznij wreszcie być szefem! Nie przychodź do mnie z każdym, najmniejszym drobiazgiem! Naucz się kierować ludźmi na własną rękę. A pani – zwrócił się do Avery – niech skończy z idiotycznymi humorami i zacznie się zachowywać, jakby pani raz na czymś zależało, bo wiem, że pani zależy.
Patrzył na nią długą chwilę.
– Czekaliśmy na panią z Dylanem przez długie godziny. Chce pani wyłączać radio? Nie odbierać telefonów? Sądzi pani, że to pomaga? Świetnie! Niech pani tak robi dalej. Tylko jeśli dzwoni do pani przełożony, to się oddzwania. Jeśli to się powtórzy, zdejmę panią ze sprawy. Zrozumiano?
Avery z poczuciem winy przytaknęła.
– Rozumiem – rzekła.
– Jasne – Dylan pokiwał głową.
– To dobrze – powiedział O’Malley.
Wyprostował się i uśmiechnął.
– No dobra, powinienem to zrobić już wcześniej, ale się nie udało, zatem zróbmy to teraz. Pani Avery. Niech pani pozwoli, że przedstawię Dylana Connelly’ego, rozwiedzionego ojca dwójki dzieci. Dwa lata temu odeszła od niego żona, ponieważ nie wracał do domu i zbyt dużo pił. Teraz ona mieszka z dziećmi w Maine, a Connelly ich nie może widywać, więc jest cały czas wkurzony.
Dylan zesztywniał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
– Dylan? Przedstawiam ci Avery Black, byłego adwokata w sprawach karnych, która dała ciała i doprowadziła do wypuszczenia z więzienia najstraszliwszego seryjnego mordercę na świecie, prosto na ulice Bostonu. Facet zabił ponownie i zrujnował jej życie. Ona odeszła z firmy o milionowych obrotach, od męża, i dzieciaka, który ledwie się do niej odzywa. Podobnie jak ty topi swoje smutki w pracy i alkoholu. No i proszę? Więcej was łączy, niż wam się wydaje.
Nagle całkowicie spoważniał.
– Jeśli jeszcze raz wystawicie mnie na pośmiewisko, obydwoje wylatujecie ze sprawy.
Rozdział ósmy
Pozostawieni w sali konferencyjnej Avery i Dylan siedzieli przez kilka chwil naprzeciw siebie w zupełnym milczeniu. Oboje trwali w bezruchu. Dylan nisko zwiesił głowę. Twarz wykrzywiał mu grymas, najwyraźniej nad czymś rozmyślał. Avery po raz pierwszy odczuła względem niego współczucie.
– Wiem, jak to jest…. – zaczęła.
Dylan poderwał się tak szybko i gwałtownie, że krzesło przechyliło się w tył i uderzyło o ścianę.
– Moim zdaniem to niczego nie zmienia – powiedział. – Nie jesteśmy ani trochę podobni.
Chociaż sugestywny język jego ciała wskazywał na złość i chęć zachowania dystansu, oczy mówiły co innego. Avery była pewna, że jest na granicy załamania. Coś, co powiedział kapitan mocno go dotknęło, podobnie, jak ją. W dwójkę byli naznaczeni niepowodzeniem, samotni. Sami.
– Posłuchaj – rzekła. – Tak tylko pomyślałam.
Dylan odwrócił się i otworzył drzwi. Gdy wychodził, jego profil tylko potwierdził jej obawy; w przekrwionych oczach lśniły łzy.
– Niech to szlag – wyszeptała.
Najgorsze dla Avery były wieczory. Nie miała kręgu stałych znajomych, praca stanowiła jej jedyne hobby, jej zmęczenie osiągnęło taki stopień, że nie była sobie w stanie wyobrazić, że miałaby pracować w terenie jeszcze więcej. Siedząc samotnie przy wielkim stole z jasnego drewna nisko spuściła głowę w obawie przed tym, co ją czeka dalej.
Gdy wychodziła z biura, spotkało ją to, co zawsze. Atmosfera napięcia wisiała w powietrzu, a artykuł z pierwszej strony tylko ośmielił większą niż zwykle grupę funkcjonariuszy.
Ktoś zawołał: – Hej, Black, śliczna buźka.
Inny postukał palcem w zdjęcie Howarda Randalla.
– Piszą tutaj, że byliście bardzo blisko. Kręci cię gerontofilia? A wiesz, co to znaczy? To znaczy, że lubisz się pierdolić ze staruchami.
– Bardzo śmieszne – Uśmiechnęła się i wymierzyła w ich kierunku palce ułożone na kształt pistoletu.
– Pierdol się, Black.
* * *
Białe BMW – pięcioletnie, brudne i zużyte – zaparkowała na zamkniętym parkingu. Avery kupiła je u szczytu adwokackiej kariery.
– Chyba oszalałam? – pomyślała. – Co mnie skłoniło, żeby kupować biały samochód?
Sukces – przypomniała sobie. Białe BMW było jasne i przyciągało uwagę, a ona chciała, aby wszyscy wiedzieli, kto tu rządzi. Teraz przypominało jedynie o tym, jak bardzo życie jej się nie poukładało.
Mieszkanie Avery mieściło się przy Bolton Street w południowej części Bostonu. Miała dwa pokoje na pierwszym piętrze dwukondygnacyjnego budynku. Oczywiście doszło do zmiany na gorsze – przeniosła się z dawnego, usytuowanego na najwyższych piętrach drapacza chmur, penthouse’u, ale obecne mieszkanie było przestronne i czyste, z ładnym tarasem, na którym mogła usiąść i odpocząć po ciężkim dniu w pracy.
Przestronny salon wyłożony był włochatą wykładziną w brązowym kolorze. Kuchnia znajdowała się po prawej stronie drzwi wejściowych, a od reszty pokoju oddzielały ją dwie wielkie kuchenne wyspy. Nie miała roślin ani zwierząt. Północne usytuowanie mieszkania sprawiało, że zwykle panował w nim półmrok. Avery rzuciła na stół klucze, a potem resztę rzeczy: pistolet, kaburę z szelkami, walkie-talkie, odznakę, pas, telefon i portfel. Rozebrała się w drodze do łazienki.
Po długim prysznicu, w którym mogła sobie przemyśleć wydarzenia dnia, włożyła szlafrok, wyjęła piwo z lodówki, potem wzięła telefon i udała się na taras.
Komórka pokazywała prawie dwadzieścia nieodebranych połączeń, uzupełnionych o dziesięć nowych wiadomości. W większości od Connelly’ego i O’Malley’a. Słychać było mnóstwo wrzasków.
Czasem Avery stawała się tak skoncentrowana i ukierunkowana na obrany cel, że nie odbierała telefonu od nikogo, kto nie był niezbędny do realizacji zadania, zwłaszcza, gdy wszystkie elementy nie zostały złożone w jedną całość; dzisiejszy dzień zdecydowanie do takich należał.
Przewinęła wykaz ostatnio wybieranych numerów, a potem wszystkich osób, które do niej dzwoniły w ciągu ostatniego miesiąca. Nie było wśród nich ani jej córki, ani eksmęża.
Nagle do nich zatęskniła.
Wybrała numery.
Telefon wykonał połączenie.
Automatyczna sekretarka przekazała: “Cześć, tu Rose. Nie mogę teraz odebrać telefonu, ale jeśli zostawisz krótką wiadomość, przedstawisz się i podasz swój numer, oddzwonię najszybciej, jak będę mogła. Bardzo dziękuję.” Biiiip.
Avery rozłączyła się.
Przez chwilę bawiła się myślą, aby zadzwonić do Jacka, byłego męża. Był dobrym człowiekiem, chłopakiem z uczelni, któremu trudno zarzucić posiadanie jakichś wad, osobą pod każdym względem przyzwoitą. Gdy miała osiemnaście lat przeżyli gwałtowny romans i to ona, pełna pychy po zdobyciu upragnionej pracy, wszystko zepsuła.
Przez lata obwiniała innych o rozpad związku i rozluźnienie relacji z córką; Howarda Randalla o kłamstwa, swojego dawnego szefa, pieniądze, poczucie władzy oraz wszystkie te osoby, z którymi nieustannie musiała się liczyć i które musiała mamić, aby pozostawać o krok przed nimi w drodze do prawdy. Stopniowo jej klienci stawali się mniej wiarygodni, ale ona chciała iść naprzód, ignorować prawdę, naginać sprawiedliwość w jedną lub drugą stronę, po prostu po to, by zwyciężać.
– Sprawa za sprawą – tak sobie powtarzała. -Kolejnym razem będę bronić kogoś, kto był naprawdę niewinny i naprawię swoją reputację.
I tak miało być w przypadku Howarda Randalla.
– Jestem niewinny – płakał podczas ich pierwszego spotkania. – Ci studenci są całym moim życiem. Jak mógłbym skrzywdzić kogoś z nich?
Avery mu uwierzyła i po raz pierwszy w życiu uwierzyła również w siebie. Randall był światowej sławy psychologiem z Harvardu, przekroczył sześćdziesiątkę, nie miał motywu i nie przejawiał w przeszłości zachowań świadczących o niezrównoważeniu. Co więcej, sprawiał wrażenie słabego i załamanego, a Avery zawsze chciała bronić kogoś słabego.
Doprowadzenie do jego uniewinnienia stanowiło przełomowy moment jej kariery, szczyt szczytów, oczywiście do momentu, gdy celowo zabił ponownie, aby zrobić z niej żywą ilustrację kłamstwa.
Avery chciała się tylko dowiedzieć: dlaczego?
– Dlaczego pan miałby pan coś takiego zrobić? – spytała go, gdy już był za kratkami. – Dlaczego kłamałby pan i wrabiał mnie po to, aby do końca życia siedzieć w więzieniu?
– Ponieważ wiedziałem, że można panią ocalić – odparł Howard.
– Ocalić – pomyślała Avery.
– Czy to jest ocalenie? – myślała rozglądając się wokół. – Tutaj? Teraz? Bez znajomych? Bez rodziny? Z piwem w dłoni i nowym życiem polegającym na polowaniu na zabójców, aby dokonać zadośćuczynienia za swoją przeszłość?
Pociągnęła łyk ze szklanki i potrząsnęła głową. Nie, to nie jest żadne ocalenie. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Jej myśli skierowały się w stronę zabójcy.
W głowie zaczął jej się formować jego obraz: cichy, samotny, desperacko poszukujący uwagi, specjalista w sprawach roślin i zwłok. Wyeliminowała alkoholika i narkomana. Był zbyt ostrożny. Minivan wskazywał na posiadanie rodziny, ale działania na to, że rodziny pragnął, nie, że ją posiadał.
Z myślami i obrazami wirującymi w mózgu, Avery pochłonęła jeszcze dwa piwa po czym nagle zasnęła w wygodnym fotelu na tarasie.
Rozdział dziewiąty
W snach Avery znów była z rodziną.
Były mąż był typem sportowca o krótko ostrzyżonych włosach i zabójczych zielonych oczach. Jako zagorzali alpiniści wybrali się z córką, Rose, na wycieczkę w góry. Rose miała zaledwie szesnaście lat i została wcześniej przyjęta do Brandeis College, mimo, że była dopiero w gimnazjum. We śnie Avery Rose miała sześć lat. Śpiewali i szli ścieżką prowadzącą wśród gęstych drzew. Ciemne ptaki z trzepotem skrzydeł i krzykiem wzbiły się w powietrze zanim drzewo przeistoczyło się z mglistego potwora, który podobną do noża ręką dźgnął Rose w pierś.
– Nie! – krzyknęła Avery.
Druga ręka dźgnęła Jacka i zarówno on, jak i jej córka zostali gdzieś zabrani.
– Nie! Nie! Nie! – krzyczała Avery.
Potwór pochylił się.
Ciemne usta wyszeptały jej coś na ucho.
Nie ma sprawiedliwości.
Avery obudziła się nagle słysząc natarczywy dźwięk dzwonka. Wciąż była na tarasie w szlafroku. Słońce już wzeszło. Telefon dzwonił jak opętany.
Odebrała.
– Black.
– No Black! – odpowiedział Ramirez. – Myślałem, że już nigdy nie odbierzesz. Jestem na dole. Zgarnij swoje śmieci i już cię tam nie ma. Mam kawę i pierwsze wersje portretów pamięciowych.
– Która jest godzina?
– Wpół do dziewiątej.
– Daj mi pięć minut – powiedziała i rozłączyła się.
Sen nadal przenikał jej myśli. Niezgrabnie wstała i weszła do mieszkania. Dudniło jej w głowie. Wciągnęła spłowiałe niebieskie dżinsy. Biały T-shirt przybrał funkcje reprezentacyjne, gdy dołączyła do niego czarny blezer. Trzy łyki soku pomarańczowego i baton muesli stanowiły śniadanie. Wychodząc Avery zerknęła w lustro. I jej strój i poranny posiłek dzieliły lata świetlne od garsonek za tysiąc dolarów i codziennych śniadań w najlepszych restauracjach.
– Nie przejmuj się – powiedziała sobie. – Nie idziesz ładnie wyglądać. Idziesz puszkować przestępców.
W samochodzie Ramirez podał jej kubek kawy.
– Nienajlepiej wyglądasz, Black – zażartował.
On, jak zwykle, prezentował się nienagannie: granatowe dżinsy, jasnoniebieska koszula zapinana na guziki, granatowa marynarka, jasnobrązowy pasek i buty.
– Nie powinieneś być gliną, tylko modelem – warknęła Avery.
Odsłonił w uśmiechu idealne uzębienie.
– Po prawdzie to kiedyś trochę się tym zajmowałem.
Wyjechał spod wiaty i skierował się na północ.
– Spałaś choć trochę tej nocy? – spytał.
– Raczej nie. A ty?
– Jak dziecko – powiedział z dumą. – Zawsze dobrze śpię. A wiesz, że mnie nic nie rusza?
– Lubię dać się ponieść – powiedział i zamachał ręką w powietrzu.
– Coś nowego?
– Obaj chłopcy siedzieli wczorajszej nocy w domu. Connelly kazał ich obserwować, aby nie czmychnęli. Rozmawiał też z dziekanem, by zdobyć trochę informacji i upewnić się, czy nikt nie świruje z powodu bandy gliniarzy wałęsających się po cywilu na kampusie. Żaden z tych dzieciaków nie był notowany. Dziekan powiedział, że to porządni chłopcy z porządnych rodzin. Dzisiaj się przekonamy. Na razie nie ma niczego od Sary w sprawie rozpoznania twarzy. Powinniśmy się czegoś dowiedzieć po południu. Kilku dealerów samochodów dzwoniło do mnie z nazwiskami i numerami. Przez jakiś czas będę tworzył wykaz i zobaczymy, co się wydarzy. Widziałaś poranną prasę?
– Nie.
Wyciągnął i rzucił jej na kolana. “Morderstwo na Harvadzie” głosił nagłówek wielkimi, wytłuszczonymi literami. Było też zdjęcie z Lederman Park, uzupełnione o mniejsze zdjęcie z harvardzkiego kampusu. Artykuł wewnątrz stanowił przeróbkę głównego artykułu z poprzedniego dnia i uwzględniał mniejsze zdjęcie Avery i Howarda Randalla zrobione, gdy pojawili się razem w sądzie. Cindy Jenkins wymieniono z imienia i nazwiska, ale nie wstawiono zdjęcia.
– Coś jakby spuścili z tonu w mediach? – stwierdziła Avery.
– To biała dziewczyna z Harvardu – odparł Ramirez – pewnie, że to główna wiadomość. Białym dzieciom trzeba zapewnić bezpieczeństwo.
Avery uniosła brew.
– Coś mi to zalatuje rasizmem.
Ramirez z aprobatą pokiwał głową.
– Taa – zgodził się. – Pewnie jestem trochę rasistą.
Przebili się przez ulice południowej części Bostonu i skierowali na most Longfellow i do Cambridge.
– Dlaczego zostałeś gliną? – spytała.
– Uwielbiam być gliną – powiedział. – Ojciec był gliną, dziadek był gliną i teraz ja jestem gliną. – Zacząłem studia i szybko awansowałem. Jak tu tego nie kochać? Noszę broń, noszę odznakę. Właśnie kupiłem sobie łódź. Wypływam w morze, relaksuję się, łapię ryby, potem łapię morderców. Kontynuuję dzieło Boże.
– Jesteś wierzący?
– Nie – odrzekł. – Tylko przesądny. Jednak jeśli jakiś bóg istnieje, to chcę, aby wiedział, że stoję po jego stronie. Wiesz, o czym mówię?
– Nie – pomyślała Avery. – Nie wiem.
Jej ojciec był przemocowcem, natomiast matka, która gorliwie chodziła do kościoła i modliła się do Boga, sprawiała wrażenie przede wszystkim fanatyczki.
Głos ze snu powrócił.
Nie ma sprawiedliwości.
– Mylisz się – odparła Avery. – A ja to udowodnię.
* * *
Większość studentów ostatniego roku na Harvardzie mieszkała poza kampusem, w domach stanowiących własność szkoły. George Fine nie stanowił w tym względzie wyjątku.
Peabody Terrace był wysokim budynkiem usytułowanym nad rzeką Charles w pobliżu Akron Street. Biały, dwudziestoczteropiętrowy gmach mieścił eleganckie, wewnętrzne patio, piękne trawniki oraz zapewniał niezakłócony widok na drugą stronę rzeki tym studentom, którzy mieli szczęście i zostali umieszczeni na wyższych piętrach. George znalazł się w ich gronie.
Z Peabody Terrace połączonych było wiele budynków. George Fine mieszkał w Budynku E na dziesiątym piętrze. Ramirez zaparkował samochód przy Akron Street i weszli do środka.
– Tu jest jego zdjęcie – powiedział Ramirez. – Teraz powinien być w łóżku. Pierwsze zajęcia zaczynają się o dziesiątej trzydzieści.
Zdjęcie stanowiło wycinek większej fotografii wyciągniętej z Internetu. Przedstawiało niezadowolonego, niezwykle zadziornego studenta z tłustymi, czarnymi włosami o ciemnych oczach. Zdawał się stawiać fotografowi wyzwanie, czy ten będzie w stanie znaleźć skazę w jego perfekcyjnym wyglądzie. Mocna szczęka i przyjemne rysy skłoniły Avery do zastanowienia, dlaczego określano go mianem dziwaka. Dlaczego miałby uganiać się za dziewczyną, która tak jawnie nie była nim zainteresowana?
Ramirez pokazał portierowi swoją odznakę.
– Są jakieś problemy? – zainteresował się portier.
– Wkrótce się dowiemy – odparł Ramirez.
Ruchem ręki skierowano ich do góry.
Na dziesiątym piętrze skręcili w lewo i poszli długim korytarzem. Na dywanie widniał brązowy wzór w kształcie wirów. Drzwi pomalowano błyszczącą, białą farbą.
Ramirez zapukał do mieszkania nr 10E.
– George – powiedział – jesteś w domu?
Po krótkiej chwili ciszy ktoś odrzekł:
– Spadaj.
– Policja – wtrąciła się Avery i załomotała w drzwi. – Otwieraj.
Znów cisza, potem szelesty i kolejna chwila ciszy.
– No już – zawołała Avery. – Śpieszy nam się. Chcemy tylko zadać kilka pytań.
– Macie nakaz?
Ramirez podniósł brwi.
– Dzieciak zna się na rzeczy. Musi mieć najlepsze uniwersyteckie wykształcenie.
– Możemy go mieć w ciągu godziny – zawołała Avery. – Ale jeśli przez ciebie będę musiała wyjść i dwoić się i troić, aby go zdobyć, to się wkurzę. Dzisiaj w ogóle jestem nie w humorze. Zapewniam, nie życzyłbyś sobie przekonać się, jaka jestem, gdy się wkurzę. Chcemy pogadać o Cindy Jenkins. Słyszeliśmy, że ją znałeś. Otwórz, a przekonasz się, że potrafię też być całkiem miła.
Zasuwa się przesunęła.
– Ty to naprawdę umiesz sobie radzić z ludźmi. – zauważył Ramirez.
George pojawił się w koszulce bez rękawów i spodniach od dresu. Był niezwykle umięśniony, o wyrzeźbionej muskulaturze. Miał około 170 cm wzrostu, tyle samo na ile, na podstawie akt Cindy, Avery oceniała wzrost zabójcy. Chociaż sprawiał wrażenie jakby był na prochach lub jakby nie spał od wielu dni, miał wzrok osoby nieustraszonej. Avery przyszło do głowy, czy aby nie był wieloletnią ofiarą nękania, która postanowiła wziąć odwet.
– Czego chcecie? – powiedział.
– Możemy wejść? – spytała Avery.
– Nie, możemy załatwić to tutaj.
Ramirez włożył stopę do pomieszczenia.
– Posłuchaj – powiedział, – wolelibyśmy jednak wejść.
George przenosił wzrok z Avery na Ramireza i na stopę przytrzymującą otwarte drzwi. W końcu ustąpił, wzruszył ramionami i wycofał się.
– Wejdźcie – powiedział. – Nie mam nic do ukrycia.
Pomieszczenie było ogromne, jak na dwie osoby, z częścią mieszkalną, dwoma łóżkami po obu stronach pokoju i aneksem kuchennym. Jedno łóżko było starannie posłane, z ubraniami piętrzącymi się w stosach i sprzętem elektronicznym; drugie stanowiło jego dokładne przeciwieństwo.
Na nim właśnie usiadł George. Ręce umieścił wzdłuż ciała chwytając się materaca. Sprawiał wrażenie, jakby w każdym momencie mógł rzucić się naprzód.
Ramirez stał przy oknie tarasu podziwiając widok.
– Niezłe mieszkanie – powiedział. – Niby tylko kawalerka, ale ogromna. No i ten widok. Wow. Chyba lubisz patrzeć na rzekę.
– Przejdźmy do rzeczy – rzekł George.
Avery wysunęła krzesło i siadła twarzą do George’a.
– Prowadzimy sprawę morderstwa Cindy Jenkins – powiedziała. – Doszliśmy do wniosku, że być może będziesz mógł nam pomóc, jako że byłeś jedną z ostatnich osób, które widziały ją żywą.
– Mnóstwo ludzi widziało ją żywą.
Słowa miały zabrzmieć stanowczo, ale w jego oczach czaił się ból.
– Odnosimy wrażenie, że ci się podobała.
– Kochałem ją – powiedział. – I co z tego? Ona nie żyje. Nikt nie może mi pomóc.
Ramirez i Avery spojrzeli po sobie.
– Co to oznacza? – spytał Ramirez.
– Jak rozumiem – podjęła Avery – wyszedłeś z imprezy tuż po niej.
– Nie zabiłem jej – oświadczył. – Jeśli o to wam chodzi. Wyszedłem z imprezy, ponieważ ona dosłownie wytoczyła się przez drzwi. Martwiłem się o nią. Nie mogłem jej znaleźć, gdy zszedłem na dół. Musiałem pożegnać się z paroma osobami. Popytać. Taka jest prawda.
– Dlaczego musiałeś się z kimkolwiek żegnać? – zaciekawił się Ramirez. – Jeśli byłeś w niej zakochany, martwiłeś się, to dlaczego po prostu jej nie pomogłeś?
– Proszę rozmawiać z moim adwokatem.
– Coś ukrywasz – stwierdził Ramirez.
– Nie zabiłem jej.
– Udowodnij to.
George obniżył wzrok i potrząsnął głową.
– Zniszczyła mi życie – powiedział. – Ona zniszczyła mi życie, a teraz wy też próbujecie je zniszczyć. Sądzicie, że jesteście nie wiadomo kim.
Ramirez rzucił Avery spojrzenie, które mówiło: “Ten dzieciak jest szurnięty!” i przesunął się, aby podziwiać spektakularny widok z tarasu.
Avery wiedziała swoje. Poznała ten typ, zarówno jako adwokat, jak i glina. Było w nim jednocześnie coś wskazującego na osobę skrzywdzoną, ale także – paradoksalnie – coś władczego. Zamknięty w sobie i gotowy do zadania ciosu, jak niektórzy członkowie gangu, których przesłuchiwała; niewinność połączona z oburzeniem, które szybko przeradzały się w przemoc. Dłoń Avery powędrowała w stronę paska. Palce przesunęły się blisko kabury nie wykonując ruchu w kierunku pistoletu.
– Co miałeś na myśli, George? – spytała.
Gdy spojrzał w górę jego ciało było naprężone. Dziki grymas zniekształcił rysy twarzy. Oczy miał rozszerzone, wargi przygryzione. Skulił się. Rozluźnił je, na granicy łez
– Ja się liczę – rozpłakał się.
Ponownie stał się zadziornym bufunem. Wstał i rozpostarł ramiona. Łzy pojawiły się z zaskoczenia; nie próbował ich powstrzymać.
– Ja się liczę – zaszlochał i kucnął.
Avery wstała i odsunęła się, z ręką blisko broni.
– Co to wszystko znaczy? – spytał Ramirez.
– Zostaw go w spokoju – rzekła Avery.
Nie zważając na desperację, jaką przejawiał podejrzany, Ramirez przykucnął obok George’a i powiedział:
– Człowieku, wszystko w porządku. Jeśli to zrobiłeś, po prostu się przyznaj. Może jesteś szaleńcem albo coś? Możemy ci pomóc. Po to tu jesteśmy.
George znieruchomiał i zesztywniał.
Z jego warg wydostał się szept.
– Nie jestem szalony – powiedział. – Po prostu rzygać mi się chce na wasz widok.
Zręcznie, niczym wyszkolony żołnierz, sięgnął ręką do tyłu i wyciągnął ukryte ostrze. W okamgnieniu zakręcił się wokół Ramireza i oplótł mu szyję ramieniem. Błyskawicznie dźgnął go w prawy bok, tuż pod klatką piersiową; Ramirez krzyknął, George obsunął się do pozycji siedzącej, używając Ramireza jako tarczy.
Avery wyciągnęła broń.
– Nie ruszaj się! – zawołała.
George przystawił ostrze do skroni Ramireza.
– No i kto tu przegrał? – powiedział. – No kto!? – krzyknął.
– Rzuć to!
Ramirez jęczał z powodu rany między żebrami. Ramię wokół szyi nie pozwalało mu nabrać powietrza. Sięgnął po pistolet, ale końcówka ostrza wcisnęła mu się głębiej w skroń. George objął go mocniej i szepnął mu do ucha.
– Nie ruszaj się.
Ramirez wydał z siebie jęk, a potem krzyknął.
– Zastrzel skurwiela!
Avery zobaczyła, że George mocno dociska nóż do głowy Ramireza, z której zaczynała ściekać krew. W tej chwili zdała sobie sprawę, że nie ma wyboru. Życie partnera lub życie szaleńca; liczyła się każda sekunda.
Wystrzeliła.
Nagle George wydał okrzyk bólu i zatoczył się w tył, wypuszczając Ramireza z uchwytu.
Krótkie spojrzenie uświadomiło Avery, że George, trzymając się za ramię, zalewa się krwią. Liczyła na to, że strzał czysto trafi w ramię. Z ulgą stwierdziła, że się udało.
Ramirez sięgnął niezgrabnie po pistolet, ale zanim zdążył zareagować, nagle George zerwał się na nogi. Avery nie mogła uwierzyć. Nic nie mogło go powstrzymać.
Ku jej większemu jeszcze zaskoczeniu, George nie ruszył ani na Ramireza, ani na nią.
Ruszył w kierunku otwartego balkonu.
– CZEKAJ! – zawołała Avery.
Nie było jednak czasu. Miał nad nią dziesięć metrów przewagi, kierunek biegu wskazywał, że zamierza skoczyć.
Znów stanęła przed trudnym wyborem.
Strzeliła ponownie.
Teraz celując w nogę.
Upadł twarzą na ziemię, chwytając się za kolano. Tym razem się nie cofał. Po prostu leżał, jęcząc, trzydzieści centymetrów od balkonu.
Ramirez wstał i zachwiał się. Trzymając dłoń na ranie, złapał pistolet i skierował lufę na twarz George’a.
– Dziabnąłeś mnie, kurwa!
– Mam go – powiedziała.
Ramirez wydzielił George’owi kopniaka w bok i skręcił się przy tym z bólu, mocniej uciskając ranę.
– Kurwa! – krzyknął.
Leżąc na boku na ziemi, George uśmiechał się mimo, że krew lała mu się z ust.
– Podobało ci się, glino? Mam nadzieję, że tak, bo ja się z tego wywinę.
Avery podeszła, wyciągnęła kajdanki, wykręciła mu ręce do tyłu i mocno je skuła.
– A ciebie zabieramy do aresztu – powiedziała.
Rozdział dziesiąty
Avery zadzwoniła na 911, trzymając cały czas pistolet wycelowany w George’a. Użyła walkie-talkie, by wezwać posiłki. Ramirez nie mógł uwierzyć w skalę swojej głupoty, ani w to że rana może aż tak boleć. Co jakiś czas potrząsał głową i mamrotał do siebie.
– Nie mogę uwierzyć, że ten świr na mnie skoczył.
– Jest szybki – przyznała Avery. – Trenujesz coś, George. W wojsku? Marynarce? To dlatego byłeś w stanie porwać Cindy?
George siedział po turecku, w ciszy, ze zwieszoną głową.
– Jak rana? – Avery spytała Ramireza.
– Nie wiem. Mogę oddychać, więc chyba nie trafił w płuco. Ale boli jak skurwysyn.
Potem zamilkł i spojrzał na nią z podziwem.
– Dzięki, Black. Uratowałaś mi tyłek. Sporo ci wiszę.
Po przyjeździe karetki ratownik medyczny założył opatrunek podciśnieniowy i zadał Ramirezowi kilka pytań. Według wstępnej diagnozy nóż raczej ominął płuco. Przez cały czas Ramirez kręcił głową. – Głupek – powtarzał. – Głupek.
Przywieziono nosze na kółkach, aby go zabrać.
– Ja niebawem wrócę – rzekł do Avery. – Nie martw się. To drobiazg. To jest tylko skaleczenie. Hej, George – krzyknął. – Napadłeś na policjanta. Za to dostaje się maksimum sześć lat. A jeśli zabiłeś tę dziewczynę, będzie dożywocie.
Ochroniarz Harvardu towarzyszył Avery do momentu przybycia policji po George’a. Przez cały czas nikt nic nie mówił. W ciągu swojej trzyletniej służby Avery przebywała już wcześniej wśród zabójców, wielu zabójców, ale to dzieciaki uzbrojone w pistolety i noże wprawiały ją w zadumę: dzieciaki takie jak George. Studenci wyższych uczelni. Uniwersytetu Harvarda. Osoby, które pozornie miały wszystko, a i tak były wewnątrz pokiereszowane, rozbite.
Po przybyciu policji, która zabrała George’a, Avery stała sama w apartamencie. Po głowie krążyło jej słowo: “dlaczego”.
Dlaczego to zrobił?
Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Przez cały czas widziała twarz Howarda Randalla.
– Co się porobiło z tym światem? – zadawała sobie pytanie. – Wystarczy spojrzeć na to miejsce. Widok na niebo. Luksus w każdym calu. Młody, przystojny, sprawny fizycznie chłopak, który właśnie zaatakował i dźgnął nożem policjanta.
W głowie pojawiały się inne twarze: twarze członków gangów, i wściekłych mężów i pijanych psycholi, którzy zabijali niewinnych ludzi i tych innych – dzieciaków, sześciolatków z pistoletami maszynowymi Uzi przytroczonymi do klatki piersiowej.
Dlaczego?
Czy chodziło o ból? Ból takiego trudnego życia?
Napłynęło wspomnienie: jej ojciec, rozczochrane, siwe włosy, braki w uzębieniu, strzelba w dłoni.
– Chcesz gadać o bólu? – ironizował. – Odstrzelę ci ten pieprzony łeb! Wtedy się przekonasz, co to ból, smarkulo! Tak czy nie!?
Avery wstała.
Wszyscy już wyszli, a wciąż trudno jej było skupić uwagę na pomieszczeniu. Teraz pokój i George Fine wskoczyli na pierwsze miejsce jej priorytetów.
– Kim jesteś? – spytała.
Ściany były praktycznie gołe, z wyjątkiem jednego zdjęcia George’a, na którym z dumą prezentował medal zdobyty w biegu. Na biurku Avery znalazła klucze i portfel. Na łańcuszku wisiało przynajmniej dziesięć kluczy.
– Po co ci ich tyle? – zastanawiała się.
Nie było hasła blokującego jego komputer. Sprawdzenie ostatniej aktywności w Internecie okazało się bezcelowe: kilka pornograficznych filmików, porad dotyczących związków, miejsca treningów na terenie kampusu. Otwarte były dwie strony mediów społecznościowych.
– Na jednej z nich miał trzydziestu dwóch znajomych – Dusza towarzystwa – pomyślała z sarkazmem.
W szafie znalazła schowane pudełko ze zdjęciami: George z grupą mężczyzn ubranych w koszulki rezerwistów w lesie; George w towarzystwie rodziców z Harvardem w tle; Cindy Jenkins, setki zdjęć Cindy Jenkins: Cindy w centrum handlowym, Cindy na dziedzińcu Harvardu, Cindy na imprezie. Każde zdjęcie sprawiało wrażenie, jakby zrobiono je potajemnie, z oddali lub czasem tuż obok niej, ale bez jej wiedzy.
– Jezu.
Wezbrała w niej wściekłość. Nie z powodu tego, co znalazła w szafie, ani tego, co George mógł zrobić, gdyby zostawić go bez nadzoru, ale na Harvard, dziekana i utrzymywanie tajemnicy, przez co prawie zginął jej partner.
Kilka minut przeszukiwania telefonu i Avery wybrała numer.
– Poproszę z dziekanem Isleyem – powiedziała.
– Przykro mi – odparła asystentka. – Pan dziekan jest na spotkaniu.
– Nawet jeśli jest na księżycu, mnie to, kurwa, nie interesuje – warknęła Avery. – Mówi Avery Black, z policji w Bostonie, Wydział Zabójstw. Stoję właśnie w pokoju jednego z Państwa studentów, George’a Fine’a. Czy pan Isley wiedział coś o George’u? Musiał, ponieważ Wasz “typowy” student ostatniego roku Harvardu właśnie dźgnął nożem policjanta. Proszę go w tej chwili poprosić do telefonu!
– Proszę się nie rozłączać.
Dziekan pojawił się po dwóch minutach.
– Halo, dzień dobry pani – powiedział. – Przepraszam, że kazałem pani czekać. Właśnie informowano mnie o państwa czynnościach dziś rano.
– Usiłuję właśnie coś zrozumieć – powiedziała Avery. – Mój przełożony, Dylan Connelly dzwonił do pana wczoraj wieczorem z prośbą o informacje o George’u Fine’ie i Winstonie Gravesie. Powiedział pan, a ja cytuję mojego partnera, który został dźgnięty nożem: “To porządni chłopcy z porządnych rodzin”. Czy chciałby pan zrewidować swoje stanowisko?
Dziekan odchrząknął.
– Nie jestem pewien, o co pani chodzi – powiedział.
– Doprawdy? Mnie się wydaje, że nie mogę wyrażać się jaśniej. Powiem to zatem inaczej. Mamy rannego policjanta. Mamy jedną martwą dziewczynę. Teraz mamy głównego podejrzanego, który, jak pan był uprzejmy powiedzieć, nie stanowił problemu. Daję panu ostatnią szansę na to, aby zrewidował pan swoje stanowisko, a potem poważnie zastanowię się, czy nie wnieść oskarżenia. Właśnie odkryłam, że George Fine jest rezerwistą. Nie sądzi pan, że to może być istotna informacja? Szkolił się również w sztukach walki. Kolejna istotna rzecz. Jakoś nie wpisuje się w obraz porządnej rodziny. Czy wie pan o nim coś jeszcze?
– Proszę pani, nasze relacje ze studentami …-
– Albo pan mi powie natychmiast, albo się rozłączam i zostaje pan sam.
– Proszę pani, nie mogę tak po prostu —
– Pięć… cztery… po jeden – rozłączam się…
– Mamy —
– Macie martwą dziewczynę oraz potencjalnego mordercę w rękach … trzy… dwa…”
– No dobrze! – wykrzyknął zrezygnowany.
Zwiesił głos.
– Musi pani wiedzieć – powiedział – że nikt tutaj tak naprawdę nie wierzy, że jeden z naszych studentów mógłby potencjalnie odpowiadać za —
– Dźgnął nożem policjanta. Mojego partnera. Proszę mówić, co pan wie.
– Przez pierwsze dwa lata na uczelni był dyscyplinarnie zawieszony – przyznał dziekan. – Łaził za młodą dziewczyną ze Scaredale: Tammy Smith. Pojawiły się… problemy. Nie wniesiono oskarżeń. Nie chcieliśmy prasy. Miał ścisły zakaz zbliżania się do niej na odległość mniejszą niż dwieście metrów oraz nakaz odbywania cotygodniowych wizyt u naszego psychologa. Odnosiłem wrażenie, że sesje dały pomyślne efekty. Od tamtego czasu był wzorowym studentem.
– Coś jeszcze?
– To wszystko. Mamy akta, jeśli chciałaby pani do nich zajrzeć.
– A Winston Graves?
– Graves? – Dziekan prawie się roześmiał. – To jeden z najlepszych studentów ostatniego roku, wybitny w każdym aspekcie. Wysoce poważam i jego, i jego rodzinę.
– Żadnych tajemnic? – nagabywała Avery.
– Żadnych, o których bym wiedział.
– To znaczy, że mogą jakieś być – stwierdziła Avery. – Sama to sobie sprawdzę. A jeśli jeszcze raz zadzwoni do pana policjant z prośbą o informacje, to może warto się bardziej wysilić i współpracować przy ich udzielaniu. “Policjant dźgnięty nożem w akademiku Harvardu” to chyba nie jest najlepszy nagłówek w kontekście naboru na uczelnię.
– Chwileczkę, chyba uzgodniliśmy …
Avery rozłączyła się.
Kolejną osobą, do której zadzwoniła, był Jones – chudy Jamajczyk z poczuciem humoru, który zawsze się na wszystko skarżył, nawet, gdy bawił się w najlepsze.
– Tu Jones – powiedział.
– Tu Black. Jak ci idzie z tym monitoringiem ulic?
Jones był uwięziony w ciemnym biurze, w towarzystwie dwóch techników w niebieskich ubraniach. Pochylił się w przód nad klawiaturą i wytrzeszczył oczy, jakby miał skoczyć z dachu.
– Oszalałaś, Black – poskarżył się. – Wiesz o tym prawda? Jak długo jeszcze mam się babrać w tym gównie? To przypomina zgadywankę. Muszę zgadnąć, gdzie on mógł się udać, potem zdobyć dostęp do tych kamer i łapać odpowiednie momenty, żeby się przekonać, co się dzieje. Od wielu godzin gapię się w nicość. Tylko raz dopisało mi szczęście.
– Dopisało ci szczęście?
– Taa – powiedział i spojrzał w ekran. – Jestem teraz w kontroli ruchu ze Stanem i jego dziewczyną, Frankiem. Są świetni. Przez cały dzień mi pomagają. Co ja robię? Uzyskałem dostęp do kamer na światłach przy Auburn, w Hawthorn. Wiesz, do czego doszedłem? Znalazłem tego twojego minivana. Jedzie w górę Auburn, mija Hawthorn. Sprawdzam Auburn dalej na zachód, mija Aberdeen. I znowu widzę minivana. Jedzie na zachód.
– Gdzie pojechał potem?
– Ty chyba żartujesz! – wykrzyknął Jones. – Chyba mylisz mnie z systemem obrazowania satelitarnego? To mi zajęło jakieś pięć godzin!
– I tak trzymaj – powiedziała Avery i rozłączyła się.
– Minivan jechał na zachód – pomyślała. – Za miasto. Jeśli George jest stąd, to z pewnością gdzieś ma dom.
Następnie zadzwoniła do Thompsona, długoletniego partnera Jonesa, wielkiego, zwalistego mężczyzny o karnacji zbliżonej do albinosa, z blond włosami, pełnymi wargami i kobiecymi rysami twarzy. Thompson wrócił do biura z grupą funkcjonariuszy z policji stanowej, zajadając się pączkami i opowiadając historię o tym, jak zastał Jonesa pogrążonego we śnie i domalował mu pyszczek króliczka.
– Thompson – odpowiedział głębokim głosem.
– Tu Black. Co słychać? -
– Minivan skierował się na północ Charles Street. To wszystko, co mam. Nie byłem pewien, czy sprawdzać mosty, czy nie.
– Mamy mordercę na wolności – warknęła Avery. – Sprawdzasz wszystko. Twój partner, Jones, zrobił dużo więcej od ciebie. Gdzie się udał, gdy już minął Charles Street?
– Zaraz sprawdzę – powiedział.
– Nie – odparła. – Na dzisiaj koniec obserwacji. Potrzebuję cię do czegoś ważniejszego – George’a Fine’a. Studenta Harvardu. Jestem u niego teraz. Ramireza został dźgnięty nożem. Jest w szpitalu. Potrzebne mi wszystko, co można znaleźć o George’u Fine’ie. Jeśli musisz, skontaktuj się z jego rodzicami. Jest w rękach policji. Ma gdzieś dom, może na północny-zachód od Harvardu? Klucze leżą tutaj, na jego biurku. Czy ma jakąś historię medyczną? Porozmawiaj z jego znajomymi, rodziną, z każdym, z kim się da, zrozumiano? Brak hasła blokującego komputer, zatem też możesz go przejrzeć. Do końca dnia masz dyżur na Harvardzie.
– Będę tam za minutę.
– Nie, masz być tu teraz! – krzyknęła i zakończyła połączenie.
– Na północ – pomyślała. – Pojechał na północ od Lederman Park. Może przez most i prosto na Harvard? Dlatego zatem miałby jechać na zachód po tym, gdy zgarnął Cindy z alejki?
– O co ci chodzi, Fine? – pomyślała i rozejrzała się po pokoju. – O co ci chodzi?
* * *
Godzinę później Avery dotarła do szpitala.
Nóż tylko drasnął płuco Ramireza. Na szczęście nie naruszył żadnego ważnego organu, ale lekarze musieli zszyć ranę wewnętrzną.
Udała się do poczekalni.
Trzech policjantów po cywilu już tam było. Twarz jednego z nich przypominała pyszczek żaby; tłustawy, z mocną szczęką, krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami i wąskimi oczami.
– Świetnie – pomyślała Avery. – Finley.
Finley Stalls był jednym z najgorszych typów w wydziale. Głęboko nieszczęśliwy Irlandczyk pił co wieczór i każdego kolejnego ranka pojawiał się w biurze w złym nastroju. Cechowało do sardoniczne poczucie humoru. Chociaż nie był pierwszym, który czepiał się Avery, zawsze śmiał się jako ostatni.
Wszyscy trzej policjanci obdarzyli ją tym samym pozbawionym emocji spojrzeniem, do którego przyzwyczaiła się w wydziale. Już miała pomachać, aby wywołać choć trochę inną niż typową dla nich, reakcję, gdy Finley skinął głową w jej kierunku i powiedział szybkim, praktycznie niezrozumiałym, bostońskim akcentem.
– Diabelnie dobra robota.
Trudno jej było stwierdzić, czy żartował czy nie.
Drugi funkcjonariusz dołączył do chóru.
– Próbujesz pobić rekord w liczbie zabitych partnerów, Black?
– Acha – pomyślała. – Taki żart.
– Dajcie spokój – włączył się trzeci, zniesmaczony. – Zostawcie ją. To nie jej wina. Ramirez, przy podejrzanych, zachowuje się jak pieprzony palant. Zawsze nosi się, jakby dłoń Opatrzności chroniła go od zła wszelkiego. Pieprzony kretyn! Przecież to dzięki niej dotarł tu w jednym kawałku, nie?
– Złapaliście mordercę? – spytał drugi z policjantów.
– Zobaczymy – powiedziała Avery.
Czekała na kolejny żart, kolejny słowny atak, ale do niczego nie doszło. Policjanci po prostu pogrążyli się w myślach. Po raz pierwszy od długiego czasu Avery mogła się mentalnie zrelaksować w towarzystwie kolegów po fachu i spróbować skoncentrować.
Zadzwoniła do speców od kryminalistyki.
– Coś nowego, Randy?
Randy urzędowała w białym laboratorium w piwnicy wydziału. Na jej biurku stał mikroskop, przez który patrzyła w trakcie rozmowy.
– Dobrze, że dzwonisz – powiedziała. – Pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tych naturalnych narkotykach. Roślinach, które być może powodują paraliż, a ostatecznie zabijają ofiarę? Właśnie otrzymałam potwierdzenie w tej sprawie. Toksyny w jej organizmie wskazują na około sześćdziesięcioprocentowe opium. Bardzo czyste. Musiał mieć własną uprawę. Coś ci to daje?
– Rozmawiałam ze znajomym dealerem prochów – powiedziała Avery. – Spytałam, kto mógłby być tak durny, żeby sprzedawać nasiona maku i powodować spadek sprzedaży heroiny. Czekam na wieści. Miałam nadzieję, że trafisz na jakiś trop. Jeśli chodzi o oświetlenie LED i materiały ogrodnicze jestem w lesie. Można je dostać wszędzie.
– Oglądam teraz te paprochy pozdejmowane z ciała dziewczyny – rzekła Randy. – Jedno z nich zdecydowanie należy do kota, być może dachowca? Wydaje mi się, że nasz morderca lubi zwierzęta. Trzeba mieć nadzieję, że nie wypycha ich dla efektu. Są też ślady brudu. Typowego dla prac ogrodowych. Mogę powiedzieć, że mamy tutaj utalentowanego hodowcę, kogoś, kto trzyma rośliny, zwierzęta, ogrodowego maniaka.
Avery nie była w stanie połączyć tego w całość.
George Fine nie miał ani roślin, ani zwierząt.
– Może w innym miejscu – pomyślała. – Ale przecież byłyby chyba na to jakieś dowody w akademiku? Książki na temat botaniki, prochy?
– Dobra – powiedziała Avery. – Zadzwoń do mnie, jeśli coś jeszcze znajdziecie.
* * *
Późniejszym popołudniem Avery zapukała do sali Ramireza i weszła.
Machnięciem wysoko uniesionych rąk Ramirez zaprosił ją do środka i uśmiechnął się.
– Patrzcie, kogo tu mamy – zawołał. – Moja wybawczyni.
– Nie do końca – odpowiedziała Avery. – Co ja takiego zrobiłam?
– Zachowałaś zimną krew – zauważył Ramirez. – Zachowałaś się jak prawdziwa policjantka w obecności podejrzanego, a nie jak kretyński żółtodziób, jak ja. Ale jest dobrze – zmarszczył brwi. – Niebawem mnie stąd wypuszczą. Lekarz powiedział, że mogę jutro wyjść. W piątek zastaniesz mnie przy biurku.
– Pierwsze słyszę – powiedziała Avery. – Lekarz powiedział, że potrzeba co najmniej dwóch tygodni na wygojenie rany. Masz leżeć w łóżku.
– Co? – zajęczał Ramirez. – Nie mów tego kapitanowi. Nie zmuszaj mnie, żebym siedział na dupie w domu. Nie masz pojęcia, jak wygląda moje życie prywatne.
– A jak wygląda twoje życie prywatne? – zastanowiła się.
Ramirez stanowił dla niej zagadkę: przystojny, w świetnej formie, doskonale ubrany i najwyraźniej bez zmartwień. Atak ze strony George’a ukazał jego inne oblicze: trochę nieostrożny, zły i za mało wyćwiczony w samoobronie, aby poradzić sobie z napastnikiem działającym tak szybko i z zaskoczenia, jak George. Początkowo przypominał jej wszystkich mężczyzn, z którymi umawiała się przypadkowo na jedną noc kilka lat temu. Oni też prezentowali piękną otoczkę, a po zdjęciu z nich pierwszej czy drugiej warstwy, ukazywało się potworne pobojowisko. Miała nadzieję, że w przypadku jej partnera jest inaczej
– Widzę, ze naprawdę chcesz poznać moją tajemnicę, co? – powiedział. – Dobra, czemu nie. Jestem w łóżku, w szpitalu. Wiem, że znikam niczym Superman, ale tak szczerze? W środku jestem zwykłym facetem, Black. Uwielbiam swoją pracę, ale nie lubię wysiłku. Rzadko bywam na siłowni, a już zdecydowanie nie jestem przesadnie sprawny fizycznie. Widzisz, jak jestem zbudowany? Taki się urodziłem.
– W domu ktoś na ciebie czeka? – spytała Avery.
– Kiedyś miałem dziewczynę. Przez sześć lat. Odeszła ode mnie jakiś czas temu. Powiedziała, że mam zbyt duże problemy z angażowaniem się w związek. Wiesz, jak jest, Black! Nie oszukujmy się. Dlaczego taki świetny facet, jak ja, miałby się angażować w jedną kobietę, skoro po świecie chodzą ich miliony?
– Są setki powodów – pomyślała Avery.
Nasunęło jej się wspomnienie Jacka, byłego męża. Chociaż od dawna ze sobą nie rozmawiali, gdy była młodsza, bardzo chciała wyjść za niego za mąż. Dawał poczucie stabilności, łagodności, miłości i wsparcia. Bez względu na to, jak bardzo Avery stawała się natarczywa lub zdystansowana, był w pobliżu, czekając, zawsze gotów ją przytulić.
– Ludzie się chyba angażują, aby czuć się bezpiecznie – powiedziała.
– To żaden powód, by się angażować – odrzekł. – To musi wynikać z miłości.
Avery nigdy tak naprawdę nie rozumiała koncepcji miłości do czasu urodzenia córki Rose. Będąc młodą studentką sądziła, że kocha Jacka. Pojawiło się uczucie i tęskniła, gdy nie było go w pobliżu, ale jeśli byłaby naprawdę zakochana, to albo nie traktowałaby go jako coś oczywistego, albo by odeszła.
Urodziła Rose mając zaledwie dwadzieścia lat. Jack chciał założyć rodzinę jak najszybciej, ale po urodzeniu Rose Avery poczuła, że jest w potrzasku – koniec sam na sam z Jackiem, koniec z czasem dla siebie, koniec z życiem, karierą. Wszystko się poplątało. Z jej winy, jak się okazało – koniec z jej małżeństwem, koniec z byciem matką. I chociaż ona i Rose były nadal sobie obce, ona wiedziała, teraz już wiedziała.
– Co ty wiesz o miłości? – spytała.
– Wiem, jak sprawić, by moja kobieta czuła się dobrze. – uśmiechnął się, posyłając jej nieśmiałe, zalotne spojrzenie.
– To nie jest miłość – odrzekła Avery. – Miłość pojawia się wtedy, gdy jesteś gotów porzucić coś, co jest dla ciebie ważne, dla drugiej osoby. Wówczas, gdy druga osoba jest dla ciebie ważniejsza od własnych pragnień i widać to po twoich czynach – to jest miłość. Która nie ma nic wspólnego z seksem.
Ramirez uniósł z szacunkiem brwi.
– Noo – powiedział. – Głęboka myśl, Black.
Przywoływanie wspomnień sprawiało Avery ból. Próbowała skupić się na tym, co miała zrobić; zabójca jest na wolności, a podejrzany w areszcie.
– Muszę lecieć – stwierdziła. – Chciałam się tylko upewnić, czy z tobą wszystko gra. Do kompletu zdecydowanie potrzebuję teraz kolejnego martwego partnera.
– Leć, leć – rzekł Ramirez. – A co porabia twój żołnierz piechoty morskiej?
– Siedzi w kiciu. I wcale aż tak bardzo się nie mylisz. Jest rezerwistą. Ma sprawne ręce. Już sobie pogadałam jak trzeba z dziekanem o ukrywaniu informacji, o osobach, które mogą być potencjalnie śmiertelnie niebezpieczne. Thompson jest już w akademiku.
– Sądzisz, że to on jest zabójcą?
– Nie jestem pewna.
– Czemu masz wątpliwości?
– Elementy układanki – pomyślała. – Puzzle, które do siebie nie pasują.
– Być może to jest on – rzekła. – Zobaczymy, co się wydarzy.
Rozdział jedenasty
Godzinę później Avery stała w małym, ciemnym pomieszczeniu z O’Malleyem i Connellym. Przed nimi, za lustrem weneckim, siedział George Fine. Z rękami zakutymi w kajdanki przypięte do metalowego stołu oraz bandażami na ramionach i nogach w miejscach ran postrzałowych.
– Miał szczęście – stwierdziła Avery – że go tylko drasnęłam. Dobrze wycelowałam.
Co jakiś czas coś do siebie mamrotał pod nosem lub wzdrygał się. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, choć sprawiał wrażenie głęboko pogrążonego w myślach.
W dłoni Avery trzymała rysunek, na którym widniało sześć różnych, biało-czarnych szkiców męskiej twarzy, sporządzonych na podstawie filmów z zabójcą nagranych w systemie monitoringu. Na każdym widniał sprawca rasy białej o wąskiej brodzie, wysokich kościach policzkowych, małych oczach i wysokim czole. Na trzech zdjęciach usunięto perukę, okulary i wąsy. Rysownik zmieniał uczesanie i zarost na twarzy zabójcy. Na trzech ostatnich zachowano przynajmniej jeden element przebrania na wypadek, gdyby to wcale nie było przebranie.
Avery nie spieszyła się, analizując każde zdjęcie.
Twarz, którą zobaczyła w kamerach, wryła jej się w mózg. Teraz, mając kilka wyraźnych szkiców, mogła już wyobrazić sobie inne oblicza: o szerszej brodzie, niższych kościach policzkowych, łysej głowie, większych oczach, okularach, różnych kolorach tęczówki.
Co jakiś czas przenosiła wzrok na Fine’a. Występowały podobieństwa: biały kolor skóry, wysokie kości policzkowe… Sprawiał wrażenie, jakby był delikatniejszej budowy, ale obaj wyglądali na drobnych. Pełne gracji ruchy, które Avery zobaczyła w kamerze bardzo przypominały te, które obserwowała, gdy George powalił Dana. Niemniej jednak Avery nie miała pewności. Były jeszcze te rośliny i zwierzęta. Zabójca na filmie wydawał się mieć jakiś szatański wymiar, ulotne poczucie humoru, którego brakowało George’owi. Czy George Fine ukłoniłby się do kamery?
Connelly, jakby był w stanie mentalnie odczytać jej wątpliwości, wskazał na okno i rzekł:
– To ten gość. Jestem pewny. Spójrz tylko. Odkąd tu wszedł sklecił dwa słowa czy coś. Czy uwierzysz, że on chce adwokata? Za nic w świecie. Guzik dostanie! Musi się przyznać.
O’Malley miał na sobie ciemny garnitur i czerwony krawat. Pomiętosił wargi, zmarszczył brwi i powiedział:
– Chyba muszę się zgodzić z Connellym w tej kwestii. Mówiła pani, że znalazła zdjęcia Jenkins w jego pokoju. Zaatakował i prawie zabił policjanta. Pasuje do opisu. Szkice też się prawie zgadzają. Zatem skąd wahania?
– Elementy nie układają się w całość – stwierdziła. – Dokąd zabrał Cindy po porwaniu? Jak nauczył się balsamowania? Randy Johnson powiedziała, że włosy na sukience Jenkins pochodziły od kota. W Internecie wielokrotnie wyszukiwał pornografię i porady dotyczące związków. Czy to brzmi jak opis zabójcy?
– Niech pani posłucha, Black, po co bawić się w jakieś uprzejmości – rzekł Connelly stanowczo. – Jeśli chodzi o mnie, to kończy sprawę. Mamy go. On musi mieć gdzieś swoją bezpieczną przystań. Tam znajdziemy i kota, i minivana, i narzędzie zbrodni. Pani zadanie polega na znalezieniu tego domu. Jezu, czy zawsze musi się pani zachowywać, jakby była dużo lepsza od nas wszystkich?
– Po prostu chcę to zrobić jak należy.
– Tak? Cóż, to chyba coś nowego, nie?
Connelly kipiał wściekłą energią, miał czerwone policzki i przekrwione oczy, jakby pił, albo jakby miał ciężką poprzednią noc. Koszula zdawała się na nim prawie pękać w szwach i sprawiał wrażenie, jakby marzył o przywaleniu komuś w pysk.
Zwróciła się do O’Malleya.
– Porozmawiam z nim, dobrze?
– To pani sprawca – wzruszył ramionami O’Malley. – Niech pani robi, co chce. Przez tę sprawę wiele osób będzie nam siedzieć na karku. Chyba, że pani znajdzie jakieś dowody, i to szybko. A jeśli nie, zakończmy to, dobra?
Wyciągnęła kciuki skierowane w górę w jego kierunku.
– Się robi, szefie.
Zabrzęczał dzwonek drzwi do sali przesłuchań. Avery popchnęła je i weszła do środka. Wszystko było szare, również stalowy stolik, przy którym siedział podejrzany, lustro i ściany.
George wydał westchnienie pełne frustracji i zwiesił głowę. Miał na sobie tę samą podkoszulkę bez rękawów i dresowe spodnie.
– Pamiętasz mnie? – spytała Avery.
– No – odparł. – Jesteś tą suką, co wymierzyła mi w twarz pistolet.
– Chciałeś zabić mojego partnera.
– Obrona własna – wzruszył ramionami. – Wpadliście do mojego pokoju. Wszyscy wiedzą, że policja w Bostonie słynie ze skłonności do szybkiego pociągania za spust. Próbowałem się bronić.
– Dźgnąłeś go nożem.
– Proszę rozmawiać z moim adwokatem.
Avery usiadła.
– Wyjaśnijmy sobie parę spraw – powiedziała. – Studiujesz ekonomię. Jesteś przeciętnym studentem. Rezerwistą. Nie masz kartoteki na policji. No, przynajmniej nie miałeś do wczoraj. Pod każdym względem cichy, nieszkodliwy student. Kilku znajomych – wzruszyła ramionami. – Wydaje mi się, że tak to już jest, jak się nieczęsto imprezuje na studiach. Rodzicom dobrze się powodzi. – Prawnik i lekarz. Nie masz rodzeństwa, ale… – stwierdziła z naciskiem – słyniesz z tego, że zakochujesz się na zabój. Taaa – rzekła nieomal przepraszająco. – Rozmawiałam z dziekanem i dowiedziałam się o twoim zauroczeniu Tammy Smith, dziewczyną z Scarsdale, za którą łaziłeś. Czy to z jej powodu poszedłeś na Harvard, czy to był zbieg okoliczności?
– Nikogo nie zabiłem – powiedział i spojrzał jej w oczy tak zdeterminowanym, nieustępliwym spojrzeniem, jakby chciał ją sprowokować, aby zaprzeczyła.
Całe to przesłuchanie wydało się Avery jakieś nie takie, jak powinno być.
Instynkt podpowiadał jej, że dokonała właściwej oceny. Chłopak był niezrównoważony i samotny, nastolatek który był na krawędzi załamania jeszcze zanim dziewczyna jego marzeń została nagle zamordowana. A potem coś w nim pękło. Ale żeby to miało go uczynić skrupulatnie działającym mordercą, który patroszy zwłoki i ustawia je w anielskich, pełnych życia pozach? Trudno jej było w to uwierzyć. Natomiast nie było niezbitych dowodów.
– Lubisz chodzić do kina? – spytała.
Zmarszczył brwi niepewny do czego zmierza ta linia przesłuchania.
– Czy możesz mi powiedzieć, co grają w Omni Theatre? – dodała. – W kinie naprzeciw parku Lederman?
Spotkało już puste spojrzenie.
– Grają tam teraz trzy filmy – odpowiedziała. – Dwa z nich to typowe filmy akcji w 3D. Te mnie nie interesują – rzekła wykonując delikatny ruch nadgarstkiem. – Trzeci nosi tytuł: “L’Amour Mes Amis” – francuski filmik o trzech paniach, które zakochują się w sobie nawzajem. Widziałeś go?
– Nigdy o takim nie słyszałem.
– Lubisz zagraniczne filmy?
– Proszę rozmawiać z moim adwokatem.
– Dobrze już, dobrze – stwierdziła. – Co powiesz na to? Jeszcze jedno pytanie. Udzielisz mi szczerej odpowiedzi, a ja zostawię cię tutaj i sprowadzę ci adwokata. Dobrze?
Bez odpowiedzi.
– Żadnych zobowiązań – dodała. – Serio!
Avery potrzebowała chwili, aby sformułować myśl.
– Mógłbyś być moim zabójcą – rzekła. – Naprawdę. Mamy mnóstwo tropów do zbadania, ale niektóre elementy pasują do siebie. Jaki mógłby być inny powód zaatakowania policjanta? Dlaczego twój pokój jest tak czysty? Zastanawiam się, czy nie mieszkasz gdzie indziej. A mieszkasz?
Z jego spojrzenia nie dało się niczego wyczytać.
– Tu leży mój problem – powiedziała Avery. – Możesz być głupim dzieciakiem, któremu świat się zawalił z powodu śmierci ukochanej. Może ogarnęła cię wściekłość i litość względem samego siebie. Co spowodowało pewien brak zrównoważenia, bo zaatakowałeś policjanta. Ale – podkreśliła, wskazując na lustro weneckie – zarówno mój przełożony, jak i kapitan sądzą, że jesteś winny morderstwa pierwszego stopnia. Chcą widzieć cię na
stosie. Zamierzam dać ci wybór. Odpowiedz na jedno pytanie, a przemyślę swoje stanowisko i dam ci to, czego chcesz. Dobrze?
Pochyliła się do przodu i spojrzała mu głęboko w oczy.
– Dlaczego zaatakowałeś mojego partnera?
George’em Fine’em targały złożone emocje. Zmarszczył brwi i szukał słów, następnie odwrócił wzrok i ponownie spojrzał na Avery.
Po części zdawał się kalkulować, zastanawiając się, co ta odpowiedź będzie oznaczać w sądzie. W końcu podjął decyzję. Zbliżył się i chociaż starał się sprawiać wrażenie twardziela, jego oczy zasnuły się łzami.
– Wszystkim wam się wydaje, że jesteście tacy wielcy, tacy ważni. No cóż, ja też jestem ważny – powiedział. – Moje uczucia też się liczą. Nie możesz tak po prostu powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, a potem mnie ignorować. Ja też jestem ważny. Gdy się ze mną całujesz to znaczy, że jesteś moja. Rozumiesz?
Podniósł w górę twarz, po policzkach spływały mu łzy. Wykrzyknął:
– To znaczy, że jesteś moja!
Rozdział dwunasty
Spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta.
Słońce wciąż wisiało na niebie, wielki trawnik wypełniony był ludźmi.
Usiadł oparty o drzewo przy Killian Court na kampusie politechniki MIT. W cieniu wysokiego drzewa, nie kryjąc się, założył czapkę i okulary.
Dotarł na miejsce zaledwie kilka minut wcześniej. Problemy w pracy spowodowały, że oddał szefowi arkusz kalkulacyjny na ostatnią chwilę. Często pytał Wszechducha, dlaczego nie można zabić szefa, no i wszystkich innych, wyraźnie uciążliwych osobników. Bez słów – tylko przy pomocy dziwnych dźwięków i niepokojących miraży, Wszechduch dał mu do zrozumienia, że jego przemyślenia i uczucia nie miały żadnego znaczenia – znaczenie miały tylko dziewczyny.
Młode. Żywiołowe. Pełne życia.
Dziewczyny, mogące uwolnić Wszechducha z jego więzienia.
Świątynia dziewczyn, dziewczyny z uczelni gotowe przejąć świat, źródło tętniącej, pełnej mocy energii, łatwej do przekazania Wszechduchowi; siła wystarczająca do wyrwania się z interwymiarowego królestwa i przybycia na Ziemię w fizycznej postaci. Koniec z zapotrzebowaniem na apostołów i sługi. Wolność. Wreszcie. A co z tymi wszystkimi, którzy mu pomogli? Cierpliwymi i silnymi, budującym świątynię ze szczątków studentek z miłością i oddaniem? Co z nimi? Cóż, ci, oczywiście, mają zapewnione miejsce w Niebie, od razu jako bogowie.
Był wtorek. We wtorkowe wieczory Tabitha Mitchell zawsze szła ze znajomymi do biblioteki zwieńczonej wielką kopułą, aby się uczyć.
Wypatrzył ją o szóstej piętnaście. Tabitha była w połowie Chinką, w połowie biała. Ładna i lubiana, wygłupiała się z przyjaciółmi. Odrzuciła ciemne włosy i potrząsnęła głową w odpowiedzi na jakąś wypowiedź. Grupa przeszła przez trawnik.
Nie trzeba było jej śledzić. Trasę już znał – powrót do akademika, żeby się przebrać; potem wyjście do pubu Muddy Charles na “Super wtorki: wieczór dla dziewczyn. Wszystkie piją za darmo.” Wtorkowe imprezy lubiła najbardziej.
Wypił łyk smoothie, przymknął oczy i przygotowywał się psychicznie.
* * *
Narastanie napięcia stanowiło jego ulubione stadium – to oczekiwanie, tęsknota oraz bliskie eksplozji pożądanie. Dzięki tym dziewczynom miłość była emocją, którą łatwo dawało się odczuć. Każdą z nich cechowała duchowa żywiołowość, energia i niewiarygodne poczucie celu, jako wspólny mianownik, co było ważniejsze od wszystkich osiągnięć realizowanych na własną rękę. W jego myślach były to księżniczki, królowe, godne jego podziwu i nieprzerwanej adoracji.
Natomiast odrodzenie okazywało się trudne.
Kiedy się wszystkie przebrały, nie były już jego własnością. Stały się ofiarami dla Wszechducha, klockami do budowy świątyni na jego ostateczny powrót; on musiał tylko pamiętać je jako obrazy i wspomnienia z kiełkującej miłości, której pędy przycięto zbyt krótko, zawsze zbyt krótko.
Stał nad rzeką Charles i patrzył się na fale. Nastała noc, a wieczorem, tuż przed wzbudzeniem, ogarniała go potrzeba największej introspekcji. Za nim, przez Memorial Drive, przechodziła Tabitha Mitchell ze znajomymi, w drodze do pubu Muddy Charles. Zostawali w nim przynajmniej ze dwie godziny, o czym już wiedział. Potem rozchodzili się i Tabitha udawała się do akademika, samotnie.
Na ciemnym niebie z trudem można było zobaczyć gwiazdy. Wypatrzył jedną, potem dwie, co sprawiło, że zaczął się zastanawiać, czy Wszechduch mieszkał wśród tych gwiazd, czy też sam był niebem, kosmosem. Niczym odpowiedź – ujrzał jego wizerunek: ciemniejszy cień na nieboskłonie, który zdawał się rozciągać na całe sklepienie. Oblicze Wszechducha miało cierpliwy, oczekujący wyraz. Nie padło ani jedno słowo. W tej chwili wszystko było jasne.
Około dziewiątej skierował się do pubu i czekał w wąskim przejściu pomiędzy barem znajdującym się z wielkim budynku Morss Hall z białym kolumnami a Fairchild Building. Miejsce było słabo oświetlone. Sporo osób przechodziło obok.
Pojawiła się o wpół do dziesiątej.
Tabitha pożegnała się przed holem. U podnóża schodów dziewczyny rozeszły się w różne strony. Jej dwie koleżanki skręciły w stronę mieszkania na Amherst Street, ona udała się w lewo. Taki miała zwyczaj, przechodziła przez przejście.
Przestał zważać na licznych przechodniów obok i na ulicy; wstąpił w niego aktorski duch. Zaczął udawać pijaka i zatoczył się na Tabithę. W dłoni ukrył domowej roboty strzykawkę, doczepiając ją pierścionkami do palców.
Przechodząc za nią równocześnie wbił jej igłę w kark, objął ją za szyję, aby się nie ruszała i przyciągnął ją do siebie.
– Cześć, Tabitha! – powiedział bardzo przyjaznym, głośnym głosem z wyniosłym brytyjskim akcentem, a potem, aby ją zmylić, dodał:
– Shelly i Bob powiedzieli mi, że tutaj będziesz. Pogódźmy się, co? Nie chcę się już kłócić. Pasujemy do siebie. Usiądźmy i porozmawiajmy.
Początkowo Tabitha szarpnęła się i próbowała wyzwolić z uścisku napastnika, ale przez szybko działające narkotyki zdrętwiało jej gardło. W ciągu kolejnych sekund zaczęły jej się mylić imiona znajomych. Mimo gasnącego umysłu i ciała pomyślała z nadzieją, że to jakiś żart koleżanek ze stowarzyszenia studentek.
Od podtrzymywał ją bardzo profesjonalnie. Jedną ręką objął ją przez plecy i wspierał, aby nie upadła. Drugą, w której trzymał środek nasenny, wsunął igłę do kieszeni roboczych spodni, a następnie ujął jej policzek. W taki sposób utrzymywał ją w pionie silnymi ramionami, nie przestając do niej mówić, jakby rzeczywiście stanowili skłóconą parę, która być może zaraz się pogodzi.
– Znowu piłaś? – spytał. – Dlaczego pijesz zawsze wtedy, kiedy mnie nie ma? Chodź. Usiądźmy i porozmawiajmy.
Początkowo wiele osób na ulicy, jak również tych, które przechodziły przez trawnik, bezpośrednio mijając zabójcę i Tabithę, sądziło, że coś jest zdecydowanie nie tak; bardzo wskazywały na to jej nienaturalne ruchy. Kilku przechodniów nawet przystanęło, aby popatrzyć, ale zabójca tak profesjonalnie był w stanie panować nad ciałem Tabithy, że po zastrzyku i krótkiej walce, Tabitha wyglądała jak inne zawiane studentki, którym pomaga najlepszy przyjaciel czy ukochany. Starała się stawiać kroki. Czepiała się go rękami, ale nie jakoś agresywnie, tylko tak, jakby spała i musiała przegonić majaki.
Delikatnie, z czułością, zabójca podprowadził ją do murku, posadził i pogładził po włosach. Nawet najuważniejszy i najbardziej czujny przechodzień mógł uznać, że wszystko jest w porządku i kontynuować to, co zaplanował na wieczór.
– Będziemy ze sobą szczęśliwi – wyszeptał morderca.
Pocałował ją miękko w policzek. Odczuwał nawet silniejsze podniecenie, niż w przypadku Cindy. Dziwnie pobudzony zerknął w ciemne niebo i ujrzał Wszechducha, który spoglądał na niego gniewnym spojrzeniem, z dezaprobatą.
– Wszystko w porządku – Zabójca zdenerwował się w duchu.
Silnym uściskiem przyciągnął Tabithę bliżej do siebie. Wciągnął w nozdrza jej zapach, ścisnął ręce i nogi. Z jej ust wydobywały się ciche jęki, ale wiedział, że miną; narkotyki oczyszczą jej umysł za jakieś dwadzieścia minut.
Dwóch chłopców grało we frisbee. Grupa hałaśliwych studentów pierwszego roku śpiewała piosenki. Wzdłuż rzeki Charles mknęły samochody.
W miejscu pełnym ludzi zabójca podniósł Tabithę i zarzucił sobie na ramiona. Chociaż jej nogi plątały się bezwładnie, trzymał jej ręce na klatce piersiowej i biegł do samochodu zaparkowanego przy Memorial Drive.
– No weź! – wołał ze swoim udawanym akcentem. – Obejmij mnie nogami! Wcale mi nie pomagasz! Może wysil się choć trochę? Proszę cię.
Ciągnął tę rozmowę przy niebieskim minivanie. Oparł ją o samochód, otworzył drzwi po stronie pasażera i delikatnie umieścił w środku.
Przez kilka sekund kucał przy drzwiach, nie tylko, aby udawać przejętego chłopaka, ale aby obserwować jej twarz, patrzyć na wznoszącą się i opadającą pierś i zastanawiać się – jak to robił często – jak by to było ją pocałować, tak naprawdę, i kochać się z nią. Wszechduch okazywał niezadowolenie ze swojego niebiańskiego miejsca i zabójca, wzdychając, zamknął drzwi pasażera, zajął miejsce za kierownicą i odjechał.
Rozdział trzynasty
W pogodny, wczesny, środowy poranek Avery weszła do biura, aby sprawdzić wiadomości pod kątem pojawienia się jakiś nowych poszlak. Niepokojąca rozmowa z George’em potwierdziła jedno: to świr. Czy mógł być zabójcą? Jasne, Avery już zaczęła go o to podejrzewać, ale wciąż były inne tropy do zbadania.
Pozostał ostatni podejrzany – chłopak Cindy Jenkins, Winston Graves. Graves, mistrz Harvardu w szermierce, pochodził z rodziny należącej do elity. Ojciec był właścicielem kilku sieci supermarketów, a matka występowała regularnie w telewizji QVC. Winston niewątpliwie wsławił się jako zaangażowany student i sportowiec, który, choć nigdy nie będzie zmuszony do przepracowania choćby jednego dnia w życiu, i tak zdobywał najwyższe oceny i miał aspiracje, by reprezentować swój kraj na Igrzyskach Olimpijskich.
– Nieźle – pomyślała. – Ale i tak warto sprawdzić.
– Hej, Black – zawołał kapitan. – Proszę tu przyjść.
Finley Stalls siedział przed biurkiem kapitana, niczym złodziej, którego zaraz złapią na gorącym uczynku. Mimo krótkiego momentu koleżeńskiego porozumienia poprzedniego dnia, Avery nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Jako policjant z patroli ulicznych zwykle przydzielany do tego zespołu oddziału ds. zabójstw, który akurat zgłosił zapotrzebowanie. Był według niej człowiekiem leniwym, złośliwym i niegodnym zaufania. Mówił przy tym z tak silnym akcentem i w takim tempie, że przez większość czasu właściwie nie można go było zrozumieć.
– O co chodzi, panie kapitanie?
O’Malley miał na sobie granatową koszulę z długim rękawem i brązowe spodnie. Twarz pokrywał mu jednodniowy zarost. Sprawiał wrażenie, jakby tej nocy niewiele spał.
– Thompson najwyraźniej wyważył odpowiednie drzwi – powiedział. – Dzisiaj rano zadzwoniła do nas Shelly Fine, matka domniemanego sprawcy. Wygląda na to, że pożyczyła mu pieniądze na wynajęcie na cały miesiąc domku w zatoce Quincy. Tu jest adres – rzekł i podał jej skrawek papieru. – To może być to miejsce. Proszę tam zaraz pojechać. A jeśli okaże się, że tak jest, spotkam się dziś po południu z szefem, aby zaplanować konferencję prasową.
Avery sprawdziła adres.
– Południowy-zachód – pomyślała. – Nad wodą. Daleko od miejsca porwania lub trasy przejazdu minivana. Zgodnie z raportem wywiadowczym Jonesa, zabójca, po wyjeździe z Cambridge, jechał w przeciwnym kierunku. A według Thompsona samochód kierował się na północ.
– Jasne – stwierdziła. – Pojadę tam dziś po południu.
– Upiła się pani, czy co? – warknął w odpowiedzi. – Właśnie daję pani potencjalny adres zabójcy, którego szukamy, a pani mi mówi, że będzie czekać do popołudnia?
– Thompson i Jones spędzili wczoraj większą część dnia na śledzeniu tras samochodowych. Według nich minivan udał się z parku na północ, a z alejki na zachód. Ani razu nie zboczyła na południe. Nie mówię, że Fine nie jest naszym zabójcą. Po prostu dalej myślę.
– Niech pani posłucha, Black. Może sobie pani myśleć, co się pani podoba. Chce pani śledzić wszystkie inne poszlaki? Proszę bardzo. Ale dopiero po przeszukaniu tego domku. Zrozumiano? Jeśli o mnie chodzi, sprawa jest zamknięta. Proszę ją teraz zapakować w prezentowy papier i przewiązać wstążką zawiązaną na piękną kokardę. I radzę postarać się, abym wypadł dobrze przed szefem.
– Jasne – odparła. – Zrobi się.
– “Jasne” brzmi jak: “I tak zrobię, jak chcę” – skwitował O’Malley. – Niech pani posłucha, Avery – powiedział i spuścił z tonu. – Wiem, że ma pani głowę na karku. Dlatego panią awansowano, prawda? Wiem, że ma pani świetną intuicję. Ale ja chcę to zamknąć. A co, jeśli się mylę? Świetnie. Będziecie mieli potem ubaw na całego. Ale teraz? Teraz mamy najlepszą poszlakę i chcę, abyście ją zbadali.
– Zrozumiano – rzekła.
– Dobrze – odparł. – Proszę zabrać nowego partnera i do roboty.
– Finleya?
– Taaaa – przytaknął. – A to jest jakiś problem?
– Pan mówi serio?
– Co? – żachnął się kapitan. – Myśli pani, że dam pani dobrego gliniarza? Pani pierwszy partner zginął. Drugi jest w szpitalu. Finley idealnie się nadaje. To odpowiedź na wszystkie moje problemy. Jeśli się sprawdzi – świetnie. Jeśli da się zabić? Nie będzie problemu. Przynajmniej będę mógł zaraportować szefowi, że pozbyliśmy się bezużytecznego tłuściocha.
– Wszystko słyszę! – krzyknął Finley.
O’Malley wskazał na niego palcem.
– Tylko spróbuj dać ciała – warknął. – Mam tego dosyć, rozumiesz Fin? Jeśli wykażesz się w tej sprawie, to może zmienię zdanie o tobie i twoim zaangażowaniu służbowym. Jak dotąd, zasłynąłeś jako rasista, którego przesuwają od wydziału do wydziału, bo nikt nie chce cię wylać na dobre. A czego ty tak naprawdę chcesz? Jesteś zadowolony z tej opinii? Dobrze. Koniec laby. Robisz, co ona powie i wyrabiasz sobie punkty. Zrozumiano?
* * *
– Odpierdala mu, nie? – warknął Finlay, gdy już wyszli. Wyrzucił z siebie te słowa w takim tempie i z tak silnym akcentem, że Avery usłyszała dźwięk: “O-dobala-nie” i minutę zajęło, zanim zrozumiała, co powiedział.
Przewyższała go co najmniej o głowę i, przez to, że Finley miał usta jak żaba, nalane policzki, wielkie oczy i niską, krępą sylwetkę, sprawiała przy nim wrażenie supermodelki.
W drodze do samochodu prawie nie zamienili słowa.
Białe BMW najwyraźniej nie przypadło Finleyowi do gustu.
– No nie! – krzyknął. – Ja mam do tego wsiadać?
– A dlaczego nie?
– Bo to wózek dla bab.
Avery wskoczyła do środka.
– A to jak szanowny pan uważa.
Finley, w swoim granatowym mundurze patrolowym, stojąc obok białego kabrioletu BMW zupełnie nie z jego bajki, sprawiał wrażenie kocura wyrzuconego na deszcz.
– Hej, Fin – krzyknął z oddali jakiś policjant. – Miłej przejażdżki.
– Żebyś wiedział – jęknął Finley.
– To się nazywa karma – rzekła Avery, gdy posłusznie wskoczył i zamknął drzwi. – Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Wyjechała z parkingu i skręciła na zachód.
– Zaraz – zaprotestował. – A dokąd to? Do zatoki Quincy jedzie się w przeciwnym kierunku.
– Dojedziemy tam – odrzekła.
– Nie no, chwileczkę – oponował dalej. – Też byłem w biurze. Stary powiedział, żeby jechać do zatoki Quincy. Natychmiast.
– Powiedział też, że masz mnie słuchać.
– Nie ma mowy. Nie ma mowy – krzyczał Finley. – Nie mogę tego przez ciebie spieprzyć, Black. Zawracaj. Mówię ostatni raz. Kapitan już mnie nie znosi. Mamy robić, co kazał.
Opuszczał spółgłoski i mówił tak prędko, że Avery aż zatrzęsło.
– Czy miałeś okazję kiedyś się posłuchać? – spytała. – Chodzi mi o to, czy kiedyś się nagrałeś i sam spróbowałeś zrozumieć, co mówisz.
Finleya zupełnie zatkało.
– Wszystko jedno – uznała.
– Black, ja nie żartuję – brnął dalej.
– Czy spotkałeś kiedyś w życiu seryjnego mordercę? – zapytała.
– Nie. Tak. No, być może – zastanawiał się Finley.
– Jest w nich coś – rzekła Avery – co różni ich od innych ludzi. Nie wiedziałam tego, dopóki nie reprezentowałam jednego takiego w sądzie, sądząc, że jest niewinny. Gdy moja pomyłka wyszła na jaw, zaczęłam inaczej patrzyć na świat. Jego dom, przedmioty, które gromadził. Z zewnątrz wyglądało to jak normalne rzeczy, ale, z perspektywy czasu, stanowiły wskazówki. Wszystko osłaniał jakiś cień – przypomniała sobie. – Jak welon, w oczekiwaniu na to, by go podnieść.
– O co ci, kurwa, chodzi? – jęknął.
Avery westchnęła ciężko.
– Być może George Fine jest zabójcą, którego szukamy – stwierdziła. – Zaczepiał dziewczyny, zaatakował policjanta. Ale, gdy go widziałam, nie składało mi się to w całość. Wszystko wskazywało na coś innego, na świrniętego dzieciaka, któremu się poprzestawiało w głowie. Nie ma solidnego dowodu, że chodzi o coś innego, więc sądzę, że ten dom to jakaś odskocznia, do której udaje się, aby wyrzucić coś z siebie. Nie wiem, może się mylę. Pojedziemy do tego domu. Obiecuję. Tylko za godzinkę.
Finley potrząsnął głową.
– Do cholery. Jestem udupiony.
– Jeszcze nie – stwierdziła. – Tylko krótki wypad do Harvardu na rozmowę z ostatnim podejrzanym, a potem prosto do zatoki Quincy.
Pozostała część drogi do Cambridge upłynęła w ciszy. W pewnym, powodowana ciekawością kim jest Finley i z czego wynika ich wspólna, trudna przeszłość, Avery uniosła brew i zadała pytanie.
– Dlaczego zawsze byłeś wobec mnie takim dupkiem?
– Wobec ciebie?
– Tak, wobec mnie.
Finley wzruszył ramionami jakby odpowiedź była oczywista.
– Jesteś laską – stwierdził. – Wszyscy wiedzą, że laski to marne policjantki. Słyszałem też, że jesteś do tego lesbą. Że lubisz przyskrzyniać seryjnych morderców, tak? Noż kurwa! Jesteś zwyczajnie pieprznięta Black. Poza tym zawsze wydaje się, że jesteś gdzieś obok. Sam sobie zadaję pytanie: “Czemu ona nie pójdzie pracować gdzie indziej, jak jej się tu nie podoba?” I tyle. Droczę się z tobą… Musisz się odwinąć, jeśli chcesz zdobyć szacunek. – powiedział i wymierzył kilka ciosów w powietrze. – Dup, dup, dup.
Avery przyszło do głowy, że być może Finley jest osobą dość szczególną.
* * *
– Czy można państwu w czymś pomóc?
Winston Graves wyglądał dokładnie jak jego opis nakreślony przez dziewczyny ze stowarzyszenia studentek: arogancki, zdystansowany, wysoki, śniady i dobrze zbudowany.
O marzycielskich, zielonych oczach i wyrzeźbionej, opalonej sylwetce. Chociaż nie był idealnym odzwierciedleniem mężczyzny, którego Avery widziała na filmach z kamery ochrony, próbowała wyobrazić go sobie w przebraniu i zapadniętego w ramionach, aby sprawiać wrażenie niższego.
Stał na ganku mieszkania na parterze w biało-czerwonych spodenkach do koszykówki, japonkach i koszulce bez rękawów. W dłoni trzymał książki. Zerknął na Finleya, który stał dalej na chodniku i gapił się na Winstona niczym gotowy do ataku pitbull.
– Nazywam się Avery Black – przedstawiła się i pokazała odznakę. – Z Wydziału Zabójstw. Chciałam zadać kilka pytań na temat Cindy Jenkins.
– No najwyższy czas – odrzekł.
– Słucham?
– Dzwoniłem na policję w niedzielę. Czyżby dopiero teraz ktoś uznał, że rozmowa ze mną też może być ważna? Ha – parsknął udawanym śmiechem. – Jestem pod wrażeniem.
– Chyba nie do końca rozumiem – stwierdziła Avery. – Czy ma pan coś do dodania w sprawie? Czy z tego względu chciał pan, aby policja się z panem kontaktowała?
– Nie – odparował. – Tylko zawsze porusza mnie ogrom głupoty naszych służb państwowych.
Avery skrzywiła się.
– No – rzekł Finley. – Lepiej trzymaj na wodzy przemądrzały język, koleżko, albo zrobię ci z harvardzkiego tyłka jesień średniowiecza.
Winston początkowo spojrzał na Finleya z wyniosłą pogardą, ale gdy jego wzrok na dobre skrzyżował się z pałającym wściekłością spojrzeniem, najwyraźniej odczuł cień zwątpienia i upokorzenia.
– Czego Państwo chcą? – drążył Winston.
– Może pan nam wreszcie powie, gdzie pan był w sobotę wieczorem – odparowała Avery.
Winston zaśmiał się.
– Poważnie? – powiedział. – Stałem się podejrzany? No coraz lepiej!
Winstona spowijała potężna, niezniszczalna aura, jakby należał do osób nietykalnych, ponad nimi wszystkimi, namaszczonych pieniędzmi i prawami należnymi z tytułu urodzenia. Przypominał Avery wszystkich tych multimilionerów, z którymi pracowała jako adwokat. Pewnie wówczas zachowywała się podobnie do niego.
– Tego wymagają procedury – wyjaśniła.
– Grałem w pokera z kumplami. Wszyscy byli u mnie gdzieś tak do północy. Chcecie to sprawdzić? Nic nie stoi na przeszkodzie. Tu są nazwiska – wymienił paru kolegów z grupy z Harvardu.
Avery zapisała to sobie.
– Dziękuję – rzekła. – A jak pan się ma?
Zmarszczył brwi.
– A to co ma oznaczać?
– No nie wiem, staram się okazać empatię. Jak pan się czuje? Zdaję sobie sprawę, że to musiało być dla pana bardzo trudne. Jak rozumiem łączył pana z Cindy wieloletni związek. Dwa lata, prawda?
– Oto kawał wspaniałej, dochodzeniowej roboty – skwitował sarkastycznie. – Zerwaliśmy z Cindy. Nie oficjalnie, ale za to kilka miesięcy temu. To, że nie jesteśmy sobie pisani, stało się zbyt boleśnie widoczne. Nasze drogi rozchodziły się w różnych kierunkach. Zamierzałem z nią zerwać. Zatem nie, nie był to dla mnie aż tak wielki cios. To straszna tragedia. Zmartwiłem się, gdy doszło do mnie, co się stało. Natomiast jeśli chodzi o łzy, to trafiliście pod zły adres.
– No, no – skwitowała Avery. – A minęły dopiero trzy dni.
– Słucham? – warknął Winston. – Czegoś tu nie rozumiem? Przychodzicie do mojego domu. Chcecie zrobić ze mnie podejrzanego, wypytujecie o mój związek, a następnie próbujecie wywołać poczucie winy, ponieważ coś czuję lub nie? Może lepiej trochę baczyć na słowa, proszę pani, bo jak nie, to zadzwonię do swojego adwokata, który już dopilnuje, aby trochę ściągnięto pani smycz.
– Zamknij się, gnoju! – wrzasnął Finley mierząc w niego palcem.
Avery rzuciła mu spojrzenie, które mówiło: “Teraz to mi nie pomagasz.”
Zadźwięczał jej telefon.
– Black – rzuciła do słuchawki.
Dzwonił O’Malley.
– Cokolwiek robisz, przerwij to natychmiast. – powiedział naglącym, miękkim tonem. – Zawracaj i przyjedź na Violet Path na cmentarzu Mount Auburn w Watertown. Wpisz sobie do telefonu i przyjeżdżaj. Pytaj o detektywa, który nazywa się Ray Henley. On dowodzi. Domek może poczekać.
– Co się stało? – spytała.
Nastała trzysekundowa przerwa.
– Znaleziono kolejne ciało.
Rozdział czternasty
Cmentarz Mount Auburn był miejscem luksusowym, z wijącymi się dróżkami, jeziorkami i bujnymi zagajnikami oraz mieszczącymi to tu, to tam, nagrobkami.
Wiele radiowozów z Watertown, wraz z nieoznaczonymi samochodami, karetką, wozem ekipy kryminalistycznej cudem dojechało w pobliże Violet Path. Drzewa osłaniały przed padającym z góry światłem słonecznym. Liczne grupki gapiów i rowerzystów wykręcały szyje, aby zobaczyć coś, co znajdowało się poza polem widzenia Avery. Zaparkowała na skraju porośniętego trawą pagórka, tuż przy skrzyżowaniu Walnut Avenue i Violet.
– Hej, ty tam – krzyknął funkcjonariusz w cywilu, gdy zgasiła silnik samochodu. – Nie możesz tu parkować. Zabieraj ten wóz. To jest miejsce zbrodni.
Avery pokazała odznakę.
– Avery Black – przedstawiła się. – Wydział Zabójstw. Policja z Bostonu.
– To nie jest pani jurysdykcja, Boston. Nie jest tu pani potrzebna. Proszę wracać do domu.
Avery uśmiechnęła się; spolegliwie i miło.
– Powiedziano mi, żeby się skontaktować z Rayem Henleyem?
– Porucznik Henley? – wymamrotał funkcjonariusz podejrzliwie – Proszę tu zaczekać.
– A temu co odwala? – wtrącił się Finley.
Stał tuż za Avery, praktycznie opierając się o jej ramię.
– Czy to jest jakaś kara? – spytała. – Czy po to tu jesteś?
– To jest moja wielka szansa, Black. Dzięki tobie może dochrapię się tytułu detektywa.
– Boże, zlituj się nade mną.
Szczupły, atrakcyjny mężczyzna w zwyczajnych spodniach i czerwonej koszuli w kratę zszedł ze wzgórza. Przypominał bardziej trapera niż detektywa; zdradzała go tylko zawieszona na szyi odznaka i pistolet na biodrze. Miał opaloną twarz i falujące, brązowe włosy. Emanował dobrocią i cierpliwością; uśmiechnął się do Avery jakby dobrze się znali.
– Pani Black – pomachał do niej. – Dziękuję, że pani przyjechała.
Poczuła silny uścisk jego dłoni na swojej, a gdy spojrzał jej w oczy, ogarnął ją taki spokój, że stwierdziła, że mogłaby zatopić się w jego ramionach i uzyskać odpuszczenie wszelkich swoich grzechów.
Nastało krępujące milczenie.
– Nazywam się Ray Henley – powiedział.
– Tak – odparła zmieszana Avery – przepraszam. Powiedziano mi, że natrafiliście na kolejne ciało, w okolicznościach podobnych do tych, w których my znaleźliśmy zwłoki w Lederman Park?
Jej bezceremonialne przejście do sprawy nieco zbiło go z tropu, tęsknie westchnął i przeciągnął dłońmi po policzkach.
– Tak – stwierdził – chodźmy. Sama pani zobaczy.
Po drodze opowiedział, co się wydarzyło.
– Biegaczka znalazła ją koło szóstej rano. Ze względu na dziwną pozycję ciała, przez chwilę sądziła, że dziewczyna jest jakąś satanistką. Denatka to chyba Tabitha Mitchell, studentka trzeciego roku na politechnice MIT. Wczoraj wieczorem nie wróciła do akademika. Koleżanka z pokoju zawiadomiła policję około drugiej, a potem jeszcze raz o ósmej. Policja w Cambridge zwykle czekałaby czterdzieści osiem godzin z zamieszczaniem zdjęcia, ale z uwagi na to, że chodzi o studentkę z koneksjami, nagięliśmy przepisy.
– A co ona tu robi?
– Sądziłem, że to pani będzie mogła nam pomóc się dowiedzieć.
Ciało znajdowało się na szczycie wzgórza. Miejsce było charakterystyczne, ponieważ znajdowały się tu niewielkie szare nagrobki. Zwłoki udrapowano na większym kamieniu przypominającym pionek szachowy. Znowu sprawca wykonał świetną robotę, układając zwłoki tak, że sprawiały wrażenie żywej osoby. Dziewczyna kucając obejmowała pomnik. Policzek opierała na szczycie. Oczy miała otwarte i wyglądała dość lubieżnie. Na policzki nałożono jej róż, a na czoło i końcówki włosów jakiś klej imitujący pot. Miała spierzchnięte usta, jakby brakowało jej powietrza.
– Jest bez bielizny – powiedział Ray.
Cindy Jenkins miała na sobie bieliznę: majtki i stanik.
– O co tu chodzi? – zastanowiła się Avery. – Czy zabójca posuwa się coraz dalej? Czy też dziewczyna wyszła z domu w takim stanie?
Tabitha miała oczy otwarte, skupione na czymś w oddali.
Avery prześledziła linię wzroku; zatrzymała się na kilku białych, niskich nagrobkach po przeciwnej stronie trawiastego zbocza.
– Finley – poleciła, jeżąc się wewnętrznie na dźwięk jego imienia – zapisz wszystko, co widzisz na tamtych grobach. Oznacz je tak, żebym wiedziała, który jest pierwszy, drugi, trzeci, rozumiesz? Potem przejdź się po okolicy. Seryjni zabójcy zwykle wracają na miejsce zbrodni, aby przeżyć dreszczyk prymitywnych emocji. Może nasz też gdzieś tu jest.
– Seryjny zabójca? – uśmiechnął się. – No super, trafiłaś w sedno – rozszerzył usta w uśmiechu, aby dać do zrozumienia, że sobie poradzi oraz wyciągnął palec w stronę jej twarzy na znak poważnego potraktowania sprawy.
– To jest pani partner? – spytał Ray.
– Nie – zaprzeczyła stanowczo.
Znowu próbował podjąć rozmowę.
– Parę dni temu widziałem panią w gazecie – uśmiechnął się. – Oraz – rzekł z naciskiem nieco zażenowany – widywałem panią w wielu gazetach kilka lat temu.
Avery zrozumiała, do czego zmierza dopiero, gdy na niego spojrzała. Flirtował z nią.
Mając przed sobą zwłoki, trudno jej było skupić się na czymkolwiek poza analizą tego, co się wydarzyło i próbą poskładania elementów w spójną całość. Zastanawiała się nad tym, czy to jakaś mechaniczna skaza wynikająca z jej poczucia winy i rozdarcia, ale przypomniała sobie, że zawsze taka była, nawet jako adwokat: skoncentrowana, bezwzględna i dążąca do znalezienia powiązań, które doprowadzą ją do sukcesu. Teraz jedyną różnicą stanowił fakt, że nie służyły one uniewinnieniu klienta, ale zatrzymaniu morderców.
Ray wyczuł, że czuje się nieswojo i zmienił temat.
– Czy pani zdaniem to jest ten sam gość?
Avery odchrząknęła.
– Z całą pewnością – powiedziała. – To jego dzieło.
– Cóż – westchnął. – Powiem, co wiemy. Tutaj, w Watertown takich miejsc zbrodni nie ma zbyt wiele. A nawet, jeśli pani chce, możemy przesłać zwłoki do pani laboratorium, a pani już zajmie się tym dalej. Może tak być?
– Oczywiście – oparła ze szczerą wdzięcznością. – Tak będzie świetnie.
– Tylko proszę to właściwie odczytać – dodał z uśmiechem. – Żaden ze mnie miły koleś. Mam powiedzieć prawdę? Jeśli chodzi o udostępnianie informacji, to cierpię za nerwicę natręctw. Dostaję gęsiej skóry na myśl o dwóch zestawach dokumentów w sprawie tak ważnej, i niecierpiącej zwłoki, jak ta.
– Niemniej – dodała – dziękuję.
Starał się utrzymać jej wzrok najdłużej, jak mógł. Avery zarumieniła się i odwróciła, rozemocjonowana poświęconą jej uwagą, ale przede wszystkim chciała wrócić do pracy. Na szczęście jakiś inny policjant machnął do niego ręką.
– Poruczniku, jest pan tu potrzebny.
– Zaraz będę – powiedział Ray.
Na cmentarzu było spokojnie, kojąco, podobnie do miejsca, w którym pozostawiono zwłoki w Lederman Park.
– Dlaczego? – Zamyśliła się. Jakie znaczenie mają parki? W myślach odhaczała tropy do zbadania: Czy Tabitha również należała do stowarzyszenia, podobnie jak Cindy? Była studentką trzeciego roku, pół-Azjatką. Zatem zabójca raczej nie poluje na studentki ostatniego roku, ani na białe dziewczyny. Cindy pochodziła ze znanej rodziny. A Tabitha? Obie porwano z Cambridge. Dlaczego? Czy to tutaj mieszka zabójca? Gdzie ostatnio widziano Tabithę? Kto ją widział żywą? Czy można uzyskać nagrania z monitoringu? Lista rosła w nieskończoność.
– Co wiemy? – drążyła.
– Nic – odpowiedziała sobie w myślach. – Nie wiemy absolutnie nic.
– Nie – mitygowała się – jednak coś wiemy; znamy domniemaną budowę i sylwetkę zabójcy, jego przynależność etniczną, sposób działania oraz środki, które stosował. Ramirez tworzył wykaz dostawców roślin halucynogennych, jak również dealerów samochodów oraz stron internetowych, na których sprzedawano niebieskie minivany marki Chrysler. Możemy badać te poszlaki. Możemy również pokazać policji z Cambridge portret pamięciowy zabójcy. Zobaczyć, czy ktoś do niego pasuje. Możemy również spróbować wyśledzić tego minivana z Lederman Park.
– Potrzeba mi więcej ludzi – pomyślała. – Ale nie Finleya.
Zawyła policyjna syrena.
Policjanci ruszyli do akcji.
– Ucieka! Ucieka!
W oddali, na innej ścieżce widocznej z jej miejsca, pojawił się czarny samochód, być może Mustang, zawrócił i z piskiem opon wyjechał z cmentarza. Ray, poniżej, wykrzykiwał rozkazy. Dwóch funkcjonariuszy i fotograf, stojący w pobliżu zwłok, zerwali się i ruszyli do akcji.
– Nie, nie – krzyknęła Avery i poleciła. – Zostańcie tutaj. Ktoś musi pilnować ciała.
– Finley – pomyślała. – Gdzie jest Finley?
Zabrzęczał jej walkie-talkie.
– Hej, Black – usłyszała głos Finleya – mamy go! Mam go!
– Gdzie jesteś? – dopytywała się.
– W radiowozie policji z Watertown z … ty, jak się nazywasz… – odezwał się do kogoś.
– Zamknij się, człowieku! – rzekł inny głos. – Próbuję prowadzić!
– Nie wiem – dodał Finley – jakiś glina. Wyjechaliśmy jako pierwsi. Za czarnym Mustangiem. Kierujemy się na północny zachód od cmentarza. Wskakuj w ten swój śliczny biały wózek i nam pomóż. Mamy go!
Rozdział piętnasty
Avery wskoczyła do samochodu i przyczepiła koguta na dach. Zamigało czerwone światło. Walkie-talkie, nowy model, zgrabny i niewielki niczym telefon komórkowy, wrzuciła do środka. Zamiast tego włączyła radio pokładowe i ustawiała częstotliwość, którą przyporządkowała do Finleya.
Uruchomiła silnik. Wycofała, wcisnęła gaz i ruszyła na Walnut Avenue. Ścieżki na cmentarzu tworzyły istny labirynt. Przez prześwity pomiędzy drzewami dostrzegła tył radiowozu. Zjechała z drogi i przecięła trawnik.
– Cholera – pomyślała. – Znowu będą kłopoty.
Zdołała wyminąć nagrobki. Samochód skręcił w kolejną utwardzoną drogę, znalazła się tuż za pojazdami policji.
Po wyjeździe z cmentarza, Avery dołączyła do pościgu, skręcając na Mt. Auburn Street. Niemal otarła się o dwa samochody. Za nią rozległ się trzask zderzających się karoserii. Smuga czerwonych i niebieskich świateł policyjnych przeniosła się na Belmont Street.
Avery chwyciła mikrofon radiotelefonu.
– Finley – krzyknęła. – Gdzie jesteś?
– Nie uwierzysz – odparł Finley – ale jesteście daleko w tyle. Znacznie wyprzedzamy wszystkich. Fantastyczne uczucie! Złapiemy sukinsyna.
– Gdzie jesteś? – nie ustępowała.
– Na Belmont, właśnie mijamy Oxford. Nie, czekaj. Skręca w Marlboro Street.
Avery zerknęła na prędkościomierz. Sto pięć kilometrów – sto dwanaście. Ulica Belmont była dwukierunkowa. Po jej stronie była jedna jezdnia; miejsca było wystarczająco, aby wyminąć wolno jadące samochody po prawej. Na szczęście wszystkie radiowozy już zablokowały ruch. Złapała ostatni pojazd.
– Teraz skręcamy w lewo w Unity Avenue – krzyknął Finley.
Ciąg policyjnych pojazdów skręcił w Marlboro, a następnie szybko w lewo.
– Zatrzymujemy się. Zatrzymujemy się – wrzasnął Finley. – Wychodzę z wozu. Mustang na trawniku przed brązowym domem, po lewej. Idę w kierunku domu.
– Nie wchodź do środka! – krzyknęła Avery. – Słyszysz? Nie wchodź!
Radiotelefon zamilkł.
– Cholera – powiedziała na głos.
Wszystkie wozy policyjne zjechały się do wolnostojącego, dwukondygnacyjnego, brązowego domu z krótko przystrzyżonym trawnikiem, bez żadnych drzew. Mustang wjechał prawie w schody do domu. Obok niego zaparkował radiowóz. Avery założyła, że był w nim Finley.
Wyskoczyła z samochodu i wyciągnęła Glocka z kabury. Inni funkcjonariusze też wyjęli broń. Nikt nie wiedział, co się dzieje.
– Czy to nasz gość? – zawołał Henley.
– Nie wiem – odparł inny policjant.
Ze środka dobiegły wrzaski.
Rozległy się odgłosy strzałów.
– Hej wy tam! – zawołał Henley do swoich ludzi. – Zajdźcie ich od tyłu. Nikt nie może wyjść. Sullivan, Temple, nie spuszczajcie mnie z oczu.
Na ugiętych nogach podbiegł do schodów i wpadł do domu.
Avery ruszyła za nim.
– Stop! Stop! – zawołał policjant.
Finley wyszedł z domu z ramionami szeroko rozpostartymi w geście zwycięstwa i pistoletem w dłoni.
– No właśnie – powiedział. – Dla seryjnego zabójcy zabawa się skończyła.
– Co tu się wydarzyło, Finley? – krzyknęła Avery.
– Dopadłem go – oświadczył, bez śladu wyrzutów sumienia czy zamiaru przestrzegania ogólnie przyjętych zasad. – Zastrzeliłem skurwiela. Wyciągnął broń, to go zastrzeliłem. Ocaliłem życie jakiemuś gościowi i zastrzeliłem białasa. Tak to się robi u nas, na południu. – stwierdził i gestem wykonał symbol gangu, który Avery z łatwością rozpoznała jako South Boston D-Street Boys.
– Chwila – powiedziała. – Skąd wiesz, że to był nasz gość?
Finley przekrzywił głowę i szerzej otworzył oczy.
– No tak – oświadczył. – To z całą pewnością on. Dorwałem go w piwnicy. Totalny burdel. Sama sobie zobacz.
Henley wyłonił się z domu.
– Sullivan – krzyknął – sprowadź tu karetkę i zejdź do piwnicy. Dickers oberwał. Potrzebuje pomocy. Travers – powiedział. – Zabezpiecz to miejsce taśmą. Nikt nie wchodzi. Nikt nie wychodzi. Jasne? Jeszcze tego tylko brakuje, żeby ktoś nam tu wszystko zadeptał. Marley! Spade – krzyknął w kierunku tyłu domu. – Chodźcie tu.
– Muszę zobaczyć, co jest w środku – powiedziała Avery.
– Proszę wejść – skierował ją ręką Henley – ona może, Travers. Oboje – wskazał na Finleya. – Ale nikt inny.
I dodał zwracając się do Finleya:
– A ty, młody człowieku, musisz złożyć zeznanie.
– Żaden problem – odparł Finley. – Bohaterowie mają swoje opowieści.
– Opowiedz mi wszystko. Tylko powoli – dogryzła mu Avery.
Finley – nadal niesiony adrenaliną – był pobudzony i zadowolony z siebie.
– Zrobiłem, o co poprosiłaś – powiedział, jak zwykle, szybko i z charakterystycznym akcentem. – Spisałem nazwiska z tych nagrobków. Dziewczyny od osiemnastu do dwudziestu lat. Ja tam nie wiem. Z matmy nigdy nie byłem dobry. Zmarły w czasie drugiej wojny światowej. Potem zauważyłem jakiegoś starego gościa, który przyglądał się temu z oddali. Wiesz, podejrzanie wyglądał. Zawiadomiłem jednego z funkcjonariuszy, no bo w końcu gramy w jednej drużynie, no nie? Poszliśmy z nim pogadać. Byliśmy mniej więcej w połowie drogi, gdy facet się zerwał i zaczął zwiewać do auta. Nigdy bym nie powiedział, że staruchy mogą tak szybko śmigać! Wskoczył do wozu i odjechał. Ale to dopiero początek, zobacz, co znaleźliśmy. Samodzielnie rozwikłałem zagadkę – rzekł i klepnął się w pierś. – Nie martw się. Podzielę się z tobą – dodał. – No i kto tu jest leniem? – rozdarł się w niebo.
Avery usłyszała tylko: “nagrobki… dziewczyny… zmarły w czasie drugiej wojny światowej…” i zanotowała w myślach, że musi dowiedzieć się wszystkiego o tych grobach i dziewczynach, które upamiętniały.
Z wyciągniętym pistoletem Avery przeszła przez wejściowe drzwi.
W domu unosił się stęchły zapach starości, jakby od długiego czasu nikt w nim nie mieszkał. Dywan pokrywał biały pył. Na piętro wiodły schody. Avery usłyszała kroki na suficie i ktoś zawołał: “Czysto”.
– Tędy, na dół – powiedział Finley.
Poprowadził ją wokół schodów. Po lewej stronie znajdowała się kuchnia. Po prawej drzwi do piwnicy. Wokół drzwi zapach się nasilał: rozkładające się zwłoki i olejki zapachowe.
– Olejki – wzdrygnęła się Avery.– Może to jest nasz gość.
Skrzypiące schody wiodły do pokaźnej, ciemnej piwnicy z kamienną podłogą. Zapach był tak silny, że Avery zebrało się na wymioty: martwe ciała i rozkład mieszające się ze słodkim aromatem, który miał ukryć smród. Wszędzie, gdzie można było je powiesić pomiędzy belkami i odsłoniętym wyłożeniem sufitu, wisiały odświeżacze powietrza. Prawie każda ściana była obłożona pudłami, setkami pudeł. Jedyna wolna przestrzeń znajdowała się nad długim stołem pokrytym zaschłą krwią i przyborami do cięcia.
Z tyłu znajdowało się brudne łóżko, bardziej przypominające barłóg.
Na łóżku leżało martwe ciało, już granatowe i rozłożone pod wpływem czasu. Nogi miało rozchylone i przywiązane do słupków, podobnie jak ręce. Była to dziewczyna, ktoś młody. Avery uznała, że ktoś, kto zmarł wiele lat wcześniej.
Wokół pomieszczenia rozlokowano dziwne urządzenia erotyczne: krzesła, łańcuchy zwisające z sufitu, huśtawka. Jedno z pudeł z tyłu było otwarte. Avery zerknęła do środka i zauważyła części kobiecego ciała.
Zakryła sobie nos, aby nie czuć smrodu.
– Jezu.
– A nie mówiłem? – rozpromienił się Finley. – Pieprzony świr, no nie?
U stóp łoża z drewnianych bali leżał martwy mężczyzna, metr osiemdziesiąt osiem czy metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Stary, chudy, o długich, siwych włosach.
– Około sześćdziesiątki – pomyślała Avery. Obok ręki leżała broń.
Postrzelony policjant siedział przy ścianie, wspierany przez kolegę. Na szczęście miał kamizelkę, ale kule przeszły mu przez szyję i twarz.
– Żona mnie, kurwa, zabije – powiedział.
– Nie – odpowiedział inny – zostałeś bohaterem.
W piwnicy panował brud. Wszędzie kłębił się kurz. Ani narzędzia na biurku, ani samo biurko, podobnie jak sprzęt erotyczny, nigdy nie zostały porządnie wymyte. Pudła z tyłu były zaplamione, prawie się rozpadały.
– Muszę się rozejrzeć – stwierdziła Avery. – Finley. Sprawdź garaż. Zobacz czy jest nasza niebieski minivan, przebranie, rośliny, igły: wszystko, co wiąże się ze sprawą.
– Się robi – odparł i wyszedł na górę.
W pozostałej części dom sprawiał wrażenie starego i niezamieszkałego; żadnych zwierząt ani roślin. Uporządkowany, czystszy niż piwnica, niemniej jednak pokryty kurzem. Na wyższych piętrach nie udało się trafić na nic, co wskazywałoby na jakiekolwiek inne perwersje. Obrazy wiszące na ścianach były osobliwymi kopiami dzieł artystów takich, jak Bruegel i Monet. Podejrzany najwyraźniej spędzał większość czasu na pierwszym piętrze, gdzie Avery znalazła jego rzeczy osobiste i ubranie.
Avery wyszła na zewnątrz.
Sąsiedztwo się ożywiło. Nadal pulsowały światła policyjnych kogutów. Wokół zabezpieczonego terenu zgromadziły się tłumy.
Finley, zdyszany, wrócił.
– Jest tylko pusty garaż pełen śmieci – zaraportował.
W myślach Avery rysował się już wizerunek zabójcy, w oparciu o to, co zobaczyła na taśmach monitoringu oraz, jak uważała, z wcześniejszych doświadczeń. Wyobraziła sobie silnego, wyrafinowanego młodego człowieka, wykształconego i aspołecznego; człowieka lubiącego sztukę i przejawiającego talent do tworzenia mieszanek medycznych. Sposób, w jaki ustawiał kobiety w pozach, nawiązywał do malowideł Parrisha lub dzieł Alphonse’a Muchy. Narkotyki, które podawał, również posiadały swoisty wymiar artystyczny, pozyskiwane z wielu rzadkich, nielegalnych roślin i kwiatów. Drobiazgowo dbał o szczegóły, o czystość. Starannie ułożone zwłoki miały wyprane ubrania i wymytą skórę.
Ten dom?
Martwy mężczyzna w piwnicy?
George Fine?
Wszystko to tworzyło elementy układanki, ale odnosiło się wrażenie, że były to różne układanki, posiadające własne elementy, które pomieszano.
Rozdział szesnasty
Gdy Avery i Finley wyłonili się z windy, cały komisariat powitał ich na stojąco. Finley nurzał się w chwale. Rozdawał ukłony, wołał do kolegów i cały czas wykrzykiwał:
– Jednak gość ze mnie, no nie? Widzicie jak to się robi na południu?
– Świetna robota – rozległy się brawa.
– Dopadłeś go!
W ciemnym pomieszczeniu Avery w ogóle niczego nie słyszała. Biuro było kapsułą, w której nie było nikogo, żadnych dźwięków: biały szum. W głowie wirowały jej postaci: George Fine, Winston Graves i stary człowiek w chorej, upiornej piwnicy wziętej wprost z horroru.
O’Malley wyszedł z biura, aby osobiście uścisnąć Avery dłoń.
– Niech pani mówi – rzekł. – Jak poszło?
– Gość nazywa się Larry Kapalnapick. Pracuje w Home Depot jako ładowacz – powiedziała Avery. – Sądząc po wyglądzie wszystkie ciała w piwnicy były już martwe.
– Pierdolony grabarz! – wtórował Finley.
– Musiał to robić od lat – stwierdziła Avery. – Policja z Watertown oszacowała, że były tam szczątki przynajmniej dwudziestu różnych osób. Najprawdopodobniej wykopuje zwłoki, jakiś czas się nimi zabawia, a następnie je ćwiartuje i magazynuje w piwnicy. Wydział Henleya przywiezie wszystko do laboratorium, aby się upewnić.
– Skurczysyn – wyszeptał O’Malley.
Finley zaśmiał się.
– Pojeb porozwieszał wszędzie na suficie w piwnicy odświeżacze powietrza. Sosnowe..
– A co z naszą ofiarą?
– Po pościgu wróciliśmy na miejsce zbrodni. Był tam koroner i technicy. Randy mówi, że to ten sam sprawca, co w przypadku Cindy Jenkins; taki sam modus operandi, a na podstawie zapachu – ten sam środek znieczulający. Sprawdzi to jeszcze tutaj.
– Zatem to nie Fine.
– Nie ma takiej opcji – odrzekła Avery. – Poprzedniego wieczora został bezpiecznie zamknięty. Coś pewnie ma na sumieniu. Ale nie to. Z ostrożności kazałam Thompsonowi i Jonesowi sprawdzić domek w zatoce Quincy. Potem Jones będzie dalej śledził ulice w poszukiwaniu minivana, a Thompsona przydzieliłam do dogrzebania się wszystkiego, czego można, na temat Winstona Gravesa.
– Gravesa? Chłopaka Jenkins.
– Mało prawdopodobne, fakt – przyznała Avery. – W międzyczasie Finley przejmuje sprawę Tabithy Mitchell. Może zacząć od znajomych i rodziny.
– Finley?
– Dzisiaj dał z siebie wszystko.
A do Finleya dodała:
– Pamiętaj, żeby myśleć nie tylko o samej Tabithcie Mitchell. Chodzi o wszelkie powiązania pomiędzy nią a Cindy Jenkins. Dzieciństwo. Kierunki studiów. Ulubione jedzenie. Zajęcia poza uczelnią. Znajomi i rodzina. Wszystko.
Z ogniem zapału w oczach Finley klepnął się w samo serce.
– Do pani usług – rzekł.
Kapitan skinął w jej kierunku.
– A pani czym się będzie zajmować?
Avery wyobraziła sobie niebieskiego minivana zmierzającą na zachód od Bostonu. Żywiła przekonanie, że zabójca mieszka w którymś z trzech hrabstw: Cambridge, Watertown lub Belmont. Ich łączna liczba mieszkańców sięgała dwustu tysięcy. Bezkresne morze twarzy.
– Ja muszę pomyśleć – odparła.
* * *
Avery wymierzyła swojego Glocka 27 w kierunku odległego celu. Oczy zakrywały jej pomarańczowe okulary. W uszach tkwiły zatyczki. Zamiast nowego zabójcy bez konkretnej twarzy wyobrażała sobie oblicze Howarda Randalla. Wypaliła.
Bam! Bam! Bam! – rozległy się charakterystyczne odgłosy strzałów.
Trzy pociski trafiły cel prawie w sam środek.
Myślenie zawsze stanowiło jej mocną stronę; zdystansowanie się od sprawy tak, aby mogła się “zdekompresować” i rozważyć to, co już wiedziała.
Tym razem trafiła na pusty mur.
Żadnych poszlak. Żadnych powiązań. Tylko mur odgradzający ją od prawdy. Avery nie wierzyła jednak w istnienie murów. Budowali je inni ludzie, inni prawnicy, inni policjanci, którzy nie wiedzieli po prostu jak je przebić, aby zobaczyć to, czego inni nie są w stanie dostrzec.
Czego mi brakuje?
Bam! Bam! Bam! Pociski zeszły lekko w prawo. Na początku sesji trafiały tylko w środek tarczy. Teraz zbaczały.
– Tak, jak ty – pomyślała. – Pudłujesz. Nie trafiasz do celu. Gdzieś nie trafiasz.
– Nie – zbuntowała się w myślach.
Wdech …Wydech …
Bam! Bam! Bam! Trafienie w cel.
– Howard Randall – pomyślała.
Nagle uświadomiła sobie:
– O to chodzi. Świeże spojrzenie.
– Głupia – pomyślała. – Kretynka. Connelly chybaby się wściekł. Media miałyby używanie. Pieprzyć media. Czy on w ogóle by to zrobił? Oczywiście, że tak; to wiedziała na pewno. Poszedł dla ciebie do więzienia. Jest tobą zauroczony na granicy choroby. Prawdopodobnie już śledzi sprawę.
– Nie – przysięgła. – Nie zrobię tego. Nie pójdę znowu tą samą drogą.
Załadowała nowy magazynek do pistoletu.
Wypaliła.
Bam! Bam! Bam! Każdy strzał poszedł w bok.
* * *
W ciemnościach komisariatu, dobrze po północy, Avery siedziała zgarbiona nad biurkiem. Przed nią leżały fotografie: Cindy Jenkins, Tabitha Mitchell, Lederman Park, cmentarz, alejka, zrzuty ekranu ze zdjęciami minivana i zabójcy.
Czego ja tu nie dostrzegam?
Zdjęcia zostały starannie przeanalizowane.
Finley przesłuchał już kilka osób pod przysięgą. Na pierwszy rzut oka Tabitha została porwana, podobnie jak Cindy, w miejscu publicznym, prawdopodobnie zaledwie kilka kroków od baru, do którego chodziła we wtorkowe wieczory. Tym razem nie było jednak żadnego chłopaka, ani nękającego ją prześladowcy. Według składających zeznania, Tabitha od jakiegoś czasu była sama. Należała do stowarzyszenia studentek Sigma Kappa, ale na tym kończyły się analogie do Cindy Jenkins. Tabitha studiowała na trzecim roku ekonomii. Cindy – na ostatnim rachunkowości.
Stowarzyszenia studentek.
Czy to je łączyło?
W myślach zanotowała, aby sprawdzić krajowe zjazdy stowarzyszeń studentek.
W kinie Omni wyświetlano film o trzech kobietach. Nagrobek wskazywał na trzy kobiety. Czy to znaczy, że zabójca zabija trójkami? Fabuła filmu została przeanalizowana od kątem jakichkolwiek związków z grobami dziewczyn z okresu drugiej wojny światowej.
W myślach pokonała wiele tras drogowych wokół Cambridge i Watertown i wyobrażała sobie, gdzie mógł mieszkać zabójca i dlaczego wybierał takie trasy. Finley nadzorował teraz spis granatowych Chryslerów.
W wykazie zebrano ich już dwa tysiące, wraz z właścicielami samochodów wyprodukowanych i sprzedanych w ciągu ostatnich pięciu lat.
– A jeśli on kupił go sześć lat temu? – zastanawiała się. – Albo siedem?
Howard Randall nadal nie pozwalał o sobie zapomnieć. Wyobraziła sobie nawet, że słyszy jego głos: – Zawsze możesz zwrócić się do mnie, Avery. Przecież ja nie gryzę. Zadać mi pytania. Pozwolić sobie pomóc. Ja zawsze chciałem pomóc.
Uderzyła się pięścią w głowę.
– Wynoś się!
Obraz jednak, nadal tam tkwił. I śmiał się.
Rozdział siedemnasty
Następnego ranka, o wpół do ósmej Avery siedziała w samochodzie kilkaset metrów od domu Constance i Donalda Prince’ów.
Mieszkali w Somerville, na północny-wschód od Cambridge, w niewielkim, żółtym domu z białym wykończeniem, w cichej uliczce na przedmieściach. Posesję otaczał płot z białych sztachet. Dom miał dwa ganki: jeden na parterze, a drugi na wysokości pierwszego piętra, gdzie stały krzesła i stół gotowe do podawania śniadań w promieniach słońca.
Sceneria zdawała się być idealna: chodniki z linią drzew na krawędzi, wschodzące słońce, ptaki ćwierkające na niebie.
Z jednej, jedynej wizyty u Prince’ów w pamięci Avery pozostały jedynie krzyki, niekończące się krzyki, i łzy, i talerze ciskane o ścianę, gdy oboje usiłowali się jej pozbyć.
Constance i Donald Prince’owie byli rodzicami Jenny Prince, ostatniej studentki Harvardu, która była ofiarą profesora Howarda Randalla, niecałe cztery lata wcześniej. Do morderstwa doszło zaledwie kilka tygodni po tym, gdy pani adwokat, supergwiazda, Avery Black, dokonała niemożliwego i doprowadziła do uniewinnienia profesora Randalla oskarżonego o zamordowanie dwóch innych studentek Harvardu, mimo druzgocących dowodów przeciwko niemu.
W myślach Avery przewijało się wspomnienie tych krótkich kilku dni pomiędzy przekonaniem ławy przysięgłych do swoich racji a zabiciem Jenny Prince. Gdy już zapadł oczekiwany werdykt, rozpoczęło się świętowanie. Noce upływały na opróżnianiu butelek drogiego wina i dzieleniu łóżka z licznymi, bezimiennymi twarzami. Pewnej nocy zadzwoniła nawet do byłego męża, aby spytać, czy nie chciałby do niej wrócić. Nawet nie czekała na odpowiedź. Wręcz wyśmiała swoje pytanie i poprzysięgła sobie, że już nigdy nie zwiąże się z nieudacznikiem jego kalibru. Wstyd, jaki odczuwała na wspomnienie tamtej chwili, wywoływał rumieniec aż do teraz, po wielu latach.
Słodycz zwycięstwa nie trwała długo.
Kilka dni później poznała prawdę z gazet: “Morderca z Harvardu, uwolniony z więzienia, uderza ponownie”. Podobnie jak w przypadku poprzednich ofiar, liczne części ciała Jenny Prince zostały starannie ułożone w pobliżu charakterystycznych punktów uczelni. A w przeciwieństwie do innych morderstw, tym razem Howard Randall ujawnił się natychmiast. Pojawił się na placu Harvard Yard prawie w momencie odkrycia zwłok, z podniesionymi, pokrytymi krwią, rękami w geście poddania.
– To dla pani, Avery Black – powiedział dziennikarzom. – W imię pani wolności.
I to jej przekonanie, że była uczciwym, poważanym obywatelem? Że w końcu zrobiła coś dobrego – doprowadziła do uwolnienia niewinnego człowieka.
Przeminęło.
Wszystko, w co wierzyła, legło w gruzach. Mąż od dawna znał prawdę o niej i jej bezzasadnej, przerośniętej pewności siebie, ale córka? Dokonała szokującego odkrycia.
– Czy w tym wszystkim chodziło o pieniądze? – zastanawiała się Rose. – Doprowadziłaś do uwolnienia seryjnego zabójcy. Ilu innych morderców dzięki tobie jest na wolności, abyś mogła nosić te buty?
Avery spojrzała na skórzaną tapicerkę BMW.
Skóra stała się wyblakła i stara. Czarną tablicę rozdzielczą wymontowano, zakładając zamiast niej radiotelefon, skaner policyjny oraz komputer na potrzeby lokalizacji miejsc. Samochód, nabyty w czasach gdy jej arogancja i sława sięgały zenitu, teraz służył jako memento jej rozpasanej przeszłości oraz przestroga na przyszłość.
– Nie umrzesz na próżno – przysięgła na pamięć Jenny Prince. – Obiecuję.
Przejście do domu zdawało się trwać całą wieczność. Odgłos kroków na betonie, ptaki, samochody w oddali i hałas sprawiały, że czuła się jeszcze bardziej widoczna, a jej zamiary czytelne dla innych.
– Nienawidzę cię – wysyczała wiele lat temu Constance. – Jesteś wcielonym diabłem. Albo kimś gorszym od diabła.
– Wynoś się z naszego domu! – krzyczał Donald. – Zabiłaś już naszą córkę. Czego jeszcze chcesz? Przebaczenia? Kto byłby w stanie przebaczyć osobie tak chorej i zdeprawowanej jak ty?
Avery weszła po schodach.
Rozmowa telefoniczna wydawała się niestosowna, nawet bardziej od niezapowiedzianej wizyty. Musieli spojrzeć jej w twarz, dostrzec jej desperację. A ona potrzebowała ich.
Zadzwoniła do drzwi.
Głos kobiety w średnim wieku zawołał:
– Kto tam?
Kroki zbliżyły się.
Otworzyły się drzwi.
Mimo białej skóry, Constance Prince była nienaturalnie opalona, z krótko obciętymi, tlenionymi na blond włosami. Chociaż rzadko wychodziła z domu, z wyjątkiem, gdy nakazywały jej to obowiązki lub gra w madźonga ze znajomymi, miała na sobie ciężką maskę makijażu: różu, kreski do oczu i czerwonej szminki. Usta i oczy okalały zmarszczki. Założyła lekki sweterek i czerwone spodnie. Na nadgarstkach pobrzękiwały złote bransoletki. Z uszu zwisały kolczyki – złota nitka zakończona szlachetnym kamieniem.
Zamrugała kilka razy i skupiła wzrok na Avery. Zamiar przyjaznego powitania, emanujący z jej postawy i wyrazu twarzy, szybko się ulotnił. Wciągnęła powietrze i cofnęła się o krok w szoku.
Inny głos zawołał:
– Kto przyszedł, kochanie?
Bez słowa Constance spróbowała zatrzasnąć drzwi.
– Proszę – powiedziała Avery. – Mam do Państwa ogromną prośbę. Ja zaraz sobie pójdę.
Pomiędzy skrzydłem a framugą drzwi widać było kawałek twarzy Constance. Przez chwilę stała bez ruchu, ze zwieszoną głową.
– Proszę – błagała Avery. – Muszę coś zrobić, a nie mogę bez Państwa aprobaty.
– Czego chcesz? – wyszeptała Constance.
Avery zerknęła na ganek i ulicę zanim ponownie zwróciła się ku drzwiom.
– Czytała pani gazety?
– Tak.
– Na wolności jest kolejny zabójca. Bardzo podobny do ostatniego – rzekła Avery nie wspominając nazwiska Howarda Randalla. – Inteligentny i trudny do namierzenia. Dzisiaj znaleziono kolejne ciało. Jak dotychczas, już drugie, ale nie możemy wykluczyć, że on też upodobał sobie trójki. A to może oznaczać, że niedługo pojawi się kolejna ofiara. Teraz pracuję w policji – dodała. – Moje dawne życie bardzo różni się od obecnego. Staram się wszystko naprawić. Próbuję być inna.
Drzwi się otworzyły.
Donald Prince pojawił się w miejsce żony. Starszy, niezwykle otyły i w złej formie, o krótkich, siwych włosach, czerwonej skórze i spojrzeniu, wyrażającym szok i wściekłość. Miał na sobie brudny T-shirt, szorty i zielone chodaki. Na jednej ręce znajdowała się pokryta brudem rękawica.
– Czego tu do diabła szukasz? – powiedział. – Po co tu przyszłaś?
Spojrzał na ulicę.
– Nie chcemy cię w naszym domu. Chyba to, co zrobiłaś rodzinie, wystarczy, prawda?
– Przyszłam prosić o Państwa pozwolenie – rzekła.
– Pozwolenie? – Donald wypluł z siebie słowo i bez mała się roześmiał. – Nie ma takiej rzeczy, do której potrzebne by ci było nasze pozwolenie. Wynoś się z naszego życia! Zabiłaś naszą córkę. Nie rozumiesz tego?
– Nie ja zabiłam waszą córkę.
Oczy mu się rozszerzyły.
– Wydaje ci się, że to usprawiedliwia to, co zrobiłaś?
– To co zrobiłam, było złe – odrzekła. – Muszę z tym żyć. Każdego dnia. Jestem już inna. Pracuję w policji. Próbuję przekształcić całe to zło w coś dobrego. Zamiast pozwolić mu się panoszyć.
– Bardzo pięknie – kiwnął wściekle głową. – Ale jeśli o nas chodzi, to trochę za mało. I za późno. Prawda?
Spróbował zamknąć drzwi.
– Chwileczkę – powiedziała Avery.
Położyła dłoń na pomalowanym drewnie.
– Pojawił się nowy zabójca. Taki, jak Howard Randall. Jest tuż, tuż. Znowu kogoś zabije. Jestem pewna. I to niedługo. Ale poszlaki prowadzą donikąd. Potrzebuję świeżego spojrzenia. Muszę się zobaczyć z Howardem. Może on może mi pomóc. Chciałabym uzyskać państwa pozwolenie.
Ze środka dobiegł śmiech.
Drzwi otworzyły się.
Donald przechylił się w tył, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
– Chcesz mojego pozwolenia? – powiedział. – Na rozmowę z zabójcą mojej córki, abyś mogła powstrzymać kolejnego zabójcę?
– Właśnie tak.
– Pewnie – powiedział, że sztucznym uśmiechem. – Powodzenia.
Wszelka poufałość znikła z jego twarzy, ciemne, mordercze spojrzenie przenikało Avery.
– Nie obchodzi mnie, kim teraz jesteś. Słyszysz? Jeszcze raz przyjdziesz do mojego domu…. Spróbujesz rozmawiać z moją żoną… – w oczach zabłysło szaleństwo. Ściszył głos do szeptu. – Zabiję cię.– poprzysiągł. – I to będzie sprawiedliwość. Prawdziwa sprawiedliwość.
Rozdział osiemnasty
Zakład Karny South Bay zlokalizowano w ogromnym, brązowym kompleksie, który rozciągał się w sześciu kwadratowych blokach na południu Bostonu. Umocniony gmach zbudowano na planie trójkąta, okien było niewiele, z jeszcze mniej wejść. Z uwagi na wiele mniejszych budynków, wysokie mury oraz niekończącą się liczbę bram do obiektu, wejście stanowiło, dla przeciętnego odwiedzającego, enigmę.
Avery odwiedzała już South Bay kilka razy wcześniej, jako adwokat i jako policjantka. Chociaż przejazd wzdłuż Massachusetts Avenue do licznych bocznych uliczek umożliwiających zaparkowanie na Bradson Street i uzyskanie dostępu do budynku głównego nie sprawiały jej problemów, zawsze był to proces skomplikowany i pochłaniający sporo czasu.
Odwiedzający musieli zwykle dostarczyć pisemne zezwolenie na wstęp z przynajmniej jednodniowym wyprzedzeniem. Bez uprzedniego powiadomienia zazwyczaj odsyłano ich spod drzwi z kwitkiem, ze względów bezpieczeństwa, nie bacząc na nazwisko, stanowisko, ani uzasadnienie. Fakt, że Avery była policjantką, niewiele znaczył dla nadzorców w South Bay. Więzienia stanowiły prywatne wyspy, państwa w państwie, w których pracownicy podlegali jedynie swojemu przełożonemu i głównemu naczelnikowi.
Avery nie była jednak zwykłą odwiedzającą.
Była w South Bay pseudocelebrytką, znaną przez prawie każdego członka personelu. Rozprawa, podczas której doprowadziła do uniewinnienia Howarda Randalla, została nagrana przez telewizję. Podobnie jak jego poddanie się kilka dni później. Po jednym i drugim jej twarz znajdowała się dosłownie wszędzie i do czasu, gdy znikła i w końcu pojawiła się znowu w policji bostońskiej, jej nazwisko kojarzyło się ze skorumpowanymi prawnikami oraz systemem sądownictwa wymagającym gruntownej przemiany.
Przy wykrywaczu metalu strażnik zawołał.
– Rany, to pani Black. Uwaga, Joey! Patrz, kto przyszedł. Avery Black wróciła.
– Co słychać?
Avery kiwnęła ręką.
– Cześć, chłopaki.
Położyła rzeczy na stole i przeszła przez skaner.
Inny strażnik ukłonił się.
– Czym zasłużyliśmy na taki zaszczyt, proszę pani?
– Przyszłam zobaczyć się z Howardem Randallem.
– Ooooo! – zawyła grupka strażników.
– Szkoda, że nie mogę zamienić się w muchę i usiąść sobie na tamtej ścianie. – rzekł jeden z nich. – Niech pani uważa. Dwa miesiące temu Randalla przeniesiono do bloku B. Poturbował współwięźnia tak dość konkretnie. Ten staruch nieźle się rusza.
Po kontroli wykrywaczami metalu, przeszukano ją i pozwolono wejść do pokoju widzeń.
– Nazwisko? – rzekła pulchna, oschła kobieta w biurze na bramce.
– Avery Black. Zabójstwa. Komenda Policji w Bostonie.
– Nie ma pani na liście, pani Black. Będzie pani musiała przyjść kiedy indziej.
Przechodzący strażnik zrobił minę.
– Nie, nie – powiedział – wpuść ją. Wiesz, kto to jest? To Avery Black. Wybroniła tego starego dziada, Randalla, z zarzutu morderstwa. Najbardziej porywająca sprawa, jaką kiedykolwiek oglądałem.
– W razie czego jest na ciebie?
– Taaa, taaa. Daj jej przepustkę. Poślę kogoś po Randalla. Sprawdzimy, czy ma ochotę na pogawędkę. Przykro mi, proszę pani, ale jeśli Randall nie będzie chciał się z panią spotkać, to nic nie możemy zrobić.
– Rozumiem – odparła.
Poczekalnia o charakterze klatki była wielka i pomalowana na zielono. Zza bramek nieustannie odzywały się dzwonki, po których następowało trzaśnięcie drzwi. Liczne stoły i krzesła okupowali odwiedzający w oczekiwaniu na okazję zobaczenia się z kochanymi osobami. Para Meksykanów kłóciła się, a trójka ich dzieci biegała w kółko i próbowała rozmawiać z innymi.
– Co ja tu robię? – zastanawiała się Avery.
– Black! Ma pani dziś szczęście – zawołał strażnik. – Randall powiedział, że spodziewał się pani przyjścia. Ale nie w publicznej sali widzeń. Musi pozostać w zamknięciu. On, gdy tylko otworzy buzię, pakuje się w kłopoty. Zaprowadzę panią na dół i przygotujemy miejsce przy jego celi. Będzie więcej prywatności, prawda? Poza tym, pani była przecież kiedyś adwokatem. Czy nie obowiązuje wobec pani tajemnica adwokacka?
Zejście do piwnicy przywołało wszystkie wspomnienia Avery związane z tym miejscem.
Więźniowie wydzierali się i ciskali po celach.
– Wypuścić mnie stąd! Jestem niewinny!
Strażnicy wrzeszczeli.
– Morda w kubeł, albo będzie karcer!
Dochodziły do niej szepty, zarówno strażników, jak i więźniów.
– Hej, słoneczko. Chcesz prywatne widzenie?
Na poziomie piwnicy było ciemniej, niż w pozostałej części więzienia przez słabe oświetlenie i grube, czarne drzwi oraz pomalowany na szaro beton. Na każdych drzwiach wymalowano biały numer. B1… B2… B3. Przez każde drzwi przechodził strażnik i otwierał kolejną bramkę.
– Przyprowadziliśmy go do sali konferencyjnej – powiedział. – Będzie tam pani wygodniej. Gdy pani skończy, proszę zawołać.
Jedyne nieoznaczone wśród wielu drzwi były otwarte.
Howard Randall siedział na jednym końcu długiego, metalowego stołu w niezwykle wąskim pokoju. Miał wielką głowę porośniętą po bokach odrobiną siwych, krótko ostrzyżonych włosów. Pełną zmarszczek twarz zdobiły grube okulary. Małe oczka spoglądały na Avery z przejęciem. Miał na sobie pomarańczowy kombinezon. Zasuszone dłonie były przypięte do stołu przy pomocy kajdanków. Podobnie stopy, zakute w kajdanki i przypięte do nóg stołu, aby nie dopuścić do jakichkolwiek ruchów.
– No i proszę, Howard – powiedział strażnik. – Wiesz, co tu dla ciebie mamy? Nie chcieli jej wpuścić na dół. Nie zapowiedziała się. Ale, dzięki mnie, weszła. Coś mi się chyba za to należy, nie?
Howard uśmiechnął się i skinął głową z wdzięcznością.
– Oczywiście, proszę pana – powiedział miękkim, pewnym siebie tonem. – Może o wynagrodzeniu porozmawiamy później?
Potężny strażnik o zarośniętej twarzy uśmiechnął się w odpowiedzi.
– No dobra – rzekł. – Proszę pamiętać – przypomniał Avery – żeby mnie zawołać, gdy będzie pani gotowa. Będę na zewnątrz. Nie zrób jej krzywdy, Howard – zaśmiał się.
Drzwi się zatrzasnęły.
Ostatnio Avery widziała się z nim przed trzema laty. Bezsensowny przyjazd, który, jak liczyła, miał przynieść jakieś odpowiedzi. A Howard powtarzał przez cały czas, że powinna być mu bardzo wdzięczna za wszystko, co on jej dał.
Sprawiał wrażenie łagodniejszego niż w trakcie ostatniego spotkania.
– Złe jedzenie i brak ruchu – pomyślała. – Tylko te oczy… oczy błyszczące jak gwiazdy.
– Jak się pan miewa, Howard?
– Jak się pani miewa, Avery?
– Terapeuta, jak zawsze – powiedziała. – O co tutaj chodziło? – zapytała patrząc gdzieś ponad jego ramieniem. – Jakiego wynagrodzenia on oczekuje?
– Roberts lubi się popieścić – odparł. – Odpowiadają mu starsi faceci. Podniecam go. Będzie chciał później spotkania na osobności.
– Myślałam, że pan jest aseksualny?
Howard wzruszył ramionami.
– Tutaj doskwiera samotność – wyjaśnił. – Robimy, co możemy, aby przeżyć, prawda Avery?
Zesztywniała i w geście obrony zmrużyła oczy.
– A to co ma oznaczać?
Howard nieco się rozluźnił. Próbował otworzyć dłonie, oprzeć się i odprężyć; łańcuchy trzymały go blisko stołu.
– Proszę dać spokój, Avery – powiedział. – Po co tak zachowawczo? To pani przyszła do mnie. Jestem prostym więźniem. Jak mógłbym panią skrzywdzić?
– Słyszałam, że pociął pan innego więźnia na kawałki, aby dostać się tutaj na dół.
– A to co innego – kiwnął głową ze zrozumieniem. – W tamtych okolicznościach moje działania były absolutnie uzasadnione. Proszę, niech pani siądzie. Ostatnimi czasy wizyty trafiają się coraz rzadziej. Proszę mi wierzyć, ja nie gryzę – stwierdził z bojaźliwym, ponurym uśmieszkiem, odsłaniając drobne zęby.
Mdłości, które Avery odczuwała na jego widok, powróciły ze zdwojoną siłą. Poczuła, że chce się wycofać. Zmanipulował mnie – pomyślała. – Kłamał, wrobił mnie, aby zniszczyć mi życie. Po co tu przyszłam? Dlaczego mam mu ufać? Nie jest w stanie mi pomóc.
On, jakby czytając jej w myślach, powiedział:
– Przyszła pani w związku ze sprawą, prawda?
– Jaką sprawą?
– W dzisiejszej gazecie nazwali go: “Zabójcą Stowarzyszenia Studentek”, o ile dobrze pamiętam. Dwie ofiary, studentki, zwykle … upozowane, tak? Jak manekiny.
– Co pan o tym wie?
– Proszę usiąść – powiedział raz jeszcze.
Niechętnie, Avery wyciągnęła stołek spod stołu i usiadła.
– Tak jest lepiej, prawda? – odezwał się przymilnie.
– Strażnik powiedział mi, że pan się mnie spodziewał.
– Tak – powiedział.
– Skąd pan wiedział, że przyjdę?
– Nie wiedziałem, Avery. Nie umiem czytać w myślach. Ale wiem to i owo – wyszeptał i pochylił się w jej kierunku. – Wiem, że niedawno awansowano panią na detektywa w pionie zabójstw oraz że zajmuje się pani tą sprawą, prawda? Tyle piszą w gazetach. Wiem też, że posiada pani jedną wspaniałą umiejętność, Avery. Jest nią nieugięta wola. Nic nie powstrzyma pani przez zwycięstwem. Natomiast trafiła pani do, z lekka, nie swojej ligi w tej sprawie, prawda? Obrona prostego człowieka to jedna rzecz. Ściganie członków gangów – to zupełnie co innego. Ci ludzie mają podstawowe potrzeby i pragnienia, a motywy proste do zrozumienia. Ale osoby takie, jak ja? – pozwolił słowom wybrzmieć. – Stanowimy zupełnie inną rasę. Nasze motywy, nasz cel są często trudniejsze do zauważenia przez … zwykłych śmiertelników.
– Nazywa mnie pan zwykłym śmiertelnikiem?
Przechylił głowę, jakby chciał powiedzieć: “Tak” bez przyznawania się do tego faktu.
– Wiem, że pani jest tutaj – powiedział. – Oznacza to, że musi pani czegoś potrzebować. Zgaduję, że mam pani pomóc rozwikłać tę sprawę. Śmiałe posunięcie, proszę pani. Myślałem, że pani mnie nienawidzi, a tu proszę, zwraca się pani do mnie o pomoc. Po raz kolejny stajemy się partnerami.
– Nigdy nie byliśmy partnerami.
– My zawsze nimi byliśmy – poprawił ją natychmiast. – Trafiłem tutaj ze względu na panią, Avery, aby wskazać pani drogę, aby stała się pani inna, bynajmniej nie inna jeśli chodzi o powierzchowność, ale to, jaka jest pani w środku. Jedna osoba, jedno życie mogą zmienić świat. Pani stanowi żywy dowód – mój największy podarunek dla ludzkości. Jest już pani inna. Widzę to. Nie ma już zarozumiałej zołzy. Nie ma śladu pretensjonalnej aury. Siedzi pani przede mną, pokorny sługa sprawiedliwości, bez majątku, bez władzy, bez zachłanności. Podoba mi się pani w tym nowym wydaniu, Avery. Całym sercem aprobuję.
Osoba, o której mówił, osoba, którą pozornie kochał, stanowiła wydmuszkę kobiety, którą była kiedyś Avery. Rozbitą, walczącą wydmuszkę, która upadła do tego stopnia, że przestała się czesać, czy zastanawiać się nad tym, co założy następnego dnia. Stała się duchem, który jeździł jej dawnym samochodem i ubierał się w ubrania z jej dawnego życia, ale duchem umarłym, jedynie z siłą woli, woli popychającej do dochodzenia sprawiedliwości wszędzie, gdzie tylko mogła. Po to, by pewnego dnia zamienić całe zło w dobro i odzyskać wolność.
– Nienawidzę osoby, którą się stałam – rzekła.
– A jeśli by pani wróciła do tego, co było – zastanawiał się – bo wróciłaby pani, prawda?
– Nie – pomyślała Avery. Nigdy bym nie wróciła. Tamto życie już się skończyła. Ale to nowe… też nie było spełnione. Pozostawała w niesławie, niezmiennie walczyła z cieniami. Wspomnienia jej ciemnego, pustego mieszkania powróciły: codzienności bez znajomych i rodziny, córki, która nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Nagle Avery poczuła, że zjeżdża na metafizycznych saniach do miejsca, którym już raz kiedyś była, mrocznego miejsca.
– Nie mogę tam wrócić – powiedziała.
– Czyli – zauważył Howard – przeszłość minęła, ale przyszłość nie jest zbyt radosna. Mogę pani pomóc, Avery. Chcę pani pomóc.
Avery podniosła głowę, myślami znowu “tu i teraz”, siedząc naprzeciw Howarda Randalla i zanurzyła się znów w sprawie, o której zdążyła już zapomnieć.
– Potrzebuję pana pomocy – przyznała.
– A ja potrzebuję czegoś od pani, Avery.
Jego małe, brązowe oczka otworzyły się szeroko, obrzucają ją intensywnym i pełnym pasji spojrzeniem; pochylił się do przodu, jakby mógł wstać i pójść i powtórzył: – Potrzebuję czegoś od pani.
– Czego pan chce? – spytała.
Randall w jednej chwili przeistoczył się w inną osobę. Uderzył dłońmi w stół, pochylił się naprzód i praktycznie wrzasnął jej w twarz, rzucając mocne, gwałtowne słowa.
– Ojciec – rzekł. – Grover Black. Alkoholik. Gwałciciel. Damski bokser. Prześladowca. Morderca.
Słowa, niczym strzały wymierzone w serce, pchnęły Avery z powrotem w przeszłość. Znów tam była. Z ojcem i matką w domu w Ohio.
– Nie – oświadczyła.
– Matka. Layla Black. Alkoholiczka. Narkomanka. Chora psychicznie!
Po incydencie z Randallem Avery chodziła do terapeutów, wielu terapeutów, ale coś takiego spotkało ją po raz pierwszy. Wtedy była pod ochroną, przez cały czas miała sprawy pod kontrolą. Teraz Randall, zaledwie paroma słowami i niewiarygodną siłą wyrazu sprawił, że stała się sześcioletnim dzieckiem.
Napłynęły łzy, instynktowne łzy młodej dziewczyny, która chciała ochronić matkę przed wymachującym bronią, nieznającym żadnych granic ojcem.
– Ojciec! Alkoholik! Zwyrodnialec! Morderca!
Zdesperowana, niezdolna do tego, aby pozbierać myśli Avery wstała i uderzyła w drzwi.
– Wypuśćcie mnie – krzyknęła.
Randall zamknął usta. Odchylił się do tyłu i uniósł brew.
– Twój morderca jest artystą, tak? – powiedział. – Zwłoki są ułożone niczym kochankowie? To introwertyk, marzyciel. Nie osoba wybierająca przypadkowe dziewczyny na ulicy. Musi je znajdywać, obserwować, znać skądś. Myśl, Avery. Myśl…
Strażnik otworzył drzwi.
Avery wybiegła.
Rozdział dziewiętnasty
Avery siedziała zgarbiona nad kierownicą, na więziennym parkingu, rozbita, niczym cień samej siebie; po policzkach spływały jej łzy. Z gardła wydobywał się przeraźliwy szloch. W pewnym momencie szarpnęła głową, krzyknęła i uderzyła dłonią w kierownicę.
Słowa.
Za każdym razem, gdy dochodziło do niej choć jedno z tych słów, płacz się wzmagał.
Prześladowca. Alkoholik. Morderca.
– Nie, nie, nie.
Uderzała się w głowę, aby wyrzucić z głowy obrazy; ojciec w lesie, z bronią w ręku. Za nim ciało. Żylaki. Siwe włosy. Tamta zielona sukienka.
– Wynoś się, wynoś, wynoś – błagała.
Do tego momentu prawie już o wszystkim zapomniała. Tyle lat wysiłków, aby zapomnieć, wyrwać się z Ohio i wymazać swoją okropną przeszłość. Przy pomocy kilku słów Howard Randall przywrócił jej pamięć.
– Jesteś taka, jak oni – płakała z rozpaczy.
Morderca.
Alkoholik.
Taka, jak oni …taka, jak oni.
– Nie! – buntowała się wewnętrznie. – Wcale nie jesteś taka, jak oni. Nie jesteś morderczynią ani narkomanką. Nie masz namieszane w głowie. Codziennie dajesz z siebie wszystko. Pomyłki? Pewnie, ale się starasz ze wszystkich sił, cały czas.
Wyrzuć go z pamięci.
Wyrzuć go z pamięci.
Pięściami wytarła łzy.
Szloch ustał.
– Weź się w garść – nakazała sobie.
Łzy pojawiły się znowu, ale tym razem były mniej gwałtowne, delikatniejsze; nie dotyczyły już dawnego, bolesnego życia, ale jej nowego życia, samotnej, nieznośnej egzystencji.
Uderzyła w kierownicę.
– Weź się w garść!
W tym momencie rzeczywistość stała się klarowna. Jakby wszystko nagle nabrało ostrości i wyrazu: rama przedniej szyby, własne ramię, zaparkowane wokół samochody, niebo. Może nie do końca jest sobą, ale ma wszystko pod pełną kontrolą. Avery podniosła telefon, żeby zadzwonić do Finleya.
– No – odezwał się.
– Finley – powiedziała. – Gdzie jesteś?
– W biurze, urabiam sobie ręce po łokcie. A gdzie ty się, do diabła, podziewasz? Wiesz, że należy mi się za to podwyżka? Nie powinienem dostać wolnego dnia za znalezienie tego psychola? Po największym pościgu w moim życiu nadal tkwię w biurze. A powinienem być na piwie.
Jego cały monolog zabrzmiał jak jedno słowo.
Avery przetarła oczy.
– Finley, wolniej. Co udało ci się dotychczas znaleźć?
– Dlaczego ludzie zawsze mówią mi, abym zwolnił? – poskarżył się, jakby był szczerze poirytowany. – Przecież mówię normalnie. Wszyscy w mojej ekipie rozumieją mnie idealnie. Może problemem są inni ludzie, przyszło ci to kiedyś do głowy? Mama zawsze tak mówiła.
– Finley! Raport.
– Ciało jest u koronera – powiedział, już spokojniej i wolniej. – Miejsce zbrodni odgrodzone. Znaleziono jakieś włókna, ale wyglądają jak te, które pochodziły od Jenkins: kocia sierść, kilka plamek ekstraktu roślinnego na jej ubraniach. Przez ostatnie godziny ustalałem powiązania, tak, jak prosiłaś. Różne kierunki studiów: ekonomia i rachunkowość. Jedna z trzeciego roku, druga z ostatniego. Różne stowarzyszenia studenckie, brak powiązań rodzinnych. I tak dalej. Rozmawiałem z Ramirezem. Powiedział, ze rodzice Cindy wspominali o zajęciach z rysunku, na które chodziła w Cambridge w ostatnim semestrze. Miejsce nazywało się: “Art for Life”. Na skrzyżowaniu Cambridge Street i Siódmej. Dzwoniłem do znajomych Tabithy, żeby spytać o powiązania. Czekam na odzew.
– Artysta – pomyślała Avery. – Powiedział, że nasz zabójca jest artystą.
– Kto tam uczy? – spytała. – Do kogo należy pracownia?
– Skąd mam, kurwa, wiedzieć? Czy wyglądam, jakbym miał tysiąc rąk? – odszczeknął. – Przydzieliłaś mi setki zadań. Nie mam pojęcia, kto prowadzi te kurewskie zajęcia. Powiedziałem już, że czekam na odzew.
Zamknęła oczy.
– Dobra – powiedziała. – Dzięki.
– Przyjedziesz tu wreszcie mi pomóc? – dopytywał się Finley.
– Muszę jeszcze podomykać pewne sprawy – odrzekła. – Masz adres Cindy? I Tabithy? Chcę przejechać przez ich akademiki i zobaczyć, co tam znajdę.
– Byłem już w akademiku Tabithy. Zwykły pokój młodej laski. Markowe ciuchy i głupie plakaty. Nic tam nie ma.
– Pozwól, że ja to ocenię.
* * *
Cindy mieszkała w domu niedaleko siedziby Kappa Kappa Gamma i blisko swojego chłopaka. Dwukondygnacyjny dom w stylu Tudorów, biały, z niebieskimi wykończeniami był przeznaczony dla dwóch osób. Cindy wynajmowała parter; pierwsze piętro zajmowała inna studentka ostatniego roku Harvardu.
Avery zadzwoniła wcześniej, aby administracja Harvardu ją wpuściła.
Zapasowe klucze ukryto pod kamieniem na przednim ganku.
W mieszkaniu Cindy, składającym się z czterech pomieszczeń: salonu, sypialni, dodatkowego pokoju, w którym urządziła biuro oraz kuchni, pachniało stęchłym powietrzem. Ściany ozdabiało kilka nowoczesnych obrazów.
Biuro wypełniały stosy skserowanych tekstów z biblioteki oraz liczne romanse w tanich wydaniach. Na biurku piętrzyły się papiery.
Avery przejrzała dokumenty. Rachunki za usługi medyczne, teczki z notatkami z zajęć, pisma w sprawie pracy, listy motywacyjne. Wszystko porządnie poukładane. Avery zanotowała kilka rzeczy w telefonie: adres przychodni medycznej Cindy, wszystkich wykładowców, miejsca, w których odbyła rozmowy o pracę, jej aktualnego pracodawcę: Firmę Audytorską Devante. Pismo z ofertą zatrudnienia na stanowisku młodszego konsultanta królowało dumnie na blacie.
Nie można było znaleźć niczego na temat zajęć plastycznych, ale na ścianie wisiał oprawiony, ręcznie malowany obraz z podpisem Cindy na dole. Przedstawiał talerz owoców. Avery odwróciła go. Z tyłu widniała pieczątka: “Art for Life”, adres pracowni, logo – dłoń stylizowana na malarską paletę. Avery odłożyła wszystko na miejsce, wyszła i wskoczyła do samochodu.
Zadzwoniła na politechnikę MIT, żeby upewnić się, że zostanie wpuszczona do pokoju Tabithy. Asystentka dziekana obiecała zająć się wszystkim.
Gdy tylko skończyła rozmawiać, zadźwięczał jej telefon.
– Tu Jones – usłyszała akcent z Jamajki.
– Masz coś dla mnie – spytała Avery.
– Niestety, nic. Domek jest pusty.
– To co, do diabła, robiłeś przez cały dzień?
– Szukałem informacji, – wyjaśnił Jones – prowadziłem śledztwo. Trochę mi zajęło, żeby tu dojechać. Musiałem zdobyć klucze, no nie? Potem Thompson chciał prowadzić, a on nie ma za grosz orientacji w terenie. GPS zaprowadził nas donikąd. Ale – przyznał i przełknął kolejny łyk piwa – dotarliśmy i przewróciliśmy wszystko do góry nogami. Nic. Jesteś pewna, że ten studencik się tu zatrzymał?
– Zmarnowaliście cały dzień – stwierdziła Avery.
– Ty mnie chyba nie słuchasz, Black! Ciężko pracujemy.
– Dwie dziewczyny nie żyją – rzekła Avery. – Czy o tym już zapomnieliście? Mamy seryjnego mordercę na wolności, a ty tracisz czas w domku nad jeziorem. Wracaj do monitoringu w Cambridge. I tym razem – warknęła – chcę mieć szczegółowy raport na biurku do jutrzejszego popołudnia. Chcę wiedzieć jak dokładnie spędziliście każdą godzinę. Słyszysz?
– Daj spokój! Black. Błagam cię. – krzyknął Jones. – Ta praca to jakieś szaleństwo. Nie dam rady tak po prostu śledzić samochodu w nieskończoność. To niemożliwe. Potrzebowałbym jakiś dziesięciu dodatkowych osób.
– Weź Thompsona.
– Thompsona? – Jones roześmiał się. – Jest gorszy od Finleya.
– Pamiętaj – powiedziała Avery z naciskiem. – Szczegółowy raport na moim biurku do jutrzejszego popołudnia. Sprawdź, czy Thompson zrozumiał. Jeśli dacie ciała, dzwonię do Connelly’ego.
Rozłączyła się.
– Jak niby mam cokolwiek zrobić w Zabójstwach, jeśli połowa zespołu zupełnie mnie nie szanuje? – pomyślała z rozgoryczeniem.
Gdy dotarła do kolejnego miejsca, niebo było już ciemne.
Tabitha mieszkała w samym sercu kampusu MIT, niedaleko Vassar Street. Drzwi otworzyła współlokatorka; niska, myszowata dziewczyna o długich czarnych włosach i okularach na pokrytej pryszczami twarzy. Mieszkanie było ogromne: mieściło część dzienną, otwartą kuchnię i dwie sypialnie.
– Cześć – powiedziała dziewczyna. – Pani Avery, prawda?
– Tak, dziękuję, że mnie pani wpuściła.
– To jej pokój, tam – wskazała.
Dziewczyna sprawiała wrażenie surowej i ponurej.
– Przyjaźniłyście się? – zapytała Avery.
– Nie za bardzo – odrzekła i odeszła. – Tabitha była lubiana.
Pokój Tabithy był niewiarygodnie zagracony.
Szafka na dokumenty stanowiła raczej miejsce na upychanie luźnych kartek. Szybki przegląd ujawnił, że było tam wszystko: od paragonów, poprzez list motywacyjny po śmierdzący papier śniadaniowy. Jeśli cokolwiek mogło być jakimś źródłem informacji, to ewentualnie obrazy zdobiące ściany, najwyraźniej wykonane przez samą Tabithę: wiejskie krajobrazy, widok politechniki MIT na tle nieba, miska z owocami.
Avery spojrzała na tył jednego z oprawionych obrazów.
Na pieczątce widniało: “Art for Life”.
Rozdział dwudziesty
Nie był to wymarzony wieczór Molly Green. Zdmuchnęła kosmyk blond włosów z twarzy, wytarła brew i udała, że zakasuje rękawy.
– Luke i Gidget! – krzyknęła. – Dosyć tego!
Dom, w którym pracowała dorywczo jako niania, sprawiał wrażenie wielkiego i pustego. Stanęła w zbyt dużym salonie na parterze, a potem zajrzała za kanapy. Przycisnęła twarz do szyby przesuwnych drzwi prowadzących na tylny ganek, osłoniła oczy przed światłem od wewnątrz i pomyślała:
– Mam nadzieję, że są gdzie indziej niż na dworze.
Ani w kuchni, ani w garderobach i łazience na dole nie było nikogo.
Podobną pustką ział boczny pokój gościnny.
– Ja nie żartuję – zawołała – już dawno powinniście być w łóżkach.
W butach na wysokich obcasach, czarnej, skórzanej spódniczce i skąpej koszulce bez rękawów – stroju na późniejszą, wieczorną imprezę – weszła na schody.
– Lepiej, żebym was zastała w łóżkach!
Oczywiście i Luke, i Gidget byli schowani pod kołdrami i zaśmiewali się do rozpuku, że znów udało im się ją przechytrzyć.
Dzieci miały wspólny pokój, a każde z nich swoje łóżko. Kontrast pomiędzy częścią Gidget a częścią Luke’a był ogromny. Tę dziewczęcą pomalowano na różowo; panował w niej ład i porządek, zabawki leżały na swoich miejscach, a ubrania w szufladach. Tę chłopięcą pomalowano na granatowo. Wszystkie jego zabawki walały się po podłodze, podobnie jak ubrania. Brudne ściany były dodatkowo pomazane markerami.
– Acha, teraz już rozumiem – powiedziała Molly. – Mam biegać po całym domu, a wy udajecie, że cały czas spaliście. No nieźle.
Obie kołdry zostały zrzucone i obydwoje starali się zwrócić na siebie jej uwagę.
– Poczytaj mi książkę, Molly.
– Nie gaś światła w korytarzu – poprosił Luke.
– Wasi rodzice mnie zabiją, jeśli nie będziecie spali, gdy wrócą. Musicie iść do łóżka. Teraz już żadnych książek. Zostawię światło w korytarzu. Słyszycie? Ale jeśli któreś z was będzie znowu biegać po korytarzu albo próbować mnie straszyć na dole, naskarżę na was. A wiecie, co to znaczy.
– Nie, nie – zawołała Gidget.
– Nie mów tacie – błagał Luke.
– Dobra. Śpijcie. Dobranoc.
Ponownie przymknęła drzwi, zostawiając w nich centymetrową szparę, aby mogli widzieć światło na korytarzu.
Już na dole pomyślała:
– Okropność… Dzieci.
Szybki rzut oka na lustro w salonie utwierdził ją w przekonaniu, że nadal wygląda zjawiskowo – z zielonym cieniem na powiekach, długimi rzęsami, idealną szminką i błyszczącymi niebieskimi oczyma.
– Wyglądasz seksy – pomyślała o sobie z zachwytem.
Po około dwudziestu minutach, gdy Molly oglądała nagrany program The John Oliver Show, państwo Hachette cicho otworzyli frontowe drzwi.
Wymieniono uprzejmości.
Molly opowiedziała im, co robili wieczorem. Kolacja zjedzona. Książki poczytane. Oboje wykąpałam. Chwilę się pobawiliśmy i poszli do łóżek. Nic nadzwyczajnego.
Państwo Hachette, jak zwykle spytali, czy chciałaby zostać dłużej, coś zjeść lub przespać się w pokoju dla gości. Molly odmówiła.
Nie przestawała myśleć o dalszej części wieczoru – wielkiej imprezie Brandeis urządzanej przez jedno z największych stowarzyszeń studenckich na kampusie. Trzech studentów, z którymi się widywała, już tam było. Żadnego nie brała pod uwagę jako materiał na potencjalnego chłopaka. Miała nadzieję, że spotka kogoś nowego.
Chwyciła torebkę i wybiegła przez drzwi.
– No to zaczynamy – pomyślała z uśmiechem.
* * *
Przez chwilę czekał na zewnątrz, ukryty w cieniu, w środku vana. Tkwił tam przez ostatnią godzinę, obserwując i oczekując na właściwy moment. Patrzył w ciszy, jak Molly przetrząsa każdy kąt w poszukiwaniu dzieci i znajduje je w łóżkach. Jak Hachette’owie wchodzą do domu.
Zaparkował w bardzo cichej uliczce, w dzielnicy składającej się z wysadzanych drzewami alejek, na północny wschód od Uniwersytetu Brandeis. Uczelnia była oddalona o kilka minut jazdy samochodem lub dwadzieścia minut piechotą. Wiedział, że Molly woli się przejść. Schody pokonywała skokami, skręcała w lewo w Cabot Street, a potem w prawo w Andrea Road. Wówczas decydowała, którędy pójdzie dalej, w zależności od tego, w którym miejscu kampusu musiała się znaleźć.
Tak, jak podejrzewał, Molly w podskokach zeszła ze schodów wiodących do domu i skręciła w lewo.
Cicho wysiadł z samochodu i przeszedł do tyłu, udając, że wyładowuje coś z bagażnika. Głośno zatrzasnął pokrywę, westchnął i wszedł na ulicę. Molly szła dokładnie w jego kierunku. Zdjął czapkę i spojrzał w górę.
Pogrążona w swoich myślach Molly niemal na niego wpadła.
– O przepraszam – wymamrotała.
– Nic nie szkodzi – odparł.
– Hej! – twarz nagle jej się rozjaśniła. – Ja pana znam. Co słychać?
– Całkiem nieźle – uśmiechnął się. – Mam tutaj mały problem z samochodem. Chwileczkę – zmarszczył brwi i potarł podbródek. – Myślałem, że mieszkasz gdzieś na kampusie Brandeis?
– Tak, mieszkam – przyznała. – Tutaj tylko pracuję. Widzi pan ten dom – odwróciła się w wskazała ręką. – Pilnuję ich dzieciaków w tygodniu. Proszę się nie przejmować, ja…
W momencie, gdy się obracała szybko wkłuł się w nią igłą.
– Hej! Auu! Co to…
Molly zaczęła się osuwać. Wsunął się za nią, aby ją złapać.
– Co się z tobą dzieje? – udawał panikę. – Molly?
Poklepał ją po policzkach z udawanym przejęciem.
– Molly, wszystko w porządku?
Rozejrzał się po okolicy.
Ulice były ciemne i puste.
– Nie przejmuj się – wyszeptał. – Ja się tobą zajmę.
Rozdział dwudziesty pierwszy
Po obu stronach szklanych drzwi wiodących do studia “Art for Life” zamontowano wielkie przeszklone okna. Avery widziała wąską, wypełnioną licznymi eksponatami galerię ze sztuką współczesną wszelkiego rodzaju: rzeźbami, malowidłami, rysunkami i kolażami w stylu retro. Dalej, w tylnej części pomieszczenie rozszerzało się. Uznała, że ustawione w krąg sztalugi, były miejscem, w którym odbywały się zajęcia artystyczne.
Rozległ się sygnał jej komórki.
– Black – powiedziała do słuchawki.
– Wiesz, że masz szczęście, że z tobą pracuję? – stwierdził Finley. – Właśnie zadzwoniła do mnie jedna z koleżanek Tabithy. Ofiara z pewnością uczęszczała na zajęcia do tej pracowni.
– Tego sama się już domyśliłam. Nie zauważyłaś tych wszystkich dzieł sztuki, gdy byłeś w jej akademiku?
– Jakich znowu dzieł sztuki?
– W jej pokoju.
– To nie były żadne dzieła sztuki – wściekł się Finley. – To były śmieci. Myślałem, że kupiła je na jakimś pchlim targu. Słuchaj Black, nie rób ze mnie jaj. Dzięki mnie masz dobrą poszlakę.
– Jestem teraz na miejscu – powiedziała. – Pracownia jest zamknięta.
– Jestem w barze – odparł. – Moja zmiana skończyła się 2 godziny temu. Zaprosiłbym cię, ale wydaje mi się, że nie wpuszczają tu lesbijek.
– Nie jestem lesbijką – powiedziała.
– Naprawdę? A to dałbym się nabrać.
– Zdajesz sobie sprawę, że jesteś ohydnym człowiekiem, Finley?
– Oj tam, oj tam – podsumował. – Jestem dobrym człowiekiem. Tylko to moje wychowanie. Było powalone. Następnym razem będzie lepiej. Obiecuję. A ty, nawet jeśli lesba, to jesteś w porządku. Serio. Można na ciebie liczyć. Widzimy się jutro rano. Teraz idę się napierdolić.
Avery, zbyt podkręcona adrenaliną, żeby odpoczywać albo spać, udała się do domu, aby zająć się pracownią “Art for Life” w zaciszu swojego salonu. Po drodze zamówiła “chińszczyznę” na wynos.
W mieszkaniu panował półmrok. Włączona była tylko jedna lampa przy kanapie. Usiadła przy stole i pochłaniała jedzenie, jednocześnie pracując.
Pracownia “Art for Life” działała od ponad pięciu lat. Właścicielem był mężczyzna, który nazywał się Wilson Kyle, kiedyś artysta i biznesmen, który miał też restaurację w pobliżu pracowni oraz jeszcze dwa budynki niedaleko. Szybkie przeszukanie policyjnej bazy danych nie dało żadnych wyników dotyczących Kyle’a.
W pracowni zatrudniał dwie osoby: sprzedawcę na pełny etat, który nazywał się John Lang oraz kobietę, którą przychodziła w sobotę i niedzielę w niepełnym wymiarze godzin. Kyle prowadził zajęcia z malarstwa w środy i czwartki wieczorem, ale Lang miał dwie godziny zajęć w co drugą sobotę.
Lang był notowany.
Znalazł się w rejestrze jako sprawca przestępstw na tle seksualnym; przed siedmiu laty zgłoszono dwa incydenty z jego udziałem. Ofiarą jednego padł chłopiec, którym się rzekomo zajmował, a drugiego dziewczynka, która mieszkała na tej samej ulicy. Rodzice obojga zgłosili, że ich dzieci były molestowane. Lang nie przyznał się do winy, ale wówczas poszedł na ugodę, aby uniknąć procesu i ewentualnego więzienia. Dostał pięć lat w zawieszeniu, obowiązkowe sesje terapeutyczne przez rok oraz piętno na całe życie.
Według kartotek policyjnych jego wzrost i waga odpowiadały wartościom szacunkowym przypisywanym mordercy.
Avery odchyliła się na krześle.
Zbliżała się północ. Była zupełnie rozbudzona i gotowa dobijać się do drzwi Johna Langa.
– To może być ten gość – pomyślała.
Pobudzona możliwością schwytania zabójcy, chciała podzielić się z kimś pomyślnymi wieściami. Ku własnemu zdziwieniu do głowy przyszedł jej Ray Henley, ale perspektywa telefonowania późną nocą do kogoś, kogo dopiero co poznała, wydała się jej jednak rozwiązaniem dziwacznym i zbyt śmiałym, aby sobie na nie pozwolić. Finley nie wchodził w grę, natomiast kapitan wydał jasne dyspozycje dotyczące zakłócania mu spokoju w domu.
Pomyślała, aby zadzwonić do córki.
Ostatnio rozmawiały kilka miesięcy wcześniej, ale rozmowa się nie kleiła.
Avery wysłała jej, zamiast tego, e-maila: “Cześć – napisała – ostatnio dużo o Tobie myślę. Bardzo chciałabym porozmawiać osobiście. Co powiesz na lunch w weekend? Może w sobotę? W naszym stałym miejscu? W południe? Daj znać. Kocham Cię. Mama.”
Pałając chęcią porozmawiania z żywym człowiekiem, wybrała numer szpitala.
Telefon dzwonił wiele razy zanim odebrał zaspany głos.
– Halo?
– Ramirez – powiedziała – jak się masz?
– Cholera, Black. Która jest godzina?
– Prawie pierwsza.
– Mam nadzieję, że masz jakąś dobrą wiadomość – wymamrotał. – Właśnie śniłem piękny sen. Płynąłem jachtem po błękitnym oceanie. Nagle z wody wyłoniła się syrena i zaczęliśmy dokazywać.
– No, no – powiedziała, ale jej nastrój nie sprzyjał wysłuchiwaniu opisów snów erotycznych.
– Zdobyłam dobrą poszlakę – kontynuowała – “Art for Life”. Gość, który tam pracuje nazywa się John Lang. Notowany. Obie dziewczyny uczestniczyły w zajęciach. To może być on.
– A ja sądziłem, że Finley rozwikłał już naszą sprawę – zażartował Ramirez. – Powiedział, że wczoraj zdjął prawdziwego seryjnego mordercę.
– Finley nie odróżniłby seryjnego mordercy od pudełka płatków śniadaniowych.
Ramirez roześmiał się.
– Świr z niego, co? Słyszałem o tym staruszku ze zwłokami w piwnicy. Niezły gnój. No cóż – niektórzy ludzie. Z nimi nigdy nic nie wiadomo.
– Jak się czujesz?
– A lepiej, lepiej. Bardzo chcę już stąd wyjść, do cholery, i wrócić do pracy.
– Wiem, ale musisz odpocząć.
– Tak, tak, a tu nie jest aż tak źle – powiedział. – Mam prywatny pokój, wygodne łóżko, płatne zwolnienie, znośne jedzenie. To o ciebie się teraz martwię. Nie, no Finley? Stary musi coś do ciebie mieć.
– Ja tam nie wiem. Radzę sobie. Jak się wyłączy bigoterię, rasizm i ten plugawy język, to on wcale nie jest taki zły. Szkoda tylko, że ledwo go rozumiem.
Śmiech nagle się urwał.
– Kurczę, to zabolało – zajęczał Ramirez. – Muszę uważać. Szwy nie dają mi żyć. Tak, on to jest hardcore – stwierdził. – Irlandczyk z południa. Kiedyś należał do D-Boyów. Wiedziałaś? Prawie go zabili, gdy przeszedł na drugą stronę. Widziałaś jego dziary? Są wszędzie.
– Nie. Dziar na całym ciele to jeszcze nie widziałam.
Ramirez parsknął.
– No dobra, słuchaj Avery, dzięki za telefon. Jestem ciut zmęczony, kończę. Powodzenia z nową poszlaką. Będę się za ciebie modlił.
Avery chwyciła piwo i przeniosła się na balkon. Po oświetlonym księżycem niebie przesuwały się szybko chmury.
Wzięła długi łyk.
– Mam cię, pomyślała.
Rozdział dwudziesty drugi
Avery zażyła dwie pigułki nasenne i nastawiła budzik na siódmą; pracownię “Art for Life” otwierano co prawda dopiero o dziewiątej, ale chciała się tam wybrać odpowiednio przygotowana.
Za piętnaście siódma zbudziła się sama, wprawdzie rozespana, ale gotowa na rozpoczęcie dnia. Założyła swój zwykły strój, tylko zmieniła kolory: brązowe spodnie i niebieską, zapinaną na guziki bluzkę.
– Niebieski uspakaja – pomyślała. – Chcę, aby dzisiaj wszyscy byli spokojni.
Walkie-talkie miała dopięty z tyłu paska, broń zamkniętą w kaburze. Odznaka była widoczna w pobliżu sprzączki.
Spojrzała w lustro.
Większość ludzi twierdziła, że wciąż wygląda fenomenalnie. Ale pojawiły się skazy, które Avery już zauważała: linie, których nie było parę lat wcześniej, worki pod oczami, włosy zniszczone zbyt częstym utlenianiem.
– Z nadąsaną twarzą, dyndającym kosmykiem i ściśniętymi wargami – uśmiechnęła się Avery
– To jest dziewczyna, którą znam – pomyślała.
O tak wczesnym poranku na Cambridge Street panował niewielki ruch. Avery zatrzymała się na kawę i bajgla, a następnie zaparkowała samochód po przeciwnej stronie ulicy niż pracownia, dwa budynki dalej. W pracy Avery najbardziej irytowało czekanie. Teraz liczyła się z tym, że ma przed sobą długi czas wyczekiwania.
Ku jej zaskoczeniu John Lang pojawił się we wstecznym lusterku Avery około wpół do dziewiątej.
Chudy i wysoki, niedokładnie wpisywał się w portret zabójcy, ale to był to jedyny trop, jakim dysponowała, a poza tym występowało powiązanie – sposób, w jaki szedł przypominał jej chód mordercy: lekkość kroku, ruch bioder i zdecydowany ruch stóp.
Lange doszedł do biura i otworzył drzwi.
Avery wysiadła z auta.
– Przepraszam – zawołała z drugiej strony ulicy. – Mogę na słówko?
Lang miał niemiły wyraz twarzy, przerzedzone blond włosy i nosił okulary. Przez chwilę marszczył brwi patrząc na Avery, a następnie skierował się do środka.
– Halo! – zawołała Avery. – Policja.
Pokazała odznakę.
Na twarzy Johna Langego pojawiło się zaskoczenie i obawa. Nieśmiało wyjrzał przez okna. Po przeciwnej stronie dwoje ludzi z kawą obserwowało moment, gdy Avery wbiegła do pracowni. Zrezygnowany Lang przybrał władczą postawę i otworzył drzwi.
– Salon jest teraz zamknięty – powiedział.
– Nie przyszłam tu w sprawie sztuki.
– Zatem czym mogę służyć, proszę pani?
– Chciałabym porozmawiać o Cindy Jenkins i Tabicie Mitchell.
Twarz pozostała bez wyrazu.
– Te nazwiska nic mi nie mówią.
– Jest pan pewien? Ponieważ obie te dziewczyny uczęszczały na zajęcia malarskie do tej pracowni, a teraz obie nie żyją. Nadal pozostaje pan przy swoim zdaniu? Czy mogę wejść?
Z pewnym ociąganiem Lang zerknął w stronę pracowni, do swojego komputera i znów w kierunku ulicy.
– Tak – odrzekł – ale tylko na chwilę. Jestem bardzo zajęty.
W pracowni panował chłód, jakby klimatyzator był ustanowiony na wcześniejszą godzinę. Lang zrzucił torbę na biurko, usiadł na wielkim, czarnym, obrotowym krześle i odwrócił się do Avery. Nie zaproponował jej, aby usiadła. W pomieszczeniu znajdowało się kilka tapicerowanych stołków. Avery stała.
– Cindy Jenkins i Tabitha Mitchell – powtórzyła.
– Powiedziałem pani, że ich nie znam.
– Chodziły tutaj na zajęcia.
– Mnóstwo osób przychodzi tu na zajęcia. Wie pani w jakim okresie miało to miejsce?
– Dlaczego nie sprawdzi pan w komputerze?
Oblał się rumieńcem.
– Te pliki są rutynowo usuwane – powiedział.
– Doprawdy? Nie zachowują państwo nazwisk i adresów klientów, aby można było rozsyłać ulotki i e-maile? Jakoś trudno mi w to uwierzyć.
– Mamy nazwiska i adresy – odrzekł – natomiast dokumenty, które wykorzystujemy, gdy pierwszy raz przychodzą na zajęcia, są niszczone, więc trudno będzie mi podać okres czasu.
– Pan kłamie – stwierdziła.
– Czy jestem o coś oskarżany? – zapytał.
– Czy popełnił pan przestępstwo?
– Oczywiście, że nie!
Avery to nie przekonało. W sposobie, w jaki wypowiadał słowa, w uciekaniu wzrokiem, czy też w tym, że nie chciał włączyć komputera, było coś niepokojącego.
– Od jak dawna pan tu pracuje? – spytała.
– Od pięciu lat.
– Kto pana zatrudnił?
– Wilson Kyle.
– Czy Wilson Kyle wie, że jest pan notowany jako sprawca przestępstw na tle seksualnym?
Lang zaczerwienił się ze wstydu i do oczu napłynęły mu łzy. Wyprostował się na krześle i spojrzał na nią z wściekłością.
– Owszem – odrzekł. – Wie.
– Gdzie pan był w sobotę wieczorem? I w środę wieczorem?
– W domu. Oglądałem filmy.
– Czy ktoś to może potwierdzić?
Lang, na granicy wybuchu, dosłownie trząsł się ze złości.
– Jak pani śmie – wysyczał. – O co pani w ogóle chodzi? Odpokutowałem swoją przeszłość. Byłem w więzieniu, musiałem skorzystać z pomocy specjalistów, wykonać prace społeczne, a i tak do końca życia będę zaszufladkowany jako “sprawca przestępstw na tle seksualnym”. Stałem się lepszy – zdeklarował, rozluźnił mięśnie. Zaczęły spływać łzy. – Jestem innym człowiekiem. Jedyne, czego chcę, to abyście wszyscy dali mi święty spokój.
Coś ukrywał. Avery to czuła.
– Czy zabił pan Cindy Jenkins i Tabithę Mitchell?
– Nie!
– Proszę mi pokazać komputer.
Skurcz na twarzy i odmowne kiwnięcie głową powiedziały Avery wszystko, czego chciała się dowiedzieć.
– Jeśli w tej chwili się pan nie zaloguje i nie pozwoli przeszukać historii, wrócę dziś po południu z nakazem aresztowania.
– Co tu się dzieje? – zadudnił jakiś głos.
W drzwiach stał ogromny mężczyzna o ekstrawaganckim wyglądzie. Miał idealnie przystrzyżone, białe włosy zaczesane do tyłu oraz wypielęgnowaną krótką bródkę. Małe, geometryczne czarne okulary stanowiły oprawę rozzłoszczonych, zielonych oczu. Na biały T-shirt narzucił purpurowy, letni sweter. Był w jeansach i czarnych crocsach.
Lang zakrył twarz i emocjonalnie zupełnie się rozkleił.
– Przepraszam! Ja tak bardzo przepraszam.
Avery pokazała odznakę.
– A kim pan jest?
– Wilson Kyle. Jestem właścicielem tego miejsca.
– Nazywam się Avery Black. Wydział Zabójstw. Policja w Bostonie. Mam powody, aby przypuszczać, że pan Lang mógł być zamieszany w dwa zabójstwa.
Podniósł brwi wyrażając niedowierzanie.
– John Lang? – powiedział. – Twierdzi pani, że on? Człowiek, który kuli się przed panią ze strachu? Sądzi pani, że on mógłby dokonać morderstwa?
– Dwie dziewczyny z dwóch różnych uczelni – powiedziała i uważnie przypatrywała się każdemu ruchowi Johna Langa. – Artystycznie ułożone zwłoki: jedne w parku, a drugie na cmentarzu.
– Czytałem o tej sprawie – potwierdził Kyle.
Wielka dłoń spoczęła na ramieniu Johna.
– John? – spytał współczującym tonem. – Wiesz coś o tym?
– Nic nie wiem! – krzyknął John. – Czy nie przeszedłem już wystarczająco dużo?
– Jak dokładnie doszła pani do tego, że on jest zamieszany w te przestępstwa?
– Obie dziewczyny tu przychodziły. On jest notowany. Nie ma alibi na wieczory, w które doszło do porwań i nie chce mi pokazać komputera – odrzekła.
– Czy ma pani nakaz?
– Nie, ale mogę go zdobyć.
Wilson Kyle obniżył swą potężną sylwetkę i z niezwykłą cierpliwością i empatią próbował nawiązać z Johnem kontakt wzrokowy.
– John – powiedział – wszystko w porządku. Policja prowadzi teraz śledztwo w sprawie tych zbrodni. Co takiego masz w komputerze, czego nie chciałbyś jej pokazać? Ze mną możesz być szczery.
– Musiałem popatrzeć! – rozszlochał się.
– W porządku, John – powiedział i pochylił się, aby wyszeptać – Ja cię nie będę oceniać.
Pogłaskał Johna po plecach, pomógł mu wstać i zalogował się do komputera.
– Hasło? – zapytał.
John westchnął i podrapał się w nos. Pokiwał głową i miękkim szeptem podał ledwie słyszalną odpowiedź.
Wilson Kyle wpisał hasło.
– Proszę bardzo – rzekł do Avery. – Proszę podejść i zobaczyć. Chodź, John – dodał. – Poczekamy tam. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. Pani policjantka potrzebuje tylko potwierdzenia, że nie jesteś zamieszany w wielokrotne morderstwo. Nie jesteś mordercą, prawda, chłopie? Nie, oczywiście, że nie, John. Oczywiście, że nie.
Avery usiadła przy biurku.
Szybkie przeszukanie historii nic nie dało. Strony poświęcone sztuce. Pomoc w zakresie gry Scrabble Word, wielu artystów i ich prace. Przeszła przez każdy dzień. Gdy doszła do wtorku zauważyła, że wcześnie rano przeglądał wiele stron z pornografią.
Spojrzała w górę.
John siedział na krześle, z opuszczoną głową, rękami zakrywał twarz. Wilson Kyle stał za nim, wtapiając wzrok w Avery niczym wielki pan zmuszony obserwować coś niewyobrażalnego, przez co narastała w nim złość.
Avery znów wróciła do komputera i kliknęła kilka linków. Pojawiły się dzieci – nagie lub w połowie nagie. W wieku od sześciu do dwunastu lat. Mocno zdegustowana tym, co zobaczyła, kliknęła w inne witryny, próbując wynaleźć jakiś racjonalny argument pozwalający zignorować poprzednio otwarte strony. Z uwagi na jego skłonność do małych dzieci, trudno jej było uwierzyć, że ma do czynienia z zabójcą.
– Czy wie pan, gdzie on był w sobotę wieczorem? – spytała.
– Tak – odpowiedział Wilson. – John oglądał w domu film zatytułowany Noc myśliwego. Wiem, bo sam mu go poleciłem. Zresztą zadzwonił do mnie zaraz po obejrzeniu, wydaje mi się, że koło dziesiątej, żeby powiedzieć, co o nim myli. Nie zastał mnie, ale z pewnością można znaleźć takie połączenie, jeśli sprawdzi pani jego billing.
– Czy może pan jakoś udowodnić, co pan robił w zeszłym tygodniu? – spytała Wilsona.
Wilson zaśmiał się.
– Czy pani wie, kim jestem? Nie, oczywiście, że nie. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie jestem w żaden sposób sławny, a zwłaszcza nie mam dobrych koneksji, ale wykazuję duże zaangażowanie społeczne. Jeśli nie jestem gdzieś ze znajomymi, to rozdaję jedzenie bezdomnym lub spędzam czas na aukcji charytatywnej gdzieś w mieście. Zatem, wracając do pani pytania: Tak, jestem w stanie udowodnić wszystko, co robiłem przez cały miesiąc, natomiast obawiam się, że zanim pozwolę na coś więcej, zażądam od pani nakazu,
– Pomyliłaś się – pomyślała Avery. – To nie ten człowiek. Potrafiła przejrzeć ludzi. John to chory świr, a Wilson nadęty, pewny siebie wał. Ale żaden z nich nie był seryjnym mordercą. Obaj byli na to zbyt słabi.
Westchnęła. Tutaj już tylko marnowała czas..
Nie pierwszy raz jej się to przydarzyło – była tu sama, bez poszlak, w opałach i naginając reguły swojej profesji. Tym razem jednak uderzyło ją to osobiście. Tym razem dotyczyło to seryjnego mordercy. A przecież ostatnio, gdy zajmowała się seryjnym mordercą, wypuściła go na wolność, a wtedy zabił ponownie. Teraz czuła się tak, jakby stara sprawa odrodziła się dzięki nowemu zabójcy i gdyby tylko zdołała go jakoś powstrzymać, mogłaby wyzwolić samą siebie.
– Będę się kontaktować – powiedziała Avery i zwróciła się ku wyjściu.
– Pani Black – zawołał Wilson.
– Tak?
– Zajmę się tą pornografią, która pani znalazła, bez wątpienia. Ale, z ciekawości… Czy wie pani dlaczego być może John poszukiwał takich zdjęć? I czy wie pani, dlaczego molestował te dzieci wiele lat temu? Powiem to pani, żeby mogła pani na to spojrzeć z właściwej perspektywy, co może powstrzyma panią od nachodzenia kolejnych domów i biur, z całym ładunkiem buty, uprzedzeń i insynuacji. Otóż, droga pani, John był wielokrotnie gwałcony przez swojego ojca oraz swoją matkę jako dziecko.
John szlochał cicho w jego ramionach.
Wilson obejmował Johna niczym anioł stróż.
– Zakładam, że nie wie pani, co dzieje się z dziećmi, które były molestowane, proszę pani. One uczą się, że to jest normalne zachowanie jakiego się od nich oczekuje. I gdy dorastają, podnieca ich widok małych dzieci, ponieważ taki wzorzec został im przekazany. To jest chory, przerażający krąg, prawie niemożliwy do przerwania, ale nasz John bardzo się stara. Bardzo, bardzo się stara. A to drobne załamanie – powiedział i wskazał na komputer – nie powinno przekreślać tego, na co ciężko zapracował, pokonując demony swojej przeszłości. Jeśli pani wie cokolwiek o ludzkiej naturze, powinna to pani zrozumieć.
– Dziękuję za tę lekcję – powiedziała Avery.
– Jeszcze jedno – dodał Wilson i podszedł do niej z twarzą przepełnioną z trudem powstrzymywaną złością. – Nie miała pani prawa przychodzić ani do tej pracowni, ani przesłuchiwać nikogo bez odpowiedniego upoważnienia. Gdy tylko pani stąd wyjedzie, zadzwonię do pani komendanta i wszystkich innych osób, jeśli będzie trzeba, i zasugeruję, aby panią zwolniono, a przynajmniej zawieszono za rażące łamanie przepisów oraz zwyklej ludzkiej przyzwoitości.
* * *
Avery wyszła z pracowni oszołomiona.
Chociaż raptem kilka godzin wcześniej była pewna, że znalazła zabójcę, teraz, z kolei, była prawie przekonana, że John Lang stanowił ślepy zaułek i że zetknie się z falą wściekłości, jeśli tylko Wilson Kyle zadzwoni do biura.
Zawstydzona tym, co zrobiła, wskoczyła do samochodu i odjechała.
W głowie rozlegało się echo słów Howarda Randalla: “Twój morderca jest artystą… Nie osobą wybierającą przypadkowe dziewczyny na ulicy.”
– Poszłam jego tropem – przekonywała się. – Znalazłam powiązanie.
Ostatnie słowa Randalla przeszły w szept.
– Musi je gdzieś znajdywać …
– Gdzie? – zapytywała. – Gdzie je znajduje? Musi być coś innego, coś, czego nie widzę, inny związek.
Wprawdzie de facto zmierzała do biura, ale coś jej podpowiadało, że nie jest to miejsce, w którym znajdzie odpowiedzi na nurtujące ją pytania. One płyną jedynie z poszlak. Postanowiła pomóc Jonesowi w monitoringu tras wyjazdowych z Cambridge. Thompson zajął się już Gravesem. Zadziorny student ostatniego roku miał mocne alibi: trzech znajomych potwierdziło, gdzie przebywał w sobotni wieczór.
Zatrzymała się na jeszcze jedną kawę i jakieś śniadanie.
Zadzwonił jej telefon.
– Black – odebrała.
Po drugiej stronie rozległ się głos oschły i niezadowolony.
– Mówi Connelly.
Przez Avery przebiegł dreszcz strachu. Czy Wilson Kyle już zadzwonił? Czy w końcu osiągnęliśmy przełom w sprawie?
– Co słychać? – spytała.
– Jak widzę bawisz się tam nie najgorzej, co? – wyszeptał Connelly.
– A to co ma znaczyć?
– Wszystko wymyka się nam spod kontroli. Wyglądamy jak banda pieprzonych idiotów. Stary jest wkurzony. Podobnie jak ja. Ja wiedziałem, że nie nadajesz się do tej pracy.
– O czym pan mówi? – spytała. – Dzwoni pan po to, aby mnie podręczyć?
– To pani nie wie? – zdziwił się.
Po chwili ciszy, Connelly znów się odezwał.
– Właśnie rozmawiałem z policją z Belmont. Znaleźli ciało na placu zabaw w Stony Brook Park. Wygląda na to, że to nasz gość.
Rozdział dwudziesty trzeci
Avery zaparkowała samochód na wschodnim krańcu Stony Brook Park i poszła ulicą Mill Street w kierunku wejścia.
Plac zabaw Stony Brook dla dzieci był rozległym parkiem dla dzieci, na który składały się trzy wydzielone place zabaw i olbrzymi drewniany fort. Wszystko otaczały drzewa i płot w pobliżu ogrodzonego osiedla
Miejsce w pobliżu bramy otaczały radiowozy policji z Belmont, wozy reporterskie i tłumy.
– O, jest już! – ktoś krzyknął.
Zanim Avery zdążyła choćby pomyśleć, w jej kierunku zaczęli ściągać dziennikarze. W poprzednim życiu, gdy wylano ją z kancelarii prawnej, uznała, że kamery, światła i mikrofony w końcu rozpłyną się we mgle. Niestety, tak się nie stało. Zawsze trafiała to tej czy innej gazety jako powód do drwin, gdy brakowało im innych tematów.
Niska dziennikarka z czarnymi włosami obciętymi w bob podsunęła jej mikrofon do twarzy.
– Proszę pani – zaczęła – czy jest pani w związku z Howardem Randallem?
– Co? – krzyknęła Avery.
Ktoś inny wyciągnął mikrofon.
– Wczoraj poszła go pani odwiedzić. O czym państwo rozmawiali?
– Skąd pochodzi ta informacja? – spytała Avery.
Ktoś wyciągnął przed nią gazetę i odwrócił na stronę wiadomości, kamery brzęczały i wszyscy czekali na odpowiedź.
W nagłówku napisano: “Dwie dziewczyny nie żyją, a wciąż nie ma poszlak”. Zdjęcie przedstawiało cmentarz. Podtytuł w dole strony: “Policjantka i zabójca – romans kwitnie”. Avery zobaczyła zdjęcie siebie szlochającej w samochodzie, za murami więzienia.
– Strażnicy – uświadomiła sobie. – Oni zrobili zdjęcia.
Artykuł z wiadomościami znajdował się na trzeciej stronie: “Kto kieruje policją w Bostonie?”. Słowa takie jak: “niekompetentny”, “niewłaściwie prowadzony” i “zaniedbania” praktycznie wylewały się ze szpalty. Jedno ze zdań brzmiało: “Dlaczego bostońska policja pozwala byłej pani adwokat o wątpliwej reputacji prowadzić kolejną sprawę seryjnego mordercy?”
Czując mdłości, Avery oddała gazetę.
– Czy może to pani jakoś skomentować? – padło pytanie.
Avery przecisnęła się do przodu w milczeniu.
– Proszę pani!? Proszę pani!?
Kobieta, która ważyła nie więcej niż czterdzieści kilogramów, przedarła się do Avery i walnęła ją w pierś.
– Ty pieprzona zdziro! – wrzeszczała. – To ja płacę podatki na ciebie? Po moim trupie! Doprowadzę do tego, aby cię wylali – ty krwiożercza suko.
Tłum przybliżył się.
– Dlaczego została pani włączona w tę sprawę? – krzyknął ktoś inny.
– Trzymajcie ją z dala od dzieci!
Przy bramie pokazała odznakę i funkcjonariusz przepchnął ją przez tłum.
– Kto tu dowodzi? – spytała.
– Ten gość tam – wskazał policjant. -Talbot Diggins. Porucznik Diggins.
Zwykle ignorowanie zaczepek nie stanowiło dla Avery problemu, ale dzisiaj, po nieudanym przesłuchaniu Johna Langa i znalezieniu kolejnego ciała, braku poszlak oraz gazecie, poczuła, że dosłownie resztkami energii jest w stanie utrzymywać się w pionie i przemieszczać.
Nawet, gdy od rozgniewanego tłumu oddzielała ją brama, słyszała ludzi werbalizujących swoją wściekłość i widziała dziennikarzy wtykających kamery między pręty ogrodzenia.
Policjanci wokół odwrócili się i wiedli wzrokiem za przechodzącą Avery. Niektórzy mamrotali coś pod nosem. Inni patrzyli na nią wrogo.
– Kiedy to się skończy? – zastanawiała się.
Talbot Diggins był niezwykle otyłym, czarnym mężczyzną z ogoloną głową. Nosił okulary przeciwsłoneczne i bardzo się pocił w porannym skwarze. Był ubrany w gładki szary garnitur i T-shirt pod spodem. Tylko odznaka zawieszona na szyi i broń wyglądająca z tyłu marynarki zdradzały, że jest policjantem.
Zauważył ją i wskazał palcem.
– Black? – zapytał.
– Tak.
– Za mną.
Obojętnie minęli park. Za szerokim basenem, który normalnie rozpryskiwał wodę w niezliczonych kierunkach, przeszli na plac zabaw dla bardzo małych dzieci i skierowali się do zamku, z mostami, fosą i miastem zbudowanym z drewna.
Wewnątrz drewnianej konstrukcji błyskały flesze policyjnego fotografa.
– Znalazło ją dziecko – rzekł Talbot. – Dziesięciolatka. Powiedziała, że chciała się z nią bawić, ale ciało się nie ruszało. Dotknęła jej. Była zimna jak lód.
Z przodu budowli znajdował się otwór służący za wejście do zamku.
Siedziała w nim martwa dziewczyna, ustawiona w pozie sugerującej, że po prostu na chwilę przerwała zabawę.
– Miała osiemnaście, może dziewiętnaście lat – domyślała się Avery. – Blond włosy. Była ubrana w dopasowaną koszulę i spódnicę. Jej twarz przybrała kapryśny, humorzasty wyraz. Ręce trzymała w górze, przyczepione do drążka nad głową bardzo cienkim włóknem przypominającym żyłkę wędkarską. A same oczy, podobnie jak u innych, wydały się Avery naćpane i nieludzko przerażone.
– Wiecie, kto to jest? – spytała Avery.
– Jeszcze nie.
Avery szybkim spojrzeniem oceniła, że ofiara miała na sobie pełną bieliznę.
– Może ostatnia dziewczyna stanowiła jakiś wyjątek? – zastanawiała się
Podobnie jak inne, ta również wyglądała, jakby w coś się wpatrywała. Avery podążyła za jej linią wzroku na plac zabaw. Natychmiast zorientowała się, na co ofiara miała spoglądać – na namalowany mural z dziećmi, który okalał jedno z plastikowych ogrodzeń. W licznym gronie dzieci wywodzących się z różnych kultur byli chłopcy i dziewczynki; wszyscy trzymali się za ręce
Talbot podejrzliwie zmierzył ją wzrokiem.
– Czy to prawda? – zapytał.
– Ale co takiego?
– Pani i Randall. Według gazet jesteście parą. Czy to prawda?
– To obrzydliwe – stwierdziła.
– Możliwe – przyznał. – Ale czy to prawda?
– Nie pana sprawa – odgryzła się.
– Rany, czy pani wie, że udało się pani zupełnie spieprzyć mi dzień? Najpierw muszę zajmować się jakiś seryjnym mordercą, bo pani nie jest w stanie wykonać swojej roboty, a teraz nie raczy pani odpowiedzieć na proste pytanie. Dobra, mamy spory zespół, który się tym zajmie.
– Tym się pan nie musi przejmować – powiedziała Avery. – Mój wydział…
– No, no, no – żachnął się – do tego nie dopuszczę. To jest moje miejsce zbrodni, zrozumiano? Zadzwoniłem do pani wydziału z grzeczności. Nie mogę wam tego dać – oświadczył i pokazał zwłoki. – Pani ma już dwa ciała w niecały tydzień. Teraz my mamy trzecie w Belmont. Wie pani, czym to pachnie? Pracą zespołową.
– My nie musimy…
– Och, ale my musimy – powiedział i przewrócił oczami. – Tak szczerze. Jak blisko jesteście od rozwiązania tej sprawy?
– Mamy mnóstwo mocnych poszlak, które…
– Biiiip! Odpowiedź błędna! – zawył niczym syrena alarmowa, udając, że jest robotem. – Nie wierzę w to – powiedział spokojnie. – Proszę na siebie spojrzeć. Jest pani tak niepozbierana, jak piszą w gazetach. I nawet nie chce pani dać koledze-gliniarzowi cynku w sprawie życia prywatnego. To tak to ma wyglądać? A wie pani co? Teraz gramy w jednym zespole, a w Belmont, rozwiązujemy sprawy szybko.
– Tak? – zdziwiła się Avery. – Ile ciał podobnych do tego widział pan w życiu?
– Pssss – zanucił.
– Nie, pytam poważnie.
– To nie ma znaczenia.
– Powiem panu, co ma znaczenie – powiedziała. – Zajmuję się sprawą niecały tydzień i wiem, mniej więcej, gdzie zabójca mieszka. Znam jego wzrost i opis wyglądu. Wiem, że lubi zwierzęta i jakim samochodem jeździ. A patrząc na trzecie ciało – powiedziała i wskazała na martwą dziewczynę – wiem, że jeszcze nie skończył. Trójka stanowiła jego magiczną liczbę – bluznęła. – Ale wie pan co? Ma pan rację. To pana jurysdykcja. Proszę się tego dowiedzieć na własną rękę.
Odwróciła się i zaczęła odchodzić.
– Hola, hola – krzyknął Talbot. – Chwileczkę, biała lwico!
Gdy Avery spojrzała za siebie, Talbot wyglądał już zupełnie inaczej. Miał ramiona szeroko otwarte i eksponował zabójczy uśmiech, ukazując wielkie, białe zęby.
– No proszę! Myślałem, że mam do czynienia z kociakiem, a tu widzę, że to biała lwica.
Zbliżył się do Avery, która była o trzy centymetry niższa i szczuplejsza w każdym wymiarze.
– Nie mogę wchodzić pomiędzy detektywa prowadzącego, a potencjalnego seryjnego mordercę w tak dużej sprawie, jak ta – powiedział. – Dziennikarze gówno wiedzą i adekwatnie do tego redagują wiadomości. Muszę pani pomóc, czy mi się to podoba, czy nie. Proszę się nie spieszyć – dodał i zamaszyście powiódł ramionami wokół siebie. – Proszę sobie wszystko sprawdzić.
– Ale powiedział pan przed chwilą…
– Nikt pani nie lubi – wyznał szczerze, z naciskiem. – Moi ludzie nie mogą uwierzyć, że się kolegujemy. A już sam fakt, że jestem czarny, jest dla mnie wystarczająco trudny. Co pani powie na to – moi ludzie zajmą się miejscem zbrodni. Przekażmy zwłoki naszemu koronerowi, spróbujemy się dowiedzieć kim ona jest, a technicy przeczeszą teren. Pani numer? Tylko szeptem. Szeptem …”
Avery wyszeptała numer, a Talbot zrobił okropną minę, jakby spisywał telefon jej przełożonego, aby można jej było udzielić reprymendy.
– Właśnie do pani zadzwoniłem – powiedział. – O, proszę… Teraz pani też ma mój numer. Gdy tylko zbiorę wieści od swojego zespołu, wyślę pani szczegółowy raport. Nie podoba się? To proszę rozmawiać ze swoim komendantem i niech on dzwoni do mojego komendanta. Już teraz mogę pani powiedzieć – tym razem ten syf spadł na moje miasto, a to oznacza, że zajmuje się nim policja z Belmont. Chce mi pani pomóc? To niech pani udostępni to, czym dysponuje.
– Pewnie – odparła – może być. Chciałabym też, aby mój zespół dokonał oględzin zwłok i skonsultował się z waszym koronerem.
– Nie ma problemu.
– I chcę mieć pełny dostęp do tego miejsca zbrodni.
– Proszę bardzo. Czyli gra?
– Tak – powiedziała i zmarszczyła brwi. – Sądzę, że tak.
– Gówno mnie obchodzi, co pani sądzi! – wrzasnął Talbot i wycofał się tak, aby każdy go słyszał. – Tak ma po prostu być, Black.
Rozdział dwudziesty czwarty
Talbot odszedł po swoim druzgocącym wywodzie, aby skonsultować się ze swoim zespołem. Większość funkcjonariuszy z Belmont rzucało w stronę Avery nienawistne spojrzenia lub potrząsało głowami.
– Czemu kurwa mamy się tym dzielić? To jest przestępstwo popełnione w Belmont.
Obchód terenu zajął Avery sporo czasu.
Obejrzała zwłoki z wielu różnych stron. Wszyscy ją ignorowali, ale co chwilę słyszała matki wykrzykujące coś zza bramy lub dziennikarzy zadających pytania.
W Avery poczęło kiełkować poczucie zrozumienia dla poczynań zabójcy. Zaczęło się w Lederman Park, a potem na cmentarzu – uczucie, że w jakimś wymiarze go rozumie. Wybierał miejsca ustronne, miejsca zapewniające zmarłym poszanowanie. W tym przypadku było inaczej. Chociaż dziewczynę umieszczono w parku, wśród drzew i zarośli, był to park dla dzieci, wypełniony energią, inaczej niż cmentarz lub ławka nad rzeką.
– Dlaczego właśnie tutaj? – zastanawiała się.
Pole widzenia dziewczyny również było inne: jej wzrok zwrócony był w stronę kilkorga dzieci, różnej płci i koloru skóry.
Coś się wydarzyło – pomyślała.
Co uległo zmianie?
Raport techników i koronera pozwoli jej stwierdzić, czy wystąpiły różnice w ciele lub miejscu zbrodni, ale nawet, jeśli oni nie znaleźliby niczego, Avery była pewna swoich instynktów. Rozpracowując jako adwokat przez lata wiele spraw dotyczących zabójców, a zanim byli to zabójcy, spraw powiązanych z osobami o ogólnie wątpliwej reputacji, stała się specjalistką w dziedzinie subtelnych różnic występujących w ludziach oraz miejscach zbrodni.
Osamotniona, bez nowych poszlak, za to po fatalnym poranku, otoczona tłumem protestujących, rodziców i policji z Belmont spoglądających na nią jak na nieproszonego gościa, Avery spuściła głowę i udała się w stronę samochodu.
Przybycie do A1 stanowiło zwieńczenie tego okropnego dnia, dokładnie takie, jakiego należało się spodziewać. W chwili, gdy otworzyły się drzwi windy i ukazała się w nich Avery, całe biuro zamilkło. Na twarzach wszystkich rysowało się szyderstwo. Jones pokiwał głową i skierował wzrok w innym kierunku a Thompson odwrócił się od niej plecami. Sytuację wręcz pogarszał fakt, że nie padł ani jeden złośliwy żart, ani też nie rozległ się śmiech.
Finley był przy biurku. Wykazywał nieco więcej empatii od pozostałych w wydziale, posłał jej współczujące spojrzenie i spuścił głowę.
Na wielu biurkach leżała poranna gazeta z kompromitującym artykułem na temat odwiedzin u Howarda Randalla. Na kilku ekranach widać było podobne zdjęcie Avery, płaczącej w samochodzie poza terenem więzienia.
– Black – zawołał jakiś głos. – Proszę tu przyjść.
O’Malley machał do niej ze swojego biura.
Connelly wstał.
– Nie, nie – powiedział z naciskiem O’Malley. – Ty nie. Tylko Black.
– To moja sprawa – przekonywał Connelly.
– Jeśli chcesz, aby taką pozostała, siadaj i zamknij się.
Connelly wstał wyzywająco i wypiął klatkę piersiową.
– Czy wpakowałam się w kłopoty? – spytała Avery.
– Proszę wejść – O’Malley machnął ręką i zamknął za sobą drzwi. – Dlaczego sądzi pani, że wpakowała się w kłopoty? Niech pani sama mi to powie.
– Nie wiem – odrzekła. – Poszłam spotkać się z Howardem Randallem w poszukiwaniu poszlak. Dostałam od niego jedną, cóż, niezbyt dobrą – powiązanie między dziewczętami. On coś wiedział.
O’Malley ciężko westchnął.
– Co takiego Howard Randall mógłby wiedzieć o naszej sprawie? – stwierdził. – Gość siedzi w więzieniu. Wie tyle, ile przeczyta w gazetach.
– On ma umysł zabójcy – nie ustępowała Avery. – Myśli, jak nasz sprawca.
O’Malley zmarszczył brwi.
– Stop – powiedział – proszę przestać. Proszę mnie posłuchać, Avery. Lubię panią. Widziałam niesamowite rzeczy, które pani robiła na służbie. Była pani nieustraszona, oddana, uczciwa, a przede wszystkim, mądra. Inni też to widzieli. Robią pani piekło, bo zazdroszczą i się boją. Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją i ja też zaczynam odczuwać ten rodzaj strachu.
– Kapitanie, ale co pan…
Wstrzymał ją dłonią.
– Proszę – powiedział, bardzo spokojnie, nieomal rozdarty – pozwolić mi skończyć. Ta sprawa jest poważna. Poważniejsza niż myślałem. Mamy zwłoki w trzech różnych hrabstwach, żadnych dalszych poszlak, za to tłumy wzburzonych ludzi. Jest pani w transie, Avery. Widzę to. Widzę to nawet teraz. Ta sprawa panią pochłania. Bardzo pani chce znaleźć tego gościa, tak bardzo, że popełnia pani naprawdę głupie błędy na miarę debiutanta.
Podniósł w górę palec.
– Po pierwsze – powiedział – dziś rano, w Cambridge, naszła pani osobę cywilną.
– Miałam powód, by sądzić…
– Nie obchodzi mnie, co pani sądziła – wrzasnął. – Zaczepiła pani mężczyznę w galerii sztuki, mógłbym dodać, że człowieka z doskonałymi koneksjami, człowieka, który z uwagi na swoją przeszłość, przechodził już setki razy przez piekło. Po pani wyjściu gość się załamał. Próbował popełnić samobójstwo w łazience. Jego szef musiał wyważyć drzwi. Wezwano karetkę. Później do mnie zadzwonił, zadzwonił do szefa, zadzwonił od burmistrza. Wie pani, co powiedział? Ano powiedział, że pozwalamy psycholce prowadzić tę sprawę. Na szczęście nie wniósł oskarżeń. Jeszcze!
– Samobójstwo?
Avery opuściła głowę. Przypomniała sobie palący wzrok Wilsona Kyle’a i jego żarliwą mowę o historii Langa.
– To była pomyłka – powiedziała. – Nie chciałam do tego doprowadzić.
– Po drugie – ciągnął O’Malley i podniósł w górę dwa palce. – Trafiła pani do gazet. Cóż, wiem, że to nie pani wina. Przez większość czasu zachowuje się pani tak, jakby była jedyną osobą we wszechświecie. Aż się zastanawiam, jak jest pani w stanie cokolwiek zobaczyć, ale jest pani w stanie. Nie zauważyła pani, natomiast wszystkich tych krwiożerczych paparazzi, żądnych sensacji pani kosztem. Jakoś przyjąłem zdjęcie z parku. Nie jestem jednak w stanie przyjąć zdjęcia z więzienia. Udała się pani na spotkanie z najbardziej znanym, seryjnym mordercą w historii Bostonu, z człowiekiem, którego pani wypuściła na wolność, człowiekiem, który zabił ponownie na pani konto, ale nie przyszło pani do głowy, aby skonsultować się w takiej sprawie? Lub przynajmniej dać mi jakoś znać, abym miał szansę powiedzieć, że pani zupełnie odbiło?
– Potrzebowałam szerszego spojrzenia.
– Trzeba było zwrócić się do mnie lub do Connely’ego lub kogokolwiek innego związanego ze sprawą. A nie tak po prostu iść do więzienia federalnego, aby nakryć jakiegoś świra. No Jezu! Czy nie czyta pani gazet? Zrobili z wydziału bandę debili, którzy potrafią zdobyć poszlaki jedynie od świra. Niedobrze, Avery, bardzo niedobrze.
– Kapitanie, ale ja…
– Po trzecie – powiedział i podniósł w górę trzy palce – pani koledzy się buntują. Thompson i Jones skarżą się na ten pomysł z monitoringiem.
– Wczoraj zmarnowali cały dzień.
O’Malley podniósł rękę.
– Connelly nie będzie nawet z panią rozmawiać…
– To nie moja wina!
– Nie wiem, co zrobiła pani z Finleyem – powiedział zdumiony – ale on urabia się po łokcie i jest szczerze poirytowany tym wszystkim.
Nagle do Avery doszło dokąd zmierza ta cała rozmowa.
– Poirytowany czym wszystkim? – zapytała.
– Może zbyt rychło panią awansowałem – wymamrotał O’Malley do siebie.
– Chwileczkę, kapitanie.
Potrząsnął głową i zrobił minę.
– Proszę już nic nie mówić, Avery. Nic. Dobra? Szef żyć mi nie daje. Burmistrz jest wkurzony. Otrzymuję skargi chuj wie od kogo, a wszystkie są na panią. Ale tak poważnie, najgorsze ze wszystkiego jest jednak to – powiedział z prawdziwym smutkiem w oczach – najgorsze jest to, że tutaj wcale nie chodzi ani o panią, ani o ten cały nieistotny burdel. W ciągu tygodnia zginęły trzy dziewczyny. Trzy trupy, Avery. I żadnych poszlak. I żadnego śladu. Prawda?
Oczami wyobraźni Avery zobaczyła przez moment teatralny piruet i ukłon zabójcy w kamerze parkingu.
– Znajdę go – powiedziała. – Przysięgam.
– Nie gdy ja dowodzę – odparł O’Malley. – Zdejmuję panią ze sprawy. Ze skutkiem natychmiastowym. Na pani miejsce wchodzi Connelly.
– Kapitanie …
– Ani słowa więcej, Black. Ani słowa więcej, bo teraz jeszcze trzymam nerwy na wodzy, prawda? Panuję nad sobą, bo to też na mnie działa, ale jeśli pani mnie zmusi, naprawdę się zdenerwuję przez to całe ciśnienie, pod którym działam w związku z tą sprawą. Pani wylatuje. W ciągu kolejnej godziny na biurku Connelly’ego ma wylądować wszystko, co pani znalazła. Wszelkie informacje dotyczące ostatniego miejsca zbrodni w Belmont. W jakim punkcie jesteśmy? Gdzie jest ciało? Nie, nie chcę, aby mi to pani teraz mówiła. Chcę to mieć na piśmie wraz z wszelkimi poszlakami, które pani bada, ze wszystkim. Proszę niczego nie pomijać. Zrozumiano? A potem może pani iść. Proszę się zwolnić na resztę dnia. Wrócić w poniedziałek, a wówczas pogadamy, co dalej. Muszę to wszystko przemyśleć przez weekend.
– Wylatuję ze sprawy – rzekła.
– Wylatuje pani.
– Na dobre?
– Na dobre – przytaknął.
– A czy nadal jestem w wydziale zabójstw?
O’Malley nie odpowiedział.
Rozdział dwudziesty piąty
Avery nie miała dokąd pójść. Ulubione miejsce – strzelnica – było przeznaczone dla policjantów, a ona nie czuła się już policjantką. Jej dom był ciemny i pusty. Wiedziała, że jeśli pójdzie do domu, to zakopie się w łóżku i pozostanie w nim przez wiele dni.
Miejscowy pub, tuż za rogiem jej domu, był otwarty.
I tak zaczął się poranek.
– Szkocką – powiedziała. – Tylko dobrą.
– Dobrej tu nie brakuje – zapewnił ją barman.
Avery nie rozpoznała go. Do baru chodziła tylko wieczorami.
– Ale teraz już nie – pomyślała z desperacką obojętnością. – Teraz stałam się pijaczką, która pije za dnia.
– Lagavulin! – krzyknęła i walnęła w kontuar.
Oprócz niej o tej godzinie było w barze tylko kilka osób, wszyscy miejscowi, dwóch starszych mężczyzn, którzy sprawiali wrażenie osób zajmujących się piciem zawodowo.
– Jeszcze raz! – zawołała Avery.
Po czterech kolejkach była zawiana.
Ku jej zaskoczeniu, stan lekkiego upojenia spowodował, że przeszłość znów do niej powróciła. Po tym, jak Howard Randall zabił ponownie, gdy dzięki genialnej obronie przez Avery trafił na wolność, przez wiele tygodni topiła smutki w alkoholu. Pamiętała tylko samotne noce w ciemnym pokoju, kaca oraz niekończące się wiadomości w mediach, które w kółko międliły to samo.
Spojrzała na siebie, na swoją rękę i na ubranie, a potem na ludzi w barze.
– Zobacz, jak nisko upadłaś – pomyślała. – Teraz nie jesteś już nawet policjantką. Jesteś nikim.
Przed oczami pojawiła się twarz jej ojca, który się śmiał:
– Myślisz, że jesteś nie wiadomo kim – rzekł do niej kiedyś z bronią skierowaną w jej skroń. – Nie jesteś. Ja cię powołałem do życia, ja mogę ci to życie odebrać.
Avery powlokła się do domu.
Zdjęcia zabójcy zlały się z trasami samochodu, jej ojcem, Howardem Randallem. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętała, zanim urwał jej się film, był własny szloch.
* * *
Pozostałą część dnia Avery spędziła w łóżku, z zaciągniętymi zasłonami. Po południu i wieczorem od czasu do czasu wstawała, aby się nawodnić, wypić piwo lub napchać się jakimiś resztkami z lodówki, a potem znów szła do pokoju i zasypiała.
W sobotę, o dziesiątej rano, zadzwonił telefon.
Na ekranie wyświetliło się, że dzwoni Rose.
Avery odebrała, rozespana i na wpół przytomna.
– Cześć.
Głos po drugiej stronie brzmiał twardo i nieustępliwie.
– Brzmisz, jakbyś spała. Zbudziłam cię?
– Nie, nie – powiedziała Avery i usiadła, aby zetrzeć ślinę z podbródka. – Już wstałam.
– Nie odpowiedziałaś na mojego maila.
– Jakiego maila?
– Odpowiedź na twojego. Powiedziałam: “Tak” na propozycję lunchu. Czy nadal jesteśmy umówione?
Chwilę to trwało, zanim Avery zrozumiała, o co jej chodzi. W końcu przypomniała sobie, że w przypływie ekscytacji faktem, iż – jak jej się wydawało – jest o krok od schwytania zabójcy, wysłała Rose wiadomość. Ale obecnie, na kacu, ze statusem pariasa w pracy, niepewna nawet tego, czy zajmuje swoje stanowisko, z niechęcią przyjmowała myśl, że będzie musiała się ubrać, umalować i, mimo własnego nieszczęścia, udawać kochającą matkę przed separującą się od niej córką.
– Tak – odrzekła. – Oczywiście, nie mogę się doczekać.
– Jesteś pewna? Brzmisz okropnie.
– Mam się świetnie. Świetnie, kochanie. O dwunastej, tak?
– To się widzimy.
I rozłączyła się.
– Rose – pomyślała Avery z westchnieniem.
Były sobie obce. Avery nigdy się do tego przed nikim nie przyznała, ale karmienie Rose i próby bycia matką stanowiły dla niej koszmar. Piękna wydawała się wówczas idea macierzyństwa: nowe życie, cud narodzin, możliwość uratowania związku z Jackiem dzięki Rose. W praktyce, przekonała się jednak, że jest to wyczerpujące, niewdzięczne zajęcie i kolejny powód do zmagań z Jackiem. Przy każdej możliwej okazji Avery wynajmowała opiekunkę, oddawała Rose do żłobka czy przedszkola lub przekazywała ją byłemu już mężowi. Praca była jej jedyną ucieczką.
– Byłam taką złą matką – pomyślała.
– Nie – próbowała sobie przypomnieć. – Nie wszystko było złe.
Szczerze kochała Rose.
Miała mnóstwo wspaniałych wspomnień. Czasami razem się wygłupiały i przebierały. Avery uczyła ją chodzenia na wysokich obcasach. Były przytulania, i łzy, i filmy oglądane późną nocą, i lody.
Teraz wszystko wydawało się tak bardzo odległe.
Od lat były rozdzielone.
Po sprawie Howarda Randalla Jack wystąpił do sądu o opiekę, którą mu przyznano. Stwierdził, że Avery nie nadaje się na matkę, co uzasadnił licznymi argumentami, w tym zdjęciami zrobionymi, gdy Rose zaczęła się okaleczać, oraz smsami i e-mailami do matki, które pozostały bez odpowiedzi.
– Kiedy ostatnio się z nią widziałam? – zastanawiała się Avery.
– Na Boże Narodzenie – pomyślała. – Nie, kilka miesięcy temu. Minęłam ją na ulicy. Nie widziałam jej tak długo, że praktycznie przestałam ją poznawać.
Teraz Avery chciała być matką, prawdziwą matką. Chciała być kimś, do kogo Avery dzwoni po poradę, u której nocuje i do której przychodzi objadać się lodami.
Avery zawsze blokował ból, niekończący się ból serca i żołądka z powodu tego, co zrobiła w przeszłości oraz tego, co musiała zrobić, aby się zrehabilitować jako detektyw. To był pożerający ją, gigantyczny, ciemny potwór, który domagał się pożywki.
Nie ma sprawiedliwości.
Avery wzięła się w garść.
W dżinsach, T-shircie oraz brązowej bluzie spojrzała na swoje odbicie w lustrze.
– Za mocny makijaż – pomyślała. – Wyglądasz na zmęczoną. Przygnębioną. Skacowaną.
Radosny uśmiech nie zdołał ukryć jej wewnętrznych rozterek.
– Pieprzyć to – powiedziała.
Restauracja Jake’s Place przy Harrison Avenue była ciemną, przepastną placówką z purpurowymi boksami, w których ludzie mogli zjeść dobry posiłek, zachowując przy tym anonimowość. Przy różnych okazjach Avery widywała tam gwiazdy filmowe i celebrytów. Rose wybrała je po raz pierwszy w trakcie sporu o opiekę nad nią. Chociaż Avery była przekonana, że powodem była niechęć Rose do tego, aby ktoś zobaczył ją z własną matką, miejsce stało się łączącym je ogniwem i jedynym lokalem, w którym w ogóle się spotykały po wielu miesiącach niewidzenia.
Rose przyszła wcześniej, siedziała już w boksie z dala od innych klientów.
W wielu aspektach była klonem Avery z młodości: niebieskie oczy, jasnobrązowe włosy, rysy modelki i doskonały gust jeśli chodzi o ubrania. Miała na sobie bluzkę z krótkimi rękawami, które eksponowały jej szczupłe ramiona. W jej lewym nozdrzu znajdował się mały kolczyk z diamentem. Zachowując idealną postawę i kontrolowane spojrzenie, obowiązkowo się uśmiechnęła, a następnie jej twarz przybrała wyraz pusty i nieodgadniony.
– Cześć – powiedziała Avery.
– Cześć – padła lakoniczna odpowiedź.
Avery nachyliła się w nienaturalnym uścisku, który nie został odwzajemniony.
– Podoba mi się ten kolczyk w nosie – powiedziała.
– Myślałam, że nie znosisz kolczyków do nosa.
– Ładnie na tobie wygląda.
– Twój e-mail mnie zaskoczył – rzekła Rose. – Nie kontaktujesz się ze mną zbyt często.
– To nieprawda.
– Cofam to – zastanawiała się Rose. – Kontaktujesz się ze mną tylko wówczas, gdy wszystko świetnie idzie, ale z tego, co czytałam w gazetach i tego, co sama widzę – powiedziała, obserwując ją przymrużonymi oczami – tak nie jest.
– Bardzo dziękuję.
Avery, która, w ciągu roku widywała córkę od przypadku do przypadku, Rose wydawała się dużo starsza i dojrzalsza, jak na swoje szesnaście lat. Wcześniejsze przyjęcie na uczelnię. Pełne stypendium w Brandeis. Pracowała nawet jako niania u rodziny mieszkającej koło jej domu
– Co u taty? – spytała Avery.
Przyjście kelnera przerwało wymianę zdań.
– Witam – powiedział. – Nazywam się Pete. Jestem nowy, z góry przepraszam za wpadki. Czy mogę przynieść coś do picia?
– Tylko wodę – powiedziała Rose.
– Dla mnie też.
– Oczywiście, tutaj są karty. Wrócę za chwilę, aby przyjąć zamówienie.
– Dziękuję – rzekła Avery.
– Czemu zawsze pytasz o tatę? – warknęła Rose, gdy zostały same.
– Z ciekawości.
– Jeśli jesteś taka ciekawa, to dlaczego sama do niego nie zadzwonisz?
– Rose…
– Przepraszam – powiedziała. – Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Wiesz co? Ja nawet nie wiem, dlaczego tu jestem – lamentowała. – A tak szczerze, mamo. Nie wiem, dlaczego ty chcesz, żebym tutaj była.
– A to co ma znaczyć?
– Chodzę do terapeutki – odrzekła Rose.
– Naprawdę? To świetnie.
– Twierdzi, że jesteś podłożem mnóstwa moich problemów.
– Na przykład?
– Na przykład to, że nas zostawiłaś.
– Rose, ja nie…
– Zaraz – kontynuowała Rose – proszę. Daj mi skończyć, dobrze? Przekazałaś opiekę tacie i zniknęłaś. Czy zdajesz sobie sprawę, jak to mnie zniszczyło?
– W pewnym stopniu…
– Nie. Przedtem, zanim to wszystko się wydarzyło, byłam lubiana. A potem, w jeden dzień, stałam się dziewczyną, od której należy się trzymać z daleka. Ludzie się ze mnie naśmiewali. Nazywali mnie morderczynią, bo moja mama wypuściła na wolność zabójcę. A ja, oczywiście nie mogłam z tobą porozmawiać, ze swoją własną matką!!! To wtedy potrzebowałam cię z powrotem. Tak naprawdę, ale ty wówczas praktycznie mnie odrzuciłaś. Nie chciałaś ze mną rozmawiać, nie chciałaś rozmawiać o sprawie. Czy zdajesz sobie sprawę, że wszystkiego, co wiem o tobie od tamtego momentu, dowiedziałam się z gazet?
– Rose …
– A na domiar złego, nie było, oczywiście, pieniędzy – Rose zaśmiała się i machnęła dłonią. – Gdy straciłaś pracę, byliśmy spłukani. Nigdy o tym nie pomyślałaś, co? Z pani adwokat-gwiazdy stałaś się policjantką. Świetny ruch, mamo?
– Musiałam to zrobić – odcięła się Avery.
– Nie mieliśmy niczego – ciągnęła Rose. – Nie można tak po prostu rozpoczynać nowej kariery zawodowej w środku życia. Musieliśmy zmienić mieszkanie. Czy ty kiedykolwiek o tym pomyślałaś? Jak to wpłynie na nas?
Avery cofnęła się na krześle.
– Czy dlatego tutaj przyszłaś? Żeby na mnie krzyczeć?
– Dlaczego ty w ogóle chciałaś tu przyjść, mamo?
– Chciałam nawiązać z tobą kontakt, zobaczyć, jak się miewasz, porozmawiać i spróbować jakoś to wszystko naprawić.
– Nic takiego się nie wydarzy, jeśli jakoś nie dojdziemy do porozumienia, a ja na razie nie jestem w stanie. Po prostu nie jestem.
Rose potrząsnęła głową i spojrzała w sufit.
– Wiesz? Przez lata uważałam cię za supergwiazdę. Niewiarygodna osobowość, świetna praca, mieszkaliśmy w fantastycznym domu, czułam, że – ojej, mam niesamowitą mamę. I nagle to wszystko się rozpadło. Wszystko odeszło w nicość – dom, praca i ty – przede wszystkim ty.
– Życie mi się zawaliło – powiedziała Avery. – Załamałam się.
– Ja byłam twoją córką – poskarżyła się Rose. – Też w tym byłam. A ty mnie zignorowałaś.
– Teraz tu jestem – odparła Avery. – Jestem tu i teraz.
Wrócił kelner.
– A więc moje panie! Co będziemy zamawiać?
W tym samym momencie Avery i Rose krzyknęły:
– Jeszcze nie!
– Ojej, no dobrze. Proszę na mnie kiwnąć, gdy będą panie gotowe.
Żadna nie odpowiedziała.
Kelner wycofał się i odszedł.
Rose potarła twarz.
– Za wcześnie – stwierdziła. – Przepraszam, mamo. Jednak to za wcześnie. Pytałaś, dlaczego chciałam tu przyjść? Sądziłam, że jestem gotowa. No, nie jestem.
Wysunęła się z krzesła i wstała.
– Rose, proszę cię. Siadaj. Dopiero co przyszłyśmy. Tęsknię za tobą. Chcę porozmawiać.
– To nie chodzi o ciebie, mamo. Nigdy nie chodziło o ciebie. Czy możesz to zrozumieć?
– Daj mi szansę – poprosiła Avery. – Zacznijmy wszystko od początku.
Rose potrząsnęła głową.
– Nie jestem gotowa. Przykro mi. Wydawało mi się, że jestem, ale nie.
I odeszła.
– Rose! Rose!?
Rozdział dwudziesty szósty
Przez dłuższy czas Avery pozostała w boksie w restauracji sama. Zamówiła jajka na toście, sałatkę i filiżankę kawy i po prostu siedziała, rozmyślając nad wszystkim, co zostało powiedziane.
– Moja córka mnie nienawidzi – uzmysłowiła sobie.
Czuła większą depresję niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich lat, chciała się wczołgać do jakiejś dziury i tam umrzeć. Zamiast tego jednak zapłaciła rachunek i wyszła.
Wzdrygnęła się na widok światła słonecznego.
– Dlaczego nie może dzisiaj padać? – pomyślała.
Ludzie przemykali ulicami. Samochody mijały ją w pędzie. Stała samotnie w tym całym ruchu niczym duch, jeszcze nie martwa, ale już nie do końca żywa.
– Tego właśnie chce zabójca – pomyślała. – Siedzi ci w głowie. Naśmiewa się z ciebie. Jak Howard. Dokładnie tak, jak Howard.
Avery wróciła do samochodu i odjechała.
Nie zastanawiając się świadomie nad tym, dokąd chce się udać, stwierdziła, że skieruje się na południe, w stronę więzienia. W myślach pojawiały jej się ciała trzech zabitych dziewcząt, podobnie jak zabójca, i samochód, i trasy, i jakiś dom, dom, w którym, jak sobie wyobrażała, on mógłby mieszkać. Niewielki, ukryty wśród drzew, z niewypielęgnowanym trawnikiem, jako że on miał lepsze zajęcia od koszenia trawy. Po kolei musiała odrzucić każdego z podejrzanych.
Potrzebowała zacząć wszystko od nowa. Potrzebowała nowej perspektywy.
Parking więzienny był taki, jakim go zapamiętała. Wejście do środka również. Strażnicy szeptali za jej plecami i pokazywali ją palcami. Kobieta za bramką zbeształa ją za to, że przychodzi nieumówiona.
– Powiedział, że wiedział, że pani wróci – zaśmiał się strażnik. – Co z wami, zakochaliście się w sobie, czy co? Chyba jednak powinno się wierzyć we wszystko, co można przeczytać w gazetach.
Nie było żadnego powodu do powrotu. Nie wierzyła już, że on jej pomoże lub że mógłby pomóc, nie po jej fatalnym w skutkach nalocie na “Art for Life”. Zrozumiała, że on lubił się po prostu zabawić. Natomiast Avery nie była w nastroju do zabawy. Nie miała już niczego do ukrycia, żadnego miejsca, do którego mogłaby się udać i z jakiegoś niesamowitego powodu – w tym momencie – Howard Randall wydał się jedynym prawdziwym przyjacielem, jaki jej pozostał na świecie.
Howard siedział w sali widzeń w piwnicy, tak jak poprzednio, tylko teraz się nie uśmiechał, sprawiał wrażenie zatroskanego.
– Dzisiaj wygląda pani inaczej, niż zwykle, Avery. Czy wszystko w porządku?
Avery zaśmiała się.
Gdyby miała papierosa wyciągnęłaby go i zaczęła palić. Nie paliła od czasu, gdy była dzieckiem, ale tak się czuła: pełna brawury, nietykalna.
Usiadła i oparła łokcie na stoliku.
– Pańska ostatnia wskazówka była do niczego – powiedziała. – Artysta? Czy chodziło panu o Johna Langa?
– Nie wiem, o kim pani mówi?
– Bzdura!
Uśmiechnęła się uśmiechem pełnym agresji.
– Pan się mną zabawił – rzekła. – Niezły ruch. Czy chodziło o to, żeby odbyć podróż sentymentalną, po to by pan mógł popatrzeć sobie jak tonę we łzach?
– Pani ból nie przynosi mi ulgi – wyznał szczerze.
– Kurwa! – wrzasnęła. – Teraz pan się mną bawi. Powiedział mi pan, że to jest artysta. Praktycznie podał mi pan go na tacy.
– Pani zabójca jest artystą – powiedział. – Prawdziwym artystą.
– A to co ma oznaczać?
– Jest bardzo dumny ze swojej twórczości. To nie jest przypadkowy morderca. Żaden tam rzeźnik. Kieruje się celem wyższym. Te dziewczęta coś dla niego znaczą. Zna je, osobiście, a w zamian za życie daje im nieśmiertelność, w sztuce.
– Skąd pan to może wiedzieć?
Howard pochylił się do przodu.
– Nigdy nie spytała mnie pani, jak ja wybieram swoje ofiary – odparł – lub dlaczego zostały ustawione w określonych pozycjach.
Jako obrońca Howarda, Avery spenetrowała każdą możliwą drogę prowadzącą do jego uniewinnienia. Jedna z nich polegała na tym, aby wczuć się w sposób myślenia sprawcy oraz zrozumieć powody, dla których popełnił tak potworne czyny. To pozwalało jej skutecznie oddzielić Howarda od morderstwa, na podstawie historii jego życia.
– Chodziło o rozliczenie osób, które w prawdziwym życiu zachowują się, jak martwe – powiedziała. – Wybierał pan swoich najlepszych studentów, oskarżał ich o jakąś zbrodnię przeciw ludzkości, a następnie ćwiartował i umieszczał ich szczątki na ziemi tak, aby wyglądały jak wiele osób, które próbują umknąć z podziemnego świata.
– Nie – warknął Howard.
Odchylił się na krześle.
– Czym jest życie? – zapytał natarczywie. – Co ono znaczy? Dlaczego tu jesteśmy?
– A co to ma do rzeczy?
– Wszystko – wykrzyknął i rąbnął w stół.
Strażnik zerknął przez wizjer.
– Wszystko gra?
– Tak, Thomas – odparł Howard. – Trochę mnie tylko poniosło.
Strażnik odszedł.
– Życie jest krótkie – próbował wyjaśnić Howard – i cykliczne. Żyjemy i umieramy, i znowu, i znowu, i znowu, w nieprzerwanym cyklu we wszechświecie. Sposób, w jaki żyjemy – w tym życiu – wpływa na to, jakimi się odradzamy, cała ta nasza energia i nasz świat. Moje ofiary zostały wybrane, ponieważ miały skazy, konkretne skazy, których w tym życiu nie skorygowałyby nigdy. Dlatego im pomagałem, aby mogły odnosić sukcesy w kolejnym.
– Czy tak uzasadnia pan swoje czyny?
– Świat jest takim, jakim go czynimy, Avery. Wszystko, czego pragniemy, może stać się nasze. Moje działania opierają się na moich przekonaniach. Jak uzasadniasz swoje działania?
– Staram się zrehabilitować za swoją przeszłość. Robię to każdego dnia.
Westchnął i potrząsnął głową, sprawiał wrażenie, jakby miał się za chwilę zaczerwienić, jak mężczyzna, który w końcu, ku własnemu zaskoczeniu, znalazł kobietę swoich marzeń.
– Pani jest taka wyjątkowa – wybuchnął – tak bardzo wyjątkowa. Wiedziałem to od chwili, gdy panią zobaczyłem. I twarda, i inteligentna, i z poczuciem humoru, ale przy tym ze skazą, złamana własną przeszłością. Mogę pani pomóc to naprawić, Avery. Proszę mi na to pozwolić. Wciąż mamy czas. Czy nie chce pani być wolna, szczęśliwa?
– Chcę odzyskać córkę – pomyślała.
– Chcę odnaleźć zabójcę – powiedziała na głos.
Howard rozluźnił się i pochylił do przodu, czujny jak jastrząb.
– Jak się pani czuła, gdy ojciec zamordował pańską matkę?
Avery zesztywniała.
– A skąd on o tym wie? – zastanawiała się. – O wszystkim pisali w gazetach – przypomniała sobie. – To są informacje publiczne. Każdy ma do nich dostęp.
– Znów chce się pan grzebać w mojej przeszłości? – powiedziała. – Skłonić mnie do płaczu? Nie dziś. Już jestem na dnie. Nie mam gdzie się udać.
– Świetnie – skwitował. – Teraz może się pani podnieść.
Dzień śmierci matki zapisał się w najdrobniejszych szczegółach w pamięci Avery.
To się wydarzyło przed domem. Wróciła ze szkoły i usłyszała strzał. Miała wówczas dziesięć lat. Jeden wystrzał, cisza, a potem kolejny. Bieg do lasu, gdzie zobaczyła ojca, stojącego nad ciałem matki, z bronią w ręku.
– Idź, przynieś mi łopatę – powiedział.
– Nic nie czułam – wyznała Avery Howardowi. – Moja matka była pijaczką, w ogóle jej nie obchodziłam. Dała jasno do zrozumienia, że pojawiłam się przez pomyłkę. Gdy umarła nie czułam niczego.
– A jaką jest pani matką?
Pęknięcie. Avery czuła pęknięcie w pustej, samotnej skorupie swojej egzystencji. I chociaż była pusta i wyczerpana, zaczęła sobie uświadamiać, że nadal można ją zranić.
– Nie chcę rozmawiać o Rose.
Brwi Howarda zmarszczyły się, tworząc głęboką bruzdę.
– Acha – odrzekł. – Rozumiem.
Spojrzał sufit, pomyślał o czymś innym i znów zwrócił się do niej.
– Pani zabójca zna te dziewczyny – stwierdził. – Co je wszystkie łączy?
Avery potrząsnęła głową.
– Na razie trzecia dziewczyna stanowi tajemnicę – odparła. – Pierwsze dwie to studentki, obie w stowarzyszeniach. Jedna na ostatnim roku, jedna na trzecim, zatem nie ma związku.
– Nie – wyszeptał.
– Co?
– Nie – powiedział ponownie. – Myli się pani.
– Co do czego?
Rozczarowanie zgasiło blask jego spojrzenia.
– Czy słyszała pani kiedyś opowieść o chłopcu i motylu? – spytał. – Gdy gąsienica przepoczwarza się w motyla, motyl używa ciała i skrzydeł, aby uwolnić się z kokonu. To trudne i czasochłonne zadanie, ale motyl walczy i pracuje, buduje mięśnie, zyskuje siłę, a gdy w końcu się wyswobodzi, jest w stanie ulecieć w powietrze i z łatwością zdobywać pokarm, aby przeżyć. Jednak pewnego dnia, chłopiec, który hodował gąsienice jako zwierzątka domowe, zauważył, że jeden z kokonów trzęsie się i porusza. Zrobiło mu się żal wykluwającej się istotki i zapragnął jej pomóc, aby nie musiała aż tak bardzo cierpieć. Poprosił matkę, aby wykonała w kokonie małe nacięcie i pomogła zwierzęciu się wyzwolić. Ale ten prosty gest, zrodzony z miłości i troski, pozbawił motyla jego siły. Gdy ten w końcu się wyłonił – zbyt szybko – jego ciało i członki nie były jeszcze wystarczająco silne by polować czy latać. Zmarł w ciągu kilku dni.
– Co to wszystko ma znaczyć? – spytała Avery. – Jestem motylem czy chłopcem?
Howard nie odpowiedział.
Zwiesił głowę i tkwił w milczeniu, nawet wówczas, gdy Avery wciąż pytała, potem krzyczała, a następnie uderzyła w stół, domagając się odpowiedzi.
Rozdział dwudziesty siódmy
Była wstrząśnięta.
Avery była mocno wstrząśnięta spotkaniem z Howardem, wściekła i wstrząśnięta.
– O co mu chodziło? – zastanawiała się. – Wszystko, co powiedziałam, było faktem. Obie studiowały, obie w stowarzyszeniach. Jedna na ostatnim roku. Jedna na trzecim. Co tu jest nie tak?
– Aaaa! – krzyknęła w myślach.
Na ulicach tłoczyli się ludzie i samochody. Była sobota, Avery została oficjalnie odsunięta od sprawy. Nie chciała jednak zabijać czasu. Chciała działać.
– Zacznij od początku – pomyślała. – Od punktu wyjścia.
Gdy dojechała do Lederman Park, było tam mnóstwo biegaczy i osób z psami. Na boisku do baseballa, tuż nad rzeką, toczył się mecz softballa pomiędzy męskimi drużynami w strojach czerwonych i niebieskich.
Avery zaparkowała samochód i udała się do ławki, na której znaleziono Cindy Jenkins. Obraz zwłok ostro wrył jej się w pamięć – poza, lekki uśmiech, spojrzenie w kierunku kina.
– Chciał zabijać trójkami – pomyślała. – Ale to uległo zmianie. Dlaczego to uległo zmianie? Nic, co dotyczyło tych trzech ciał, nie sprawiało wrażenia bardzo odmiennego. Ze wszystkimi obszedł się troskliwie i, z wyjątkiem ostatniego ciała, wszystkie spoglądały na trójki – trzy zakochane kobiety, trzy dziewczyny z czasów drugiej wojny światowej.
– Jaki to ma związek – zastanawiała się.
Usiadła, nie tam, gdzie umieszczono Cindy, ale po przeciwnej stronie ławki i przeszukiwała telefon pod kątem wszelkich informacji na temat liczby trzy: w większości religii była to liczba magiczna. W języku chińskim brzmi podobnie do słowa: “żywy”. Była to pierwsza liczba oznaczająca “wszystko”. Noe miał trzech synów. Trójca to trzy. Trzy. Trzy. Trzy.
Avery odłożyła telefon.
– Chciałeś zabić trzy osoby – pomyślała. – W trójce mieści się moc. Ale potem coś się zmieniło. Co się zmieniło? Co sprawiło, że chciałeś zabić więcej?
Po spotkaniu z Howardem Avery zaczęła sądzić, że zabójca odwoływał się do jakiegoś systemu wyższych przekonań, może bóstwa jakiejś religii, może jakiegoś własnego boga. Boga, który potrzebował młodych dziewcząt.
– Dlaczego? – pomyślała Avery. – Dlaczego potrzebujesz młodych dziewcząt?
Obie studiowały. Obie uczestniczyły w stowarzyszeniach studentek. Jedna na ostatnim roku. Jedna na trzecim.
– Nie – powiedział Howard.
Pojechała na cmentarz Auburn.
Stojąc w miejscu, w którym umieszczono Tabithę Mitchell i patrząc na wskroś wielkiego cmentarza, Avery czuła się, jakby przebywała w jakimś surrealistycznym świecie, który nie stanowił w pełni jej świata. Jazda do Lederman Park. Jazda na cmentarz. Były kojące, pełne spokoju. On przeżyłby to samo. Żadnych lęków. Żadnego przejmowania się, że ktoś go złapie. Po prostu kolejny, piękny dzień.
Plac zabaw dla dzieci Stony Brook w Belmont był epicentrum aktywności. Avery zdumiało, że miejsce zbrodni zostało już wyczyszczone. Wszędzie można było zobaczyć dzieci w wieku od osesków po ośmiolatki. Starsze przebiegały przez rozpylacze wody i wspinały się na drewniany zamek. Matki nawoływały i goniły swoje dzieci. Te płakały z powodu nabitych guzów. Niektóre z matek i opiekunek obrzucały Avery takim spojrzeniem, jakby ją znały lub usiłowały skojarzyć jej twarz.
Skierowała się do wejścia do zamku, w którym umieszczono trzecią dziewczynę.
Z otworu wyjrzał dzieciak.
– Cześć – powiedział i wycofał się.
Avery wyobraziła sobie, jak wyglądała dziewczyna, a następnie odwróciła się, aby popatrzeć na mural przedstawiający niezliczoną liczbę dzieci trzymających się za ręce.
– Jakie jest powiązanie? – zastanawiała się.
Obie studiowały. Obie działały w stowarzyszeniach studentek. Jedna na ostatnim roku. Jedna na trzecim.
Nie.
Wybrała numer.
W słuchawce rozległ się szorstki głos Talbota Digginsa.
– No co tam, Black? Odniosłem wrażenie, że pani już nie żyje.
– Dlaczego miałabym już nie żyć? – spytała.
– W ogóle nie czyta pani gazet? Wschodnie Wybrzeże wpadło w panikę z powodu zabójcy. Trzy dziewczyny w ciągu tygodnia? Znowu weszła pani na pierwsze strony wiadomości. Twierdzą, że zdjęto panią ze sprawy. Na służbowy urlop.
– Nie jestem na żadnym służbowym urlopie.
Wokół Talbota słychać było dzieci. Kwiczały. Powiedział:
– Sekundkę – a następnie jego głos został przytłumiony i usłyszała. – Cisza, łobuzy. Nie widzicie, że tata rozmawia przez telefon. Idźcie do mamy. Wynocha mi stąd! Idźcie, dołączę za sekundę
– Przepraszam – powiedziała Avery. – Chyba przeszkadzam.
– Gdzie tam – odparł. – To tylko kolejna sobota w parku. No co tam, Black?
– Dzwonię, żeby się czegoś dowiedzieć o trzeciej ofierze.
– Taaa, dzwonił do mnie porucznik Connelly z pani biura. Powiedział, że teraz on prowadzi śledztwo. Chciał się dowiedzieć, co znaleźliśmy. Brzmi jak niezły palant. Przepuścił odciski przez system i dopasował do próbki. Brała udział w jakimś głupim żarcie studenckim w zeszłym roku. Nazywa się Molly Green. Media nie zostały jeszcze poinformowanie, zatem proszę to zachować dla siebie. Jest na ostatnim roku w Brandeis. Na kierunku finanse. Niezbyt dobra studentka. Nie należy też do stowarzyszenia, zatem koniec z “Zabójcą studentek ze stowarzyszenia”.
– Czy rozmawiał pan z kimś z Brandeis?
– Rozmawiałem z dziekanem. Tutaj też na razie ścisła tajemnica. Nie chce, aby cokolwiek zostało ujawnione przed złożeniem przez niego oświadczenia w poniedziałek. Skierował mnie do doradcy zawodowego, Jessiki Givens. Rzekomo Molly cierpiała na pewnego rodzaju paranoje związane z sytuacją na rynku pracy.
– Rynku pracy? Czy ofiara miała pracę?
– Pani doradca niewiele powiedziała. Ale w końcu zdradziła, że wszystko się jakoś poukładało.
– Czy mogę prosić o numer tej pani?
– Tak – powiedział. Słuchawka oddaliła się od jego twarzy, gdy szukał numeru i głośno go wykrzyczał, aby Avery usłyszała.
– Ma pani?
Avery wpisała numer i nazwisko: Jessica Givens.
– Mam – odparła.
– Czy rozmawiał pan z jej znajomymi? – spytała Avery.
– Mój zespół kontaktował się już wczoraj ze znajomymi i rodziną. Przeciągnęło się to na dzisiaj. Pracowała dorywczo jako niania u rodziny w pobliżu szkoły. Tam ostatni raz widziano ją żywą. Zabójca porwał ją w pobliżu tego domu, gdy wracała do siebie w czwartkowy wieczór.
– Skąd pan to wie?
– Moi ludzie zdobyli zeznanie od dzieciaka, piętnastolatka, który mieszka po drugiej stronie ulicy, od domu, gdzie Molly pracowała. Dzieciak powiedział, że nie mógł spać. Mniej więcej o tej godzinie, gdy Molly wyszła z pracy, zobaczył dziewczynę odpowiadającą opisowi, która wyszła z domu i zaczęła rozmawiać z jakimś gościem obok niebieskiego minivana.
Avery nabrała powietrza..
– Tym właśnie jeździ – powiedziała. – Niebieskim Chryslerem minivanem.
– Tak – zgodził się Talbot. – To mi też powiedział pani przełożony. I że na razie nie ma informacji, kto jest właścicielem samochodu, ale zawężają poszukiwania. Dzieciak powiedział, że sprawca miał czapkę i okulary. Biały, około metr siedemdziesiąt trzy lub metr sześćdziesiąt siedem, szczupły, ale silny. W wieku pomiędzy dwadzieścia pięć a czterdzieści pięć lat. To wasz gość, prawda?
– To nasz gość.
– Dzieciak nie wiedział, na co patrzy. Mówi, że wyglądało na to, że dziewczyna zemdlała. Facet wołał o pomoc, a potem włożył ją do samochodu i odjechał.
– Czy ten chłopak gdzieś zadzwonił?
– Nie, powiedział, że wyglądało na to, że facet się nią zajął. On ma tylko piętnaście lat.
– Coś jeszcze?
– A to jest mało?
– Staram się złożyć to jakoś do kupy.
– Ma pani szczęście, że w ogóle z panią rozmawiam, Black. Kurczę, ten Connelly serdecznie pani nienawidzi.
– Dlaczego mi pan pomaga?
– Chyba dlatego, że mam słabość do zdesperowanych, brawurowych białych lasek, o których czytam w gazetach – zażartował, a potem przyciszył głos. – Spokojnie, słonko. Wygłupiam się tylko. Ona jest detektywem. Nie, nie interesuję się nią. Chwileczkę.
Wrócił do rozmowy:
– To tyle, Black. Muszę kończyć. Dziękuję za rozmowę.
Rozłączył się.
– Brandeis – pomyślała Avery. – Trzecia dziewczyna uczęszczała na uniwersytet Brandeis w Waltham, w hrabstwie jak na razie najbardziej oddalonym na zachód. Pierwsza ofiara studiowała na Harvardzie, który mieści się w Cambridge, zaraz obok Bostonu. Druga, na politechnice MIT w Cambridge, a pozostawiono ją dalej na zachód, na cmentarzu Watertown. Uniwersytet Brandeis leży jeszcze dalej na zachód, ale ofiarę przewieziono na wschód, do Belmont.
Uzmysłowiła sobie, że on mieszka w Belmont lub w Watertown.
Podpowiadała to logika. Nie miałby ochoty jeździć nigdzie dalej, aby znaleźć i umieścić każdą z dziewczyn, którą zabił. Sądząc po tym, gdzie porzucał zwłoki i skąd je zabierał, za każdym razem czas przejazdu się skracał.
– Z Lederman tutaj, do Belmont, jedzie się dosyć długo – pomyślała. – Całą drogę do Bostonu. Ale to było pierwsze ciało, a on chciał zwrócić uwagę i oddalić się od swojego domu. Potem nabrał śmiałości. Drugie ciało znajdowało się dalej na zachód, w Watertown. Trzecie, jeszcze dalej, w Waltham.
– On nie może mieszkać w Waltham. Po co miałby przebywać stamtąd całą drogę do Bostonu?
Zadzwoniła do Finleya.
Finley odebrał i w tle słychać było niezwykle głośną i obrzydliwą muzykę heavy-metalową.
– No, no – krzyknął.
– Finley, tu Black.
Usłyszała prawie szept:
– O cholera!
Następnie muzyka ucichła, a Finley uderzył w służbowy ton:
– Posłuchaj mnie, Black – powiedział. – Nie wolno mi z tobą rozmawiać o sprawie.
– Czy cały czas zajmujesz się dilerami samochodów?
– No.
– Zabójca mieszka w Belmont, albo w Watertown. Ogranicz poszukiwania do tych dwóch hrabstw, to zaoszczędzi mnóstwo czasu.
– A skąd to wiesz?
Przerwała połączenie.
Rachunkowość. Ekonomia. Finanse. Wszystkie kierunki pokrewne.
Talbot powiedział, że trzecia ofiara stresowała się rozmowami o pracę. Na Cindy czekało zatrudnienie w firmie audytorskiej. Jak się nazywała? Devante – przypomniała sobie. Największa firma w Bostonie. Czy Molly miała pracę? Tabitha była dopiero na trzecim roku. Czy ona też już pracowała?
Udała się do samochodu.
W drodze do Brandeis, znów wybrała numer Finleya.
– Co do kurwy nędzy!? – warknął Finley. – Daj mi spokój. Jest sobota. Po raz pierwszy od dwóch lat nie mam dyżuru ani w sobotę, ani w niedzielę. Daj mi się trochę zabawić. Dzwoń do Connelly’ego. On jest na służbie. Dzwoń do Thompsona. On też ma służbę.
– Tabitha Mitchell – powiedziała – czy na nią czekała gdzieś praca?
– Prawdziwa praca?
– Tak, prawdziwa praca. Nie księżniczki w Disneylandzie.
– Dlaczego miałaby mieć pracę? Była na trzecim roku, prawda?
– Nie wiem. Dlatego do ciebie dzwonię. Nie rozmawiałeś z jej rodziną?
– Tak, z matką.
– Nigdy nic nie mówiła o pracy?
– Nie.
– To zadzwoń jeszcze raz. Dowiedz się, czy Tabitha miała coś zorganizowane na lato.
– Nie jestem na służbie.
– Jesteście w środku sprawy!
– Nie muszę ci, kurwa, odpowiadać, Black!
– Na wolności grasuje zabójca! – krzyknęła Avery. – On znów kogoś zabije. A ja jestem blisko, Finley, bardzo blisko. Czuję to. Dzwoń do mamy. Do znajomych Tabithy. Do kogo tylko będzie trzeba. Muszę poznać odpowiedź. Szybko. Proszę cię. I zadzwoń, gdy czegoś się dowiesz.
– Kurwa! – wrzasnął Finley, zanim Avery zakończyła połączenie.
Rozdział dwudziesty ósmy
Avery pojechała drogą nr 20 do hrabstwa Waltham. Przemieszczała się powoli.
Co kilka mil musiała zatrzymywać się na światłach.
Jessica Givens nie odbierała telefonu. Po czwartej próbie, Avery uświadomiła sobie, że to musi być jej numer służbowy. Zostawiła wiadomość i zadzwoniła do operatora.
– Dzień dobry – powiedziała. – Potrzebuję numer Jessiki Givens w Waltham.
– Mamy dziesięć numerów na nazwisko Givens w Waltham – odparł operator. – Czy pani wie, gdzie ona mieszka?
– Nie.
W biurze dziekana włączyła się automatyczna sekretarka.
Avery jechała South Street prosto na Uniwersytet Brandeis. Znalezienie miejsca do parkowania chwilę trwało.
Brandeis był jedną z najwyżej notowanych uczelni specjalizujących się w finansach na terenie stanu. Kampus centralny składał się z mnóstwa wijących się uliczek na wysokim wzgórzu, po którym niezwykle trudno się kluczyło i chodziło. Teren zabudowany był ceglanymi budynkami o zabytkowym charakterze, które to wrażenie przełamywały pojawiające się od czasu do czasu kamienne zamki lub nowoczesne szklane, ekscentrycznie wyglądające budowle. Avery zaparkowała i udała się urokliwymi ścieżkami w górę, pytając każdego, kogo mijała, gdzie znaleźć administrację. W końcu skierowano ją do małego budynku, który był prawie całkiem pusty. Przy kontuarze w środku pracowała jedna osoba.
– Dziś jest zamknięte – powiedział urzędnik.
Avery pokazała odznakę.
– Nazywam się Avery Black. Szukam Jessiki Givens. Jak rozumiem, jest doradcą zawodowym, który pracuje gdzieś na terenie kampusu.
Powitał ją bardzo ciepły i przyjazny uśmiech.
– Witam – powiedział. – To pani jest Avery Black. Poluje pani na seryjnych morderców, prawda? Fantastycznie!
– Nie ma niczego fantastycznego w seryjnym mordercy.
– Nie, nie – zmitygował się. – Oczywiście, że nie. Nie chodziło mi o seryjnego mordercę. Chodziło mi o panią. Bez przerwy mówią o pani w wiadomościach. Wiem, kim pani jest. Gazety już panią ukrzyżowały i nadal to robią.
– Jestem zaskoczona, że pan, mimo tego, ze mną rozmawia.
– No – uśmiechnął się – niezły z pani numer.
Słowa najwyraźniej wymknęły mu się z ust, a gdy sobie uświadomił, że wypowiedział je głośno, zdenerwował się, poczerwieniał i próbował się wycofać.
– Przepraszam. To było totalnie nieprofesjonalne. Ja…
– Nie ma sprawy – czarowała go swoim najbardziej ujmującym uśmiechem. – Serio.
– Naprawdę?
– Tak – skinęła głową i pochyliła się, aby być bliżej. – Naprawdę. Czy może mi pan pomóc?
– Pewnie, pewnie. Ma pani szczęście, że jeszcze mnie pani zastała. Miałem już skończyć pracę. Zastanówmy się – pomyślał i spojrzał na ekran komputera. – Czego pani potrzebuje?
– Numeru komórki i domowego adresu Jessiki Givens.
Zerknął na ekran. Kosmyk czarnych, falowanych włosów zakrywał jedno oko. Był młody, gdzieś koło dwudziestki.
– Wie pani, nie powinienem przekazywać danych osobowych.
Avery przybliżyła się jeszcze kawałek.
– Jak ma pan na imię? – wyszeptała.
– Buck.
– Buck – wyartykułowała ustami, a następnie zniżyła głos, rozejrzała się w obie strony, jakby ktoś ich potajemnie obserwował.
– Jestem bliska znalezienia zabójcy, Buck. Jessica Givens posiada informacje, które mogą być pomocne.
Nagle wyraźnie się zmartwił.
– Czy on zaatakował kogoś tutaj? Myślałem, że to chodzi tylko o Harvard i MIT.
– Można to tak ująć, że nikt nie jest bezpieczny, Buck. Każda studentka może stać się jego celem. Ale Jessica Givens – powiedziała z naciskiem i wskazała na drzwi – coś wie. Coś ważnego. Posiada informację, która mogłaby rozwiązać tę całą sprawę. Nie mogę zaufać nikomu innemu. Jestem z tym sama. Czy może mi pan pomóc? Ale to tak między nami. Nikt inny nie może się o tym dowiedzieć.
– Cholera – wyszeptał. – Pewnie – odpowiedział. – Pewnie, jeśli to jest aż tak istotne, w porządku – przestał się wahać i podał potrzebne informacje.
– Dziękuję – powiedziała. – Mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę, że być może to pan, samodzielnie, pomoże mi schwytać zabójcę.
– Naprawdę?
– Naprawdę – wyszeptała swoim najbardziej uwodzicielskim głosem.
Palec powędrował na jej usta.
– Proszę pamiętać, że to nasza tajemnica.
– Zdecydowanie – odparł Buck. – Tylko między nami.
Avery cicho wycofała się i przemknęła przez drzwi. Gdy tylko promienie słoneczne padły na jej twarz, wybrała podany numer.
– Halo? – powiedział ktoś po drugiej stronie linii.
– Czy rozmawiam z panią Jessiką Givens?
– Tak. Kto mówi?
– Dzień dobry pani. Nazywam się Avery Black. Jestem z ekipy dochodzeniowej, zajmuję się sprawą Molly Green. Jak rozumiem rozmawiała pani z Talbotem Digginsem?
– Skąd pani ma ten numer?
– Czy pani jest doradcą zawodowym, z którym detektyw Diggins rozmawiał w sprawie Molly Green?
– Tak, to ja. Ale to jest numer prywatny. Jestem akurat z rodziną.
– Molly Green nie żyje, proszę pani. Próbujemy wyśledzić zabójcę. Ta rozmowa zajmie chwilkę. Powiedziała pani, że ofiara stresowała się rozmową o pracę, prawda?
– Tak.
– Jak to się rozwiązało?
– Dostała ofertę z firmy audytorskiej, mniej więcej miesiąc temu.
– Firma audytorska – pomyślała Avery.
Cindy Jenkins została zatrudniona przez taką firmę.
– Czy pamięta pani jej nazwę?
– Oczywiście – odparła Jessica. – To jedna z największych firm w Bostonie. Zdziwiłam się, że ją zatrudnili. Jej wyniki w nauce były nieporównywalne z wynikami innych studentów ubiegających się tam o pracę. Była to firma Devante. Devante Accounting w dzielnicy finansowej Bostonu.
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Tuż po zachodzie słońca, zabójca zaparkował samochód na parkingu na północ od College Drive na terenie kampusu Uniwerstytetu Bentley w Waltham i udał się chodnikiem na południe.
Odczuwał niepokój w żołądku.
Polował na swoją czwartą ofiarę, a była to sytuacja, której raczej nie przewidywał.
Wiele miesięcy przed tym, gdy planował swoje pierwsze zabójstwo, uzyskał zapewnienie Wszechducha – którego głos prowadził go na każdym etapie operacji – że potrzeba było trzech dziewcząt – trzy śmierci miały odblokować wrota niebios.
Gdy pozostawił Molly Green, nastąpiła radykalna zmiana.
Zabójca, odwożąc zwłoki do wybranego uprzednio miejsca ich złożenia w Belmont, miejsca, które według niego, miało z pewnością zadowolić Wszechducha, usłyszał gniewny głos wykrzykujący w jego umyśle:
– Więcej.
To musiała być, z pewnością, pomyłka. Wszechduch potrzebował tylko trzech.
– Więcej – powtarzał głos uparcie. Przejęty, spocony i niepewny siebie zabójca wiedział, że trzeba będzie zmienić miejsce pozostawienia Molly Green ze względu na zmianę wymagań. W panice – a on przecież nigdy nie panikował – przeczesał Belmont i na szczęście znalazł park dziecięcy z muralem, który przynajmniej mógł stanowić wyraz szacunku dla tego, co go czeka w przyszłości i zadowolić jego bóstwo.
On sam jednak nie był zadowolony.
Nowa dziewczyna bynajmniej nie oznaczała jednej, ale większą liczbę, a najprawdopodobniej zaspokajanie niekończącego się pasma żądań.
A on miał inne zainteresowania, inne pragnienia. Na przykład zwierzęta. Pasję zbierania zwierząt z ulic. Uwielbiał koty, kiedyś do jego domu trafił nawet ranny nietoperz. Pokochał to stworzenie i opiekował się nim, zanim dał mu nieśmiertelność.
Botanika stanowiła jego kolejne hobby. Przez ostatnie miesiące nie mógł pozwolić sobie na doskonalenie składów mikstur i testowanie ich na żywych zwierzętach. Wszystko podporządkował Wszechduchowi, a bóstwo zajmowało coraz większą część jego życia.
– Więcej dziewcząt… – pomyślał.
– Więcej…
Nagrodą za wyłonienie trójcy miała być nieśmiertelność w człowieczym wydaniu oraz miejsce w niebiosach z innymi niebiańskimi istotami. Teraz jednak nie czuł się nieśmiertelny; tak naprawdę czuł się rozgorączkowany i niezwykle roztrzęsiony. Ta nowa gra, nowy plan, obróciły się przeciwko jego najgłębszym pragnieniom. Do głowy napływały mu okrutne myśli dotyczące Wszechducha.
Wysoko na nieboskłonie jego bóstwo zmarszczyło brwi, a rozbrzmiewające echo zdawało się wstrząsać ziemią:
– Więcej!
– Tak, wiem – odkrzykiwał zabójca w myślach w kierunku nieba. – Więcej! Czy nie widzisz, że robię, co mogę? Wiem, gdzie ona jest. Plan jest ustalony. Miejsce złożenia ciała też. Wszystko mam pod kontrolą! – zapewniał Wszechducha.
Tylko on sam nie odczuwał, że ma wszystko pod kontrolą.
W przeciwieństwie do innych morderstw, gdy czuł swoją władzę, gdy czuł pieczę Wszechducha w takim stopniu, że nawet wówczas, gdy pozbawiał kogoś życia w miejscu publicznym, w pełnym świetle dziennym, nikt by go nie zauważył, teraz wszystkie oczy zdawały się być wpatrzone w niego.
Na zewnątrz parkingu rozciągał się rozległy trawnik.
Rozstawiono ekran kinowy.
Trwał właśnie “Sobotni wieczór z kinem” w Bentley, wyświetlano czarno-białe arcydzieło – “Casablanca”.
Setki osób, par i grup studentów rozlokowały się na trawniku, aby oglądać film. Niektórzy na kocach, niektórzy na krzesłach. Najodważniejsi z nich przynieśli wino i piwo na imprezę.
On zabrał ze sobą koc i okulary przeciwsłoneczne.
Jego cel? Studentka ostatniego roku – Wanda Voles. Misja rozpoznawcza przeprowadzona poprzedniego wieczoru pozwoliła mu ustalić, gdzie Wanda spędzi dzisiejszy wieczór. Najwyraźniej po kłótni z chłopakiem, postanowiła przyjść na film sama. Jej znajomi błagali, aby nie marnowała cennego sobotniego wieczoru na taką beznadziejną imprezę, ale Wanda pozostała nieugięta.
– “Casablanca” to mój ulubiony film – powiedziała tym, którzy byli zainteresowani.
Wybrał ten wieczór z kilku powodów. Jednym z tych najważniejszych, które nosił “z tyłu głowy”, była możliwość, że ona się nie pojawi. Myśl miała charakter bluźnierczy, a jednocześnie, niezaprzeczalny.
– Nie chcę tego robić! Nie chcę tego robić! – krzyczał.
Wszechduch nie chciał słuchać. W tym momencie ból wyniszczał jego ciało.
Przesuwał się na obrzeżach wielkiego tłumu. Co chwilę zerkał na sceny, w których Humphrey Bogart i Ingrid Bergman obejmowali się lub kłócili.
Wanda siedziała na krawędzi trawnika po zachodniej stronie, sama, ale w otoczeniu innych studentów.
Wybrał miejsce niecałe dwadzieścia metrów za nią. Wiedział, że akademik Wandy mieści się około dziesięć minut piechotą na wschód, drogą prowadzącą przez parking i kilkoma wijącymi się, wąskimi ścieżkami, gdzie mogli zostać sami.
Zabójca, siedząc na kocu, udawał, że ogląda film.
– Nie rób tego – grzmiało mu w głowie. – Nie rób tego!
– Muszę to zrobić – odkrzyknął.
Ból w żołądku, niczym dłoń, która gwałtownie zaciska się w pięść, sprawił, że skulił się, pochylając w przód. Wszechduch wypełniał jego mózg.
– Więcej! – grzmiało bóstwo. – Więcej! Więcej! WIĘCEJ!
– Wiem – zarzekał się. – Przepraszam.
Nie był w stanie czerpać przyjemności z oglądania filmu. Każda nastrojowa scena tylko przypominała o desperacji, o znajdujących się wszędzie ludziach, o jego własnej winie.
To było złe, bardzo złe, ale nie był w stanie wypowiedzieć tego na głos. Nie był w stanie nawet o tym myśleć.
Gdy przetoczyły się napisy końcowe, Wanda Voles podniosła swój koc i rzeczy i udała się do domu. Wielu studentów pozostało na trawniku. Było mnóstwo pocałunków i śmiechu. Kilka osób szło razem z Wandą.
Podniósł się zaledwie kilka sekund po tym, jak Wanda go minęła i poszedł jej śladem.
– Po prostu jeszcze jedna zwykła studentka – powiedział sobie. – Kłamstwa – huczało mu w głowie. – Przestań!
– Więcej! – domagał się Wszechduch. Nakaz dogłębnie go poruszył i w niemalże fizycznym sensie ogarnął jego ciało. Osoby w pobliżu przypuszczały, że wstrząsają nim epileptyczne drgawki.
– Uspokój się – pomyślał.
Wyśledził Wandę na parkingu. Minęła właśnie jego samochód. Kilka rzędów studentów zmierzało w tym samym kierunku, pozostając nieco z tyłu.
– Sama – pomyślał. – Jest sama. Teraz!
Nie miał w sobie żadnej radości, łatwości, ani osobistego zaangażowania. Moc Wszechducha opuściła go. A teraz musiał działać dalej. Jak zawsze, Wszechduch go obserwował i czekał.
Wanda wyprzedzała go o jakieś trzy metry. Zaczęła coś sobie nucić.
Miał przygotowany podstęp. Przywita się z nią, uda, ze przyszedł na film z córką, a potem poskarży się na problem z oponą. Ona pochyli się, aby pomóc mu sprawdzić ciśnienie, a wówczas on wbije igłę. Bez szamotaniny. Bez świadków. Zwyczajna, młoda dziewczyna, która zniknęła na parkingu.
Półtora metra za nią.
Przygotował igłę.
Metr – już wchodzi pomiędzy samochody ustawione w kolejnym rzędzie.
Niecały metr, otworzył usta, aby coś powiedzieć.
Przed Wandą jakiś student wyskoczył zza samochodu.
– Łaaaa! – wrzasnął z podniesionymi rękami.
Wanda cofnęła się gwałtownie, przerażona.
Natychmiast się odwrócił i odszedł boczną alejką. Za sobą słyszał śmiech chłopaka.
– No to mi się udało!
Wanda odkrzyknęła.
– Mało nie umarłam ze strachu!-
– Przepraszam, przepraszam – powtarzał – ale, kurde, udało mi się! Zobaczyłem, że idziesz i po prostu musiałem to zrobić. A gdzie ty się w ogóle wybierasz? Jest za wcześnie, żeby…
Ich rozmowa rozmyła się w tle.
Zabójca odczuł ulgę, desperacką ulgę, że coś powtrzymało go od zbrodni.
– Nie tak miało być – powiedział sobie. – Wiem, że nie tak miało być. Muszę to przemyśleć, Muszę opracować nowy plan. Nie martw się. Nie martw się – uspakajał bóstwo. – Będzie dobrze. Obiecuję!
Wysoko ponad jego głową Wszechduch złorzeczył, dając wyraz swojemu niezadowoleniu.
Rozdział trzydziesty
Avery Black ogarnął senny, surrealistyczny nastrój.
Nie pamiętała ostatnich słów zamienionych z Jessiką Givens, ani tego, kiedy zakończyła połączenie lub gdzie odłożyła telefon.
Stała w mroku w kampusie Brandeis. Przed nią rozciągała się zielona łąka, dalej linia drzew i gwiazdy. Za nią budynki z czerwonej cegły oświetlone nisko zawieszonymi latarniami.
– Uspokój się – powiedziała do siebie. – Kiedyś już byłaś w podobnej sytuacji.
Wspomnienie niemalże ataku na Johna Langa w pracowni “Art for Life” pozostało świeże w jej pamięci, wraz z reprymendą udzieloną jej przez kapitana oraz przedłużonym weekendem, na który ją skierowano, aby przemyślała swoje postępowanie.
Zdjęto cię ze sprawy, pamiętasz?
– Już nie – odpowiedziała.
Cindy Jenkins znalazła zatrudnienie w firmie Devante. Molly Green znalazła zatrudnienie w firmie Devante. A Tabitha Mitchell?
W drodze do samochodu Avery wybrała numer Finleya. Telefon dzwonił wiele razy, aż odezwała się sekretarka.
– Unika mnie – pomyślała.
Zadzwoniła jeszcze pięć razy. Z takim samym skutkiem. Avery zostawiła wiadomość, podkreślając, że jest bardzo pilna:
– Finley. Mamy powiązanie. Jenkins i Green były zatrudnione przez tę samą firmę w Bostonie. Czy na Tabithę Mitchell czekała jakaś praca na ostatnim roku studiów? Zadzwoń do mnie, gdy odbierzesz tę wiadomość.
Avery siedziała w BMW i zalogowała się do swojego komputera pokładowego.
Devante była prywatną firmą z siedzibą w Bostonie.
W Internecie mogła znaleźć tylko informacje o charakterze ogólnym: założyciela spółki, prezesa zarządu, dyrektora generalnego oraz strukturę w obrębie stanu.
Szybko przeszukując stronę odkryła wiele faktycznie dostępnych stanowisk w firmie audytorskiej: pełnoetatowy księgowy, młodsi i starsi księgowi, specjalista ds. zarządzania podatkami, audytor ds. podatków, biegły księgowy… Wykaz zdawał się nie mieć końca.
– Kto zatrudnia studentki? – zastanowiła się.
Prawdopodobnie jakiś szef ds. zasobów ludzkich, który przeszukuje uczelnie i wyławia potencjalnych kandydatów. Taki człowiek najprawdopodobniej przyjmuje podania i przekazuje te najbardziej obiecujące osobom odpowiedzialnym za stanowiska, na których akurat są wakaty w firmie.
– W jaki sposób dowiedzieć się, kto wyszukał i przeglądał podania tych dwóch dziewcząt?
Odpowiedź była oczywista, ale zarazem trudna do uzyskania z uwagi na jej aktualny, niepewny status w Wydziale Zabójstw.
– Trzeba skontaktować się z prezesem albo dyrektorem generalnym – uświadomiła sobie. – Tylko oni mogą umożliwić dotarcie do właściwych osób – zaśmiała się. – No dobrze, tylko jak to zrobić? – Nakaz – pomyślała. – Potrzebny będzie nakaz.
Uzyskanie nakazu nigdy nie było proste. Konieczny jest wiarygodny powód. W tym przypadku Avery miała pewność, że powiązanie pomiędzy dziewczętami a spółką planującą ich zatrudnienie, stanowi wystarczającą podstawę do wystąpienia o wydanie nakazu. Natomiast sędzia też mógłby zażądać informacji jakie przedmioty powiązane ze zbrodnią spodziewamy się znaleźć w biurach spółki Devante.
– To może być problem – pomyślała. – Chyba, że wniosek będzie uwzględniał informacje komputerowe. Jeśli na komputerze zabójcy jest coś, co wiąże się ze sprawą, mogę to wykorzystać do uzyskania nakazu.
– Prześpij to dzisiaj – pomyślała. – Nie popełnij typowego błędu. Poczekaj na telefon od Finleya. Przygotuj sobie wszystko, zanim udasz się do kapitana.
Tymczasem w głowie jej grzmiało:
– Nigdy w życiu.
Wrzuciła bieg i odjechała.
Rozdział trzydziesty pierwszy
Avery wolnym krokiem weszła do komendy policji A1 tuż po dziesiątej wieczorem. Recepcjonistka na parterze zajmowała się jakimś policjantem i prostytutką. W dalszej części biura funkcjonariusze w cywilnych ubraniach spisywali i przesłuchiwali pijanych studentów. Z tyłu wybuchła bijatyka i potrzebnych było aż trzech policjantów, aby obezwładnić wielkiego, białego mężczyznę.
Praca policji nie przypominała normalnej pracy.
Większość funkcjonariuszy nie przychodziła o ósmej czy dziewiątej rano, ani nie wychodziła codziennie o siedemnastej. Weekendów również prawie nigdy nie mieli wolnych, chyba, że chodziło o wysoko postawionego pracownika lub gdy cały wydział pracował według harmonogramu, który to umożliwiał. W A1 wobec wszystkich obowiązywał system zmianowy – zmiany pięciodniowe mogły przypadać od środy do niedzieli, a jeśli ktoś pracował nad sprawą, to mógł nawet i pracować przez całą noc, każdej nocy, aż do następnego rana.
Avery rozpoznała kilka znajomych twarzy. Nikt jednak nie zwracał na nią szczególnej uwagi. Zmiany nocne w trakcie weekendu miały szczególny charakter, niczym wyjście na cmentarz po czterdziestu ośmiu godzinach z rzędu bez snu; każdy chodził nieprzytomny i zgodnie z własnym rytmem.
Na pierwszym piętrze Connelly kłócił się z Thompsonem.
Thompson sprawiał wrażenie dwóch osób, stopionych w jednej postaci. Olbrzym, który uwielbiał wpadać na siłownię, do tego o bardzo bladej cerze, pełnych ustach i jasnoblond włosach, wprawiał innych policjantów i sprawców w poczucie dyskomfortu.
– Dlaczego muszę wciąż tutaj tkwić? – poskarżył się Thompson.
– Ty sobie, kurwa, żartujesz? – warknął Connelly. – Przydzieliłem ci zadanie, a ty go nie wykonałeś. Nie obchodzi mnie to, teraz możesz tutaj tkwić nawet do czwartej nad ranem..
– Dealerzy samochodów!? – ryknął Thompson i wyprostował się na całą wysokość. – Ile, kurwa, dealerów samochodów jest otwartych w sobotę wieczorem? Moja zmiana skończyła się osiem godzin temu. Tu jest wykaz z Watertown i Belmont.
– Poprosiłem też o Waltham. Oraz o numery telefonów i kontakty bezpośrednie do każdej firmy. Nie widzę tu niczego z Belmont – wypalił i przejrzał listę.
Avery usiadła przy czyimś biurku i czekała, aż skończą.
Connelly spojrzał w górę.
– A pani co tutaj, kurwa, robi? Czy kapitan nie kazał pani iść odpocząć?
– Czy możemy porozmawiać? – poprosiła.
– Nie – powiedział. – Nie mam pani nic do powiedzenia. Proszę wyjść. I nie wracać do poniedziałku.
Wskazała na Thompsona.
– Marnuje pan jego czas.
– Właśnie mówiłem! – Thompson podjął temat. – To jest, kurwa, marnowanie mojego czasu.
– Zamknij się, do kurwy nędzy! – odciął się Connelly i wymierzył palec w jego twarz. – Przysięgam na Boga. Jeśli nie zniknie mi pani z oczu w ciągu pięciu sekund, osobiście dopilnuję, aby wyleciała pani z Zabójstw, na zawsze.
Avery spuściła głowę.
– Nigdzie się nie ruszę – powiedziała spokojnym, opanowanym tonem. – To pan niech mnie posłucha. Mam poszlakę. Konkretną – rzekła z naciskiem i spojrzała mu prosto w oczy. – Musimy to przegadać. Musimy grać na jedną bramkę. Chce pan schwytać zabójcę? Czy też chce pan mieć do mnie pretensje, ponieważ się panu wydaje, że mnie zna lub ponieważ zostałam przydzielona do pana zespołu lub ponieważ moje życie było lepsze od pańskiego?
Odepchnęła się od biurka.
– Przepraszam, jeśli zrobiłam cokolwiek, co mogło pana urazić – rzekła – ale tu jestem. Teraz tu jestem. Podobnie jak pan. Pływam w tym samym gównie. Ale nie odpuściłam poszukiwań tego zabójcy. Wreszcie zdobyłam poszlakę. I to nie może czekać do poniedziałku. Jeśli pan mnie stąd wywalić, zadzwonię do kapitana, a potem do szefa, a potem do kogokolwiek, kto zechce mnie wysłuchać.
Thompson wskazał na Avery ze szczerą troską.
– Proszę jej wysłuchać – poprosił.
– Zamknij się, kurwa, Thompson! Siadaj.
Zakrzywił palec w stronę Avery i wskazał na salę konferencyjną.
– Trzy minuty – powiedział. – Ma pani trzy minuty.
Gdy zostali sami, Avery powiedziała to, co myśli:
– Wiem, że popełniłam pewne pomyłki.
– Pewne!?
– Głupie pomyłki – dodała – ale wszystkie z poczucia obowiązku. Dzisiaj też popełniłam kilka innych. Udałam się do Howarda Randalla.
Connelly zawył i machnął ręką.
– Udzielił mi pewnej wskazówki – ciągnęła Avery – albo – dodała – czegoś podobnego. Zrozumiałam ją dopiero wówczas, gdy udałam się do Brandeis.
Connelly uderzył się ręką w głowę.
– Poszła pani na uczelnię Molly Green? Czy nie kazałem pani trzymać się z daleka od tej sprawy.
– Może się pan zamknąć!– krzyknęła. – Chociaż raz? Proszę?
Zaskoczony, założył ramiona i cofnął się.
– Rozmawiałam z kimś z biura doradztwa zawodowego. Ta pani powiedziała mi, że na Molly czekała praca w firmie Devante Accounting. I… no niech pan zgadnie… Cindy Jenkins również miała pracę w firmie Devante. Nie wiem jeszcze, co z Tabithą. Finley miał porozmawiać z jej matką. Ale jeszcze się nie odezwał. Tabitha była na trzecim roku, ale jeśli oni zatrudnili ją również, to raczej to już nie był przypadek, który można zignorować, nie sądzi pan?
– Ostatnie wykryte przez panią powiązanie okazało się być do dupy.
– Ale to było powiązanie, aż do teraz jedyne pomiędzy dwiema z tych dziewcząt. Jeśli wykryjemy powiązanie trzeciej dziewczyny z firmą Devante, znajdziemy się dużo bliżej rozwikłania sprawy niż wcześniej.
– Finley ma dzisiaj wolne – wymamrotał.
– No i?
Connelly odszedł i rozmyślał nad sytuacją. W szarym garniturze i niebieskiej koszuli, która zdawała się być za mała na jego muskularne ciało, pokręcił ramionami i potarł blond odrost na twarzy. Wyglądał na poirytowanego, ale też zaintrygowanego.
– Proszę tu zaczekać – powiedział.
– Co pan…
– Powiedziałem, żeby czekać!– warknął i wyszedł.
Za szybą zobaczyła, że wydaje polecenia bardzo zmęczonemu Thompsonowi, a następnie podchodzi do swojego biurka i zaczyna dzwonić.
Avery siedziała w sali konferencyjnej przez prawie dwadzieścia minut. Nie miała nic do roboty, ciężar wiedzy został zdjęty z jej barków i poczuła się zrelaksowana i dziwnie podbudowana. Ogarnęła ją tak przemożna ochota, aby zadzwonić do córki, że sięgnęła po telefon.
– Ale co byś jej powiedziała? – zastanowiła się.
Powiedz jej, że byłaś idiotką i że nadal nią jesteś. Powiedz jej prawdę – że ją kochasz i, choćby nie wiem co, wszystko naprawisz.
Otworzyły się drzwi do sali konferencyjnej.
– Tabitha Mitchell była na trzecim roku – powiedział Connelly. – Wcześniej kończyła studia, miała najwyższe oceny w grupie. Zaoferowano jej pracę w Devante Accounting.
Avery wyprostowała się na krześle.
– O w mordę!
Istniało powiązanie. Howard Randall miał rację. W głowie dźwięczały jest słowa:
– Musi je gdzieś znajdywać, obserwować, znać skądś.
Gdy odczytywała listę rozmawiając z Randallem – jedna na ostatnim roku, jedna na trzecim – powiedział: “Nie”.
– On wiedział – uświadomiła sobie.
Niesmak, jaki Avery odczuwała z powodu konieczności złożenia Randallowi wizyty i zwrócenia się do niego o pomoc, zaczął powoli ustępować. Udało się znaleźć powiązanie, a jeśli zdoła złożyć elementy w jedną całość, istnieje nadzieja: dla niej, dla jej przyszłości, na uwolnienie się od przeszłości.
– A więc trzy – powiedział Connelly. – Wszystkie miały pracę w Devante.
– Jak się pan dowiedział?
– Finley dzwonił do domu państwa Mitchellów. Zadzwoniłem na komórkę matki. Spała. Gdy tylko wspomniałem jej córkę, zaczęła płakać. Ale przekazała potrzebne nam informacje. Idiotyczne jest to, że chyba pisano o tym w gazecie, wczoraj lub przedwczoraj.
– Stąd się dowiedział – uzmysłowiła sobie Avery. – Randall czytał gazety.
Popatrzyli na siebie w ciszy.
– Co teraz robimy? – spytała.
– Niech pani mi powie.
Odwróciła wzrok i przygryzła dolną wargę.
– Potrzebujemy nazwiska. Kto był specjalistą ds. zatrudnienia, który spotykał się z nimi wszystkimi?
– Ktokolwiek to jest – rzekł Connelly – musi wiedzieć, że przynajmniej dwie z zatrudnionych dziewczyn nie żyją. Podano to we wszystkich wiadomościach.
– Jeśli dwie dziewczyny, które pan zatrudniał, znaleziono by martwe w jednym tygodniu, czy zadzwoniłby pan do kogoś?
– Jeśli byłbym winny, to raczej nie.
Connelly natychmiast przełączył telefon w sali konferencyjnej na tryb głośnomówiący i zadzwonił do kapitana. Poruszony, ale śpiący O’Malley wysłuchał relacji Avery i Connelly’ego i odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
– Poczekajcie do rana – powiedział. – Teraz i tak nic nie można zrobić. Zadzwonię do szefa i burmistrza w niedzielę, z samego rana. Cholera – wymamrotał.– Devante. To ogromna firma.
– Zaczniemy od dyrektora generalnego i będziemy schodzić na niższe szczeble – stwierdziła Avery. – Ktoś musi dysponować wykazem nazwisk i stanowisk. Zakładam, że nasz zabójca pracuje w zasobach ludzkich.
– Spróbujcie dziś złapać trochę snu – powiedział kapitan. – Oboje. Jutro może być ważny dzień. Widzimy się w biurze o ósmej. Avery, jeśli nie może pani spać, to niech się pani zajmie nakazami. Jednym na firmę, a jednym na osobę fizyczną w spółce bez podawania nazwiska. Możecie też zadzwonić do Devante i sprawdzić, czy w sobotę i niedzielę są jacyś pracownicy. Wątpię, czy ktoś odbierze o tej godzinie, ale jest kwiecień. Nigdy nic nie wiadomo.
I rozłączył się.
Connely, który w zaistniałej sytuacji czuł się nieswojo, nie patrzył na nią.
– Miejmy nadzieję, że to się uda – powiedział i wyszedł.
Avery odwaliła tyle papierowej roboty związanej z nakazami, ile się tylko dało. Zadzwoniła pod przynajmniej dziesięć numerów bostońskiego biura firmy Devante. Nikt nie odebrał.
– Idź do domu – nakazała sobie.
Sen był ostatnią rzeczą, która zaprzątałaby jej myśli.
Rozdział trzydziesty drugi
Choć była to niedziela, Avery czuła się niczym w poniedziałek.
Zbudziła się o siódmej pełna energii. Od powrotu do domu, ku swojemu zdziwieniu, spała jak dziecko. Prawdopodobnie od wielu miesięcy nie zażyła tak krzepiącego snu.
Założyła czarny żakiet i spodnie oraz białą, zapinaną na guziki bluzkę. Na nogach miała, jak zwykle, czarne sportowe buty marki Skechers. Czasy wysokich obcasów Manolo Blahnika należały do zamierzchłej przeszłości. Po śniadaniu i filiżance kawy stanęła w korytarzu i spojrzała na siebie.
– Idź, złap go – powiedziała.
W myśli wkradł jej się cień wątpliwości. W tylu momentach czuła, że jest już blisko, tyle poszlak okazało się bezużytecznych.
– Nie – pomyślała. – Ta jest właściwa. Musi być właściwa.
W drodze do samochodu przeżywała jeszcze raz wszystkie etapy swojej kariery w policji: ruch drogowy, drobne wykroczenia, spory rodzinne, wojny gangów, a teraz to – największa sprawa, detektyw rozpracowujący morderstwo, na tropach seryjnego zabójcy.
– Tym się zajmowałaś przez ostatnie trzy lata – powiedziała do siebie. – Szansa rehabilitacji swojej przeszłości, szansa na zamknięcie rozdziału Howarda Randalla na dobre, wyjście z cienia żałosnych wyrzutów sumienia i – po prostu – życie.
Personel porannej zmiany sobotnio-niedzielnej w A1 przychodził na ósmą. Z tego powodu prawie całe biuro było puste, większość funkcjonariuszy udała się albo patrolować ulice lub właśnie zmierzała do pracy. Connelly już tam był, wraz z szefem i Thompsonem.
Szef miał na sobie dżinsy i czerwony T-shirt policji w Bostonie. W tak nieoficjalnym stroju Avery widziała go po raz pierwszy. Rozmawiał przez telefon, machnął do niej, aby weszła do biura razem z pozostałą częścią grupy.
– Chwileczkę – powiedział O’Malley do telefonu. – Jest z nami pani Black. Jeśli pan pozwoli włączę tryb głośnomówiący i możemy przejść do rzeczy.
W pokoju zadudnił poważny głos.
– Halo? Czy wszyscy mnie słyszą?
O’Malley powiedział bezgłośnie:
– Burmistrz.
– Słyszymy – odparł.
– Proszę pani – powiedział burmistrz, a jego słowa zabrzmiały, jakby miał w ustach coś paskudnego. – Słyszę, że nie odpuściła pani, nawet po zwolnieniu pani ze sprawy. Jak bardzo jest pani przekonana, że to Devante? Wie pani, że Miles Standish jest moim dobrym znajomym.
O’Malley znów powiedział bezgłośnie:
– Właściciel.
– Bardzo wątpię, aby pan Standish miał z tym cokolwiek wspólnego – rzekła Avery. – Wydaje nam się, że zabójcą jest ktoś z jego biura, najprawdopodobniej dyrektor ds. zasobów ludzkich albo osoba, która spotykała się z tym dziewczętami, czytała ich podania i przekazywała je do odpowiednich wydziałów.
– Zapytałem, jak bardzo jest pani pewna, że to Devante, proszę pani. Czy jest pani przekonana, że to najlepsza poszlaka? Mam do przeprowadzenia bardzo trudną rozmowę telefoniczną.
– Trzy dziewczyny nie żyją – odrzekła. – Każda z nich pochodzi z innej uczelni, ale na każdą z nich czekała praca w Devante. To jedyne powiązanie, które daje jakąś podstawę. Jestem tego pewna na sto procent.
– Dobrze – powiedział burmistrz. – Mike – dodał – zadzwonię teraz do Milesa. Możesz się wkrótce spodziewać informacji w tej sprawie. Jeśli on odmówi współpracy, proszę uzyskać nakaz i robić to, co do was należy. Chcę, aby sprawa została zamknięta do poniedziałku.
– Tak jest – skwitował O’Malley.
Burmistrz rozłączył się, a O’Malley zwrócił się do grupy.
– Dobra – rzekł – robimy tak. Avery, pani kieruje sprawą. Ta kicha, którą pani odwaliła tamtego dnia, była nie do przyjęcia, ale ponieważ udało się pani zrehabilitować, powinna pani doprowadzić to do końca. O przyszłości porozmawiamy później. Podlega pani Connelly’emu. Będzie pani miała do dyspozycji Thompsona oraz wszelkie inne osoby, którymi będziemy dysponować po uzyskaniu wszystkich informacji. Thompson – powiedział i przerwał na chwilę, aby znaleźć odpowiednie słowa. – Kiedyś wydawało mi się, że jesteś walniętym, irlandzkim monstrum, które trafiło do tego biura i dzięki któremu coś się dzieje. Przykro mi stwierdzić, że sprawy mają się zupełnie inaczej – uważam, że twoje lenistwo przewyższa lenistwo Finleya. A co do niego – natychmiast się poprawił – uważam, że się myliłem. On urabia sobie ręce po łokcie. Wszyscy popełniamy błędy. Natomiast jeśli chodzi o ciebie Thompson, to radzę prześcignąć dziś moje oczekiwania. Jasne?
– Tak jest – przyrzekł Thompson.
Po piętnastu minutach zadzwonił telefon, na który wszyscy czekali. O’Malley od razu wcisnął tryb głośnomówiący.
– O’Malley przy telefonie – powiedział.
Pomieszczenie wypełnił energiczny, młody głos.
– Witam! – odezwał się głos. – Mówi Laura Hunt. Jestem asystentką pana Milesa Standisha. Powiedziano mi, aby zadzwonić pod ten numer i przekazać wszelkie informacje, jakie będą potrzebne, na temat firmy Devante.
O’Malley kiwnął na Avery.
– Pani to przejmuje – powiedział.
– Mówi Avery Black – powiedziała. – Nie wiem, czy panią poinformowano, ale na wolności przebywa seryjny morderca, który ma potencjalne powiązania z firmą Devante Accounting.
– Tak, proszę pani. Zostałam poinformowana.
– Potrzebne jest nam nazwisko osoby spotykającej się ze studentkami, którym albo zaoferowano pracę albo które przekierowano do innego działu w firmie, który je zatrudnił.
– Dobrze – odparła. – Czy mogę spytać, o której firmie Devante rozmawiamy?
– Co pani ma na myśli?
– No cóż, mamy biura w Bostonie, Chicago i San Antonio.
– Chodzi o biuro w Bostonie.
– Dobrze, proszę chwilkę zaczekać. Mam. Timothy McGonagle jest dyrektorem do spraw zasobów ludzkich biura w Bostonie. Sądzę, że nie zajmuje się bezpośrednio rekrutacją studentów, ale będzie pani mogła porozmawiać albo bezpośrednio z nim lub kimś z jego personelu – i podała jego numer komórkowy, domowy i adres zamieszkania.
– Ile osób podlega panu McGonagle’owi? – spytała Avery.
– Dwudziestu ośmiu innych pracowników do spraw zasobów ludzkich.
– Czy, w razie problemów, mogę do pani zadzwonić bezpośrednio?
– Oczywiście – powiedziała i przekazała Avery swój numer. – Pan Standish chce pomóc w każdy możliwy sposób. Prosi jednak, aby, w miarę możliwości, nie dopuścić, by nazwa Devante trafiła do prasy. Chcielibyśmy, aby ludzie nie wiązali przestępstw z naszą firmą.
– Rozumiem – rzekła Avery.
Rozmowa telefoniczna szybko dobiegła końca, a O’Malley ogarnął grupę wzrokiem.
Avery chciała spotkać się z Timothym McGonagle’em osobiście. Nawet jeśli to nie on odpowiadał za zbrodnie, nabierała coraz większej pewności, że zatrudnił zabójcę, lub zatrudnił kogoś, kto zatrudnił zabójcę. Szybkie sprawdzenie McGonagle’a ujawniło, że jest zupełnie czysty: nie odnotowano nawet mandatu za parkowanie.
– No dobrze – powiedział. – Do roboty. A ja uciekam teraz na szesnaste urodziny.
* * *
Z A1 do domu McGonagle’a nie było daleko. Mieszkał w zamożnej dzielnicy Beacon Hill, na północ od biura, w pobliżu Lederman Park. Connelly został w biurze, aby nadzorować dwie grupy rozpracowujące gangi oraz postarać się stworzyć zespół, jeśli Avery by go potrzebowała.
Thompsona przypisano do niej jako partnera na cały dzień. Przez większość przejazdu nie odzywał się, siedząc w napięciu w fotelu pasażera.
– Skąd jesteś? – zapytała swobodnie Avery.
– Z Bostonu – wymamrotał.
– A dokładnie skąd w Bostonie?
– Zewsząd.
– Jak zostałeś policjantem?
Zmarszczył brwi na swojej twarzy albinosa i pogardliwie wydął grube wargi.
– A co to ma być? Gramy w dziesięć pytań? – warknął.
Avery zaparkowała na Pinckney Street.
McGonagle mieszkał w wielkim, ceglanym domu z białymi roletami oraz czerwonymi drzwiami, przed którymi ciągnęło się zewnętrzne foyer. Thompson został w pobliżu wejścia i sprawiał wrażenie osoby, która chciałaby być wszędzie, tylko nie w towarzystwie Avery Black. Jego postura i dziwny wygląd magnetycznie przyciągały przechodniów; nawet, jeśli znajdowali się po drugiej stronie ulicy przechodzili, aby spojrzeć mu bliżej w twarz.
Zadzwonił dzwonek, a drzwi otworzyły się szybko.
– Halo? – zawołał jakiś głos.
Tim McGonagle był młodszy, niż przypuszczała Avery, może po trzydziestce, o czarnych włosach, jasnozielonych oczach, które wyglądały, jakby nieustanie coś liczyły. Miał na sobie szare spodnie, różową koszulę i zielony krawat.
– Metr siedemdziesiąt siedem lub osiemdziesiąt – pomyślała. – Za wysoki. Nie odpowiada wzrostem.
– Czy mogę pani w czymś pomóc? – zapytał.
– Avery Black – przedstawiła się. – Wydział Zabójstw Policji w Bostonie.
– Tak, widzę. Policjantka-celebrytka we własnej osobie – uśmiechnął się.
Zauważył Thompsona, a następnie zwrócił się ku Avery.
– Czy mogę pani w czymś pomóc?
– Czy śledzi pan sprawę seryjnego zabójcy? – spytała Avery.
– Tak – odparł.
– Czy wie pan o tym, że trzy spośród ofiar zostały ostatnio zatrudnione przez pańską firmę?
– Nie – odrzekł. – Mój Boże. To straszne.
– Czym dokładnie zajmuje się pan w firmie Devante?
Gestem ręki zaprosił ją do środka.
– Czy chciałaby pani usiąść?
– Nie, dziękuję.
Kobiecy głos zawołał gdzieś z głębi domu.
– Timmy? Kto to taki?
– Chwileczkę, Peg – zawołał. – Jestem dyrektorem Departamentu Zasobów Ludzkich Devante pionu w Bostonie – powiedział do Avery. – Zajmuję się zatrudnianiem i zarządzaniem personelem. Rozwiązuję problemy w firmie, poważne spory na linii pracownik-pracodawca, takie rzeczy. Jedyne podania o pracę, które do mnie trafiają, dotyczą personelu kierowniczego, gdy szukamy kogoś na stanowisko dyrektora generalnego czy głównego audytora.
– Kto prowadzi rekrutację na uczelniach?
– Jeden z moich pracowników. Nazywa się Gentry Villasco, ale, tak szczerze, trudno mi sobie wyobrazić, aby mógł być zdolny do czegoś podobnego. Jest dyrektorem administracyjnym. Kieruje czteroosobowym zespołem. Zajmują się szkołami wyższymi, podaniami z uczelni i wyszukiwaniem kandydatów na kampusach.
– Jeśli student szukałby pracy w pańskiej firmie, przechodziłby przez niego?
– Tak. Jego zespół przesiewa podania i wyszukuje najlepsze oferty, a ostatecznie osoba ląduje u niego. Jeśli Gentry uzna kandydata za odpowiedniego, kieruje go do stosownego działu, w którym występuje wakat.
– Czy może mi pan coś o nim powiedzieć? Czy jest kawalerem? Żonaty? Co lubi robić w soboty i niedziele? Czy ma znajomych?
Timothy roześmiał się.
– Gentry z pewnością nie jest zabójcą – powiedział. – Jest za to samotnikiem, na pewno. Nieco starszy ode mnie. Może w okolicach pięćdziesiątki. Ma dom w West Somerville. Dojeżdża do pracy. Taki brat-łata, chociaż trzyma się na uboczu, rozumie pani, co mam na myśli? Pracował w Devante dłużej ode mnie, około piętnastu lat.
Avery obrzuciła go zimnym spojrzeniem.
– Czy jest pan pewien, że nie zna pan trzech ofiar, o których rozmawiamy? Na wypadek, gdyby pan zapomniał, podam nazwiska jeszcze raz: Cindy Jenkins, Tabitha Mitchell i ostatnia, która jeszcze nie trafiła do gazet. Molly Green.
– Nie słyszałem o żadnej z nich – powiedział, po czym natychmiast się poprawił. – Nie, słyszałem dwa pierwsze nazwiska, ale nie w firmie. Czytałem w gazetach. Znam tę sprawę – wyprostował się i wytrzymał jej wzrok.
– Czy będzie pan w domu przez cały dzień? – spytała.
– Cóż, planujemy niedługo rodzinne wyjście do kościoła. Na razie jemy z dziećmi śniadanie.
Sprawiał wrażenie uczciwego i szczerze przejętego tropem prowadzącym do Devante.
– Głowa rodziny – pomyślała Avery.
Cofnęła się o krok i próbowała sobie wyobrazić zabójcę posiadającego żonę i rodzinę.
– Tu jest moja wizytówka – powiedziała. – Proszę do mnie zadzwonić, jeśli przypomni się panu coś jeszcze.
– Oczywiście – odparł. – Przykro jest nawet słuchać o tym wszystkim.
Thompson opierał się o ceglaną elewację, stopy skierował w górę, nie bacząc na nic, z wyjątkiem nieba.
Avery przechodząc trzepnęła go w klatkę piersiową.
– Hej! – krzyknął oburzony.
– Następnym razem, gdy postanowisz zachowywać się jak próg drzwi – rzekła – zabieraj się z powrotem do biura.
Rozdział trzydziesty trzeci
Krótka rozmowa z Laurą Hunt i Avery znalazła się w posiadaniu numeru komórki i adresu Gentry’ego Villasco, jak również nazwisk, adresów oraz danych umożliwiających kontakt z wszystkimi osobami z jego zespołu na wypadek, gdyby trop prowadzący do Villasco okazał się ślepym zaułkiem.
W czteroosobowym zespole, który prowadził Gentry, były dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Kobiety mieszkały w Chelsea i w Bostonie, obie daleko od wytypowanego obszaru, w którym Avery lokowała dom zabójcy. Pierwszy mężczyzna dojeżdżał z południowego Bostonu, również spoza rejonu. Ostatni – Edwin Pesh – mieszkał w Watertown. Watertown należało do jej głównych typów. Otoczyła kółkiem to nazwisko i wskoczyła do samochodu. Avery prowadziła, a Thompson wpisał wszystkie nazwiska do bazy danych w celu sprawdzenia. Jedna z dziewczyn nie zapłaciła mandatu za parkowanie. Mężczyzna z południowego Bostonu został aresztowany za pijaństwo i zakłócanie porządku publicznego rok wcześniej. Pozostałej dwójki nie notowano.
Gentry Villasco mieszkał na szerokiej ulicy w Somerville, w bardzo wąskim, dwukondygnacyjnym domu w stylu Tudorów pomalowanym na biało, z brązowymi wykończeniami i brązowym dachem. Liczne drzewa rzucały cień na podjazd. Przed zamkniętym garażem zaparkowano białą Hondę Civic.
Pomiędzy Avery a Thompsonem toczył się właśnie gorący spór.
– Mówię tylko, abyś spróbował sprawiać wrażenie zaangażowanego – westchnęła Avery.
– Ja jestem zaangażowany – odparł.
– Rozejrzyj się – rzekła. – Jeśli ja rozmawiam z podejrzanym, to obserwuj posesję, uśmiechaj się, udawaj, że coś notujesz. Cokolwiek. Tylko nie gap się tak po prostu w niebo.
– Jestem gliną dużo dłużej od ciebie.
– Czyżby? Trudno uwierzyć. Kiedy ostatnio dostałeś awans?
Thompson uszczypnął się w usta i próbował zmienić pozycję na niewielkiej przestrzeni siedzenia pasażera w BMW.
Gdy wysiedli z samochodu i podchodzili do frontowych drzwi, Avery szła nieco z przodu, z górującym nad nią Thompsonem, niczym ochroniarzem gotowym pożreć każdego, kto ośmieli się na jakikolwiek sprzeciw.
Rozległ się dzwonek.
Miły, skromny mężczyzna wyszedł, aby ich przywitać. Przypominał Avery mnicha lub jakąś świętą istotę. Opalony i łysiejący na czubku głowy, którą okalały po bokach krótko przycięte siwe włosy. Do tego małe, zmrużone oczy. Wszystko było w nim małe – broda, ręce i ramiona. Nosił brązowe spodnie i czarny sweter zarzucony na T-shirt, mimo, że na dworze było przynajmniej trzydzieści stopni.
– Ma odpowiednią budowę – pomyślała Avery. – Trochę niski, ale jeśli korzystał z przebrania, to być może założył też buty na obcasach.
– Witam – rzekł Villasco uroczym, najdelikatniejszym tonem, jaki można sobie wyobrazić. – Może państwo wejdą do środka?
Zaskoczona Avery zapytała:
– Wie pan, dlaczego przyjechaliśmy?
– Tak – kiwnął głową smutnie marszcząc brwi. – Chyba wiem.
Obrócił się i wszedł z powrotem do środka
– Panie Villasco, dokąd pan idzie? – zawołała Avery. – Panie Villasco, czy może pan… przepraszam bardzo, proszę pana? Muszę zobaczyć…
Wymieniła z Thompsonem spojrzenie.
– Dzwoń po posiłki – powiedziała i wyjęła broń.
Thompson wyciągnął swój pistolet.
– Jestem z tobą.
– Nie ma mowy – warknęła i wskazała na trawnik. – Dzwoń po posiłki. Poczekaj na resztę. Lepiej pracuję samodzielnie.
W domu było straszliwie zimno, prawdopodobnie chłód wnikał na skutek ustawień instalacji centralnego ogrzewania, ponieważ nie zauważyła żadnych klimatyzatorów. Zamknęła za sobą drzwi i weszła do środka.
Na końcu szaroniebieskiego korytarza widniały schody na piętro. Szary kot z zielonymi oczami obserwował ją ze stopnia. Skręciła w prawo i weszła do niewielkiego salonu. Na parapetach ustawiono mnóstwo roślin, inne zwisały z sufitu.
Serce waliło jej bardzo prędko.
Nisko trzymała broń.
– Panie Villasco? – zawołała. – Gdzie pan jest?
– Wgabinecie – odparł.
Powoli skierowała się do niewielkiego korytarza z tyłu salonu. Po każdym kroku odwracała się, sprawdzając, czy ktoś za nią nie idzie. Postrzelono ją tylko raz w życiu. Dostała dwie kule: jedną w nogę, drugą w ramię.
Gentry Villasco siedział za olbrzymim mahoniowym biurkiem po prawej stronie. Na jednym brzegu blatu stała zielona lampa, na drugim stos papierów. Ukrył dłonie na kolanach. Po lewej stronie, pod oknem stała mała, zielona kanapa.
– Proszę pana – rzekła. – Proszę mi pokazać ręce.
– Tak ciężko pracujesz – westchnął. – Przez całe życie.
– Proszę pana. Naprawdę muszę zobaczyć pana ręce.
– A to wszystko dla rodziny. Wiesz przecież, prawda? Robiłem to dla rodziny.
– Proszę – pana ręce.
– Tak będzie chyba dobrze? – pokiwał głową. – Ja już się nażyłem. Po co w ogóle mam tu jeszcze być? Żona zmarła na raka dwa lata temu. Wiedziała pani? Okropna choroba.
Avery posuwała się powoli w stronę biurka.
– Pana ręce!
– Te dziewczyny – rzekł. – Wiem, wiem. Straszna tragedia. Naprawdę. Ale kim my jesteśmy, aby ferować wyroki? Każdy zasługuje na to, żeby istnieć.
Szybko podniósł broń z kolan i lufę umieścił pod brodą. Sześciostrzałowiec miał przynajmniej pięćdziesiąt lat. Srebrny, z białą rękojeścią, taki, który można kupić na pchlim targu lub w antykwariacie.
Avery podniosła dłoń.
– Niech pan tego nie robi – krzyknęła.
Villasco wystrzelił.
Rozdział trzydziesty czwarty
– Nie!
Strzał rozległ się echem w pokoju. Gwałtownie szarpnął jego głową, z tyłu wytrysnął strumień krwi, rozpryskując się na ścianie za nim.
– Cholera – wyszeptała Avery.
Thompson biegł z bronią wymierzoną do strzału.
– Co jest, kurwa?! – krzyknął. – Ja pierdolę!
Avery odwróciła się do niego.
– Wezwałeś posiłki?
– Wszyscy już jadą.
Avery stała, wlepiając wzrok w martwego człowieka, niecały metr przed nią, który przed chwilą jeszcze żył. Serce rozpadło jej się na milion kawałków.
* * *
Z samochodu przyniesiono rękawiczki i torby. Thompson dostał zestaw i miał sprawdzić otoczenie. Avery – parter.
Podłogi salonu wyłożono szarą wykładziną, a ściany pomalowano na złamany odcień bieli. Oprócz salonu i biura Villasco po drugiej stronie schodów znajdowała się kuchnia. Szafki wykonano z ciemnego drewna. Blaty miały kolor granatowy, a podłogi wyłożono białymi kaflami.
Niewielkie drzwi prowadziły do obsianego trawą podwórka okolonego drewnianym płotem. Wzdłuż niego kwitły kwiaty różnych gatunków, stał ciemnoszary komplet wypoczynkowy dla gości.
W tylnej części domu, za stopniami, Avery znalazła drzwi do piwnicy. Skrzypiące drewniane schody prowadziły do najzwyklejszego pomieszczenia z cementową podłogą, schludnymi drewnianymi regałami wzdłuż ścian oraz miejscami do przechowywania. Otworzyła plastikowy kontener i znalazła zimową odzież.
Na parterze wpadła na Thompsona.
– Na zewnątrz nie ma nic – powiedział. – Garaż jest pełen konewek i narzędzi ogrodniczych.
Razem weszli na pierwsze piętro.
Avery szła przodem, nisko trzymając broń. Kot, którego widziała wcześniej, przebiegł przez schody i zniknął. Przyłożyła dwa palce do oczu, a potem wskazała nimi w lewo. Thompson pokiwał głową, skręcił w lewo przy schodach i poszedł dalej korytarzem. Avery weszła do pokoju z kotem. Niewielki pokój dla gości pomalowano na kolor szarozielony. Na drewnianej podłodze stały trzy kuwety. Dwa koty siedziały na łóżku – tłusty, szary, którego zobaczyła wcześniej i biały kociak. Jedyna szafa mieściła zjedzone przez mole, kobiece ubrania.
Przeszła wokół poręczy w kierunku, w którym udał się Thompson. W sypialni głównej znajdowało się ogromne łóżko. Ściany obwieszono wieloma lustrami. Na podłodze leżała biała wykładzina. Otworzyła kilka lustrzanych drzwi i znalazła ubrania i buty.
– Hej, Black – usłyszała – chodź tu.
Ostatni pokój bardziej przypominał garderobę z krótkimi schodami prowadzącymi na strych. Thompson się w nim nie mieścił. Zamiast tego usiadł na stopniach i wyciągnął coś z góry podając Avery do obejrzenia.
– Tam na górze są jeszcze dwa inne – powiedział.
Avery złapała puchatą figurkę.
Był to kot, czarny kot, którego wypchano i osadzono na drewnianym postumencie. Na drewnie nie zamieszczono żadnego napisu.
– Czy jest tam jeszcze dachowiec? – zapytała.
– Skąd wiedziałaś?
Thompson podał jej kolejne wypchane zwierzę. Mniejszego, rudego kota o czarnych pręgach i ciemnych oczach. Oddała go z powrotem.
– Włóż od torebki trochę tych włosów – powiedziała.
– Tylko z tego?
– Tak. Technicy znaleźli włosy tego pręgowanego na pierwszych dwóch ciałach.
W oddali usłyszeli syreny policyjne. Gdy się przybliżyły, Avery zeszła na dół i wyszła przez frontowe drzwi.
Powinna czuć się przeszczęśliwa lub odczuwać ulgę.
Zamiast tego Avery czuła pustkę i niepokój. Elementy układanki krążyły jej po głowie, niepołączone: trasy pokonywane przez samochód zabójcy kierowały się z Bostonu zawsze na północ i na zachód.
– On mieszka na północny-zachód od Bostonu – pomyślała. – Wprawdzie pasuje. Ale nie wyjaśnia dlaczego niebieski minivan jechał jeszcze dalej na zachód od Cambridge.
– Drugi dom – pomyślała. – On musi mieć drugi dom. Tam trzyma minivana. Wszystko inne pasuje. Hoduje kwiaty. W domu mieszkały koty.
Avery wiedziała, że jeśli włosy pręgowanego kocura będą odpowiadać próbkom, które Randy znalazła na zwłokach, i jeśli niektóre z tych roślin miały właściwości psychotropowe, sprawa będzie zamknięta.
Thompson pojawił się tuż za nią.
Spojrzała przez ramię.
– Zobacz, co można znaleźć w biurze – powiedziała. – Postaraj się nie ruszyć ciała. Musimy znaleźć drugi dom. Musimy znaleźć granatowego minivana. Szukaj rachunków za wynajem, adresu powiązanego z hipoteką, formularzy ubezpieczenia samochodu, takich rzeczy.
– Robi się.
W głowie dźwięczały jej ostatnie słowa Villasco.
Zrobiłem to dla rodziny.
Ale kim my jesteśmy, aby ferować wyroki?
Każdy zasługuje na to, aby żyć.
* * *
Avery patrzyła, jak radiowozy z Somerville i Bostonu pędzą ulicą z wyjącymi syrenami, parkują, gdzie chcą, a policjanci wypadają z pojazdów z wyciągniętą bronią.
Wśród nich Connelly.
W jego spojrzeniu nie było widać ani typowego gniewu, którym żywił rutynowo wobec niej, ani niepewności, ani braku zaufania. Na twarzy rysowało mu się zdumienie, poczucie braku wiary, że to, co widzi, może stanowić prawdę: że ta kobieta – skompromitowana osoba publiczna, która przekwalifikowała się na policjantkę, dokonała tego ponownie, doprowadziła do końca kolejną sprawę i do tego pozostawiając w tyle wszystkich pozostałych policjantów niczym maratończyk stado ślimaków.
– Co my tu mamy? – zapytał.
Policja z Somerville zaczęła otaczać dom i wchodzić do środka.
Całe to miejsce zaczęło przeistaczać się w sen. Avery ledwie widziała Connelly’ego czy innych. Znalazła się dużo dalej, w zaciszu swojego umysłu. Puzzle nie ułożyły się w całość, a fakty, którymi dysponowała, były zbyt słabe, aby na nich bazować, może z wyjątkiem własnej intuicji oraz ostatnich słów Gentry’ego Villasco. Zrobiłem to dla rodziny. Ale kim my jesteśmy, aby ferować wyroki? Każdy zasługuje na to, aby żyć.
– Czy Gentry mógł porywać te wszystkie kobiety? – zastanawiała się Avery. – Sprawiał wrażenie uroczego człowieka, bez mała nieszczęśliwego, jakby został przywiązany liną do czegoś, czego nie był w stanie kontrolować.
– Avery. Wszystko w porządku? Odezwij się do mnie – nagabywał ją Connelly.
– On jest w środku – powiedziała. – Gentry Villasco. Martwy. Zastrzelił się. Powiedział coś w stylu, że zrobił to dla rodziny. Thompson szuka tropów w dokumentach, które mogłyby doprowadzić do minivana lub innego domu.
– Czy to jest nasz gość? Avery?
Każdy zasługuje na to, aby żyć.
– Muszę zadzwonić – stwierdziła.
Avery wyszła na ulicę i wybrała numer Tima McGonagle’a. Jego telefon od razu włączył automatyczną sekretarkę. Zostawiła wiadomość.
– Proszę pana – powiedziała – mówi Avery Black. Muszę się dowiedzieć, czy Gentry Villasco posiada jakąś rodzinę, która może pracować z panem w biurze, kuzyna czy siostrzeńca lub bratanka – kogokolwiek. To bardzo ważne. Proszę do mnie jak najszybciej oddzwonić.
Rozłożyła i przejrzała wykaz osób sporządzony wcześniej, wszystkich osób, które podlegały Villasco. Nazwisko Edwin Pesh było otoczone kółkiem.
– Nie możesz tak po prostu opuścić miejsca zbrodni – powiedziała sobie. – To jest twoje miejsce zbrodni. Connelly nigdy by ci nie wybaczył. O’Malley nigdy by ci nie wybaczył. Musisz pchać to dalej. Zebrać zeznania, przeprowadzić szczegółowe oględziny domu.
Cierpliwość nigdy nie należała do mocnych stron Avery. Chociaż zachowując zewnętrzny spokój i utrzymując sarkastyczne nastawienie, była w stanie zwodzić ludzi latami i dawać im złudne poczucie bezpieczeństwa, wnętrze Avery funkcjonowało w istocie niczym maszyna, która nigdy się nie zatrzymuje.
– Jeśli Villasco jest twoim zabójcą, on już nie żyje – dyskutowała sama ze sobą. – Nic więcej nie możesz już zrobić. Dom jest pod obserwacją i trwa jego przeszukiwanie.
– Nie możesz odejść – krzyczała w myślach.
Avery odwróciła się w kierunku budynku. Nie było śladu ani Thompsona, ani Connelly’ego. Kilku policjantów z Somerville rozmawiało między sobą. Na miejsce zbrodni zaczęły podkradać się dzieci z dalszej części ulicy, jak również rodzice z pobliskich domów.
– Idź – pomyślała i pobiegła do swojego samochodu.
Nikt jej nie zatrzymywał.
Edwin Pesh mieszkał w Watertown pod adresem, od którego dzieliło ją trzydzieści minut jazdy z domu Villasco z Somerville.
– Krótki wyjazd – powiedziała sobie. – Jeśli nie zobaczysz niczego niezwykłego, zawrócisz i zaraz będziesz z powrotem. Powiesz, że wyjechałaś po kawę, że ci się zrobiło niedobrze.
Avery nie spieszyła się. Zwalniała przy znakach stopu, jechała z prędkością poniżej ograniczenia.
– Nie ma powodu do pośpiechu – pomyślała.
Mniej więcej w połowie drogi wyobraziła sobie Rose, rozpaczającą po ich lunchu i pogrążoną w smutku przez cały weekend.
– Musisz jakoś wyprostować sytuację z córką – rozmyślała. – Bez względu na to, co się tu wydarzy, ona jest twoją córką, ale już nie płaczącym, defekującym i siusiającym tłumoczkiem. Teraz jest kobietą, prawdziwą osobą, która potrzebuje matki.
Wybrała jej numer.
Włączyła się automatyczna sekretarka.
– Dobrze, jestem idiotką – powiedziała Avery. – Rose, tu mama. Boże, nawet nie zasługuję na to, aby tak się nazywać, prawda? Wiem, że mnie nie było, gdy mnie potrzebowałaś. Że nigdy nie zachowałam się adekwatnie do tego, czego ty ode mnie oczekiwałaś. Okropna ze mnie matka. To prawda, wiem. Ale byłam młoda i głupia, a posiadanie dzieci jest trudne. To nie jest żadna wymówka – poprawiła się natychmiast. – To moja wina. Jack był świetny, naprawdę świetny, zwłaszcza w relacjach z tobą. Daj mi jeszcze jedną szansę, Rose. Jestem załamana sytuacją między nami. Proszę. Tylko jedną szansę. Obiecuję, że naprawię to, co zepsułam w przeszłości. Być może już mnie nie zaakceptujesz mnie jako matki, ale chciałabym przynajmniej spróbować.
Automatyczna sekretarka ją rozłączyła.
– Cholera – szepnęła Avery.
Już miała ponownie wybrać numer, ale wjechała do Watertown. Nie znała tej okolicy tak dobrze, jak Cambridge albo Bostonu. Na światłach wpisała adres Edwina Pesha i patrzyła na czerwoną kropkę pulsującą na ekranie.
Pięć minut drogi.
Dwie.
Dom Edwina Pesha był w opłakanym stanie. Szara farba łuszczyła się na elewacji z drewnianych paneli. Niebieska okiennica wisiała na jednym zawiasie, a na dachu piętrzyły się liście i gałęzie. W przeciwieństwie do innych domów na ulicy, posesja gęsto obrośnięta drzewami pogrążyła się w ponurym cieniu. Trawnika nie koszono od miesięcy, a kwiaty były zmarniałe lub zwiędnięte.
Na podjeździe zaparkowano granatowego minivana.
– To tutaj – pomyślała. – To ten dom.
Wszystko powróciło: rozmowy z Randallem, drogi z Lederman Park i Cambridge, porwanie Cindy Jenkins oraz zabójca, gdy skłonił się i wykręcił piruet, a potem wsiadł do wozu i odjechał.
Prowadziła samochód powoli przemieszczając się ulicą. Na skrzyżowaniu skręciła i zaparkowała. Do tylnej kieszeni wsadziła dodatkową amunicję. Do pasa przypięła mocną, przenośną latarkę. Walkie-talkie zostawiła na siedzeniu samochodu.
– Nie wchodź tam sama – pomyślała. – Wezwij posiłki.
– A jeśli on trzyma tam kolejną ofiarę? – zastanawiała się. – Teraz, będzie efekt zaskoczenia. Nie rób sceny. Właź sama. Cisza. Szybko.
– Potrzebujesz pomocy! – walczyła z własnymi myślami.
Przez sekundę zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Connelly’ego lub Thompsona lub nawet Finleya.
– Nie – przekonywała samą siebie – do nich nie. Dlaczego? – zastanawiała się. – Nie ufasz ani Connelly’emu ani Thompsonowi, a Finley to tykająca bomba.
W myśli wkradł się jej jakiś głos, jeden z mówców w trakcie ceremonii rozdania dyplomów w akademii policyjnej, kobieta, powiedziała:
– Każdy potrzebuje pomocy. Policjant nie jest sam. Jest członkiem zespołu. Na nim właśnie ma polegać.
Przez lata pozostawiono ją samą sobie. Gdy jej świat się załamał, nie miała żadnego przyjaciela. W pierwszych latach służby prawie każdy był jej wrogiem. Ku swemu zaskoczeniu ostatnio w pamięci zapisała się jej jedna osoba: Ramirez. Od początku zachowywał wobec niej szczerość, akceptował ją, był prawdziwym partnerem w każdym wymiarze tego słowa.
– On jest ranny – pomyślała. – Wyłączony ze służby. Unieruchomiony.
Wybrała jego numer.
Ramirez odebrał po pierwszym dzwonku.
– Gdzie cię nosiło, Black? – powiedział. – Słyszałem, że O’Malley zdjął cię ze sprawy. Co tam się, kurczę, zadziało?
– A gdzie ty jesteś? – odparła.
– W domu. Wypuścili mnie ze szpitala. Nie wolno mi na razie podnosić niczego ciężkiego. Nudzę się tak, że chyba zwariuję. Proszę, powiedz mi chociaż, że jesteś gdzieś w okolicy.
– Znalazłam zabójcę – powiedziała. – Nazywa się Edwin Pesh. Mieszka w Watertown. Stoję przed jego domem.
– Rany!.
– Jak szybko jesteś tu w stanie dotrzeć?
– Zadzwoniłaś po posiłki?
– Zadzwoniłam do ciebie – powiedziała.
– Dobra – wymamrotał i pomyślał. – W porządku.
– Zapisz sobie adres – powiedziała i przekazała mu szczegóły.
– Będę za dwadzieścia minut – odpowiedział. – A może nawet wcześniej, jeśli zignoruję wszystkie światła. Nie wchodź tam beze mnie, jasne?
Rozłączyła się.
Niczym kolejny spacerowicz w upojne, niedzielne popołudnie, Avery zamknęła drzwi samochodu i poszła uliczką.
Serce waliło jej jak młot.
Przy domu przykucnęła i przebiegła podjazd.
Ręką dotknęła tyłu minivana i zerknęła na bok domu. Światła były zgaszone. Przez okna na parterze i na pierwszym piętrze dało się zobaczyć nieco wnętrza. Okna piwnicy zamalowano na czarno.
Przeciągnęła palcami po tablicy rejestracyjnej i natychmiast wyczuła na krawędziach bardzo lepką substancję.
– Minivan – pomyślała. – Fałszywa tablica, przyklejona. Rodzina. Villasco mówił o rodzinie. Nad nią górował ciemny dom. W jednym z okien dostrzegła szarego kota.
Prawdopodobna poszlaka.
Avery wyciągnęła broń.
Rozdział trzydziesty piąty
Nie był to łatwy weekend dla Edwina Pesha. Wszechduch nie chciał dać mu spokoju. W niedzielę wieczorem Edwin nie był w stanie zasnąć; głosy w głowie nieustannie żądały więcej, więcej, a wszystkie obowiązki, które nadal musiał wykonywać samodzielnie, zaczęły dawać o sobie znać.
Pokonany i zmęczony siedział w jednym z pokoi na pierwszym piętrze, otoczony przez koty. Koty we wszystkich kształtach i rozmiarach mruczały i wpychały mu się na kolana. Tylko w tym jednym pomieszczeniu tłoczyło się ich chyba z dziesięć. Niektóre wyglądały przez okno. Inne spały w kątach lub na pojedynczym łóżku, albo jadły coś z misek rozstawionych na drewnianych podłogach.
Wanda Voles… nazwisko Wanda Voles było ciągle wspominane przez Wszechducha by przypominać Edwinowi, co ma robić.
– Zbieraj się – pomyślał. – Zajmij się kotami, wyprowadź psy, a potem wracaj do Bentley po Wandę Voles.
– Nie! – krzyczało mu w głowie.
– Tak! – odkrzykiwał.
Z dołu dobiegło szczeknięcie, a potem wielokrotne ujadanie.
Zaalarmowany Edwin wstał i wyjrzał przez okno.
Ogródek z tyłu był pusty.
Z boku domu ktoś kucał przy minivanie.
– Policja – pomyślał.
Pierwszy moment lęku prześlizgnął się przez jego myśli i Edwin przygotował się, aby przeistoczyć się w instrument w ręku Wszechducha, żywe ciało zamieszkałe przez bóstwo.
Zamknął oczy, wziął głęboki wdech, szeroko rozpostarł ramiona, przycisnął dłoń do dłoni nad głową. Prosty przysiad, trzy powtórzenia. Potem otworzył oczy, oświetlony wewnętrznym ogniem.
W głowie wyobrażał sobie, jak Wszechduch przejmuje nad nim kontrolę – jego ciało wypełniała niebiańska istota, ściskając mu ręce w pięści, kierując jego myślami i czynami.
– Przyjmuję cię całym sercem – przysiągł.
Edwina nigdy nie przekonywały tradycyjne ćwiczenia. Zamiast tego wykonywał serie podskoków, obrotów i napinania muskułów, które mentalnie nakazywał mu Wszechduch, aby przygotować go do polowań oraz na wypadek ataku z zewnątrz.
Po latach praktyki w swoim domu, a teraz napełniony Wszechduchem, Edwin miał pewność, że pokona każdego wroga.
– Oni zagrażają naszej sprawie – ubolewał Wszechduch w umyśle Edwina. – Nie możemy im pozwolić na zniweczenie naszych planów. Idź, mój sokoliku. Idź … i poluj.
* * *
Z wnętrza domu dobiegało szczekanie psów. Przynajmniej dwóch lub trzech. Jeden był olbrzymim pitbullem, który raz po raz pojawiał się w oknie na parterze.
– Cholera – pomyślała. – Zmykaj.
Avery, na nisko ugiętych kolanach, przebiegła na tylne podwórko.
Psy podążały za nią, ujadając.
Drzwi do piwnicy pomalowano na niebiesko. Próbowała je otworzyć. Zamknięte. Był też ganek i tylne wejście. Weszła na górę i zerknęła do środka. Natychmiast pojawił się pysk pitbulla. Szczekanie brzmiało złowieszczo. Zobaczyła jeszcze dwa inne psy, ale malutkie: mopsa i coś, co wyglądało jak miniaturowy pudel. Zauważyła również mnóstwo kotów.
Tylne drzwi były zamknięte.
Pistoletem uderzyła w jedną z szyb w pobliżu zamka.
Szkło rozprysnęło się.
Pysk pitbulla natychmiast kłapnął zębami w otworze. Avery wstała i prześledziła ruchy wszystkich trzech psów. Gdy żadnego nie było na drodze, sięgnęła do środka i otworzyła drzwi.
Kucnęła bardzo blisko ziemi. Jej plecy chroniły teraz drewniane drzwi, Avery sięgnęła jedną ręką do klamki. W drugiej trzymała broń. Słuchała, aby wybrać najlepszy moment: pitbull szczeknął i dał susa, przez chwilę stawał na podłodze, a potem powtarzał manewr.
Gdy szykował się do skoku, Avery otworzyła drzwi.
Zwierzę wypadło na zewnątrz. Delikatnie popchnięty stopą pitbull sturlał się w dół po stopniach. Pozostałe dwa psy wybiegły i szukały stabilnego podłoża, aby dosięgnąć Avery. Ona natomiast przytrzymała klamkę, obrotem weszła do środka i zamknęła drzwi.
Ujadanie nie ustawało, ale przestało jej przeszkadzać.
Była w środku.
O jej nogi, mrucząc, otarł się jakiś kot.
Znajdowała się tuż obok kuchni. Po lewej była niewielka przestrzeń jadalna, a naprzeciw salon i jeszcze dwa koty. Na parapetach kuchennych stało kilka roślin. Sprawiały wrażenie najprostszych w uprawie: kaktus i stopłat.
Trzymając nisko broń Avery przeszła przez dom.
– Uważaj – myślała. – On musi wiedzieć, że tu jesteś
– Edwin Pesh! – krzyknęła. – Policja. Wystaw ręce i pokaż się. Na zewnątrz jest dwóch policjantów – skłamała. – Nadciągają posiłki. Za kilka minut cała ulica zaroi się od policji. Pesh!
Schody za rogiem prowadziły na pierwsze piętro. Stopnie okupowało jeszcze więcej kotów.
Avery szła krok za krokiem po wyłożonych wykładziną schodach, uniesiony pistolet kierowała wprost przed siebie tam, gdzie zakręcała poręcz. Koty wchodziły jej pod nogi. Delikatnie odsuwała je na bok.
Pierwsze piętro było puste, ale znalazła tam jeszcze więcej kotów. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy. Żadne fotografie. Jedyne dwie spartańskie sypialnie wypełniały w całości koty. Drzwi wszystkich szaf były otwarte. Zajrzała pod łóżka i w każdy kąt. Ani śladu Edwina Pesha.
Drzwi do piwnicy znajdowały się w kuchni.
Obok drzwi wisiał telefon.
Avery podniosła słuchawkę i wybrała numer 911.
– Tu numer alarmowy – odezwał się kobiecy głos. – W czym mogę pomóc?
– Nazywam się Avery Black. Z wydziału A1 Policji w Bostonie – odpowiedziała i podała numer swojej odznaki. – Jestem w domu potencjalnego seryjnego mordercy i potrzebuję wsparcia.
– Dziękuję za telefon, proszę pani. Czy może pani …
Avery zostawiła dyndającą słuchawkę.
W piwnicy panował mrok. Przekręcenie wyłącznika oświetliło kolejne drzwi u podnóża schodów. Zeszła. Ściany wyłożono surowym drewnem.
U podnóża schodów otworzyła następne drzwi.
Kolejny korytarz ciągnął się prostopadle do schodów. Z drewnianego sufitu zwisało więcej słabych żarówek oświetlających przestrzeń. Avery odwróciła się w lewo i musiała wykonać jeszcze jeden szybki skręt w lewo, wchodząc w dużo dłuższy korytarz.
Każdy centymetr kwadratowy ścian długiego przejścia pokrywały zdjęcia, setki zdjęć. W orientacji poziomej. Podążając wzrokiem przez poszczególne rzędy, można było zobaczyć historię określonej istoty. Jeden kadr przedstawiał czarnego kota, siedzącego na gzymsie. Kolejny – kota najwyraźniej już martwego na ziemi. Na następnym kot był częściowo otwarty, z pokazaniem wnętrzności. Następne fotografie przedstawiały kota w kolejnych stadiach wypchania.
W ścianach po obu stronach znajdowały się drzwi.
– To wygląda jak labirynt – pomyślała.
– Edwin Pesh! – krzyknęła. – Policja. Pokaż się! Wystaw ręce tak, żebym mogła je zobaczyć i wyjdź na korytarz.
Nasłuchiwała odpowiedzi.
Nic, tylko szczekanie psów w oddali oraz ruch rudego kota, który zszedł z nią do piwnicy.
Pierwsze drzwi po lewej stronie były otwarte. Pomieszczenie wypełniał mrok. Avery włączyła latarkę i trzymała ją w jednej linii z wylotem lufy pistoletu. Obrotem weszła do środka. Wzdłuż tylnej ściany widać było słoiki z wielobarwnymi substancjami. Po lewej stronie stał metalowy stół lekarski, sprzęt medyczny oraz płyn i narzędzia do balsamowania.
Jasna cholera!
Kot otarł się jej o nogę.
Zaskoczona dotykiem Avery skierowała broń w dół i prawie wypaliła.
– Jezu – wyszeptała.
Przez chwilę trzymała zamknięte oczy.
Podłoga za nią zaskrzypiała. W ciągu sekundy, podczas której się podnosiła i obróciła, poczuła ukłucie z tyłu i usłyszała, że ktoś biegnie korytarzem.
Cholera!!
Ogarnęły ją zawroty głowy.
– Tak nie może być – zmagała się z sobą. – W tym stanie nie jestem w stanie się wydostać.
Pobudzona myślą, że być może pozostało jej tylko kilka chwil do momentu, gdy mikstura zacznie działać, Avery wydała przytłumiony, prawie niesłyszalny krzyk i potykając się, przesuwała się korytarzem. Po drodze obijała się o ściany. Zdjęcia obrywały się i rozbijały o podłogę.
Każde drzwi, na które trafiła, były otwarte. Latarka przesuwała się od ściany do ściany.
Wypaliła na ślepo.
Obrazy zlewały jej się w senny majak: pokój, który bardziej przypominał celę z kratami i słomą na podłodze. Inny pokój pełen wypchanych psów i kotów.
Gdy sięgnęła do ostatnich drzwi osunęła się na kolana.
Latarka wypadła jej z ręki.
Przekręciła gałkę i otworzyła je pchnięciem.
Gdzieś na krawędzi snopu światła latarki, zobaczyła postać Edwina Pesha.
Avery upadła na brzuch. Przed sobą trzymała broń gotową do wystrzału. Nagle Edwin, lekki jak piórko, przeskoczył z jednego końca pomieszczenia w drugi, i skakał tak raz po raz, błyskawicznymi, kocimi susami, przez co trudno było w niego wymierzyć.
Zamroczona. Umysł Avery był zamroczony. Szybko traciła przytomność. Pistolet stawał się ciężki, zbyt ciężki, by go skutecznie utrzymać. Opuściła go na ziemię. Policzkiem dotykała zimnej podłogi, ale cały czas obserwowała Edwina Pesha.
Edwin kucnął przy ziemi, jego oświetlone światłem latarki oczy wydawały się żółte.
Avery poczuła, że traci przytomność.
Edwin wyprostował się na pełną wysokość i zbliżył się do niej.
– Ciiiiii – wyszeptał.
– Tak nie może być – pomyślała Avery.
Wielkim wysiłkiem, opierając nadgarstek na ziemi, Avery uniosła wylot lufy pistoletu, wymierzyła w krocze Edwina i wypaliła trzy razy. Bam! Bam! Bam!
Broń wypadła jej z ręki.
Stopy Edwina były tuż przed nią. Zobaczyła, że uginają się pod nim nogi. Nagle upadł i osunął się na bok.
Edwin leżał wygięty obok niej. Zaledwie centymetry dzieliły jego twarz od jej twarzy. Oboje spoczywali na boku, każde w bezruchu, każde na skraju śmierci, wpatrując się w siebie.
Miał oczy utkwione w jej oczach. W sennej mgle narkotyku, który krążył w żyłach zatruwając jej organizm, jego oczy sprawiały wrażenie niewiarygodnie dużych, szeroko otwartych plam ciemności. Uśmiech wykrzywiał mu usta.
– Więcej – wyszeptał. – Więcej.
Nie wydał już z siebie żadnego innego dźwięku, niczym nie poruszył. Usta zastygły w dziwacznym grymasie, a oczy, całkowicie otwarte, wwiercały się w jej duszę.
W głowie słyszała tylko:
– Więcej. WIĘCEJ!
Przez korytarze przetoczył się męski głos.
– Avery!?
Ręka dotknęła jej szyi, sprawdziła puls. Ktoś zaklął i przemówił dziwnym, ledwie rozpoznawalnym głosem:
– Mów do mnie, Black. Słyszysz mnie? Postaraj się nie odpłynąć. Pomoc jest w drodze.
Ale ona czuła, że słabnie.
Jego głos zabrzmiał ponownie, tym razem z nutą paniki.
– Cholera, Black, nie umieraj, nie zostawiaj mnie teraz!
Rozdział trzydziesty szósty
Avery zbudziła się na szpitalnym łóżku, odurzona, z bardzo suchym i obolałym gardłem. Bolało ją całe ciało, jakby ktoś wypompował z niej krew i napełnił ją jakąś ciężką, toksyczną cieczą. Ramię miała podpięte do kroplówki. Od czasu do czasu, gdzieś poza jej polem widzenia, piszczał aparat monitorujący akcję serca.
Balony i kwiaty wypełniały pokój.
Na krześle obok niej, skulony we śnie, siedział Ramirez. Był tak wypoczęty i doskonale ubrany, jak pierwszego dnia, gdy się poznali. Miał na sobie błyszczący, niebieski garnitur, biała koszula stanowiła idealne tło dla jego opalenizny i zaczesanych do tyłu, czarnych włosów.
Weszła pielęgniarka.
– Zbudziła się pani – zauważyła zdumiona.
Avery otworzyła usta.
– Proszę jeszcze nie próbować mówić – powiedziała pielęgniarka. – Zawołam lekarza. Musi pani być głodna. Zobaczymy, co mi się uda skombinować.
Ramirez obudził się, wyprostował i ziewnął.
– Black – uśmiechnął się. – Witam z powrotem w świecie żywych.
Avery pełnym bólu, ochrypniętym głosem wyszeptała pytanie.
– Jak?
– Trzy dni – powiedział. – Byłaś przez trzy dni nieprzytomna. O rany! Uwierz mi, niezły mieliśmy burdel. Jesteś w szpitalu ogólnym w Watertown. W porządku? Chcesz jeszcze pospać? Czy wolisz ze mną pogadać?
Avery nigdy jeszcze nie czuła się tak bezbronna. Leżała w szpitalnym łóżku, prawie nie mogąc się poruszyć i ledwie była w stanie mówić.
Skinęła głową i zamknęła oczy.
– Mów.
– Cóż, szurnięty z ciebie świr, Avery Black. Dobrze, że jednak ktoś wlał ci na tyle oleju do głowy, że zadzwoniłaś do mnie i na 911, gdy byłaś w domu. Jeślibyś jeszcze trochę poczekała, chyba już by cię tu nie było. Ale o tym może kiedy indziej?
– Dopadłaś go – powiedział.
I znów się uśmiechnął.
– Trzy strzały, każdy trafiony. Jeden w krocze, jeden w serce i ostatni w twarz. On nie żyje. Nie skrzywdzi już żadnej dziewczyny.
– Masz szczęście, że żyjesz. – gwizdnął. – Wiesz to tym? Wpompował w ciebie prawdziwe paskudztwo. Paraliżuje ciało prawie na sześć godzin i powoli pochłania to, co masz w środku, powodując śmierć. Lekarze nigdy nie widzieli czegoś podobnego, ale byli w stanie skomponować antidotum na podstawie zawartości strzykawki, którą wykorzystał. Ale i tak sytuacja była, przez jakiś czas, niepewna.
Zerknęła na kwiaty i balony.
– Odwiedziło cię mnóstwo osób – dodał. – Przyszedł kapitan, Connelly. Nawet Finley. Nie było to dla nich nic wielkiego, naprawdę. Wszyscy pojechali za mną do domu.
Obrzuciła go spojrzeniem.
Uśmiechnął się wymuszonym uśmiechem.
– Możesz sobie być wariatką – rzekł. – Ale ja nie jestem wariatem. Zadzwoniłem do Connelly’ego w sekundę po tym, jak się rozłączyłaś. Ja potrzebowałem wsparcia!
Avery posłała mu głębokie, zaciekawione spojrzenie. Jego ciemne, brązowe oczy, zwykle wesołe i ciekawe świata, spotykając się z jej oczami, wyrażały ciepło i troskę, jakby chciały przekazać jej więcej.
– Ty? – spytała.
Na twarz wypłynął mu ceglasty rumieniec.
– Cóż – wymamrotał i trudno mu było skończyć myśl. – Jestem tu jakiś czas, to prawda. Chciałem mieć pewność, że z moim partnerem wszystko gra. Poza tym – wzruszył ramionami – nadal muszę leczyć swoją ranę, prawda? Zatem pomyślałem sobie, że mogę robić to tutaj. W swoim mieszkaniu czasem czuję się samotny, wiesz? Poza tym, cieszę się, że z tobą jest dobrze – powiedział i miał kłopot, by spojrzeć jej w oczy. – Zostawię cię teraz. Lekarz mówi, że masz odpoczywać.
– Nie – wyszeptała.
Nieśmiało wyciągnęła rękę.
Ramirez objął jej palce i mocno je uścisnął.
Rozdział trzydziesty siódmy
Gdy już wyszło na jaw, że Avery żyje i ma się dobrze, lista odwiedzających się wydłużyła. Po południu wpadł Finley z kapitanem O’Malleyem i Connellym, który czekał przy drzwiach z nisko zwieszoną głową.
– Walnięty świr – skwitował O’Malley. – Miał dosłownie cały ogród w tej swojej piwnicy, po drugiej stronie “gabinetu zabiegowego”. Facet hodował wszystkie możliwe rośliny halucynogenne, jakie można sobie wyobrazić. Miał też kilku dostawców, ale my już im pozamykamy te ścieżki dostawy. Świetna robota, Avery.
– Dowiedzieliśmy się też czegoś o ciałach – wtrącił się Connelly. – Gość mógł być czcicielem “Trzech gracji” z mitologii rzymskiej, towarzyszących bogini Wenus: trzech młodych dziewczyn, wielbicielek piękna. Wydaje nam się, że być może dlatego chciał, aby po śmierci wyglądały jak żywe. W domu miał stos rysunków.
Finley dotykał prezentów zgromadzonych na parapecie okiennym.
– Do licha – powiedział – burmistrz wysłał ci kwiaty?! Nigdy nie dostałem niczego od burmistrza. Założę się, że gdybyś zadzwoniła do mnie po wsparcie, burmistrz też wysłałby mi kwiaty. Pieprzony Ramirez – wyrzucił z siebie. – To ja byłem twoim partnerem. Ja.
O’Malley zrobił minę do Avery.
– Jak będziesz gotowa, porozmawiamy o łamaniu przez ciebie protokołu – rzekł. – Teraz odpoczywaj i wracaj do zdrowia.
* * *
Nieco później, w ten sam wieczór Avery odwiedziła Randy Johnson. Ponętna, drobna pani technik kryminalistyki napuszyła włosy w dzikie afro. Miała na sobie czerwoną sukienkę w kropki, przyniosła kwiaty i gazetę. Avery właśnie skończyła kolację i była tym wyczerpana.
– Cześć kochana! – powiedziała Randy. – Słyszałam, że już wstajesz.
Avery próbowała się uśmiechnąć.
– Nic nie mów. Nic nie mów. – nalegała Randy. – Wiem, że i tak miałaś pracowity dzień. Przyszłam tylko, żeby sprawdzić, czy moja koleżanka żyje i ma się dobrze. – Oczy jej się rozszerzyły – I poplotkować!
Usiadła obok niej.
– Po pierwsze, wydaje mi się, że Dylan Connelly zdecydowanie się w tobie podkochuje. Bez ściemy. Przyszedł parę razy sprawdzić, co w sprawie i dwa razy o ciebie pytał. Pierwszy raz mniej więcej tak: “Hej, byłaś już odwiedzić Black?”. Że niby nic. A drugi raz dzisiaj. Spytał: “I co tam u Black?”. Wydaje mi się, że ten facet nigdy nie zadał mi żadnego pytania, które nie dotyczyłoby jakieś sprawy. No i!? To sobie przygruchałaś chłoptasia, jeśli tylko go chcesz, oczywiście.
Twarz Avery zmarszczył wyraz dezaprobaty.
– Taaa, on raczej nie jest dla ciebie – powiedziała Randy. – Ale Ramirez? To facet marzeń. Idź i łap gościa. On ci uratował życie!
Uśmiechnęła się, a potem uśmiech powoli zniknął z jej twarzy.
– Czy możemy, proszę, porozmawiać o mordercy? – dodała. – Czy to jeszcze za wcześnie?
Avery podniosła kciuki w górę.
– Trzydzieści sześć kotów – Randy prychnęła z niedowierzaniem. – Trzydzieści sześć! Kto trzyma trzydzieści sześć kotów? I trzy psy? Wiesz, co w tym wszystkim było jeszcze bardziej popaparne? To były same samice. Ani jednego samca. I te wszystkie zdjęcia na ścianie w piwnicy? Nie wiem, czy pamiętasz, ale on zrobił mnóstwo chorych zdjęć tych kotów, psów i dziewczyn. Każda fotografia przedstawiała inny etap ich przemiany w wypchane eksponaty, czaisz? Same dziewczyny. Walnięty białas z własnym klubem tylko dla dziewczynek. Connelly stwierdził, że to wiąże się z mitologią rzymską i Afrodytą i tymi wszystkimi kobietami, ale ja uważam, że ten gość to czubek.
Z ust Avery wydostał się dźwięk.
Odchrząknęła i skupiła się na jednym słowie.
– Rodzina?
– Czy miał jakichś krewnych? – upewniła się Randy. – O to pytasz? No tak. Gość, który się zastrzelił to jego wujek. Myślałam, że wiesz. To wszystko jest tu w gazecie – powiedziała. – Wujek zatrudnił mordercę rok temu. Zabójca spotkał się z tymi wszystkimi dziewczynami na targach pracy. Poznał je, gdy przyszły do biura.
Położyła gazetę na klatce piersiowej Avery.
Nagłówki głosiły: “Zabójca studentek schwytany” – ze zdjęciem miejsca zbrodni. Mniejszą czcionką napisano: “Pani adwokat o zszarganej reputacji przekwalifikowana na policjantkę w stanie krytycznym”, po czym pojawiał się cały artykuł o tym, jak opuściła rzekome miejsce zbrodni, aby znaleźć prawdziwego zabójcę.
– Jesteś bohaterką! – krzyknęła Randy.
Trudno było Avery myśleć o sobie, jak o bohaterce lub kimś podobnym. Jej umysł był zbyt osłabiony, aby mogła skupić się na czymkolwiek na dłużej, a ciało pozostawało w pourazowym szoku, który utrudniał jej poruszanie.
Bohaterka. Nie tego chciała. A wręcz nigdy tego nie chciała. Pragnęła natomiast naprawiać zło, eliminować na zawsze tych, którzy czynią zło.
– Naprawiać coś – uświadomiła sobie – czego i tak nigdy nie będę w stanie skutecznie naprawić.
Oczy ciążyły jej coraz bardziej, opadł ją sen, trudno jej było uwierzyć, że jeszcze kiedyś wstanie i gdzieś pójdzie.
Rozdział trzydziesty ósmy
W czwartek rano, ku własnemu zdumieniu, Avery zbudziła się rześka i sprawna. Mogła z łatwością poruszać rękami bez wrażenia spowolnienia i ociężałości, usiąść samodzielnie i trzeźwo myśleć. Krótka rozmowa z pielęgniarką z porannej zmiany utwierdziła ją w przekonaniu, że z mięśniami krtani jest coraz lepiej.
Z trudem przypominała sobie wydarzenia z domu. Widziała psy, wszystkie koty oraz dziwne piwniczne ściany zbudowane z drewna oraz ramy obrazów. Pojawiał się przerażający obraz Edwina Pesha, niczym pająka o dwóch świecących oczach, skaczącego z jednej części pokoju do drugiej. Jak zdołała wydostać się żywa? Pamiętała tylko szept i twarz Ramireza.
Drzwi się otworzyły, Avery spojrzała w górę i doznała szoku. Widok uradował jej serce. Do pokoju wpadła Rose.
– Mamo! – krzyknęła i objęła ją mocno. – Tak się o ciebie martwiłam.
Avery zamknęła oczy i chwyciła córkę mocno. Po twarzy spływały jej łzy. Ciepło uścisku przenikało ją na wskroś.
Avery przypomniała sobie fragmenty ich nieudanego lunchu oraz wiadomość, którą jej nagrała zanim, jak kretynka, weszła sama do domu zabójcy.
– Wróciła – pomyślała. – Moja Rose do mnie wróciła.
Rose w końcu ją puściła.
– Dzwoniłam, gdzie się dało – powiedziała. – Nie miałam pojęcia, co się z tobą stało. Nikt nie był w stanie udzielić mi żadnych odpowiedzi. W końcu oddzwonił do mnie twój kapitan i powiedział, że jesteś tutaj i że odzyskałaś przytomność. Przyszłam od razu.
Avery uśmiechnęła się, przez łzy z trudem mogła się odezwać.
– Mamo, zamartwiałam się na śmierć, po tym, jak się rozstałyśmy. Przepraszam. Przez cały dzień myślałam tylko o tym, że jeśli mama umrze, będę musiała już zawsze żyć z tym, jak się zachowałam. Tak bardzo cię przepraszam. To jest …
Łzy spłynęły po policzku Avery.
– To moja wina – powiedziała. – Nie obwiniaj się, Rose. To ja jestem winna. Jestem twoją matką i przyrzekam, że sprawię, aby wszystko było dobrze.
Płakały i trzymały się za ręce, aż Avery poczuła, że w tym uścisku cały ciężar, który spowijał jej szyję przez te wszystkie lata, powoli ustępuje.
– To – uświadomiła sobie – pozwoliło jej odnaleźć siebie. Dużo bardziej niż schwytanie jakiegokolwiek zabójcy.
A potem rozmawiały bez końca, jak w dawnych czasach i przez te wszystkie godziny żadna nie zwolniła uścisku ręki.
W końcu Avery poczuła, że nadszedł czas, aby znowu zacząć żyć.
* * *
Ramirez wstąpił raz jeszcze koło południa. W designerskich dżinsach, jasnoróżowym T-shircie zapinanym na guziki i białych sportowych butach sprawiał wrażenie wyluzowanego.
– Cześć, Avery – powiedział, jakby jego przyjście stanowiło najnormalniejszą rzecz pod słońcem. – Przyniosłem lunch – i podniósł do góry koszyk piknikowy. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Mama zawsze mi powtarzała, że kluczem do serca kobiety jest jedzenie.
– Pukasz do mojego serca? – zapytała Avery.
– Wiesz, jak to jest – odparł unikając jej spojrzenia. – Uratowałaś mi życie. Jesteś moim partnerem. A ja uratowałem życie tobie.
Spojrzał w górę.
Ciemne, brązowe oczy zdawały się odczytywać jej najskrytsze myśli.
– Jeśli nie chcesz, abym został – dodał i otworzył koszyk wypełniony pieczonym kurczakiem, czereśniami i gazowanymi napojami – to mogę sobie pójść do domu.
Avery uśmiechnęła się.
W trudnych momentach swojego życia zawsze poszukiwała towarzystwa mężczyzn podobnych do Ramireza.
– Nie – uświadomiła sobie. – Nie dokładnie takich, jak on.
Inni mężczyźni byli mniej okrzesani, koncentrowali się na zabawie, bardziej interesowała ich jedna noc, niż prawdziwy związek.
– Ale Ramirez – pomyślała. – Jest miły. Jest uroczy. I sprawia wrażenie, że naprawdę mu zależy.
– To jest twój partner! – dźwięczało jej w głowie.
– To co? – pomyślała beztrosko. – Stałaś się nową wersją siebie i ta nowa ty może robić, co jej się podoba.
– Zostań – odrzekła z figlarnym uśmiechem. – Mam wielką ochotę na lunch.
Rozdział trzydziesty dziewiąty
Avery wypuszczono w piątek.
Ramirez odebrał ją i odwiózł do samochodu zaparkowanego w połowie ulicy, przy której stał dom zabójcy, który Avery obrzuciła długim, poważnym spojrzeniem, gdy przejeżdżali obok.
– Wszystko w porządku? – zapytał Ramirez. – Nie przeraża cię to, czy coś?
– Wszystko w porządku – odparła.
Czuła nie tylko, że wszystko jest w porządku. Czuła, że jest lepiej niż w porządku.
Odnosiła wrażenie, że jej życie w każdym wymiarze stało się inne, lepsze. Planowała ponowne, jak najszybsze spotkanie z Rose. Ramirez wpadał codziennie, aby dotrzymać jej towarzystwa. Peszyła ją ilość kartek przesłanych jej do szpitala. Tyle osób wysłało jej najlepsze życzenia, że uświadomiła sobie, że chociaż przez ostatnie trzy lata czuła się osamotniona, tak naprawdę nigdy nie była samotna.
Avery wyskoczyła z auta i uśmiechnęła się do Ramireza znad maski.
– No – powiedziała – to jest mój przystanek. Dziękuję za wszystko.
– Jedziesz do biura?
– Nooo.
– Chcesz, żebym pojechał za tobą?
– Nie – odparła. – Tak jest dobrze. Naciesz się odrobiną wolności. Z pewnością już wkrótce znów przeze mnie staniesz na krawędzi życia i śmierci.
Ramirez posłał jej rozbrajający uśmiech.
– Na to liczę.
Przejazd do biura wywołał w Avery silne emocje. Ekscytacja przeplatała się w jej myślach ze strachem. Wprawdzie doprowadziła sprawę do końca, ale przekroczyła przy tym pewne granice. Zignorowała bezpośrednie polecenia od oficera dowodzącego i opuściła miejsce zbrodni, aby pójść tropem poszlaki dotyczącej Edwina Pesha.
– Będzie dobrze – pomyślała. – Złapałaś go.
Na policyjnym parkingu funkcjonariusze patrzyli na nią znacząco, podnosili w górę kciuki i pięści, gdy ich mijała.
– Tak trzymaj, Black – usłyszała od kogoś.
Winda na pierwsze piętro przechodziła przez sam parking i parter biur A1. Na widok Avery pół posterunku zaczęło bić brawo. Niektórzy funkcjonariusze ignorowali ją i kontynuowali pracę, inni patrzyli pustym spojrzeniem, jakby czuli się zobligowani dołączyć do entuzjastycznego powitania kolegów, jednak większość ucieszyła się na jej widok.
Skromnie uniosła w górę rękę i opuściła wzrok.
– Dziękuję.
Na pierwszym piętrze powitano ją bardziej entuzjastycznie. W Wydziale Zabójstw praca ustała przynajmniej na minutę, aby każdy mógł wstać, bić brawo czy skinąć głową.
– Strzeżcie się, seryjni mordercy! – ktoś krzyknął.
– Dopadłaś go, Black!
– Dobrze, że znów jesteś z nami.
Finley podbiegł do niej, przez chwilę się wahał, czy ją dotknąć lub innym fizycznym gestem wyrazić swoje uznanie na oczach wszystkich, więc poklepał ją profesjonalnie po plecach i wskazał na jej twarz.
– Taką mam partnerkę – powiedział. – Widzicie? Rozwiązujemy tajemnice zabójstw. Pieprzeni mordercy są bez szans jeśli para Black i Finley depczą im po piętach.
– Wracać do pracy.
O’Malley klasnął w dłonie ze swojego biura.
– Black – zawołał i zaprosił ją gestem do środka. – Do biura.
Connelly obserwował ją ze swojego miejsca pracy; kiwnął do Avery głową z grymasem na twarzy, a potem przeniósł wzrok na biurko. Avery wydawało się, że przerzuca papiery i stara się sprawiać wrażenie bardzo zajętego. Nie spuszczała z niego wzroku. Po kilku sekundach, zgodnie z jej podejrzeniami – spojrzał w górę. Wkurzony, że dał się złapać, jęknął i gdzieś sobie poszedł.
– Proszę zamknąć drzwi – polecił O’Malley. – I usiąść.
Avery zamknęła drzwi i usiadła.
– Cieszę się, że pani wróciła – powiedział, unikając jej spojrzenia. – Jak się pani czuje?
– Lepiej. Dziękuję.
– Tak, jak powiedziałem w szpitalu, mamy do pani parę pytań. Może od razu od tego zacznę.
Przeczytał coś na kartce papieru.
– Dlaczego opuściła pani miejsce zbrodni czyli dom pana Villasco?
– Bo to nie był nasz gość – odparła.
– Skąd to pani wiedziała? – zapytał i obrzucił ją zaciekawionym, intensywnym spojrzeniem. – Facet palnął sobie w głowę. Pracował w Devante. Sprawa zamknięta.
Avery zmarszczyła brwi.
– Coś mi nie grało. Powiedział coś, coś o rodzinie. Nie pamiętam dokładnie, ale odniosłam wrażenie, że kogoś kryje. W domu nie było ani minivana, ani pomieszczenia do wypychania zwierząt. Sprawiał wrażenie osoby samotnej. Samotnej i przestraszonej. To mnie tknęło. Nie mogłam odpuścić, tym bardziej, że na liście, która dał mi pan McGonagle, miałam więcej poszlak do sprawdzenia.
– Jak Edwin Pesh trafił do grona podejrzanych?
– Mieszkał w Watertown. To, że zabójca mógł mieszkać w Watertown lub Belmont, biorąc pod uwagę kierunek, jaki obierał wyjeżdżając z Lederman Park i Cambridge, wydawało się logiczne.
– Czyli, pod wpływem impulsu, porzuciła pani miejsce zbrodni i swojego partnera, aby udać się na własną rękę do Watertown?
– Nie miałam takiego zamiaru.
– Chwileczkę – zaoponował. – Najpierw skończmy jedno. Proszę odpowiedzieć na pytanie.
– Zgadza się – odparła.
– Co skłoniło panią, aby zadzwonić do Ramireza? On jest na urlopie. A na 911?
– Gdy zobaczyłam minivana zadzwoniłam do Dana, bo uzmysłowiłam sobie, że mogę potrzebować pomocy. 911 wybrałam będąc już w domu. Przestraszyłam się tych wszystkich zwierząt.
– Dlaczego nie dzwoniła pani do Connelly’ego? Albo Thompsona? Albo nawet Finleya. Każdy z nich należał do pani zespołu.
Avery spojrzała w górę.
– Szczerze? Nie byłam pewna, czy mogę im ufać.
– I postanowiła pani zaufać gościowi, który wraca do zdrowia po dźgnięciu nożem? Niezbyt mądre posunięcie, proszę pani. Ale się udało. Ramirez miał na tyle rozumu, aby wezwać pomoc, ale od kogoś, kogo właśnie awansowałem na stanowisko detektywa prowadzącego, oczekiwałbym więcej. To członkowie pani nowego zespołu i trzeba się nauczyć, jak dobrze pracować w zespole.
Avery, jeszcze jako adwokat, musiała kierować się zasadą “każdy działa na własną rękę”. Nawet wówczas, gdy przydzielano ją do innych prawników w grupie zajmującej się daną sprawą, każdy zawsze starał się wypaść lepiej od innych przed szefem. Był to morderczy, bezlitosny tryb, który zabrała ze sobą do A1.
– Będzie lepiej – obiecała.
– Tak, no dobrze, odkąd pani trafiła tu, do góry, przyznaję, że nikt nie był specjalnie serdeczny. Ale zanim rozprawiła się pani osobiście z gangiem West Side Killers, również na dole była pani persona non grata, prawda? Teraz jest inaczej, Avery. Doprowadziła pani do końca wielką, znaną opinii publicznej sprawę.
– Czyli wracam do Zabójstw? – spytała.
O’Malley uniósł brwi.
– Czyli wracam do Zabójstw? Pani mówi serio? Zlekceważyła pani moje polecenie trzymania się od sprawy z daleka. Porzuciła pani miejsce zbrodni. Zignorowała pani swoich partnerów i prawie pozwoliła się zabić. Czy uważa pani, że zasługuje na powrót do Zabójstw?
– No – odparła, a w jej oczach zabłysła determinacja – Zasługuję.
O’Malley uśmiechnął się.
– Czyż odmawia się bohaterom?
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Oczywiście, że pani wraca! – powiedział. – A teraz proszę stąd znikać. Wziąć wolne na resztę dnia. Wrócić w poniedziałek i zacząć tydzień z nową energią. A gdy będzie się pani pławić w swojej chwale, proszę zrobić mi przysługę, dobrze? – przesuwał jakieś papiery. – Proszę zadzwonić do burmistrza. To jego bezpośredni numer. I do Milesa Standisha, właściciela Devante. Widziałem, że obaj przesłali pani kwiaty i kartki.
Wstał i zasalutował. Avery poczuła się wzruszona jego gestem.
– Świetna robota, Avery.
Rozdział czterdziesty
W sobotę rano Avery wysprzątała mieszkanie.
Przejrzała pudełka ze zdjęciami oraz artykułami prasowymi z czasów, gdy broniła Howarda Randalla; stroje z okresu gdy pracowała w zawodzie adwokata, wszystko, co dotyczyło życia w przeszłości, życia, którego nie chciała już określać jako jej własne. Zatrzymała fotografie Rose, ubrania, do których była szczególnie przywiązana, ale większość rzeczy wylądowała w śmieciach.
Włączyła światła, wszystkie, czego nie zrobiła nigdy wcześniej, a gdy patrzyła na pomalowanie ściany, na wykładzinę i kuchnię, przyszło jej do głowy, że kupiła to mieszkanie po sprawie z Randallem, i tuż przed tym, gdy została policjantką. Dlatego w tym miejscu ciągle unosił się zapach jej smutku z tamtego okresu.
– To miejsce, podobnie jak ty, potrzebuje zmiany.
– Nadszedł czas – uświadomiła sobie – aby je sprzedać. Aby kupić coś nowego w mieście, może bliżej Rose, jeśli ona na to przystanie.
Avery stanęła na balkonie i patrzyła się w niebo, uświadamiając sobie, że musi jeszcze zrobić coś, co ostatecznie zamknie jej przeszłość.
Chwyciła kluczyki do samochodu i wyszła z domu.
Jazda do Zakładu Karnego South Bay teraz przychodziła bez trudu; jechała tam już tyle razy. Po drodze zadzwoniła, aby umówić się na spotkanie z Howardem Randallem.
– Nie może pani umawiać się na ten sam dzień – poinformował ją kobiecy głos.
– To jest dla mnie bardzo ważne – odparła Avery. – Umawiam spotkanie.
– Przykro mi, ale my we…
Avery zakończyła połączenie.
W więzieniu strażnicy tłoczyli się, aby jej pogratulować znalezienia – i zatrzymania – osoby znanej jako “Zabójca studentek”. I tym razem strażniczka w zielonej budce zdenerwowała się, że Avery nie umówiła się na spotkanie, ale rozpoznała ją z poprzednich zdjęć, a teraz również z gazet.
– To pani zatrzymała zabójcę, nie?
– Tak – przyznała Avery z dumą – To ja.
– Dobra, dzisiaj nie wymagamy od pani umówienia spotkania. Dobra robota!
Howard Randall miał uśmiech na twarzy, gdy wprowadzono Avery do sali konferencyjnej w piwnicy. Ręce miał skute kajdankami i przypięte do stołu.
– Gratuluję – powiedział.
– Dziękuję – odpowiedziała Avery.
Sprawiał wrażenie starszego, niż go zapamiętała. I nie tak mocarnego. Władza, jaką dotychczas roztaczał nad jej życiem, ku jej zakończeniu, osłabła prawie do zera.
Usiadła.
– Od jakiegoś czasu chciałam coś powiedzieć – wyznała. – Nigdy o tym nikomu nie wspominałam, ale ja wiedziałam – jej błękitne oczy wtopiły się w jego spojrzenie. – Wiedziałam, że pan jest winny, gdy przyjęłam pańską sprawę. Nie całkowicie. To znaczy, świetnie pan udawał, ale towarzyszyło mi uczucie, że wszystko, z powodu pana, zaraz się rozpadnie.
Randall pochylił się do przodu.
Oczy zaszkliły mu się szczerymi łzami.
– Wiem – wyszeptał.
– Skąd mógł pan wiedzieć?
– Złapano mnie – powiedział Randall. – Nie mogłem się wyprzeć powiązań: obie były studentkami. Wielokrotnie jadaliśmy razem obiady i kolacje. Morderstwa przedstawiano na kampusie. Jedna z ofiar pisała dziennik. Natomiast – powiedział z nieśmiałym uśmiechem – byłem pewien, że potrafię przekonać ławę przysięgłych o swojej niewinności, obejść wykrywacz kłamstw, prawnika, każdego, bo, wie pani, Avery, ja nie mam przekonania do waszej koncepcji dobra i zła. W moim umyśle zamordowanie obu tych studentek było właściwe. Summa summarum, ja im pomogłem, podobnie jak pomogłem światu. Zatem nie byłem winny żadnego zła, żadnej zbrodni. Byłem gotowy na uwolnienie i kontynuowanie swej pracy, tyle, że w mądrzejszy sposób. To znaczy, do czasu, gdy poznałem panią.
Wydał z siebie westchnienie.
– Co zobaczyłem? – dywagował dalej. – Piękną kobietę, zagubioną i zdesperowaną, aby zbawiać świat. Pani wierzyła w czynienie sprawiedliwości. Pani wierzyła w czynienie dobra i to przekonanie, to fałszywe przekonanie, zjadało panią żywcem. Pani nie mogła tego widzieć, ale ja już tak. Jedynym sposobem, jaki znałem było … pokazać pani. Wyrwać panią z kłamstwa i zmusić do konfrontacji z gruzowiskiem swojego życia.
– Dlaczego? – wyszeptała Avery. – Dlaczego ja?
– Czy to nie było oczywiste? – odparł Howard. – Kocham panią, Avery.
To wyznanie przerosło Avery. Odwróciła się i potrząsnęła głową.
– Miłość? On cię zniszczył? Tak? – zastanawiała się. – Czy też raczej wyzwolił cię ze ścieżki, na której się znalazłaś? Nie – zapewniła sama siebie. – On jest mordercą, manipulatorem. Od osoby takiej, jak on, nie może pochodzić nic dobrego.
Niemniej Avery czuła się szczęśliwsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mroczny cień, który spowijał ją w latach, gdy zaczynała służbę w policji, rozwiał się. Zrozumiała, co stanowiło istotę jej przeszłości jako adwokata: desperacki ruch, aby uciec od dawnego życia i być kimś, kim i tak wcale być nie chciała.
Avery podniosła się, aby wyjść.
– Niech pani nie idzie – błagał Howard. – Proszę. Jeszcze nie teraz.
– Czego jeszcze pan chce?
– Nie skończyła pani swojej opowieści – wyszeptał Howard, na jego ustach zagościł wymuszony uśmiech, a oczy zmieniły się w błyszczące paciorki.
– Mój ojciec? – spytała. – Chce pan wiedzieć, co zaszło?
Howard obserwował ją w ciszy.
Avery odwróciła się. Tej części swojej historii nigdy jeszcze nikomu nie ujawniła, ani Jackowi, ani Rose, ani dziennikarzom przeprowadzającym z nią wywiad, gdy była młodą dziewczyną. Pamiętała widok nóg swojej matki w trawie, krwi na sukience, ojca stojącego nad nią ze strzelbą w dłoni.
Wzięła głęboki wdech, zamknęła oczy i w duchu szykowała na spotkanie z najgłębiej skrywanymi demonami. Nie miała pewności, czy jest gotowa.
– Słyszałam, jak na siebie krzyczą – zaczęła mówić drżącym głosem.
Potem przynajmniej na minutę przerwała, zanim podjęła wątek.
– Przed tym, jak rozległy się strzały – dodała – on nazwał ją kurwą, bezwartościową, pijaną kurwą, ona mówiła do niego straszne rzeczy – wyszeptała i przez moment spojrzała na Howarda. – Straszne rzeczy. Potem usłyszałam wystrzał i zobaczyłam go tam. Śmiał się, śmiał się ze mnie zupełnie, jakby moje pojawienie się było jakimś żartem. Powiedział:
– Idź po łopatę! Musisz zakopać swoją matkę.
Avery spojrzała na niego ze łzami w oczach.
– Zmusił mnie do tego – powiedziała. – Zostałam tam do wieczora. Sama wykopałam dół. Drżały mi ręce, nogi pokryło błoto. Tak szczerze, to cały czas myślałam, że on mnie też zastrzeli i wrzuci razem z matką. Bardzo się bałam. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Gdy skończyłam, było strasznie ciemno. Żadnego światła wyjątkiem gwiazd. Patrzył na mnie przez cały czas.
– Dobra robota! – powiedział, gdy skończyłam i dotknął mnie, dotknął mnie tak, jak nigdy wcześniej, tylko tym razem mocniej, z większą siłą. Wydaje mi się, że gdy poradził już sobie z matkę, uznał, że może się ostatecznie rozprawić ze mną.
Spojrzała w górę i głęboko wciągnęła powietrze.
– Wtedy wyjechałam – powiedziała. – Tego wieczora uciekłam z domu. Znalazła mnie policja i odstawiła z powrotem. Wszystko im powiedziałam. Po kilku miesiącach trafiłam pod opiekę władz stanowych i skierowano mnie do jakiejś rodziny. Ale o tym nie chciałby pan usłyszeć – powiedział. – W pewnym sensie było gorzej niż z moim ojcem.
– Chcę wiedzieć – wyszeptał jak nienasycony alkoholik, który pragnie kolejnego drinka – Chcę.
W tym momencie Avery zobaczyła go takim, jaki naprawdę był: dostrzegła jego brzydotę, pomarszczone rysy i demoniczne spojrzenie. Przypomniał jej ilustrację do opowiadania o motylu i kokonie. Uświadomiła sobie, że w tej opowieści to on był bardziej gąsienicą. Śliską, dziwną istotą, która miała możliwość przeistoczenia się w pięknego motyla, ale która nigdy tego nie dokonała.
– Pomógł mi pan – powiedziała z prawdziwym uczuciem. – W życiu, w sprawie. Ale ja już nie wrócę. Już tego nie potrzebuję.
Howard odchylił się do tyłu, a na jego twarzy powoli rozkwitał diabelski uśmiech. W przeciwieństwie do tego, co było wcześniej, był to słaby uśmiech, zdradzający rysę w jego przekonaniu o własnej mocy, pokazujący, że pewność siebie go opuszcza.
– Och, wróci pani – powiedział. – Wróci.
* * *
Poza murami więzienia niebo zasnuło się; był to pierwszy pochmurny dzień od tygodnia. Od samego początku sprawy Avery marzyła, aby padało, aby pogoda dostosowała się do jej nastroju. Teraz nie zwróciła na to uwagi.
Idąc przez rozległy parking w kierunku samochodu, czuła się lżejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Po raz pierwszy od długiego czasu wydawało jej się, że nic nie ma znaczenia. W sumie chłód i ciemne chmury, jako zapowiedź czegoś nowego, poprawiły jej samopoczucie.
Stanęła i wciągnęła do płuc zimne powietrze; po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy czuła, że ma życie przed sobą.
JUŻ DOSTĘPNE!

DLACZEGO UCIEKA
(Thriller o Avery Black—Część 2)
– Wartka akcja, która wciąga od pierwszego rozdziału do samego końca.
– Midwest Book Review, Diane Donovan (o książce “Zaginiona”)
Kolejny bestseller numer 1, mistrzowski thriller pełen psychologicznego suspensu autorstwa Blake Pierce.
W powieści DLACZEGO UCIEKA (Thriller o Avery Black—Część 2), w Bostonie grasuje nowy seryjny zabójca, pozbawiając swoje ofiary życia w zaskakujący sposób i szydzi z policji, pozostawiając tajemnicze ślady nawiązujące do gwiazd. Stawka i napięcie rosną. Departament Policji w Bostonie jest zmuszony zwrócić się do najwybitniejszej, a przy tym najbardziej kontrowersyjnej pani detektyw – Avery Black.
Avery, nadal w euforii w związku z ostatnią sprawą, nad którą pracowała, konfrontuje się z rywalizującym okręgiem i inteligentnym, przebiegłym zabójcą, który zawsze wyprzedza ją o krok. Musi przeniknąć jego ciemny, zaburzony umysł, aby zrozumieć wskazówki, które pozostawia na znak, że popełni kolejną zbrodnię. A także zajrzeć w te zakamarki własnej jaźni, których wolałaby unikać. Stwierdza, że nie ma wyjścia i zwraca się do Howarda Randalla, psychopatycznego seryjnego mordercy, którego kilka lat wcześniej wpakowała za kratki., do tego w momencie, gdy jej życie z Rose i Ramirezem, które właśnie zaczynało się układać, rozpada się w gruzy.
Jakby tego było mało, dowiaduje się czegoś jeszcze – być może to właśnie ona będzie kolejnym celem.
W psychologicznej zabawie “w kotka i myszkę”, w której kolejne kobiety tracą życie, a morderca zostawia jedynie tajemnicze wskazówki, trudno o wyższą stawkę. Szaleńczy wyścig z czasem prowadzi Avery zaskakującą ścieżką, pełną nieprzewidywalnych zwrotów akcji, aż do punktu kulminacyjnego, którego nawet jej bujna wyobraźnia nie byłaby w stanie wymyślić.
“DLACZEGO UCIEKA” – mroczny thriller psychologiczny, pełen mrożącego krew w żyłach suspensu – to druga część nowej, wciągającej serii literackie, przedstawiająca losy ulubionej, nowej bohaterki. Fabuła po prostu zmusza czytelnika do pochłaniania kolejnych stron powieści aż do białego rana.
Część 3 serii o Avery Black będzie dostępna już wkrótce.
Napisany po mistrzowsku thriller! Autor tak doskonale nakreślił postacie i ich wymiar psychologiczny, że czujemy, jakbyśmy myśleli jak one, przeżywali ich strach i cieszyli się ich sukcesami. Niezwykle inteligentnie skonstruowana fabuła utrzymuje w napięciu aż do samego końca. Liczne zwroty akcji sprawią, że nie zaśniesz, dopóki nie przeczytasz tej książki do ostatniej strony.
– Books and Movie Reviews, Roberto Mattos (o książce “Zaginiona”)

DLACZEGO UCIEKA
(Thriller o Avery Black—Część 2)
Blake Pierce
Blake Pierce jest autorem bestsellerowej serii kryminałów o agentce RILEY PAGE, w skład której wchodzą: Zaginiona (cz. 1), Porwana (cz. 2) i Pożądana (cz. 3). Blake Pierce napisał również serię kryminałów o MACKENZIE WHITE.
Blake Pierce był od zawsze zapalonym czytelnikiem i miłośnikiem powieści detektywistycznych i thrillerów. Blake bardzo ceni sobie kontakt z czytelnikami i zachęca do odwiedzenia jego strony www.blakepierceauthor.com, godzie możesz dowiedzieć się więcej na temat jego twórczości i skontaktować się z nim.
KSIĄŻKI AUTORSTWA BLAKE PIERCE
SERIA KRYMINAŁÓW O RILEY PAIGE
ZAGINIONA (cz. 1)
PORWANA (cz. 2)
POŻĄDANA (cz. 3)
SERII THRILLERÓW O AVERY BLACK
DLACZEGO ZABIJA (cz. 1)
DLACZEGO UCIEKA (cz. 2)