Kitabı oku: «Dawid Copperfield», sayfa 26
Rozdział XXVII. Tommy Traddles
Czy to skutkiem rad udzielonych mi przez panią Crupp, czy z innego powodu przypomniałem sobie Traddlesa i postanowiłem odwiedzić go nazajutrz. Od dawna musiał był wrócić do Londynu ze swej miesięcznej wycieczki. Mieszkał w uliczce w pobliżu szkoły weterynaryjnej, w Camden Town, dzielnicy zamieszkałej przeważnie, jak mnie objaśnił jeden z naszych sekretarzy, przez studentów kupujących żywe osły, by dokonywać na nich w swych mieszkaniach przeróżnych doświadczeń. Zaopatrzywszy się w topograficzne wskazówki, udałem się po południu w odwiedziny do mego szkolnego towarzysza.
Uliczka nie należała do najprzyjemniejszych miejsc zamieszkania. Mieszkańcy jej okazywali szczególniejszą skłonność do wyrzucania na nią wszystkiego, co im w mieszkaniach zawadzało. Nadawało to jej pozór nieporządku, zmieniając w jedno śmietnisko. Wśród liści kapusty i sałaty walały się zdarte skarpetki, połamane rondelki, podziurawione rynki, zmięty, pierwotnego kształtu pozbawiony kapelusz, podruzgotane szczątki parasola i niezliczone tym podobne graty. Powietrze i wygląd ogólny tych miejsc przypomniały mi czasy, kiedym mieszkał z państwem Micawber. Jakaś niedająca się opisać tania wytworność wyróżniająca dom, którego szukałem – chociaż wszystkie domy na ulicy tej wyglądały jak z kartonu, pobudowane dla zabawy przez dzieci – żywiej pobudziła to wspomnienie. Wzmogło się ono jeszcze u drzwi otwartych właśnie, przy których stał mleczarz.
– I cóż? – mówił on do bardzo młodej służącej. – Kiedy mój rachunek zapłacony zostanie?
– Pan mówił, że wkrótce zapłaci – odrzekła służąca.
– Bo to – ciągnął mleczarz, nie zważając na otrzymaną odpowiedź, tonem, który dowodził, że chociaż mówi do służącej, rzecz tę stosuje do kogoś niewidzialnego, lecz obecnego w mieszkaniu – bo to rachunek ciągnie się od tak dawna, że i cierpliwości już nie staje289, a oszukać się i wyzyskać nie dam – dodał, głos podnosząc i zaglądając do mieszkania.
Był to tylko mleczarz – rzeźnik lub szynkarz dopominałby się o swą należność głośniej – służąca jednak i przed tą groźbą głos zniżyła. Zapewniała, że się wszystko wkrótce już zapłaci.
– Znam ja was – mówił mleczarz surowo, a biorąc ją pod brodę, spytał. – A lubisz mleko?
– Lubię – odrzekła nieśmiało.
– A widzisz, od jutra nie dostaniesz ani kropelki, ani kropelki.
Nie wywarło to na niej pożądanego wrażenia. Mleczarz nadąsany odkorkował jednak dzban i nalał w trzymane przez służącą naczynie zwykłą ilość używanego codziennie przez rodzinę mleka. Odchodząc, mruczał coś jeszcze.
– Tu mieszka pan Traddles? – spytałem.
Z głębi mieszkania głos jakiś powiedział: „Tak jest, tu”.
– Tak jest, tu – powtórzyła służąca.
– Zastaję go? – spytałem.
Twierdząca odpowiedź udzielona mi została w ten sam co pierwsza sposób. Wszedłem. Służąca powiodła mnie na górę. Czułem, że zza drzwi śledzi za mną tajemnicze oko będące w związku z tajemniczym głosem.
Na górze spotkał mnie Traddles. Powitał serdecznie i wwiódł290 do swej izdebki. Odznaczała się niesłychaną czystością, chociaż sprzęty były ubogie i skromne. Izdebka ta stanowiła zresztą całe mieszkanie szkolnego mego towarzysza. Sypiał na kanapie, a szczotki i szuwaks do czyszczenia butów znajdowały się na półce między książkami. Stół pokryty był papierami; pracował, widać, odziany w stary surdut. Nie patrząc, widziałem to wszystko, dostrzegłem nawet kościół namalowany na porcelanowym jego kałamarzu.
Zdolność widzenia wielu rzeczy bez przyglądania się im pozostała mi z czasów, gdy żyłem w domu państwa Micawber, a chociaż Traddles bardzo zręcznie usuwał na dalsze plany i maskował kuferki, półki z obuwiem, stolik do mycia się i golenia i tak dalej, objąłem to jednym rzutem oka i w pamięci związałem ze szkolnym towarzyszem, który z listowego papieru wyrabiał pułapki na muchy, a okładki książek i szkolnych zeszytów pokrywał artystyczną swą produkcją.
W kącie izdebki było coś starannie owiniętego białym prześcieradłem. Nie mogłem się domyślić, co by to być mogło.
– Cieszę się niewymownie, że cię widzę – rzekłem siadając.
– I ja się cieszę – odrzekł – cieszę się z całego serca i dlatego to, wiedząc, że ci równie jak mnie miłe było to niespodziane spotkanie na Ely Place, dałem ci ten adres, zamiast adresu kancelarii.
– Masz kancelarię? – spytałem.
– Tak – odrzekł. – Właściwie mówiąc, ćwierć kancelarii i ćwierć sekretarza. Dla łatwiejszego odrabiania interesów połączyliśmy się we czterech, składając na kancelarię i sekretarza. Kosztuje mnie to pół korony na tydzień.
W uśmiechu, z jakim opowiadał mi te szczegóły, błyskał dawny jego humor, łagodność i skromność.
– Nie przez dumę to i pretensję – objaśniał – daję zwykle tamten adres, ale przez wzgląd, że nie każdemu miło tu może zachodzić. Co do mnie, walczę jak mogę z trudnościami niełatwymi do pokonania i nie mam prawa być wymagający.
– Aplikujesz w adwokaturze? – rzekłem.
– A tak! – odrzekł pomału, zacierając rękę o rękę. – A tak, aplikuję, za późno nieco, lecz opłacie stu funtów podołałem z trudnością. Z trudnością!
Skrzywił się, jak gdyby mu ząb wyrywano.
– A czy wiesz, o czym myślę, patrząc tu na ciebie, kochany chłopcze? – spytałem.
– O czym?
– O tym sinym surduciku, który dawniej nosiłeś.
– Ciasnym w ramionach i wytartym na łokciach! – zaśmiał się wesoło. – Dobre to były czasy, co?
– Gdyby nie ten nasz tyran – odrzekłem, myśląc o starym Creakle.
– Zapewne, nielekką wiódł nas dłonią! Dobre to jednak były czasy! Pamiętasz nocne nasze rozmowy, kolacyjki, te prześliczne bajki, coś nam prawił? Pamiętasz, ile kijów spadło na me plecy za to, żem opłakiwał wydalenie pana Mella? Stary tyran! Chciałbym go jednak spotkać kiedy.
– Pastwił się nad tobą w szczególny sposób – zauważyłem z oburzeniem, gdyż zdawało mi się, że słyszę jeszcze razy spadające na plecy współtowarzysza.
– Tak sądzisz? – rzekł z niezmąconym uśmiechem. – Istotnie, być może, było to jednak tak dawno. Oj, stary tyranie!
– Na wychowanie twe, jeśli się nie mylę, wuj łożył? – spytałem.
– A tak – odrzekł. – Zawsze zabierałem się pisać do niego i nigdy zabrać się nie mogłem. Pamiętasz! Cha! Cha! Cha! Miałem wuja, zmarł wkrótce po wyjściu mym ze szkół.
– Tak!?
– Tak. Był to staruszek, kupiec, miałem zostać jego spadkobiercą, lecz nie podobałem mu się, gdym dorósł.
– Czy mówisz to naprawdę? – rzekłem, zauważywszy żartobliwy ton, jakim to mówił.
– Naprawdę. Przekonany o tym jestem. Na nieszczęście nie lubił mnie, utrzymywał, że zawiodłem jego nadzieje, i ożenił się ze swą gospodynią.
– Cóż ty na to?
– Cóż? Nic! Mieszkałem przy nich, wyczekując, aż mi utorują wejście w jaki zawód, tymczasem podagra doszła do żołądka, wuj umarł, wdowa wydała się za mąż za jakiegoś młodzika, a ja zostałem na lodzie.
– Nic ci nie zostawił?
– Owszem, dostałem pięćdziesiąt funtów, ale co chcesz, nie byłem przygotowany do żadnego zawodu i z początku nie wiedziałem, co z sobą począć. Pomógł mi jeden z dawnych współtowarzyszy z Salem House, Yawler, z krzywym nosem, przypominasz go sobie?
– Nie przypominam, nie było go, za moich czasów wszystkie nosy były proste.
– Mniejsza z tym – mówił Traddles – dość, że mi dostarczył do przepisywania prawne akta i wyroki. Poszło to jakoś. Zacząłem robić wyciągi, pisać sprawozdania, streszczać i tym podobnie. Pracowity jestem, jak wiesz, i nauczyłem się dokładnie wszystkich tych manipulacji. Przyszło mi na myśl samemu zostać aplikantem. Yawler polecił mnie tu i ówdzie, między innymi panu Waterbrook. Posypały się zarobki. Miałem przy tym szczęście poznać pewnego publicystę zajmującego się wydaniem nowej encyklopedii – powiódł okiem po stole – znalazła się i tu dla mnie robota. Wiesz – kończył z dobrodusznym uśmiechem – kompilacja, do wynalazków i kompozycji nie mam sprytu! Wątpię, czy pod słońcem jest drugi równie mało jak ja w tym względzie uzdolniony.
Potakiwałem mu machinalnie, co go ani dziwiło, ani obrażało.
– I tak pomału – ciągnął – grosz do grosza uciułałem moje sto funtów, wykupiłem się dzięki Bogu – skończył, krzywiąc się. – Wypłaciłem się co do szeląga. Ot widzisz, jak żyję. Mam nadzieję wejść z czasem do jakiej redakcji, byłoby to dla mnie szczęściem. A teraz ty, Copperfieldzie! Ten sam co dawniej, kochany, poczciwy! Taki poczciwy, że mnie zdejmuje ochota wypowiedzieć ci wszystko, i aż spod serca, nic nie zataić. Zaręczony jestem.
Zaręczony! O, Doro!
– Z córką duchownego w Devonshire, jedną z dziesięciu sióstr. Tak właśnie – mówił, zauważywszy, że spoglądam na kościół malowany na jego kałamarzu – jest to parafia. Oto tędy, na lewo, stoi dom, jak raz naprzeciw kościoła, przy ogrodzie!
Teraz dopiero przypominam sobie, jak był rozpromieniony, użyczając mi tych wyjaśnień. Teraz to dopiero przypominam sobie, gdyż na razie marzył mi się dom i ogród w Norwood.
– Dobre, kochane dziewczę! – mówił z zapałem. – Starsza nieco ode mnie, ale taka kochana! Mówiłem ci onegdaj, że wyjeżdżam na prowincję. Tam to właśnie jeździłem. Czas przeszedł mi rozkosznie. Nie tak to, widzisz, prędko się pobierzemy, lecz obraliśmy sobie za zasadę: czekać cierpliwie i nie tracić nadziei. „Czekajmy i miejmy nadzieję” mawiamy sobie wzajemnie. Wiem to, będzie czekać cierpliwie, chociażby przyszło czekać sześćdziesiąt lat i więcej.
Powstał z krzesła z triumfującym uśmiechem, odsłaniając przedmiot okryty białym prześcieradłem.
– Pomału jednak, jak widzisz – mówił – zaczynamy się już meblować i ekwipować. Po-ma-łu. Oto już dwa nabyte przedmioty. Słupek ten z wazonem wybrała ona. W oknie – Traddles cofnął się, by lepiej widzieć oglądany przedmiot – w bawialnym pokoju, z ładną zieloną rośliną w wazonie, wyglądać będzie nieźle. Ten mały stoliczek z marmurowym blatem ja wybrałem. Chcesz położyć książkę lub kto bądź z gości zechce postawić filiżankę z herbatą, już jest. Wyborna robota, mocna.
Chwaliłem oba sprzęty, które Traddles znów starannie zasłaniał, mówiąc:
– Mało to jeszcze, ale zawsze jest już coś na początek. Najbardziej się troszczę o stołową bieliznę i pościel. Wielki z tym będzie ambaras. A kuchenne, a domowe sprzęty! Przepaść! No, nie ma co, czekajmy cierpliwie i miejmy nadzieję, to nasza zasada! Kochane dziewczę! Poczciwe!
– Pewien tego jestem – rzekłem.
– Tymczasem – mówił, wracając na opuszczone miejsce – powodzi mi się, jak widzisz, jako tako. Nie zarabiam wiele, ale też oszczędny jestem i wydaję mało. Stołuję się u sąsiadów, niżej, u bardzo poczciwych ludzi. Pan i pani Micawber niejedne już przeszli w życiu koleje, znają świat i ludzi!
– Co mówisz, Traddlesie! – zawołałem.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– Państwo Micawber są to moi dobrzy, starzy znajomi!
Wtem rozległo się dyskretne, z dawien dawna znane mi pukanie do drzwi, które rozwiałoby wszelkie moje, jeśliby mi jeszcze pozostały w tym względzie, wątpliwości. Prosiłem Traddlesa, aby wezwał gospodarza na górę. Uczynił to chętnie, przechylając się przez barierę. Wszedł pan Micawber taki samiusieńki jak przed laty, opięty, z laseczką, monoklem, białym kołnierzykiem, ugrzeczniony, elegancki.
– Przepraszam pana, panie Traddles – począł, głos zniżając uprzejmie – nie wiedziałem, że zastanę nieznajomego w tym przybytku!
Skłonił mi się, poprawiając kołnierzyk.
– Jak się pan miewa, panie Micawber! – zawołałem.
– Nieskończenie obowiązany – odrzekł – zdrowie moje in statu quo291.
– A pani Micawber?
– Tysiąc wdzięczności. Dzięki Niebu i żona moja in statu quo.
– A dziatki?
– Z przyjemnością przyświadczyć mogę, że są naszą pociechą i chlubą. Rosną w zdrowiu i cnotach.
Pan Micawber nie poznawał mnie widocznie, chociaż oka ze mnie nie spuszczał. Teraz dopiero, spostrzegłszy na mej twarzy uśmiech, którego nie zdołałem powstrzymać, cofnął się i po chwili zawołał:
– Byćże to może! Mamże292 szczęście znów spotkać pana Copperfielda?!
Uściskaliśmy sobie dłonie.
– Nieba! – wołał pan Micawber. – Kto by mógł przypuścić, że pan Traddles zna się z tym oto moim najdawniejszym przyjacielem, towarzyszem dni dawno minionych.
– Kochanie! Żono! – wołał, przechylając się nad schodami, gdy tymczasem Traddles zdumiony był tym, co dopiero słyszał. – Żono! Kochanie! Jest tu u pana Traddlesa pewien dżentelmen, który życzy sobie być ci przedstawiony.
Wrócił i znów uściskał mi obie dłonie.
– A doktor, jak się miewa doktor? – pytał. – Co słychać w Canterbury?
– Same pomyślne mam stamtąd wiadomości – odrzekłem.
– Cieszę się z tego niewymownie – upewniał pan Micawber. – Ostatni raz widzieliśmy się w Canterbury, w cieniu, że tak rzec można, opisanej przez Chaucera katedry293, będącej niegdyś celem pielgrzymek z najodleglejszych stron kraju. Tak właśnie, w cieniu i pod opiekuńczym skrzydłem katedry.
Przypomniałem to sobie doskonale. Pan Micawber mówił ze znaną mi potoczystością i jak gdyby nie uważał na szmery, które dochodziły z dołu. Pani Micawber myła tam ręce, otwierała i zamykała komodę.
– Zastajesz nas obecnie, kochany Copperfieldzie – prawił, spoglądając z boku na Traddlesa – zamieszkałych tu na bardzo skromnej stopie, wiesz jednak o tym, ile już w życiu pokonałem trudności, zwyciężyłem przeciwności. Nie obcy ci i ten fakt z mego życia, kiedym pozostał niby w zawieszeniu, w oczekiwaniu zmiany wypadków, odepchnięty w chwili, gdy właśnie zdobywałem się na krok stanowczy. I obecnie w podobnym, rzec można, znajduję się położeniu, w przeddzień stanowczego kroku, w nadziei, że mi się uda doścignąć zamierzony cel.
Wyrażałem zadowolenie z tego, com słyszał. Wtem weszła pani Micawber. Wydała mi się bardziej jeszcze niż dawniej zaniedbana, oko moje odwykło od podobnych widoków, wyraźnie jednak podstroiła się, gdyż włożyła nawet ciemne rękawiczki.
– Kochanie! – zawołał pan Micawber. – Oto młody dżentelmen, nazwiskiem Copperfield, życzący sobie odnowić z tobą znajomość.
Słowa te wywarły na słabej pani Micawber takie wrażenie, tak ją wzruszyła ta niespodzianka, że o mało nie zemdlała. Mąż jej musiał biegać po wodę i skrapiać jej skronie. Gdy przyszła do siebie, nie mogła się dość mną nacieszyć. Rozmawialiśmy z pół godziny. Pytałem o bliźnięta – „ot, ile urosły”. A dwoje starszych dzieci? „Olbrzymy”. Nie przedstawiono mi tych olbrzymów.
Pani Micawber chciała zatrzymać mnie na obiad. Pozostałbym chętnie, lecz widząc jej zakłopotanie, odmówiłem, wymawiając się, żem gdzie indziej zaproszony, zapewniając, że nie odejdę, zanim Traddles i oboje państwo Micawber nie naznaczą dnia, w którym obiadować zechcą u mnie. Zajęcie Traddlesa nie dozwalało mu określić bliskiego terminu, umówiliśmy się zatem na dzień dla wszystkich dogodny, po czym pożegnałem starych znajomych.
Pan Micawber, pod pretekstem wskazania bliższej drogi, odprowadził mnie do rogu ulicy. Czuł potrzebę wywnętrzenia się przed starym przyjacielem.
– Kochany Copperfieldzie – zaczął. – Nie potrzebuję mówić ci, że pod zachmurzonym naszym dachem, w obecnych okolicznościach bytność takiego jak pan Traddles towarzysza jest jakby ożywczym promieniem. Pomiędzy praczką z prawej strony, która mydliny wystawia pod samymi drzwiami salonu, a policjantem z lewej, towarzystwo podobnego człowieka jest jedyną naszą pociechą. Widzisz mnie obecnie zajętego sprzedażą zboża, czymś w rodzaju komisjonera. Niezbyt to popłatne, toteż wynikają stąd pewne, czasowe, jak to sobie tuszę294, finansowe trudności. Wyczekuję zmiany z dnia na dzień, a chociaż nie mogę teraz jeszcze stanowczo określić, w jakim mianowicie kierunku, pewien jestem, że po zmianie tej będę mógł być użyteczny i panu Traddlesowi. Zauważyłeś też może, że pani Micawber znajduje się obecnie w stanie zdrowia, które… aha, ahum, które, jakże to mam wyrazić… dowieść nas niebawem może do powiększenia rodziny, wprowadzając w nią nowy dowód obopólnej naszej miłości. Taki stan rzeczy nie zadowala wprawdzie rodziny pani Micawber. Ponieważ jednak ja się nie mieszam wcale do ich interesów, toteż ze wzgardą i obojętnością traktuję ich niezadowolenie.
Powiedziawszy to, uścisnął mi rękę i rozeszliśmy się.
Rozdział XXVIII. Pan Micawber rzuca rękawicę
Do dnia, w którym miałem gościć mych odnalezionych, starych przyjaciół, żyłem wyłącznie Dorą i kawą. Zakochany, straciłem zupełnie apetyt, z czego się zresztą cieszyłem, sądząc, że apetyt byłby pewnym sprzeniewierzeniem się królowej mego serca. Ruch, w którym ciągle byłem, opłacał mi się lepiej, gdyż świeże powietrze równoważyło ustawicznie napotykane zawody. Sądzę też z nabytego podówczas doświadczenia, że apetyt pozostaje w niejakim związku z ciasnymi butami: aby żołądek mógł należycie funkcjonować, kończyny ciała ludzkiego winny być swobodne.
Tym razem podejmując gości, zaniechałem uprzednich przygotowań. Kupiłem po prostu baranią łopatkę, kilka fląder i pasztet. Pani Crupp oburzyła się z początku na mą propozycję gotowania ryby, wołając stanowczo: „Nie! Nie! Nic z tego nie będzie. Nie znasz mnie pan dostatecznie, jeśli przypuszczasz, że podejmę się tego, czego dokonać nie mogę”. W końcu jednak zgodziła się dokonać dzieła pod warunkiem, że przez dwa tygodnie potem będę obiadował poza domem.
Tu muszę nadmienić, że to, com wycierpiał od despotyzmu pani Crupp, przechodzi wszelkie pojęcie. Bałem się jej jak ognia i godziłem się na wszystkie kolejno narzucane mi ustępstwa. Na każdą okazywaną przeze mnie stanowczość lub chociażby najlżejsze wahanie miała zawsze w pogotowiu owe spazmy i słabości, którymi mnie straszyła. Jeśli po kilku lub kilkunastu nieśmiałych próbach potrząsałem gwałtownie za dzwonek, zjawiała się zadyszana, padała na krzesło obok drzwi, kładła obie dłonie na nankinowym kaftanie i poczynała jęczeć tak boleśnie, żem się czuł uszczęśliwiony, gdym się jej mógł pozbyć za cenę wódki lub jakiej bądź ofiary. Jeżeli oponowałem295 przeciw słaniu mi łóżka o piątej po południu, co po dziś dzień uważam za nader niestosowną porę, jedno podniesienie jej ręki do nankinem osłoniętego łona działało na mnie jak uderzenie czarodziejskiej różdżki: miękłem i przepraszałem. Słowem, nie chciałem się jej niczym narazić, była więc dla mnie ustawicznym postrachem.
Nie zgodziłem się jednak na wzięcie „sprytnego chłopaka”, którego spotkałem był296 pewnego niedzielnego poranku na ulicy, w kamizelce bardzo podobnej do tej, której właśnie od pamiętnego owego obiadu znaleźć nie mogłem śród mej garderoby. Młoda pomocnica została najęta pod warunkiem, że będzie tylko przynosić półmiski i zaraz wychodzić za drzwi, by swym sapaniem nie naprzykrzać się gościom.
Przygotowawszy wszystko, co było potrzebne do zrobienia ponczu, postawiwszy na toalecie flakonik lawendowej wody, dwie świece oraz położywszy arkusz szpilek przez wzgląd na panią Micawber, z tej samej pobudki rozpaliwszy ogień w mym sypialnym pokoju i nakrywszy stół własnoręcznie, czekałem przybycia gości.
O naznaczonej porze przybyli wszyscy troje razem, pan Micawber w szerszym i bielszym niż zwykle kołnierzu i z nową wstążeczką przy monoklu, pani Micawber z czepkiem w kartonowym pudełeczku, które niósł Traddles, prowadzący damę tę pod ramię. Zachwycali się moim mieszkaniem, a gdym zaprowadził panią Micawber do toalety i gdy ujrzała uczynione dla niej przygotowania, wpadła w taki zachwyt, że zawołała męża, każąc mu podziwiać wszystkie te elegancje.
– Ależ to zbytki, kochany Copperfieldzie! – rzekł pan Micawber. – Przypomina mi to moje kawalerskie czasy, zanim miałem szczęście i zaszczyt związać się wiarą małżeńską u ołtarzów Hymenu297 z obecną tu właśnie panią Micawber.
– Ubłaganą przez niego – wtrąciła żona. – Nie trzeba nigdy odpowiadać za innych.
– Nie odpowiadam też, kochanko, za nikogo – rzekł pan Micawber z wielką powagą – wiem to, że wyrokiem nieodwołalnych losów przeznaczona mi byłaś, przeznaczona człowiekowi, który po wielu ciężkich i daremnych walkach z losem padł ofiarą zawiłych interesów pieniężnej natury. Rozumiem cię doskonale, kochanie! Boleję nad tym, lecz zaradzić temu nie mogłem.
– Mężu! – zawołała cała we łzach pani Micawber. – Czyż zasłużyłam na podobne wyrzuty, ja, która cię nie opuściłam, nie opuszczę nigdy, przenigdy?
– Kochanie! – mówił wzruszony pan Micawber. – Wybacz mi, a nasz obecny tu przyjaciel wybaczy mi też to chwilowe rozdrażnienie wynikłe z żalu do przekornych losów i wywołane nowym rozczarowaniem po zetknięciu się z niegodziwcami przy wodociągach, gdzie właśnie miałem nadzieję utrwalić naszą fortunę.
Ucałował żonę i uściskał mi dłonie, dając do zrozumienia, że towarzystwo wodociągowe, nie otrzymawszy zapłaty, przykróciło wydawanie wody na domowe potrzeby jego rodziny.
Dla rozerwania smutnych tych myśli podałem mu cytryny, mówiąc, że liczę na jego znajomość rzeczy w przygotowaniu ponczu. Rozproszyło to w mgnieniu oka jego smutek, ba, rozpacz. Nie widziałem nikogo, kto tak byłby zajęty łupinami cytryn, cukrem, zapachem palącego się araku, wrzącą wodą. Ponad błękitnymi, z wazy wydzielającymi się płomykami, twarz jego jaśniała takim zadowoleniem, jak gdyby zamiast ponczu zajęty był gotowaniem szczęścia i pomyślności dla całej swej rodziny. Co do pani Micawber, nie wiem, czy to dzięki włożonemu czapeczkowi, czy wodzie lawendowej, czy szpilkom, woskowym świecom, czy roznieconemu na kominku ogniowi, lecz, wychodząc z mego pokoju, wyglądała lepiej niż kiedykolwiek. Skowronek nie mógłby być weselszy.
Przypuszczam – nie ośmieliłem się bowiem nigdy dochodzić – przypuszczam jednak, że pani Crupp po ugotowaniu ryby zasłabła nagle. Łopatka barania była blada zewnątrz, a czerwona wewnątrz, przy tym sos posypany był czymś bardzo podobnym do popiołu, nad czym zresztą nie mieliśmy sposobności rozmyślać, gdyż „młoda pomocnica” upuściła półmisek na schodach, gdzie ostatecznie pozostał. Szczęściem, pasztet był dobry, strasznie tylko mały. Uczta, krótko mówiąc, nie udała się, co by mnie nieskończenie martwiło, gdybym był zdolny myśleć o czymkolwiek, nie tylko o Dorze, i gdyby mnie nie rozweselał wyborny humor mych gości. Pan Micawber podjął się roli pocieszyciela.
– Kochany Copperfieldzie – mówił. – Wypadki podobne trafiają się w najlepiej zorganizowanych domach, tam nawet, gdzie gospodarstwo pozostaje pod bacznym okiem pani domu, gospodyni, żony. Tam nawet, powtarzam, wypadki podobne przytrafiają się i wymagają filozofii. Otóż i obecnie pozwolę sobie zauważyć, że mamy tu pod ręką niektóre wyborne produkty, jeśliby zaś młoda, tu obecna osoba zechciała dostarczyć nam rusztu do pieczenia, zastąpilibyśmy z powodzeniem małe braki w tej lukullusowej uczcie298.
Szczęściem miałem ruszt w szafie, służący mi do przypiekania z rana szynki. Wydostaliśmy go w mgnieniu oka, Traddles zajął się krajaniem baraniny. Pan Micawber pokrajane plasterki z wprawą znawcy osypywał solą, pieprzem, nacierał papryką i musztardą, ja z kolei kładłem je na przyniesionym ruszcie i przypiekałem, obracając je widelcem nad żarzącymi się węglami. Pani Micawber tymczasem kręciła w sosjerce ostry sos grzybowy. Wkrótce uwagę swą musieliśmy dzielić pomiędzy zrazami znajdującymi się już na naszych talerzach i przypiekającymi się jeszcze na kominie.
Niespodziane to kucharzowanie, smaczne istotnie zrazy, zwracanie uwagi, by ich nie przypalić i upiec w miarę, wszystko to razem wprawiło nas w wyborne humory. Z łopatki baraniej pozostały same kości. Ze wstydem wyznać muszę, żem nawet chwilowo zapomniał o Dorze. Pan i pani Micawber wyglądali na najzupełniej zadowolonych. Traddles śmiał się z całego serca, pracował i jadł w najlepsze. Słowem, wszystko szło wybornie.
Mieliśmy właśnie spożyć ostatnie, najsmakowiciej sporządzone kęski, gdy wszedł ktoś obcy. Był to Littimer we własnej osobie; z odkrytą głową stał przy drzwiach.
– Kogo szukasz? – spytałem mimo woli.
– Za przeproszeniem pańskim – odrzekł – przysłany tu jestem, szukam mego pana.
– Nie ma go tu.
– Za przeproszeniem pańskim, czy go pan nie widział?
– Nie. Czy nie od niego przychodzisz?
– Niezupełnie, proszę pana.
– Mówił ci, że tu będzie?
– Niezupełnie, proszę pana, sądziłem tylko, że jeśli go tu dziś nie ma, to będzie jutro.
– Przyjechał z Oksfordu?
– Może pan z łaski swej raczy usiąść i mnie dozwoli wyręczyć siebie.
Mówiąc to, wziął mi widelec z ręki i pochylił się nad stojącą na kominku kratką. Po chwili zajął się przypiekaniem baraniny.
Zjawienie się samego Steerfortha nie zmieszałoby nas zapewne, lecz obecność jego służącego działała na nas w dziwny sposób. Pan Micawber począł nucić dla okazania zapewne swobody, rozparł się niedbale na krześle, a spod poły wystawał mu widelec, jak gdyby się nim miał przebić. Pani Micawber naciągnęła ciemne rękawiczki i przybrała omdlewającą pozę. Traddles zatłuszczonymi rękoma najeżył sobie czuprynę, potem otarł je o obrus, co do mnie zmieniłem się nagle w niemowlę prawie i, przy własnym siedząc stole, nieśmiało spoglądałem na niespodziane to zjawisko czyniące porządki pod mym dachem.
Littimer, ze znaną mi powagą, obniósł dokoła stołu zdjęte z ognia zrazy. Jedliśmy, apetyt nas jednak wraz z uprzednią wesołością opuścił zupełnie. Littimer sprzątnął cicho talerze i podał ser. Potem zdjął obrus, w kątku ustawił naczynie i przyniósł nam szklanki i kieliszki. Wszystko to dokonywał z największą ścisłością i dokładnością, nie podnosząc oczu, z pleców jego jednak widziałem, gdy się odwracał, że miał mnie za młokosa, za dziecko i tyle!
– Czym jeszcze mogę panu służyć? – spytał.
Podziękowałem mu, prosząc, czyby sam nie zjadł czego.
Podziękował mi wzajemnie, odmawiając stanowczo.
– Czy pan Steerforth ma przybyć z Oksfordu? – spytałem.
– Za przeproszeniem pańskim?
Powtórzyłem pytanie.
– Wyobrażałem sobie, że będzie tu jutro – rzekł – sądziłem nawet, że go dziś już zastanę. Pomyliłem się widocznie.
– Jeśli go pierwej zobaczysz… – począłem.
Przerwał mi.
– Za przeproszeniem pańskim, wątpię, abym go pierwej miał zobaczyć.
– Na wszelki wypadek – rzekłem – powiesz mu, że żałuję, że go tu dziś z nami nie było. Spotkałby dawnego szkolnego towarzysza.
– Doprawdy, panie? – mówił Littimer, z ukłonem dla mnie i dla Traddlesa cofając się do drzwi.
Chciałem raz przecie być swobodny z nim i zawołałem:
– Littimer!
– Słucham pana.
– Czyś długo pozostawał wówczas w Yarmouth?
– Nie panie, niezbyt długo.
– Spuściłeś łódź na morze?
– Tak, panie, było to moim obowiązkiem.
– Wiem o tym.
Podniósł wzrok na mnie.
– Czy pan Steerforth nie próbował jeszcze łodzi? – pytałem.
– Nie potrafię powiedzieć, z przeproszeniem pana. Sądzę… ale istotnie powiedzieć nie potrafię. Życzę panu dobrej nocy.
Ukłon jego pełen uszanowania zwrócony był do wszystkich zresztą obecnych. Wyszedł, a myśmy odetchnęli swobodniej. Co do mnie, czułem niejasno, jak gdybym zdradził przed nim mego przyjaciela. Dziwne! Ja, com nic nie miał do ukrycia, doznawałem zawsze wobec Littimera uczucia, jak gdybym się przed nim z czymś zdradził.
Wrażenie to rozproszył pan Micawber, rozwodząc się nad doskonałością tego służącego. Wziął był na swe konto cały ukłon odchodzącego, odpowiadając nań z niewzruszoną powagą.
– Ależ! Ale! – zawołał. – A poncz, kochany Copperfieldzie? Właśnie płonie jak najpiękniej. Jak ci się zdaje, kochanie?
Pani Micawber raczyła uznać, że jest istotnie doskonały.
– Wnoszę299 tedy – mówił mąż jej – za pozwoleniem przyjaciela naszego, tu obecnego Copperfielda, wnoszę toast na cześć dni, w których przechodziliśmy dłoń w dłoni strome ścieżki tego żywota. Możemy (w przenośni naturalnie) powiedzieć o sobie, żeśmy bywali na wozie i pod wozem. W każdym razie, śmiało to rzec mogę, doświadczyłem przyjaźni wzorowego tego młodzieńca i z podporą tejże przyjaźni pewien jestem, że pokonać zdołam przekorne300 mi losy.
Wychylił szklankę, my za nim. Traddles podziwiał mówcę stawiającego czoło przekornym losom.
– Ahum – odchrząknął pan Micawber i, zwracając się do żony, rzekł. – Duszko, kochanko! Jeszcze szklaneczkę.
Pani Micawber zadecydowała, że chyba parę tylko kropel, na naszą jednak prośbę szklanka wypełniona została po brzegi.
– Ponieważ jesteśmy tu między sobą – odezwała się, popijając poncz, pani Micawber – gdyż do swoich liczę obecnego tu wśród na pana Traddlesa, chciałabym zasięgnąć pańskiej rady, panie Copperfield, względem nowych widoków mego męża, co do zboża – rzekła ze stanowczością. – Przekonywałam właśnie męża mego, że jest to zajęcie szlachetne, lecz niepopłatne. O, nie! Wcale za popłatne uważane być nie może.
Zgodziliśmy się z tym.
– Zatem – ciągnęła pani Micawber, roszcząca pretensje do jasnego na rzeczy poglądu i wykładu – zatem pytam siebie: jeśli nie zboże, to co? Węgiel? Bynajmniej. Stosując się do wskazówek naszej rodziny, zwracaliśmy już uwagę w tę stronę, lecz bez powodzenia.
Pan Micawber, rozparty w krześle, z rękoma w kieszeniach, potakiwał skinieniem głowy nieprzepartym żoninym argumentom.
– Zatem – twierdziła bardziej jeszcze przekonywająco pani Micawber – odsunąć musimy na bok zboże i węgiel. Spoglądam dokoła siebie i pytam, co nam pozostaje, w czym zdolności męża mego znaleźć mogą odpowiednie sobie ujście? Nie mówmy o komisjonerstwie. Nie przedstawia ono żadnych gwarancji, a przy usposobieniu męża mego konieczne jest liczenie na pewne, niezawodne zyski.
Traddles i ja zamruczeliśmy coś w rodzaju uznania dla tego znakomitego odkrycia dokonanego przez panią Micawber.
– Nie będę skrywać przed panem, kochany panie Copperfield – ciągnęła pani Micawber – że miałam przez czas długi na oku interes browarniany. Zwróćcie uwagę, proszę, na Barclay’a i Perkinsa301! Na Trumana, Hanbury’ego Buxtona302! Na podobnej to tylko skali zdolności męża mego znaleźć mogą odpowiednie sobie ujście i tu mąż mój dokonać zdoła cudów. Cóż! Firmy te nie raczą nawet odpowiadać na listy i propozycje mego męża! Czy można sobie wyobrazić coś podobnego! Prezencja mego męża…
– Duszko, kochanie – wtrącił pan Micawber.
– Nie mieszaj się w nie swoje rzeczy, mój drogi – słodko mówiła pani Micawber, dotykając ramienia męża ręką obciśniętą czarną rękawiczką. – Mam najmocniejsze przekonanie, kochany panie Copperfield, że tylko w operacjach tego rodzaju, zwłaszcza w operacjach bankowych na wielką skalę, zdolności mego męża znaleźć mogą odpowiednie sobie ujście. Maniery męża predestynują go do kariery przedstawiciela wielkich firm! Taki prokurent rozszerzyłby do nieskończoności kredyt każdego bankierskiego domu. Lecz po cóż zastanawiać się nad tym dłużej, skoro przedstawiciele wyżej wymienionych bankierskich domów nie chcą korzystać z czynionych im przez mego męża propozycji. Gdyby niektórzy członkowie rodziny mojej chcieli tylko powierzyć kapitały swe mężowi memu… Cóż! Nie chcą, więc i o tym nie ma co mówić, i jak widzę, niewieleśmy się posunęli303 naprzód.
