Kitabı oku: «Branki w jasyrze», sayfa 16

Yazı tipi:

Tajemnicza góra

W parę miesięcy po zakończeniu kuryłtaju niespodziewanie umarła Turakina127. Dla wielu ta śmierć była wyrazem niebieskiego gniewu. Mimo niesłychanych skarbów, jakie rozrzuciła między rzesze, mało kto żałował eksrejentki128, chyba tylko grono jej zwolenników, które wnet się rozpierzchło z popłochem. Kujuk postanowił rozpędzić rząd matki; chciał dowieść, że potrafi panować inaczej, lepiej.

Całe państwo drżało. Nowy chan okazał się surowym strażnikiem starych praw i starego porządku. Wielkorządcy, którzy za czasów rejencji129 nieomal się otrząsnęli z wszelkiego zwierzchnictwa, teraz, na pierwszą wiadomość o wyborze Kujuka, wracali dobrowolnie w karby posłuszeństwa.

Kujuk, wstępując na tron, snuł szerokie plany. Chciał wskrzesić czasy Dżyngis-chana, marzył o chwale, o nowej olbrzymiej wyprawie na Zachód. Śniły mu się po nocach węgierskie winnice, z których go tak wcześnie wyrwała wieść o śmierci ojca, śnił mu się tryumfalny wjazd do Rzymu, o którym chrześcijanie opowiadali, że jest piękniejszy od Karakorum. Postanowił już, że sprawi wielką rzeź na Zachodzie, ale papieżowi wspaniałomyślnie daruje życie, mimo że śmiał mu w liście przesłać nauki. Śmierć kapłanów podobno nie przynosi szczęścia. Wpadł na pomysł, że sprowadzi go do Mongolii, aby mu z lamami i szamanami błogosławił kumys. I żaden już pod słońcem śmiertelnik nie będzie mógł równać się z Kujukiem. Spełnią się słowa pieczęci:

„Na niebie jeden Bóg, na ziemi jeden chan”.

Wszystko też zdawało się sprzyjać marzeniom przyszłego zdobywcy. Nie brakowało bogactw ani wojska, ani ochoty w narodzie. Jedna tylko stawała na drodze przeszkoda, pozornie drobna, ale trudna do pokonania: brak zdrowia. Kujuk nigdy się nie oszczędzał, szalał w młodości, nadużywał trunków. Teraz, targany i złamany cierpieniem, zapadał w jakąś dziwną, coraz cięższą niemoc, na którą szamani nic nie mogli lub nie chcieli poradzić. Cesarz jednak nie wątpił, że szybko wróci do zdrowia. W zimie pocieszał się obietnicami wiosny, z wiosną obiecywał sobie, że go łowy jesienne postawią na nogi. Gorączkowo przejęty zachodnią wyprawą kazał do niej czynić wielkie przygotowania.

Żył w nieustannym niepokoju. Uprzykrzyły mu się brzegi Selengi i Orchonu130. Oświadczył, że chce jechać aż nad rzekę Imil, do Ujgurii, której powietrze, jak twierdził, będzie dla niego zdrowsze.

Pojechał z dworem podobnym do wojska i po drodze przygarniał coraz to nowe poczty. Gruchnęła wieść, że ta podróż, przedsięwzięta niby dla zmiany klimatu, jest wyprawą skierowaną przeciwko Batemu, na którego cesarz śmiertelnie się pogniewał. Książę kapczacki, jedyny spomiędzy wszystkich dżyngischanidów, jeszcze nie uznał jego władzy i dotąd się ociągał ze złożeniem hołdu.

Księżna Siurkukteni131, dowiedziawszy się o wyprawie cesarza w Góry Ałtaj, potajemnie posłała Batemu ostrzeżenie. Książę Batu wyszedł na „powitanie” monarchy. Ale do spotkania nie doszło; chan Kujuk umarł w drodze.

Wielu było takich, których owa śmierć radowała. Szamani podnieśli głośny okrzyk tryumfu. Czyż nie spełniła się przepowiednia? Mówili: „Źle się skończy.” I źle się skończyło! Mniej głośno, lecz z nie mniejszą uciechą, tryumfowali wszyscy rywale Kujuka. A już największa, choć najbardziej ukrywana radość zapanowała między chrześcijańskimi niewolnikami, którzy dobrze wiedzieli o krwiożerczych zamiarach cesarza, o jego planach podboju Rzymu i całej Europy. Przez dwa lata się trwożyli; w tych zmianach widoczny był dla nich „palec boży”.

– Gdyby w naszej Polsce i w innych państwach chrześcijańskich ludzie wiedzieli, jakie nieszczęścia Bóg od nich odwrócił, dziękowaliby Mu do śmierci i może by zaczęli żyć inaczej… – rozważała Elżbieta.

– Ach, doprawdy, czy warto się na tym świecie o cokolwiek zabijać? – zamyśliła się Ludmiła. – Kiedy sobie przypomnę kuryłtaj, te przekupywania, pochlebstwa, troski, zabiegi, tyle szumnych przygotowań, to zastanawiam się, po co to wszystko? Po co Kujuk zabiegał o tron? Żeby umrzeć jako cesarz? I to matka i syn prawie razem!

Na pierwszą wieść o śmierci panującego wszystkie drogi prowadzące do Karakorum zostały zamknięte i otoczone wojskiem. Podróżnych zatrzymano tam, gdzie ich zastała śmierć cesarza, a to z obawy, by nie rozprzestrzeniła się wiadomość, która jeszcze dla wszystkich miała pozostać tajemnicą.

W drodze, w czasie przewożenia zwłok, każdą napotkaną istotę, mężczyznę czy kobietę, starca czy dziecko, nawet zwierzę, wszystko bez wyjątku zabijano. Zabijając człowieka czy konia, mówiono: „Idź służyć na tamtym świecie wielkiemu chanowi”. Między dwoma szpalerami trupów jechał nieboszczyk w wąskiej, wysokiej skrzyni, która przypominała kapliczkę; w postawie siedzącej, w swym najbogatszym stroju. Droga trwała długo, gdyż obwożono go po wszystkich ordach, jakie do niego należały. W każdym majątku inna żona przyjmowała go ostatnim poczęstunkiem i śpiewaniem długich lamentacji. Wdowy przyłączały się kolejno do żałobnej świty. Na koniec, w Karakorum, najważniejsza małżonka, fertyczna Ogul-Gajmisz, przyjęła go najsutszą stypą i najgłośniejszymi krzykami, po czym dopiero wyruszono na cmentarz chanów.

Zanim jednak ten wyjazd nastąpił, komisja złożona ze znawców obeszła wszystkie najznakomitsze rody mongolskie, gdzie były córki na wydaniu, i wybrała trzydzieści panien, najpiękniejszych, najbogatszych i najmilszych. Ogłoszono wielką i zaszczytną wiadomość, że pójdą służyć chanowi na tamtym świecie. Rodzice żegnali je z niejakim smutkiem, ale zarazem z niewymowną dumą. One same szykowały się gorączkowo. Głowę nosiły wysoko i jako przyszłe małżonki chana zabierały najpiękniejsze szaty, najbogatsze klejnoty, odstępowane im na wyścigi przez matki, siostry i krewne, a niejedna młodsza lub mniej piękna siostra, patrząc na ten tryumfalny wyjazd, nie mogła ukryć zazdrości.

Oprócz tych wolnych oblubienic wybrano także kilkadziesiąt zachwycających niewolnic oraz kilkanaście ślicznych pacholąt. Cały ten „pośmiertny harem” wyruszył za marami. Dodano im straż honorową, złożoną z najwyższych dostojników i najprzedniejszych niewiast. Do grona terchanów i nojanów prowadzących zwłoki należał Ajdar, a do grona niewiast odprowadzających oblubienice – Ludmiła.

Cmentarz chanów leżał daleko na północnym wschodzie, w ojczyźnie Mongołów, na Górze Alchaj należącej do pasma Gór Burchańskich, skąd wypływały Honon i Kerulen, dwie słynne rzeki, nad którymi urodził się, wzrastał i umarł Temuczyn132. To właśnie on wybrał sobie tę górę za grobowiec.

Po kilku tygodniach orszak powrócił już bez oblubienic, niewolnic i pacholąt. Ludmiła wpadła do namiotu Elżbiety trzęsąca się, bladozielona, jak przestraszone dziecko.

– Nareszcie się wyrwałam z tego piekła! – odetchnęła z ulgą. – Ach, Elżuniu, czego ja się tam napatrzyłam!

– Mówże, bo i mnie ognie przechodzą… Wyglądasz doprawdy jak wskrzeszony Piotrowin.

– Przez całą drogę bałam się, co to będzie, ale nikt nie chciał mi powiedzieć, każdy spuszczał oczy, kręcił głową, zupełnie jak tam, nad limanem133, pamiętasz? Kiedy doniesiono, że Ogotaj134 umarł… I wiele innych rzeczy mi się przypominało… Oblubienice jechały od stóp do głów okryte żółtymi zasłonami, zupełnie jak my wtedy… Naprzód szli żołnierze, którzy po drodze wszystko i wszystkich mordowali, toteż przed nami ciągle było słychać krzyk i jęki, potem szli szamani, a za nimi jechały zwłoki Kujuka135, przy nich urzędnicy, sami mężczyźni, potem żółte zasłony i my. Chciałam koniecznie wiedzieć, co się stanie z tymi pięknymi dziewczynami. Miałam nadzieję, że Ajdar się wygada, ale byliśmy przez całą drogę rozłączeni. Raz jednak, na wypoczynku, udało mi się do niego zbliżyć. Błagałam, aby mi powiedział, czy zginą, a jeśli zginą, to w jaki sposób. Zaczął mnie uspokajać: „Ależ nie bój się, nie będziemy patrzyli na żadne okropności, nikt ich nie będzie zabijał”. W końcu dojechaliśmy do tej góry. Wyglądała zupełnie jak zaklęta, czarna, porosła niesłychanym lasem. Zaczęliśmy wchodzić… Dzień był jasny i pogodny. W połowie góry zobaczyłam otwór, niby do jaskini. To był ów grób, tylko co wykopany. Zapalono pochodnie i zaczęliśmy iść gęsiego, bo wejście było wąskie jak korytarz, w kilku miejscach się skręcało i na każdym zakręcie były drzwi z mocnych belek, z ciężkimi wrzeciądzami. Kiedy szłam tamtędy, przypomniała mi się nasza ucieczka w podziemiach Żegnańca i Iłży. Ach, tam było okropnie, ale i tu… Kiedy otworzono trzecie drzwi, stanęliśmy w dużej pieczarze podpartej złocistymi słupami i wybitej ogromnym namiotem ze złotogłowiu. W górze paliło się kilkadziesiąt lamp z wonnościami. Na środku znajdował się tron, także złocisty, przed nim nakryty stół, na którym obok misy z kawałem końskiej pieczeni stał roztruchan136 pełen kumysu i pereł. Za tronem dwa białe konie ze źrebięciem szykowały się do drogi. Choć wypchane, zdawało się, że na pierwszy znak ruszą z kopyta. – Ludmiła przez chwilę milczała, jakby zbierała odwagę na dalsze opowiadanie. – Kiedyśmy weszli… wniesiono nieboszczyka i posadzono go na tronie…

– Jak to posadzono? Przecież umarł trzy miesiące temu, jeszcze się nie rozsypał? – dziwiła się Elżbieta.

– Nie, wcale. Szamani potrafią robić takie sztuki. Siedział, nie wiem, czy go tam przywiązano, ale siedział. Wyglądał okropnie, twarz i ręce miał czarnosine… Jeszcze na dodatek otworzono mu oczy, białka świeciły, nie mogłam na niego patrzeć, byłam pijana ze strachu.

Szamani odprawili różne modły i obrzędy, kilka razy kazano nam przyklękać i czołem bić przed umarłym. Potem zrobił się jakiś ruch. Szamani ustawiali ofiary… Naprzód u stóp nieboszczyka postawiono skrzynie ze złotem i srebrem, potem wokoło stołu pacholęta. Naprzeciwko, za tronem, stanęło w półkolu trzydzieści panien. Już z nich pozdejmowano żółte zasłony; błyszczały i uśmiechały się jak gwiazdy. Pod ścianami kazano stanąć niewolnicom. Jednej z nich szaman podał swój bębenek i powiedział: „Uważaj, kiedy inne zaczną śpiewać, ty potrząsaj bębenkiem. Pamiętaj, bo jak tego nie zrobisz, to nie pójdziesz za chanem, tylko czarne duchy cię porwą”. Na koniec najstarszy z szamanów zadzwonił laską z brzękadłami. Wszystkie kobiety i dzieci zaczęły śpiewać chórem coś bardzo radosnego, a nam kazano co prędzej uciekać. Wtłoczyliśmy się do korytarza. Szaman wyszedł i zamknął drzwi na wszystkie wrzeciądze. Uczepiłam się Ajdara i wołałam: Jak to? Czy one tam zostaną? Ajdar odepchnął mnie i powiedział gniewnie: „Cicho bądź! Tu nie wolno gadać!” Zaczął pomagać szamanom w ustawianiu ogromnych łuków, które były połączone z drzwiami. W wypadku otworzenia drzwi, napinała się cięciwa łuku i wypuszczała strzałę. Kiedy zatknęli cały szereg takich łuków, znów nas wypchnęli naprzód i zatarasowali drugie drzwi. Teraz już śpiew dochodził bardzo słabo, jeszcze jednak słyszałam niektóre głosy, szczególnie bębenek. Za trzecimi drzwiami wszyscy porwali łopaty, motyki, rozmaite narzędzia i zaczęli zasypywać korytarz, niewiasty rękami dorzucały ziemi, a tak śpieszono, jakby nas kto gonił. Całe wyjście zasypano kamieniami, przysłonięto darniną, gałęzie posplatano, tak że kiedy się obejrzałam, niełatwo było rozeznać, którędy wyszliśmy. Szaman nakazywał pośpiech i milczenie. Nawet pod górą, kiedy dopadliśmy koni, jeszcze nam kazano uciekać i głowy za siebie nie odwracać.

Pytałam moich towarzyszek: po co ta ucieczka? Po co to ukrywanie grobu? Odpowiedziały mi, że nie wolno zakłócać spokoju umarłym. Mówiły: „trzeba ci wiedzieć, że niełatwo jest przejść na tamten świat i jeżeli nieboszczykowi ktoś przeszkodzi w tak trudnej chwili, to duch jego zostaje na tym świecie i żywym przeszkadza”.

I pomyśleć, że Jasia i mnie czekało to samo w grobie Ogotaja!

– Nie mów, Ludko, nie mów – przerwała Elżbieta i zaczęła nerwowo chodzić po jurcie.

Przez wiele dni nie mogły dojść do siebie. Każdego ranka pytały jedna drugą:

– Czy one jeszcze się tam męczą?

Elżbieta przewracała się w nocy z boku na bok, a jeżeli już udało jej się zasnąć, widziała Jasia w ognistej pieczarze, który dobijał się do zatarasowanych drzwi, łkał i jęczał. Kujuk, pan łaskawy, głaskał go fioletową ręką, a martwe konie urzekały go migotaniem agatowych oczu.

Lata niewoli

Wszystkie żądze i zakusy o władzę, które wybór ostatniego cesarza na jakiś czas przytłumił, teraz budziły się z podwójną mocą. Wprawdzie Kujuk zostawił dwóch synów, ale ci byli niepełnoletni – tym większa rękojmia dla rywali. Stosownie do starych zwyczajów rejencję137 powierzono cesarzowej Ogul-Gajmisz, której serce mocniej biło, gdy się dorwała do władzy. Sądziła, że na wzór Turakiny jej rządy przedłużą się w nieskończoność, ale książę Batu pomieszał szyki. Podczas ostatniej rejencji spostrzegł, że zwlekanie z wyborem cesarza nie doprowadza do pomyślnego rozwoju wydarzeń. Wiadomość o śmierci Kujuka zastała go w okolicach Kajałyku. Tam zatrzymał pochód wojska i zaraz zwołał sejm elekcyjny. Zjechała co prędzej księżna Siurkukteni138 z synami i większość potomków Dżyngis-chana.

Posłano zaproszenie synom Kujuka i Szyramunowi, który po raz drugi znalazł się na liście kandydatów. Trzej młodzi książęta, nie chcąc opuszczać stolicy, wysłali Temura, wielkorządcę Karakorum139, zalecając, aby w ich imieniu podpisał wszystko, na co większość książąt się zgodzi. Nie wątpili, że przysięga złożona niegdyś Ogotajowi zapewni koronę jego wnukom. Zachodziło tylko pytanie, któremu dopisze szczęście.

Nim jeszcze Temur opuścił bramy Karakorum, Ajdar wymknął się cichaczem. Wyjechał ze stolicy z żonami, skarbami, z całym dworem i dobytkiem. Chciał mieć wolny głos w sejmie, a wiedział, że nie podoba się on rejentce ani jej potomstwu. Dojechano szczęśliwie do równin pod Kajałykiem. Branki miały okazję po raz drugi przypatrzeć się kuryłtajowi. Ten wprawdzie nie olśnił ich tak jak pierwszy. Był naprędce zwołany, gwałtownie prowadzony, nie jaśniał przepychem, nie zgromadził tylu ambasadorów.

W pierwszym dniu kuryłtaju zaszły nieprzewidziane wydarzenia. Jak las kłania się w jedną stronę, kiedy nań uderzy niespodziewany huragan, tak znienacka wszystkie głowy wyborców zwróciły się ku księciu kapczackiemu. Po całym zgromadzeniu przebiegł szmer, potem zagrzmiał niesamowity okrzyk i wszyscy Dżingischanidzi z zaskakującą jednomyślnością ofiarowali tron Batemu. Oto największy przyjaciel księżnej Siurkukteni, najwierniejszy dotąd wykonawca jej woli, wystawiony został na próbę przechodzącą zwykłe siły ludzkie. Wahał się. Nie wiedział, czy może odepchnąć tron już nie tylko od samego siebie, ale i od potomstwa, odsunąć berło, aby je oddać synowi Cheraitki140?

Mimo poczucia całej swej potęgi, księżna zadrżała. Książę Batu przez jakiś czas ważył decyzję. W końcu ogłosił wszem wobec, że nie przyjmie ofiarowanych mu zaszczytów; dla tej kobiety gotów był do największych poświęceń.

Zmartwieni książęta błagali go, by im przynajmniej wskazał, kogo mają wybrać.

– Choćbym radził, czy usłuchacie? – zastanawiał się głośno Batu.

– Usłuchamy! Usłuchamy! Jeśli nie wierzysz słowom, zaręczymy na piśmie. – I natychmiast spisano umowę, mocą której wszyscy zobowiązali się do wiernego wypełniania rady, jaką im przedstawi głowa rodu.

Batu wziął pismo i powiedział, że musi się głęboko zastanowić… Odszedł niby w tym celu, a w rzeczy samej chciał cyrograf narodu złożyć u stóp księżnej Siurkukteni.

– Czy jesteś zadowolona ze swego sługi, pani? Wszystko dla ciebie poświęcam, niczego nie żądając w zamian.

Nazajutrz, wśród ciszy i nerwowego oczekiwania, książę Batu wygłosił przemówienie, w którym dowodził, że państwem powstałym z wojennych zaborów nie powinien rządzić nikt inny, tylko znakomity wojownik.

– A któż – powiedział na zakończenie – śmiałby się równać z wojownikiem, którego imię wielkie czyny rozsławiły już na dwóch krańcach świata. Znają go w Chinach, zna go Polska i Węgry – grzmiał tubalnym głosem, wskazując najstarszego syna księżnej Siurkukteni, księcia Mangu.

Stosownie do przepisów ceremoniału książę wymawiał się z wielką pokorą i skromnością. Każdemu po kolei chciał ustępować tronu, dopiero gdy mu przypomniano, że i on wczoraj podpisał obietnicę ślepej uległości dla Batego, spuścił głowę i zamilkł. Wszyscy obecni zdjęli pasy i odwiecznym zwyczajem zarzucili je sobie na szyję, po czym przyklękali dziewięć razy, oddając czołobitność nowemu chanowi. W końcu Mangu wypowiedział swoje zamiary wojenne. Były imponujące. Nowy władca postanowił zupełnie zmienić oś państwa. Dotąd zabory tatarskie szerzyły się głównie na zachód. Ciągle przybywało ziemi w tamtych stronach, tak że Mongolia przybierała kształt wydłużony, nieporęczny do rządzenia. Nowy chan postanowił powiększać swoje państwo już nie wzdłuż, nie na zachód, lecz na południe. W tym celu ogłosił dwie wyprawy. Z jednej strony chciał podbić cesarstwo Sungu, czyli drugą połowę Chin, która jeszcze nie podlegała Tatarom141. Z drugiej strony pragnął ostatecznie wcielić do państwa Turkiestan i Persję, które w sercu swoim kryły jeszcze różne potęgi – bagdadzki kalifat, zagrażający duchowym panowaniem, i sektę Izmaelitów, pełzającą żmiję, wiecznie grożącą żądłami skrytych sztyletów.

Przy mianowaniu wodzów Mangu dowiódł, że zna się na ludziach. Pierwszą wyprawę powierzył bratu Kubilajowi ze względu na jego zamiłowanie do chińskiej kultury. Uczynił go wielkorządcą już podbitych prowincji, a na podbój nowych dał mu liczne wojsko.

Wyjazd Kubilaja przyniósł brankom wielką, choć tajoną radość. Z jego orszakiem wyjeżdżał Kałga, który przed kilkoma miesiącami powrócił ze szkół Jeliu-Czusaja, już prawie dorosły i jeszcze bardziej zacięty niż przedtem. Ciągle krytykował matkę, że niewolnicom i niewolnikom pozwala się próżniaczyć, o stryju mówił, że słaby i daje się za nos wodzić ładnej żonie, słowem w kilka miesięcy zamącił i podkopał spokój i równowagę panującą w obozie. Na szczęście Kałga żądny był rozgłosu, wrzawy, łupów i długo nie mógł usiedzieć na pasterskim wózku. Świeżo zdobyta znajomość chińskiego przybywała w samą porę; został zaliczony do sztabu Kubilaja. Wybierał się na tę pierwszą w swoim życiu wyprawę zupełnie jak do ślubu, dworno, suto, strojnie, nawet z niewolnicami. Chciał też ze sobą zabrać Elżbietę, jednak Ludmiła zdołała mu to wybić z głowy, tłumacząc, że na rzezi wojennej może ją stracić. Było to bardzo ryzykowne, ponieważ w jej rękach niejako leżało jego życie. Uwaga trafiła do Kałgi, zostawił zatem niewolnicę przy matce, a postanowił tylko zabrać mnóstwo szat, które Elżbieta musiała wykończyć co żywo.

Szycie było coraz trudniejsze; to już nie były małe dziecinne sukienki, ale ogromne chałaty, kaftany, kołpaki, które kazał sobie wyszywać złotem, srebrem, bisiorem, perłami i w dodatku dziesięć razy przerabiać. Elżbieta nie odrywała się od pracy, całymi dniami i nocami szykowała wyprawę Kałgi. Wzrok jej się nadwyrężył, powieki były napuchnięte i czerwone. W końcu zapełniła podróżne skrzynie.

Kubilaj wyruszył z olbrzymią pompą wodza i wicekróla, a przy nim Kałga, ubrany jak bożyszcze, na czarnym rumaku. Matka żegnała go, łamiąc ręce i zaklinając, aby na siebie uważał, Ajdar powtarzał rady wytrawnego wodza, a branki uśmiechały się ze szczęścia, a zarazem truchlały na myśl, że Kałga kiedyś wróci. Z wielką radością dziękowały Bogu za te kilka lat ulgi.

Ludmiła spostrzegła, że Ajdar również tęskni za wojną. Choć wzruszał ramionami, udając, że nie jest to dla niego takie ważne, w głębi serca marzył o wyprawie. Pewnego dnia postanowił porozmawiać o tym z cesarzem. Chan, który niezmiernie lubił Ajdara za jego życzliwy stosunek do matki, księżnej Siurkukteni, odpowiedział:

– Wiesz co, terchanie, żal by mi było żegnać tak dobrego i wiernego sługę. Kiedyś wyruszymy razem, na wojnę do Chin, ale pierwej muszę uporządkować domowy nieład; w tym także mi się przydasz. A jest bardzo dużo do zrobienia…

Jeszcze raz gołąb

Nadszedł 1253 rok, dla Elżbiety i Ludmiły dwunasty rok niewoli.

– Mam przeczucie, że coś dobrego się zbliża… – rzekła z zadowoleniem Elżbieta. – Dwanaście to święta liczba, która dobrze wróży. No, zobaczysz, Ludko, ten rok przyniesie nam zmiłowanie Boże…

Łamały sobie głowę, skąd przyjdzie i jakie będzie to zmiłowanie? I nic nie mogły wymyślić. Zdawało się, że widnokrąg ich życia jest zamknięty na zawsze.

Według corocznego zwyczaju, przez pierwsze dwa miesiące roku tabory Ajdara koczowały na południu, w najcieplejszych rejonach Mongolii. Ale w marcu powoli ciągnęły ku północy, żeby w połowie kwietnia stanąć w Karakorum i tam, razem z całą tatarską magnaterią, czekać na przyjazd cesarza, który zwykle w pierwszych dniach maja przybywał do stolicy.

W nocy, w okolicy stosunkowo przyjemnej i zacisznej, odgrodzonej od północy pasmem Gór Karakorum, bystre tatarskie oczy wypatrzyły niezwykłe zjawisko. Po jednej stronie widnokręgu zafalowała dygocąca łuna, której blaski różowymi pręgami odbijały się od śniegu. Karawana wyległa przed jurty i wozy, by się temu przypatrzeć. Niektórzy twierdzili, że to zorza północna, inni, że się gdzieś pali.

Ajdar wzruszył ramionami.

– To nieprawda – oznajmił. – Znam się na tym. Zorza, gdy gore, to nie dymi, step nie zapala się pod śniegiem. To jakieś ogromne koczowisko. Dziesiątki, setki, a może tysiące ognisk. To chyba wielki chan.

Rano kilku ciekawskich pognało przodem i wkrótce powróciło z wiadomością, że istotnie widać coś w oddali. Nie są to namioty ani wozy, tylko jakiś stały budynek.

Ludmiła, znudzona jednostajnością koczowania, spragniona osobliwych wydarzeń i nowych twarzy, wybiegła ze swej izdebki, dosiadła konia i wziąwszy małą świtę, pocwałowała naprzód. Wkrótce spostrzegła przestrzeń otoczoną wysokim ostrokołem. Co kilkanaście kroków stał oparty o parkan żołnierz. Zewsząd dolatywały jakieś metaliczne odgłosy, nawoływania, szum jak w ulu.

– Czy mogę tam wejść? – Ludmiła chciała sprawdzić, co dzieje się w środku.

– Nie można. Chańska robota – odpowiedział stanowczo naczelnik straży.

– Co to jest: „chańska robota”? Puśćcie mnie, jestem żoną terchana, wszędzie mogę wchodzić! Zsiadła z konia, a jej niewolnicy, chcąc usłużyć pani, zaczęli rozpychać straże i kołatać do bramy.

Ktoś uchylił drzwi, zaskrzypiała furtka. Filipek! Raczej Filip, młodzian już dorosły, na twarzy dorodny. Miał poplamione ubranie i zniszczone, spracowane ręce, wyglądał jak człowiek oderwany od ciężkiej pracy.

Każde spotkanie z przyjaciółmi bywa miłe w podróży, szczególnie na wygnaniu. Filip klasnął w ręce i zaczął podskakiwać jak tancerz.

– Papa! Papa! Dame Ludomille przyjechała! Chodźcie tu! Prędko, prędko!

Nadbiegł mistrz Wilhelm w fartuchu ze zrudziałej skóry, także umorusany, ale z twarzą promieniejącą.

– A skąd wy tutaj, piękna damo? A to spotkanie! A to gość! – cieszył się mistrz.

– Jak zawsze, ciągniemy z koczowisk zimowych do miasta. A wy, co tu robicie? Czy to więzienie?

– Nie, to mój warsztat.

Z głębi dziedzińca doleciał tak dobrze znany Ludmile głos mistrza Kuźmy. Szedł wolniutko, sapiąc, pokasłując i podpierając się kijem.

Wraz ze śmiercią Kujuka Kuźma stracił stanowisko na dworze. Teraz on służył swemu dawnemu pomocnikowi, ale zmiana fortuny nie martwiła go wcale, przeciwnie, cieszył się pomyślnością przyjaciela bardziej niż własną. Narzekał tylko na zdrowie; nie było takie jak dawniej. Nie mógł już oddychać pełną piersią. Chudł i niknął w oczach. Na jego twarzy, jeszcze nie tak dawno pulchnej, teraz wisiały puste fałdy, a niegdyś krotochwilne oczy świeciły teraz jak zamarznięte łzy.

– Co ja słyszę? Pani Ajdarowa! Niechże ucałuję te śliczne polskie rączki.

– Ojczulku, chodźcie jeść! Garnek stygnie – zawołał chłopak.

– Daj mi spokój, ja nie głodzien.

– Ależ jedz, mój bracie – nalegał Wilhelm. – Kazałem dla ciebie zrobić prawdziwy pot-au-feu.

Kuźma pokiwał głową i szepnął do Ludmiły:

– Złoty człowiek! Dobrze mi tu jak u Pana Boga za piecem, ale te ich pot-au-feu wcale mi nie smakuje… to nie po naszemu… – ponarzekał i poszedł.

– Boję się o niego – rzekł Wilhelm. – Co mogę, to robię, dogadzam, zabawiam, czasem specjalnie dla niego chleb wypiekam. Ale co to pomoże? On tęskni wciąż za swoim chlebem, za swymi polami, za tą waszą zupą, co się tak dziwnie nazywa, jak u nas dzień, le jour. Ach, gdybym go miał stracić…

– Nie martwcie się, Bóg go zachowa – pocieszała Ludmiła. Nagle podniosła się. – Ja tu sobie gadam, a na was tam czeka obiad i robota. – Szykując się do drogi, w ostatniej chwili zapytała: – Od dawna tak pracujecie?

– Będzie już prawie sześć miesięcy. Jeszcze parę niedziel upłynie, zanim skończę pracę. Ach, gdyby człowiek miał więcej czasu, mógłby się nacieszyć robotą. Ale w tym szalonym pośpiechu to i nie dośpi, nie doje. Nieraz po całych nocach kujemy. Ani ja, ani mój syn nie mieliśmy czasu odwiedzić naszego kochanego księdza…

Ludmiła wrosła w ziemię.

– Jakiego księdza?

– Jak to? Jeszcze nie wiecie? Jest nowy misjonarz, franciszkanin! – Wilhelm z radością przekazał nowinę.

– Naprawdę! I któż go przysłał? Papież?

– Nie, nasz król. Król francuski, Ludwik. Kilka dni temu odbieram list – ciągnął Wilhelm – podpisany Guillaume Ruysbrouck, Cordelier. Otóż w liście misjonarz wita mnie jako ziomka, bo to człowiek z naszej ziemi, z naszych flandryjskich stron, przesyła mi wszelkie błogosławieństwa i donosi, że przybył tu z drugim zakonnikiem, żeby szerzyć wiarę świętą. Skarży się, że mają tłumacza, pijaka i gbura, co więcej szkodzi, niż pomaga. Słyszał, że mój Filip zna języki i pyta, czy nie chciałbym, aby „szerzył chwałę Bożą”.

– Gdzie mieszka ten ksiądz? – Ludmiła przerwała opowieść Wilhelma. – W Karakorum?

– Nie, w obozie chańskim, przy samym chanie.

– Niech ci Bóg da zdrowie! – krzyknęła na pożegnanie i popędziła ku taborom.

Naprzód z radosną wiadomością wpadła do Elżbiety, potem do męża, ale tu ogarnęła ją trwoga i wahanie. Ajdar siedział w jurcie przy ognisku i oglądał jakąś nową czeczugę. Popijał jak zawsze z dwuszyjkowej czary.

– Mężu… – zaczęła ostrożnie.

– Co takiego?

– Widziałam… Obóz chana jest bliziutko. Może byśmy tam pojechali…

– Po co? – zdziwił się Ajdar.

– A no, żeby złożyć hołd chanowi.

– Nie ma czasu. Stada chańskie wyjadły wszystką trawę. Trzeba nam jak najprędzej stąd uciekać, inaczej stracę swój dobytek.

– To wyślij trzodę i stadninę przodem. A my trochę zostaniemy. Straszliwie się wynudziłam na stepie, chciałabym zobaczyć cesarzową Siurkukteni, chatuny… – Oparła dłonie na jego ramieniu i zaglądając mu w oczy, przymilnie rzekła: – Skarżysz się wiecznie, że cię o nic nie proszę. Otóż teraz proszę…

Jeszcze tego samego dnia stado i trzoda Ajdara wyruszyły w stronę stolicy, a on sam ze swoim orszakiem zajechał do koczowisk chańskich.

Przy wejściu na majdan cesarski straże powiadomiły Ludmiłę, że misjonarz zamieszkał przy mnichu Sergiuszu, którego kapliczka znajduje się tuż przy głównej bramie. Mnich ormiański, Sergiusz, pojawił się na dworze mongolskim przed kilkoma miesiącami. Mieszkał długo jako pustelnik w okolicach Jerozolimy i tam zrozumiał wolę Pana – ma nawracać monarchę Mongołów. Pustelnik ruszył w drogę i stanął przed chanem, który swoim zwyczajem przyjął go wybornie. Mógł się Sergiusz podobać poważnemu władcy. Wyglądał nadzwyczaj ascetycznie, dzień spędzał na modlitwach, a noc na pokutach. Szeptano sobie nawet, że nic nie je przez dwa miesiące. Chętnie przyjmował dary od chana i członków rodziny cesarskiej. Wkrótce urządził sobie prześliczną kapliczkę, którą woził za dworem.

– To musi być tutaj – powiedziała do siebie Ludmiła, spostrzegłszy dom na kołach, na którym tkwił krzyżyk. Odsunęła nieco zasłonę wejściową i znalazła się w tajemniczej kaplicy.

Na środku wisiała ośmioramienna lampa, której drgające płomyki rzucały słabe światło. Z początku Ludmiła nic nie mogła rozeznać. W głębi, nad ołtarzem, połyskiwała złota tkanina. Ludmiła podeszła bliżej i spostrzegła na tym tle wąskie a wysokie figury Pana Jezusa, Najświętszej Panny, świętego Jana Chrzciciela i dwóch klęczących po bokach aniołów; twarze i ubiory tych postaci były zarysowane perłami. Na samym ołtarzu, wśród mnóstwa ozdób, świecił duży srebrny krzyż, którego środek i cztery końce nabite były drogimi kamieniami.

Po chwili, gdy jej oczy oswoiły się z półmrokiem, spostrzegła, że w kaplicy nie jest sama. Pod ścianą siedział mnich przyodziany w ostrą włosienicę sięgającą kostek, która była zaciśnięta nad biodrami rudym żelaznym pasem. Na wierzchu miał czarny płaszcz, podbity wełną, a na kolanach wielką otwartą księgę. Czy z niej czytał, czy tylko rozmyślał – trudno zgadnąć. W każdym razie wzrok miał utkwiony nieruchomo w księgę.

Zakłopotana Ludmiła, po chwili oczekiwania, podeszła do niego i zapytała po mongolsku:

– Ojcze Sergiuszu… – Milczenie. – Ojcze Sergiuszu! Chciałabym się widzieć z kapłanem, który przybył od króla Franków.

Mnich, nie podnosząc oczu, odpowiedział grobowym głosem:

– Brat mój, Gwilelm, poszedł do chorych. Nie ma go teraz tutaj.

– A kiedy będzie można go zobaczyć? – zapytała nieśmiało, ale on jej nie słuchał. Powoli podniósł oczy i utkwił w niej błędne, nieprzyjemne spojrzenie.

– On chodzi do chorych, aby ich spowiadać i namaszczać, a ja się tu za nich modlę. Jednych moimi modlitwami uzdrawiam, a drugich zabijam.

Ludmiła cofnęła się przerażona.

– Jak to? Co wy mówicie? Czy chrześcijaninowi wolno modlić się o czyjąś śmierć?

– Niewiasto, jeśli mają grzeszyć i prześladować sługi boże, to dla nich lepiej, by zdechli. – Wstał, zamknął księgę i odsunął czarną zasłonę, która zamykała ciemny kąt przy ołtarzu. Była tam wnęka, gdzie na blaszanej misie płonął ogień. Nad nim, na trójnogu, wisiał mały kociołek, a w nim bulgotała czarna polewka.

Sergiusz schylił się nad cieczą i powoli mieszał ją krzyżykiem, mrucząc jakieś pacierze.

– Słuchaj, niewiasto – rzekł uroczyście – głos Boży mnie ostrzega, że mój brat, Gwilelm, wraca.

Ludmiła i bez objawienia boskiego wiedziała o tym. Przed kaplicą słychać było klapanie sandałów po zamarzłej ziemi. Nie żegnając się z Sergiuszem, wybiegła z kaplicy jak wicher i stanęła twarzą w twarz z misjonarzem.

Był to człowiek w sile wieku o niezmiernie ujmującej powierzchowności. Mimo czarnej, pustelniczej brody i zniszczonego habitu, miał w sobie coś pańskiego, wytwornego, co wskazywało, że nie zawsze chadzał w takiej odzieży.

Jeszcze przed kilku laty Guillaume Ruysbrouck, odziany w jedwabie i pióra, jaśniał między dworzanami Ludwika IX. Dowcipny, towarzyski, błyskotliwy, pierwszy był na turnieju i do serenady. Ale przyszedł nagle „głos powołania”, który idzie jak wietrzyk, a porywa jak huragan. Skąd przyszedł? Nie wiadomo! Może od króla, który swoim przykładem krocie dusz uświęcał, może od jakiejś bliskiej sercu osoby, która go skłóciła z ziemskim szczęściem? Skądkolwiek przyszedł, sprawił, że pewnego poranka Ruysbrouck zrzucił jedwabie i popłynął na wyprawę krzyżową wraz z królem Ludwikiem; już nie w pancerzu i piórach, ale w brunatnym habicie „Cordelierów”. To właśnie brzeg tego habitu ucałowała Ludmiła, witając misjonarza.

127.Turakina, Töregene-katun a. Turkiana-katun (zm. 1246) – żona mongolskiego chana Ugedeja (tu: Ogotaja) i matka jego następcy, Gujuka (tu: Kujuka), jako wdowa w latach 1241–1246 sprawowała, w samodzielny i kontrowersyjny sposób, funkcję regentki imperium mongolskiego. Podejrzewana o otrucie ruskiego księcia Jarosława II Wsiewołodowicza (1191–1246). Według niektórych źródeł jej śmierć mogła być wynikiem konfliktu z synem wkrótce po objęciu przez niego tronu. [przypis edytorski]
128.eksrejentka – dziś: eksregentka. [przypis edytorski]
129.rejencja (daw.) – regencja. [przypis edytorski]
130.Orchon – rzeka, której źródło znajduje się w centralnej części dzisiejszej Mongolii, a ujście o ponad 1000 km na płn. wschód, wpada do Selengi i z nią do Bajkału. Na rzece znajduje się największy wodospad Mongolii. W dolinie tej rzeki znajdowała się starożytna stolica imperium mongolskiego, Karakorum. [przypis edytorski]
131.Siurkukteni a. Sorkaktani-beki (zm. 1252) – księżniczka mongolska, córka chana Kereitów, Ong-chana. Po klęsce ojca w bitwie z wojskami Czyngis-chana została synową zwycięzcy, żoną jego syna Tołuja (tu: Tułuja, ok. 1190–1232), po śmierci męża przez wiele lat zarządzała jego ułusem. Jej synami byli: Mongke (1209–1259), Kubilaj (1215–1294), Hulagu (1217–1265) i Aryk Böge (1219–1266) (tu: Mangu, Kubilaj, Mogaj i Aryk-Buga). [przypis edytorski]
132.Temuczyn a. Temudżyn – imię Czyngis-chana. Czyngis-chan (1155/1162–1227) – twórca imperium mongolskiego. [przypis edytorski]
133.liman – ujście rzeki o charakterystycznym kształcie, często spotykane na wybrzeżach Morza Czarnego i Morza Azowskiego. Ujście takie tworzy płytką zatokę, zalewaną morską wodą. [przypis edytorski]
134.Ogotaj a. Ugudej (1186–1241) – syn Czyngis-chana, władca imperium mongolskiego w latach 1229–1241. [przypis edytorski]
135.Kujuk a. Güyük (1206–1248) – wnuk Czyngis-chana, władca imperium mongolskiego w latach 1246–1248. [przypis edytorski]
136.roztruchan (z tur.) – kielich; zazwyczaj duży, ozdobny, rzeźbiony, służący do wznoszenia toastów. [przypis edytorski]
137.rejencja (daw.) – regencja. [przypis edytorski]
138.Siurkukteni a. Sorkaktani-beki (zm. 1252) – księżniczka mongolska, córka chana Kereitów, Ong-chana. Po klęsce ojca w bitwie z wojskami Czyngis-chana została synową zwycięzcy, żoną jego syna Tołuja (tu: Tułuja, ok. 1190–1232), po śmierci męża przez wiele lat zarządzała jego ułusem. Jej synami byli: Mongke (1209–1259), Kubilaj (1215–1294), Hulagu (1217–1265) i Aryk Böge (1219–1266) (tu: Mangu, Kubilaj, Mogaj i Aryk-Buga). [przypis edytorski]
139.Karakorum – stolica imperium mongolskiego w XIII w., położona w dolinie rzeki Orchon w północnej części ówczesnej Mongolii (dziś w centrum kraju), początkowo baza wojskowa Czyngis-chana, rozbudowana przez chana Ugedeja. W 1264 r. chan Kubilaj przeniósł stolicę imperium do dzisiejszego Pekinu. [przypis edytorski]
140.Cheraitka – kobieta z ludu Cheraitów. Cheraici, dziś Kereici a. Keraici – lud środkowoazjatycki, pochodzenia mongolskiego a. tureckiego, od XI w. wyznający nestorianizm, walczyli z Tatarami, pokonani weszli w skład imperium mongolskiego. [przypis edytorski]
141.Tatarzy – tu: Mongołowie; w ściślejszym znaczeniu: grupa plemion koczowniczych żyjących w średniowieczu na terenach Mongolii, siłą podporządkowanych przez Czyngis-chana. W Polsce od XIII do XVIII w. nazwa ta oznaczała koczowniczych najeźdźców ze wschodu (początkowo byli nimi Mongołowie, później Tatarzy Krymscy). [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
410 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: