Kitabı oku: «Branki w jasyrze», sayfa 18
Sen
Pewnego wieczora Ajdar i Kałga stanęli w ułusie, oznajmiając nowiny. Hulagu, coraz mocniej uwikłany w perską wojnę, słał gońca za gońcem do Kubilaja, prosząc o nowe posiłki. W odpowiedzi na to żądanie cesarz wyprawił tam Ajdara z kilkoma tysiącami doborowych żołnierzy. W poufnej rozmowie z Ludmiłą Ajdar się przyznał, że sam poprosił cesarza o tę łaskę.
– Póki mam jeszcze siły – zwierzał się żonie – wolę czynnie służyć monarsze, niż po próżniacku błyszczeć na jego dworze. A przy tym… ten dwór jakoś mi do serca nie przypadł. Może to wszystko bardzo mądre i piękne, ale ja już się nie przyzwyczaję do tych cudzoziemskich nowości. Wychowałem się i wyrosłem w huku wojen, wśród wichrów pustyni; marmurowe pałace i posiedzenia z mandarynami usypiają mnie, zabijają. To wszystko nie Mongolia. Niech młodsi zachwycają się chińszczyzną, kiedy cesarz tak chce. Ja wolę po staremu pić kumys146 z drewnianej czary, niż smakować pachnące ziółka z porcelanowego kubka, wolę bić się, niż nad księgami suszyć sobie głowę.
Branki ucieszyły się niezmiernie. Pomyślały, iż widocznie takie jest przeznaczenie, że zamiast ruszyć na wschód, ruszyły na zachód. Wprawdzie Persja także strasznie daleko od ojczyzny, zawsze to jednak pociecha iść w tę stronę. Gdzieś za Persją podobno leży Ziemia Święta. Może szerzy się tam nowa krucjata? Może jakiś rycerz wzięty w niewolę, jakiś nowy Henryk Sandomierski147, przyniesie im upragnioną wieść?
Jechali więc wszyscy razem, choć dość daleko od siebie, bo Kałga, chcąc pokazać, że jest już dorosły, samodzielny i nie potrzebuje opieki stryja, wykorzystywał każdą okazję, by oddalić się z taborem. Ten pochód był zupełnie inny niż dotychczasowe koczowanie. Szli z wojskiem, więc wszystko tchnęło wojskowym porządkiem. Śpieszono się bardzo, bo Hulagu prosił o szybką pomoc. Toteż drogę zazwyczaj półroczną przebyto w dwa miesiące i w połowie lipca 1265 roku tabory Ajdara i Kałgi znalazły się w okolicach Kaszgaru148. Miasto było wprawdzie jeszcze daleko, ale już gdzieniegdzie pojawiały się zabudowania. Znaleziono wyborne pastwiska i dowódcy zarządzili trzydniowy wypoczynek. Konie były mocno zabiedzone z powodu wyczerpującej jazdy i chudej paszy spod ałtajskich stepów.
Nazajutrz po rozbiciu namiotów, około południa, Ludmiła dosiadła konia i skierowała się ku stanowiskom Kałgi, które znajdowały się na przednich strażach obozu. Wszedłszy do jurty niewolnic, znalazła Elżbietę. Była bardzo zatroskana. Robota leżała przed nią, ale ona zdawała się jej nie widzieć; opuściła ręce na kolana, nieobecny wzrok utkwiła gdzieś daleko, patrzyła jakby w nieznaną przyszłość.
– Co tobie, Elżuniu? Pewnie znowu oczy cię bolą.
– Nie… – Elżbieta, jakby wyrwana z letargu, mówiła cicho i powoli: – Miałam sen… taki wyraźny, że wydawało mi się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był bardzo błogi, zachwycający… ale przy tym taki straszny, że dotąd nie mogę ochłonąć. Zastanawiam się, co znaczy…
– Opowiadaj – ponaglała Ludmiła.
– Byłyśmy tutaj, ale bez wojska, zupełnie same. Siedziałyśmy na trawie i patrzyłyśmy w dal. Na samym końcu tej łąki, tam gdzie niebo spotyka się z ziemią, rozpościerał się Kraków. Był on niezmiernie daleko, ale bardzo wyraźny; widziałyśmy Wisłę, Wawel – taki piękny, z wieloma wieżami połyskującymi w słońcu. Powiedziałaś do mnie: „To dziwna rzecz, ciągle nam obiecywano, że dotrzemy do Kaszgaru, a to jest Kraków”. Dla mnie było to tak oczywiste, że odpowiedziałam: „Cóż dziwnego? Widocznie taka jest wola Boga”. Kiedy to mówiłam, stanął przed nami anioł, bardzo piękny; miał zielone skrzydła i ogromną czerwonawą gwiazdę nad czołem…
– Cóż chcesz – przerwała Ludmiła – to bardzo dobry znak widzieć anioła.
– Ale posłuchaj do końca. W ręku miał wielką czarną rózgę. Podniósł ją i zaczął cię bić, od stóp do głów, ale tak straszliwie, że cała się zamieniłaś w jedną ranę. Bił cię i pędził przed sobą, a ty jęczałaś okropnie i szłaś, oglądając się na mnie. Ja chciałam krzyczeć, ale nie mogłam z piersi wydobyć głosu, wiesz, jak to we śnie bywa. Chciałam biec za tobą, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa, więc tylko złożyłam ręce i szepnęłam zdławionym głosem: „Aniele, święty aniele, czemu ty ją tak bijesz?” On spojrzał na mnie dość surowo i pokazując Kraków, powiedział: „Bo chcę, żeby tam doszła”. Wtedy odzyskałam głos, wyciągnęłam ręce i prosiłam: „Ach, to już i mnie uderz, bo i ja chcę tam iść”. Kiwnął głową mówiąc: „Jeśli chcesz, to dobrze”. Zawrócił i mnie uderzył. Powiadam ci, to było straszne. Zerwałam się i biegłam do ciebie. Uciekałam przed rózgą, która jednak ciągle mnie siekła. Rany krwawiły. Krew zaczęła tryskać na przydrożne kamienie. Widząc, że anioł jeszcze się zamierza, powiedziałam trochę zniecierpliwiona: „Po co? Po co nas tak pędzisz? Przecież z dobrej woli tam pójdziemy”. Anioł uśmiechnął się, ale ten uśmiech był jakiś dziwny, tajemniczy. Opuścił rózgę i powiedział: „Spróbujcie”. Próbujemy, a tu nie sposób. Wyraźnie wrastamy w ziemię, nie możemy ruszyć ani ręką, ani nogą, zupełnie jakbyśmy skamieniały. Wtedy zaczęłyśmy go błagać: „Bij nas, jak długo zechcesz, bylebyśmy tam doszły”. Nie dał się długo prosić i znów nas pędził. My jednak, dziwna rzecz, nie czułyśmy już bólu. Radość przepełniała nasze serca, bo powolutku zbliżałyśmy się do Krakowa. Nagle anioł zniknął, znalazłyśmy się pod Wawelem, padłyśmy na twarz, całowałyśmy ziemię jak jakieś relikwie. Obudziłam się szczęśliwa, ale i przerażona. Do tej pory się trzęsę, jak sobie przypomnę tę okropną drogę.
– Dziwny sen – rzekła zamyślona Ludmiła. – Co on może znaczyć? Czyżby nam wróżył śmierć, dzięki której oczami duszy będziemy mogły widzieć ojczyznę? To był chyba anioł śmierci?
– Nie wiem, Ludko, nie śmiem nawet zgadywać. Ale przypuszczam, że jest to przepowiednia czy też przestroga. Zwyczajny sen nie zostawia takiego wrażenia.
Siedziały długo, snuły lękliwe domysły, czasem milczały bądź rozważały przyszłość. Na koniec Ludmiła potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić przykre myśli i rzekła nieco weselej:
– Z tego wszystkiego zapomniałam, po co do ciebie przyszłam. Zgadnij, kto dziś rano wszedł do mego namiotu. Nie uwierzysz, trzecia Ajdarowa!
– Biga? Chyba żartujesz, Ludko, skąd ona się tu wzięła?
– Wyobraź sobie, że cały czas jechała za nami ze swym taborem, ale nikt do tej pory o tym nie wiedział. Kiedy spostrzegłam ją, pomyślałam, że znowu chce mi dokuczać. Nie wiem, czy łaska boska ją dotknęła, czy jakiś cud odmienił, bo weszła drżąca, skruszona, uklękła przede mną i szlochając prosiła, abym jej przebaczyła. Powiada, że umiera ze zgryzoty, że już dawno chciała się ze mną pogodzić, tylko brakowało jej śmiałości. Ale ktoś jej powiedział, że chrześcijanie przebaczają najcięższe winy, więc zdobyła się na odwagę; chce mnie przeprosić i błagać o zgodę w imię mojego Boga. Podniosłam ją i zaczęłam ściskać, zapewniać, że wszystko będzie dobrze. Ale ona jeszcze nie mogła się uspokoić. „Nie uwierzę – mówiła, że zapomniałaś urazy, dopóki nie wyświadczysz mi łaski. Kiedyś tak niegodziwie poszarpałam na tobie suknię. Teraz przynoszę ci inną. Uszyłam ją własnymi rękami, płakałam nad nią. Przyjmij ją ode mnie na znak, że mi przebaczasz. Przyjdź do mnie dzisiaj i spożyj wieczerzę przy moim ognisku”.
Wyjęła duże zawiniątko, w którym znalazłam bardzo piękny, nowiuteńki popielaty chałat z futerkiem i długą czerwoną koszulę z kaszmirskiej wełny. Koszula nie była świeża. Biga zaczęła mnie przepraszać, że ją nieco przybrudziła w mozolnej robocie. Jeśli mam szczerze powiedzieć, wątpię, aby to była praca jej rąk. Nigdy nie widziałam, żeby Biga haftowała.
Ale wszystko jedno, czy sama szyła, czy kazała uszyć, zawsze chęci się liczą. Toteż obiecałam, że włożę ubranie i przyjdę wieczorem. Ośmieliłam się tylko zapytać, czy Ajdar jest też zaproszony na wieczerzę. Odpowiedziała mi z wielką pokorą, że ona już nie myśli walczyć o serce męża, bo dobrze wie, że człowiek, który został chrześcijaninem, nie może mieć więcej niż jedną małżonkę. „Jednak – dodała – jeżeli pozwolisz, to po starej przyjaźni i jego zapraszam, aby tym uroczyściej, przy świadku, potwierdzić naszą zgodę”. Rozstałyśmy się bardzo czule. Byłam przez chwilę szczerze uradowana. Jednak po głębszym namyśle to wszystko wydaje mi się bardzo dziwne. Trudno mi w to uwierzyć, więc przyszłam, żeby się z tobą naradzić. Co o tym myślisz?
– Musisz pójść do niej. Jednak boję się o ciebie… Bądź ostrożna. Jedz i pij mało albo nawet wymów się zupełnie. Jest to niewiasta pełna zdrady, nieraz już doświadczyłyśmy jej podstępności. Ale zachowuj się życzliwie, aby nie spostrzegła, że ją podejrzewasz, bo jeśli jest niewinna?…
Ludmiła już siedziała na koniu, a Elżbieta jeszcze jej przypominała:
– Pamiętaj, bądź ostrożna. Nic nie jedz, nic nie pij. Mam jakieś niedobre przeczucia…
– Bądź spokojna! Zastosuję się do twoich rad – krzyknęła Ludmiła, choć tak naprawdę tego popołudnia straciła spokój ducha. Puściła cugle i wolno ruszyła przed siebie.
Anielska rózga
Nazajutrz rano Elżbieta niecierpliwie czekała na Ludmiłę. Przez cały dzień była bardzo zajęta, nie mogła zlekceważyć swych obowiązków. Ale gdy tylko zapadł zmierzch, zdołała się wyrwać i pobiec do taboru Ajdara. Kiedy weszła do namiotu Ludmiły, spostrzegła, że przyjaciółka leży na sofie z twarzą rozognioną i zamglonymi oczami.
– Co ci, Ludko? Jesteś chora?
– Nie, nie jestem chora, tylko jakaś nieswoja. Nic mnie nie boli, sama nie wiem, co mi jest… Po co przyszłaś, moja droga? Ja bym się przecież do ciebie wybrała… No, a tak, jeszcze Kałga gotów cię ukarać za to, że przerwałaś robotę.
– Na dziś skończyłam. Już ciemno.
– Co ty mówisz? Ciemno? – Podniósłszy się nieco na łokciu, wsparła się na wałku i rozglądała dokoła. – Prawda, to już wieczór! A ja myślałam, że to mnie w oczach tak ciemno, bo dziś kilka razy, kiedy chciałam wstać, to w głowie mi się kręciło, jakoś dziwnie… Już wieczór? Musiałam cały dzień przedrzemać…
– Oj, Ludko, Ludko, na pewno nie dotrzymałaś obietnicy i wczoraj wieczorem wypiłaś albo zjadłaś coś niezdrowego! – Elżbieta starała się nadać swemu głosowi odcień żartobliwy, ale serce waliło jej młotem. Była śmiertelnie przerażona i roztrzęsiona.
– Nie, moja droga, nie martw się o mnie. – Ludmiła ścisnęła przyjaciółkę za rękę i szczerze się uśmiechnęła. – Dotrzymałam święcie obietnicy, nic nie jadłam i nic nie piłam. I nawet łatwiej mi to przyszło, niż sądziłam. Biga, czy w dobrej wierze, czy dla oddalenia podejrzeń, wcale nie nalegała. Jak tylko jej oświadczyłam, że nie jestem głodna ani spragniona, odsunęła ode mnie wszystkie miski i kubki. Powiedziała nawet z pewnym naciskiem: „W takim razie nie wolno się zmuszać, to bardzo niezdrowo”.
– Cóż mogło ci zaszkodzić? Bo na pewno zaszkodziło…
– Albo ja wiem? Może droga mnie wyczerpała. Wprawdzie dotąd dobrze znosiłam podróż, no, ale całe życie tak być nie może, każdy musi swoje odchorować. Zresztą, czy to choroba? Kilka dni wypocznę i znów będzie dobrze. – Istotnie, podczas rozmowy rozbudziła się i ożywiła nieco. Ach, Elżuniu – ciągnęła Ludmiła – nie uwierzysz, jak zachowywała się wczoraj Biga! Ajdara przyjęła z wielkim szacunkiem, w stosunku do mnie była mniej pokorna niż rano, ale życzliwa. Mówiła, że chce się z nami pogodzić, aby spokojnie umrzeć, bo może nas już nigdy nie zobaczy. Tutaj ma zabawić tylko przez kilka dni, a potem, jak my wyruszymy do Persji, ona powróci do Mongolii, do swego „wdowiego ułusu”. Ajdar był wzruszony i trochę zakłopotany, a ja byłam zupełnie upokorzona taką szlachetnością.
Do namiotu Ludmiły wszedł Ajdar. Zdziwił się niezmiernie, zastając żonę cierpiącą. Przywykł do jej żelaznego zdrowia i teraz nie wierzył w jej chorobę.
– Pieści się – powiedział żartobliwie – wie, że jej wszystko wolno. Ale weź się w garść, ptaszku, bo cóż to będzie, jak wjedziemy do kraju, gdzie trwa wojna? No, prześpij się teraz, a jutro bądź mi zdrowa jak rybka.
Nazajutrz rano Ludmiła chciała wstać, jak zawsze, ale zataczała się i słabła w oczach. Odprowadzono ją znowu na sofę. Mąż przyszedł pogodny, ale wyszedł pochmurny i zły. Ajdar był póty wesoły i dobry, póki wszyscy wokół niego się uśmiechali i kwitli zdrowiem. Niedomaganie Ludmiły go niecierpliwiło. Właśnie tego dnia chciał z nią jechać w góry na polowanie, a wieczorem wyprawić małą pożegnalną biesiadkę dla Bigi. Ludmiła psuła mu wszystkie szyki. Przywołał jednego z szamanów, którzy towarzyszyli wojsku, i rozkazał mu, aby prędko, jak najprędzej wyleczył mu żonę. Szaman nawarzył ziół, zaczął zamawiać zaklęcia, szeptać jakieś tajemne słowa. Potem napełnił kubek miksturą i podał go Ludmile. Mimo wstrętu, wychyliła go odważnie.
Elżbieta przybiegła o zmroku. W namiocie przyjaciółki zastała Bigę. Wprawdzie trzecia Ajdarowa nie usługiwała chorej, ale siedziała obok i bawiła ją najdziwniejszymi tatarskimi opowieściami. Wpatrywała się w nią z niezmierną troskliwością. Nie brakowało Ludmile domowej posługi, ale jedna tylko Elżbieta umiała naprawdę chodzić przy chorej. Chciała zmienić pościel na sofie, o czym nikt jeszcze nie pomyślał, i bieliznę. Ludmiła zaraz po pamiętnej wieczerzy położyła się do łóżka w podarowanej przez Bigę koszuli i leżała w niej do tej pory. Jednak w żaden sposób nie dała się namówić na zmianę bielizny.
– Dobrze… – szepnęła – trochę później… nie teraz… – Odwróciła głowę i zasnęła.
Ta choroba przebiegała dziwnie; nie było gorączki, majaczenia, jakiegoś określonego bólu, tylko ospały smutek. Według Bigi, był to dobry znak.
– Dajcie jej spokój – zalecała stanowczo i przekonująco. – Choremu nie wolno prześciełać łoża ani zmieniać odzieży, bo w tej chwili duch zimna może najłatwiej w niego wstąpić, a duch zimna, jak wiecie, jest największym wrogiem, poprzednikiem ducha śmierci.
Wysłuchano rad Bigi, które miały swe źródło w starych tatarskich wierzeniach, i tego dnia nikt już nie chciał zmieniać ani bielizny, ani pościeli. Ludmiła przeważnie spała. Ta noc przeszła dużo spokojniej niż pierwsza. Elżbieta nad ranem wymknęła się z namiotu w nieco lepszym nastroju. Wydawało się jej, że kryzys minął. Szaman tryumfował. Ale w ciągu dnia wszystko się zmieniło. Ajdar był zrozpaczony. Siedział przy żonie i patrzył na nią z serdeczną trwogą. Myśl, że Ludmiła ciężko zachorowała, że może umrzeć, wreszcie do niego dotarła i napełniła go strachem. Nagle zrozumiał, że może ją stracić. W tej chwili uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha.
Tymczasem Elżbieta padła do nóg swemu panu i błagała, aby pozwolił jej czuwać przy chorej.
– Chociaż na kilka dni – prosiła – zwolnijcie mnie z szycia. Ja potem w dwójnasób, w trójnasób wam to odrobię.
Kałga roześmiał się i odtrącił ją nogą.
– To i tak wielka łaska, że pozwalam ci w nocy opuszczać obóz. Jak będziesz zmęczona, niewyspana, stracisz oczy, to kto mi uszyje suknie, od których zależy moje życie?
Elżbieta znowu po całych dniach ślęczała nad robotą, płakała, gryzła się, wyczekując zmroku jak zbawienia i wspominając z żalem dobre czasy, kiedy to Arguna pozwalała brankom przebywać razem. Tymczasem przed namiotem Ludmiły zatknięto włócznię z czarną chorągiewką na znak, że każdy, kto może pomóc chorej, niech przychodzi i radzi. Zajrzało kilku starych doświadczonych żołnierzy, którzy widzieli niejedną chorobę i nieraz pomagali towarzyszom, kiedy szaman nie raczył się nimi zająć. Ale tu, nie widząc żadnej rany, żadnego uszkodzenia, wyszli i zaręczyli, że to minie, że „nic nie będzie”. Spędzano z okolicy stare baby; kręciły tylko głową i dawały leki. Chora przyjmowała wszystko, ale coraz bardziej skarżyła się na ból głowy, coraz częściej wstrząsały nią dreszcze. Twarz miała zmienioną, rozpaloną, a któregoś dnia na policzku pojawiła się plama na kształt różowego półksiężyca. Przywołany szaman najpierw popatrzył się, potem zbladł, przygryzł wargi i oświadczył, że nic nie może poradzić. I od tej pory nie chciał już wchodzić do namiotu Ludmiły.
Czas wyznaczony wojsku na spoczynek dawno już minął; żołnierze byli gotowi do wymarszu, konie się podpasły. Ajdar, jak mógł, przedłużał pobyt na pastwiskach.
– Jeszcze dwa dni tu zostaniemy – zdecydował. A po dwóch dniach: – Jeszcze tylko przez jutro. I takie „jutro” powtarzało się kilka razy.
Czynił to z niejakim narażeniem swojej dobrej sławy, bo u Tatarów naznaczano dowódcom z góry czas i etapy pochodu. Wojsko szemrało na wodza, który naruszał porządek dla jednej niewiasty. Nie było rady. Przyszła chwila, w której Ajdar musiał dać hasło wyjazdu.
Pierwszy o świcie wyruszył Kałga z przednimi hufcami. Za nim szły wozy pełne niewolnic, wśród nich jechała spłakana Elżbieta, pocieszając się myślą, że wieczór znów połączy wszystkie tabory. Ajdar jeszcze odwlekał chwilę wyjazdu, wysłał przed sobą całe wojsko, sam chciał wyruszyć dopiero z tylnymi strażami. W końcu przyszła kolej na ostatni oddział.
Słońce już zaczynało się pochylać, kiedy maleńki wózek zajechał po Ludmiłę. Tu już nie było wygodnych domów kołowych, zostawiono wszystkie w Mongolii. Na wyprawę wojenną zabrano tylko przenośne jurty i lekkie dwukolne149 arby150. Ajdar kazał wymościć miękkie, wygodne siedzenie, po czym wszedł do namiotu. Za nim szła Biga, nieustannie towarzysząca chorej.
– Moja biedaczko, nadszedł czas wyjazdu. Musisz wstać i siadać na wózek. Już dłużej nie możemy tu zostać.
Ludmiła posłusznie się podniosła i chcąc zejść z sofy, oparła się o wałek.
– Coś mnie uwiera… – jęknęła z bólu.
– Gdzie? Gdzie? – zawołała Biga.
– Tu, gdzie się ręka zgina.
– Pokaż no, co to takiego?
Ludmiła odwinęła rękaw i pokazała łokieć, zwykle biały, toczony jak gałka ze słoniowej kości; teraz wokół niego występował różowy pierścień. Biga przyjrzała mu się, potem mocno chwyciła Ajdara i odciągając go na drugi koniec namiotu, wrzasnęła:
– Uciekaj! Ta kobieta ma trąd!
Religijne zabobony ludów północnej Azji głosiły, że istota nawiedzona tą plagą nie tylko musiała obrazić bóstwo, ale stała się już na zawsze mieszkaniem „nieczystych duchów”. Toteż wszystkie uczucia i obowiązki wobec niej wygasały. Wyrok, wydany przez niebo, był widoczny i nieodwołalny.
Ludmiła została sama.
Ajdar siedział na ziemi i płakał głośno jak skrzywdzone dziecko.
– Żegnaj, moja gołąbko! Żegnaj, moje szczęście! Wolałbym sypać ziemię na twoją trumnę, niż zapuszczać wojłok na twoją jurtę, dla mnie już słońce nigdy nie zaświeci!
Biga siedziała przy nim, kojąc go najczulszymi słowami:
– Mój ty biedny, kochany Ajdarze, szkoda twoich cudownych oczu na płakanie. Jakież to szczęście, że ja przy tobie jestem, inaczej zostałbyś sam, zupełnie sam.
– Tak… to szczęście… – powtarzał głosem bez wyrazu, jak martwe echo. Nagle podniósł na nią oczy. – Powiedz mi, skąd mogło przyjść to nieszczęście?
– A skądże ja mogę wiedzieć? – odparła zmieszana Biga. Po chwili dodała: – Nietrudno się domyślić. Ściągnęła go sobie sama, przez tych wszystkich żebraków, którymi tak często się otaczała. Pewno któryś z nich napędził jej złego ducha. Ci chrześcijanie to szaleńcy!
– Być może… – jęknął boleśnie Ajdar, a potem podnosząc zaciśnięte pięści ku niebu, wołał: – Po co ja się chrzciłem? Ten Bóg z krzyżem nie może być dobry, skoro oddał tak piękną niewiastę na pastwę nieczystym duchom, nie może być mocny, kiedy nie umiał jej obronić.
– Cha! Cha! – Biga uśmiechnęła się jadowicie: – Może to kara za odstąpienie naszych duchów?
– Ależ ja ich nie odstępowałem! Ja czciłem je, karmiłem po dawnemu, tylko mi się zdawało, że jeden duch więcej, to więcej błogosławieństw… Ach! Ja byłem pewien, że Bóg Ludmiły będzie zsyłał nam szczęście!
Złamanego, wracającego na nocny postój Ajdara spotkała Elżbieta. Na okropną wieść o trądzie zbladła, stanęła jak słup, a potem bez słowa poszła na spoczynek. Ale kiedy nad ranem zaczęto gotować strawę i szykować się do wymarszu, nikt jej nie mógł odnaleźć. Przestraszona służba nie chciała jeszcze powiadomić Kałgi. Szukano jej po całym obozie. Na próżno. Elżbieta uciekła.
Na Zachód
Po żółtym piasku pustyni szły dwie trędowate niewiasty. Jedna miała na twarzy czarną zasłonę z wyciętym otworem na oczy. Druga wspierała się na kijach, bo nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Ręce ich były pokryte białymi plamami, ubiory, pozszywane z wypłowiałych szmat, zwieszały się w podartych strzępach.
– Już nie mogę iść – narzekała pierwsza, podpierając się na dwóch kosturach. – Nie mam siły…
– Zaraz odpoczniemy, Elżuniu – odpowiedział drugi głos. Choć wydobywał się spoza osłony, jakby zza grobu, był miękki, ciepły i jak zwykle życzliwy. – Siądźmy tu w cieniu i zastanówmy się, gdzie jesteśmy. Spójrz, coraz tu ładniej, coraz więcej wody i zieleni. Jak pod tymi palmami przyjemnie! Nareszcie jest czym oddychać!
– Strumień – zawołała radośnie Elżbieta. Czyściutki strumień! Jak dobrze, że nikogo tu nie ma. Może nikt z niego nie czerpie… Będziemy mogły się napić bez przeszkody.
Siadły. Ludmiła wyjęła z zanadrza małą drewnianą czarkę i wydobyła okrawki chleba.
– Dobra rzecz chleb, święta rzecz. Tak długo nam go brakowało u Tatarów151! Choć prawdę mówiąc, najlepiej smakuje na własnej ziemi. Czy kiedyś będziemy go tam jadły?
– Wiesz – odparła Elżbieta – gdyby nie przepowiednia ojca Pawła, na pewno nie zniosłabym takiej drogi. Ale to proroctwo trzyma mnie przy życiu. Wrócić tam, odnaleźć nasz skarb, a potem umrzeć…
– Prawda, moja Elżuniu, tak będzie. Złe się sprawdziło, to i dobre się sprawdzi. Tylko nie wolno nam zgubić drogi. Żeby tak dostać się między narody chrześcijańskie! Ale wydaje mi się, że coś tam się czerni daleko… Chyba mury…
– Tak! – Elżbieta wpatrywała się uważnie. – To miasto. Trudno się będzie nawet dowiedzieć o nazwę. Wszyscy przed nami uciekają.
– Niech sobie uciekają – odparła sucho Ludmiła. Po chwili dodała cieplejszym głosem: – Pan Bóg nam nie ucieknie i my od siebie nie uciekniemy. Czego nam więcej potrzeba do szczęścia?
Elżbieta zwróciła ku niej swoje niebieskie, duże, rozrzewnione oczy, otoczone różowymi kołami.
– A może to Jerozolima? Ale nie. Jerozolima stoi na Syjonie, a to miasto nie wznosi się na górze. Jakoś się dowiemy – powiedziała z nutą optymizmu w głosie i zaczęła starannie zbierać okruchy chleba. Jeszcze nie skończyła tej ważnej dla nędzarzy roboty, kiedy nagle w ziemi spostrzegła coś niezwykłego. Rozgarnęła piasek i wyjęła maleńką, wyschłą roślinkę zwiniętą w kłębuszek. – Patrz, co znalazłam! Zupełnie taka sama gałązka jak ta, którą nam przyniósł pielgrzym, pamiętasz? To róża jerychońska!
– Prawda! Zupełnie taka sama – zachwycała się Ludmiła, biorąc roślinkę do ręki.
– Jak to dobrze, że ją znalazłyśmy! – Elżbieta nie mogła oderwać wzroku od róży. – Tyle już lat minęło, a ja nigdy nie mogłam się pocieszyć po stracie tamtej. Przypomnij sobie, od dnia, kiedy ją zgubiłam, zaczęły się wszystkie nasze nieszczęścia. Teraz, kiedy znalazłam nową, może przyjdzie szczęście albo przynajmniej nadzieja?
Nagle odezwał się chrzęst kolczug i tętent koni. Dwóch rycerzy pędziło w ich stronę. Mieli na sobie czarne płaszcze z zielonym krzyżem wyszytym na piersiach. Przerażone niewiasty, widząc ich nieostrożność, podniosły ręce, wymachiwały nimi, dając znaki, aby się nie zbliżali, a gdy to nie pomogło, chwyciły za grzechotki wiszące u pasa i energicznie zaczęły nimi obracać. Ale im szybciej kręciły się kołatki, tym szybciej rycerze zbliżali się w ich stronę.
– Uciekajcie! Nie zbliżajcie się do nas! – zawołała błagalnie Elżbieta. – Czyż nie widzicie…
– Nie tak łatwo się nas pozbyć – zażartował rycerz po francusku i uśmiechnął się dobrotliwie. – Mamy zaszczyt wojować pod chorągwią świętego Łazarza. Należymy do zakonu braci szpitalnych i ślubowaliśmy obronę i pielęgnowanie chorych pielgrzymów, a zwłaszcza trędowatych. Radujemy się i dziękujemy opatrzności, że sprowadziła nas na waszą drogę. Jesteście miłe Chrystusowi, kiedy zesłał na was chwałę świętego Hioba. Pozwólcie, abyśmy odtąd służyli wam pomocą. Każdy chory i ubogi to nasz pan, a my jesteśmy jego pokornymi sługami.
Niewiasty spojrzały po sobie. Wzruszenie odebrało im głos. Milczały, tylko po policzkach spływały im łzy szczęścia. Pierwszy raz od wielu lat zdrowi ludzie podeszli do nich bez lęku, a nawet się uśmiechali. W ich zachowaniu było tyle łaskawości, pokory, czci dla ich cierpienia.
– A skąd to Bóg was prowadzi? – zapytał drugi rycerz.
– Z Karakorum152.
– Skąd?
– Z Karakorum – powtórzyła Ludmiła. – Ze stolicy wielkiego chana tatarskiego. Tam byłyśmy w niewoli.
Rycerz spojrzał na towarzysza, jakby pytał, czy niewiasty są przy zdrowych zmysłach.
– Co to znaczy – szepnął – Karakorum? Czy jest takie miejsce na świecie?
– Przypominam sobie… – odparł drugi mężczyzna po chwili namysłu. – Słyszałem o czymś podobnym. Opowiadał mi pewien kleryk, który czytał opis franciszkanina. Tak, właśnie, Kara… Karaka… to gdzieś niedaleko królestwa księdza Jana… Ależ to jest na końcu świata, musiałyście iść chyba rok?
– Gdzież tam rok! – odparła urażona Ludmiła. – Myśmy szły chyba z dziesięć lat.
– No, Ludko, to chyba za wiele – przerwała z uśmiechem Elżbieta. – Ale sześć albo siedem to na pewno.
– Nawet nie liczyłyście?
– Po co? Pan Bóg je policzy. W niewoli liczyłyśmy wiosny, doliczyłyśmy się do dwudziestu pięciu. Ale w drodze to już trudniej. Bywało tak, że jedna z nas bardziej zaniemogła i pół roku leżała w jakiejś opuszczonej chałupie; druga ją pielęgnowała, pocieszała. Potem znów szłyśmy dalej. Czasem trudno było odnaleźć drogę. Pytałyśmy zawsze o Jerozolimę i oto jesteśmy w Palestynie.
– Ale że wytrzymałyście to wszystko, to nie do uwierzenia! I nie pomarłyście z głodu, i dzikie zwierzęta was nie dopadły! Nie do wiary! – nie mógł nadziwić się rycerz.
– Ach, mój panie, człowiek nigdy nie może powiedzieć: „Ja tego nie wytrzymam, ja tego nie przeżyję”. Wytrzyma! Sto razy będzie konał i nie skona, jeśli mu Bóg długie życie przeznaczył. Jeden cel nam przyświecał – dotrzeć do kraju. Nie bałyśmy się dzikiego zwierza, bo szłyśmy najczęściej w gromadzie trędowatych; przymusowe towarzystwo, ale co zrobić, kiedy z innymi nie wolno przestawać. Bywało ciężko, niejeden oszukał, okradł, do złego namawiał… Z jedzeniem była najmniejsza bieda, trędowaci nie skarżą się na głód. Każdy co prędzej daje strawę i jałmużnę, byle się pozbyć, byle taki nie przestąpił progu domu. Rzucą jak psu i uciekają. Nie tak jak wy, mój zacny panie.
Rycerze spojrzeli po sobie. Choć mężczyźni, twardzi, oswojeni z cierpieniem, poczuli, że serce im krwawi.
– No, a teraz – rzekła Ludmiła – wszystko będzie dobrze. Dostałyśmy się między poczciwych ludzi. Byle jeszcze dojść do Jeruzalem, tam może sobie wymodlimy powrót do naszej ziemi, do Polski.
– To wy z Polski? Gdzie ta Polska?
– Dość daleko. Za krajami niemieckimi, na północ, tam, gdzie Wisła płynie.
– To gdzieś koło Hiperborejów153. Tam podobno ludzie śpią pół roku? Może potrafimy ułatwić wam powrót, bo najważniejsze, aby dostać się do Europy; tam znajdziecie pomoc i przytułek. My od czasu do czasu wyprawiamy okręt przeznaczony wyłącznie dla trędowatych pielgrzymów, który płynie albo do Marsylii, albo do Amalfi. Niekiedy wprawdzie trzeba i parę lat poczekać, nim się zbierze załoga z chorych, ale dla was to może i lepiej? Tutaj między nami nabierzecie sił, wydobrzejecie, a przy tym zwiedzicie miejsca święte. No, ale teraz pozwólcie, abyśmy zawieźli was do Jerycho154, to bliziutko, stąd widać miasto.
– Ach, więc to Jerycho? Sławne w Biblii z trąb Jozuego! Sławne w Ewangelii z uzdrowienia ślepego! – zawołała Elżbieta z pobożnym uniesieniem.
– A tak, właśnie. W Jerycho155 mamy lazaret, w którym znajdziecie odzież, posiłek, lekarstwa i zacne niewiasty do posługi. Może też da Bóg, że dojdziecie tam do zdrowia.
Rycerze zdjęli płaszcze i zrobili z nich miękkie siedzenia na siodłach. Ludmiła, ruchem przypominającym dawną sprawność, wsiadła na wierzchowca, ale biedna Elżbieta nie mogła się dźwignąć.
– Pozwólcie, mateczko, że was podniosę – zaofiarował pomoc starszy rycerz.
– Jak to, panie, wy się nie boicie? – niewiasta cofnęła się przestraszona.
On z uśmiechem odwinął połę rękawa i pokazał na swoim ręku plamy zeschłe, świecące jak pergamin.
– Byłem waszym bratem w cierpieniu. Nasz mistrz także. Według reguły, mistrz naszego zakonu musi koniecznie być trędowaty, żeby lepiej czuł i rozumiał męczarnię tych, którym służy.
– Cóż to za wspaniały zakon – rzekła Elżbieta. – Czy pamiętasz, Ludko, królowa nam o nim opowiadała? Nie spodziewałyśmy się wówczas, że kiedyś przyjdzie nam go błogosławić!
– Królowa? – powtórzył niedowierzająco młodszy rycerz, mierząc spojrzeniem wiszące na nich łachmany. – Znałyście jakąś królową?
– A jakże – odrzekła z dumą Ludmiła. – Musieliście chyba słyszeć o sławnej księżnej polskiej, Kunegundzie, córce króla węgierskiego, Andrzeja? Ona nas łaskawie przyjmowała na swym dworze, gdzie było tak pięknie, jak w raju.
– Mój Boże! – westchnął rycerz. – Dawniej znały się z królami, a teraz?…
– A teraz – odparł starszy brat – są bliższe królestwa niebieskiego.
