Kitabı oku: «Golem», sayfa 5

Yazı tipi:

Jawa

Zwak, uprzedziwszy nas, pobiegł po schodach i usłyszałem, jak Miriam, córka archiwariusza Hillela, trwożnie go wypytywała, on zaś starał się ją uspokoić.

Nie zadawałem sobie trudu, by usłyszeć, co oni z sobą mówili, i raczej odgadłem, niż w słowach zrozumiałem, że Zwak opowiadał, jakoby zdarzyło mi się nieszczęście i przyszli prosić, aby mi dano pierwszą pomoc i przywrócono do przytomności.

Ciągle jeszcze nie mogłem ruszyć żadnym członkiem163 ciała, a niewidzialne palce trzymały mnie za język; ale myśl moja była mocna i pewna, a poczucie zgrozy zupełnie mnie odeszło. Wiedziałem dokładnie, gdzie byłem i co się ze mną stało – i nieraz wydawało mi się to osobliwością, że mnie wniesiono tu jak umarłego, wraz z narami164 złożono w pokoju Szemajaha Hillela i pozostawiono samego.

Ciche, naturalne zadowolenie, jakiego się doznaje po długiej wędrówce, napełniało moją duszę.

W izbie było ciemno, a ramy okien unosiły się rozlewnym rysunkiem w formie krzyża, odbijając od matowo-świecącego dymu, który wił się z ulicy.

Wszystko mi się wydawało samo z siebie zrozumiałym i nie dziwiło mnie ani to, że Hillel wszedł z żydowskim siedmiopłomiennym świecznikiem sobotnim165, ani że mi życzył „Dobry wieczór” jak komuś, czyjego przyjścia oczekiwał.

To, na co przez cały czas, odkąd mieszkałem w tym domu, nie zwróciłem uwagi, jako na rzecz szczególną, mimo żeśmy się spotykali na schodach dwa – trzy razy w tygodniu, uderzyło mnie teraz z wielką siłą, gdy Hillel tak chodził w tę i ową stronę pokoju, niektóre przedmioty na komodzie ustawiał i wreszcie swoim świecznikiem zapalał drugi, również siedmioramienny166.

Mianowicie: zauważyłem harmonię jego ciała i członków oraz szczupły, delikatny rysunek jego twarzy ze szlachetnym układem czoła. Mógł, jak to widziałem teraz przy blasku świecy, mieć lat nie więcej ode mnie: najwyżej 45.

– Przyszedłem o parę minut za wcześnie – zaczął po chwili – inaczej bym już przedtem światła zapalił.

Wskazał na oba świeczniki, zbliżył się do nar i skierował swe ciemne, głęboko osadzone oczy, jak się zdaje, na kogoś, co mi w głowach167 stał lub klęczał, ktoś kogo jednak dostrzec nie byłem w stanie. Przy tym poruszał ustami i bez głosu wymówił jakieś zdanie.

Natychmiast niewidzialne palce oswobodziły mój język i letarg168 przeminął: odwróciłem się i spojrzałem poza siebie: nikogo prócz Szemajaha Hillela oraz mnie w pokoju nie było.

A więc jego „ty” i uwaga, że mnie oczekiwał, dotyczyły tylko mojej osoby?

Daleko szczególniej od tych obojga okoliczności działało na mnie to, że nie byłem w stanie doznać mniejszego zdziwienia z tego powodu.

Hillel odgadł jawnie moje myśli, gdyż uśmiechał się przyjaźnie, przy czym pomógł mi wstać z nar i ręką wskazał na krzesło, mówiąc:

– Nie ma tu nic dziwnego, straszliwie działają na ludzi tylko rzeczy upiorne, Kiszuf169; życie drapie i parzy jak włosiennica170, ale słoneczne promienie świata duchowego są łagodne i ogrzewające.

Milczałem, gdyż nie wpadła mi na myśl żadna odpowiedź. Zdaje się też, że z mojej strony żadnych słów nie oczekiwał Hillel, gdyż mówił dalej.

– I srebrne zwierciadło, gdyby miało czucie, odczuwałoby wielki ból w chwili polerowania. Stawszy się gładkim i promiennym – odbija ono wszelkie obrazy, jakie w nie wpadają – bez cierpienia i wzruszenia.

Błogosławiony jest człowiek – mówił dalej milcząco – który o sobie może powiedzieć: Jestem wypolerowany (jak zwierciadło).

Chwilę pogrążył się w myślach i słyszałem – jak szeptał parę słów po hebrajsku: Liszuo secho kiwisi adoszem171. Po czym znów jego głos brzmiał mi w uszach wyraźnie:

– Przyszedłeś do mnie w głębokim śnie, a ja zbudziłem cię do jawy. W Psalmie Dawida powiedziano: „Tedy rzekłem sam w sobie: teraz zaczynam! Prawica to Boga, co uczyniła tę zmianę”.

Gdy ludzie budzą się w swoich łożach, roją, że otrząsnęli się ze snu, a nie wiedzą, że padają jako ofiara swych zmysłów i stają się łupem nowego, znacznie głębszego snu, niż ten, z którego wyszli: Jest tylko jeden prawdziwy stan jawy; ten mianowicie, do którego się teraz przybliżasz.

Gdybyś o tym powiedział ludziom, to by ci odparli, żeś chory, gdyż nie są w stanie cię zrozumieć. Jest to więc rzecz bezcelowa i smutna – mówić im o tym.

 
Oni płyną niby potok,
A są jak gdyby sen,
Niby trawa, która wnet powiędnie —
A pod wieczór będzie ścięta – i uschnięta.172
 

—–

– Kto był ten nieznajomy, co mnie szukał u mnie w domu i dał mi księgę Ibbur173. Czym go widział na jawie, czy we śnie? – chciałem zapytać, lecz Hillel mi odpowiedział, zanim swą myśl wyraziłem w słowach:

– Przypuść, że człowiek, który przyszedł do ciebie i którego zowiesz Golem174, oznacza przebudzenie umarłego poprzez najwewnętrzniejsze życie duchowe. Wszelka rzecz na ziemi – niczym innym nie jest, jeno175 symbolem, przyodzianym w proch. – Jak ty myślisz okiem? Wszelką formę, którą spostrzegasz, myślisz okiem. Wszystko, co zgęstniało do formy, było przedtem istotą widmową. —

Czułem, że te pojęcia, co dotychczas siedziały w moim mózgu jak na kotwicy, zerwały się i jak okręty bez steru pognały po bezbrzeżnym morzu.

Pełen spokoju Hillel mówił dalej:

– Kto jest przebudzony, ten nie może już umrzeć; sen i śmierć są dla niego tym samym.

– Już nie może umrzeć? – głuchy ból mną zaszarpał.

– Dwie ścieżki biegną w dal obok siebie: droga życia i droga śmierci. Otrzymałeś księgę Ibbur i czytałeś ją. Dusza twoja stała się ciężarna duchem żywota – słyszałem jego słowa.

– Hillelu, Hillelu, daj mi iść drogą, którą idą wszyscy ludzie: drogą śmierci! – Dziko we mnie krzyczało wszystko.

Twarz Szemajaha Hillela stała się nieruchoma z powagi:

– Ludzie nie kroczą żadną drogą, ani drogą życia, ani drogą śmierci. Pędzą jak plewy w wichrze. W Talmudzie176 stoi: „Zanim Bóg stworzył świat, postawił zwierciadło przed istotami. Istoty widziały w nim duchowe cierpienia bytu i rozkosze, jakie z nich wynikają. Więc jedni wzięli na się cierpienie. Ale inni wzbraniali się – i tych Bóg wykreślił z księgi żywota”. Ty idziesz pewną drogą – i wkroczyłeś na nią z wolnej woli – choć może sam teraz o tym już nie wiesz. Jesteś powołany sam przez siebie! Nie trap się: stopniowo, gdy przychodzi poznanie, przychodzi też wspomnienie.

Poznanie i wspomnienie – to jedno i to samo.

Przyjacielski, prawie miłościwy ton, który zabrzmiał w mowie Hillela, przywrócił mi spokój i czułem się bezpieczny jak chore dziecko, które wie, że ojciec przy nim siedzi.

Spojrzałem w górę i spostrzegłem, że naraz zjawiły się w izbie liczne postacie i otoczyły nas kołem: niektóre w białych koszulach śmiertelnych, jak to nosili starzy rabini177, inne w kapeluszu trójkątnym, w trzewikach ze srebrnymi sprzączkami – ale Hillel przesunął rękę przed moimi oczyma – i pokój znów stał się pusty.

Potem wyprowadził mnie na schody i dał mi zapaloną świecę, abym mógł sobie drogę oświetlić do swego pokoju.

––

Położyłem się do łóżka i chciałem zasnąć, ale sen nie przychodził – i zamiast tego wpadłem w szczególny stan, który nie był ani marzeniem, ani czuwaniem, ani snem.

Światło zgasiłem, ale pomimo to w izbie wszystko było tak wyraźne, że mogłem najdokładniej rozróżnić każdą pojedynczą formę. Przy tym czułem się doskonale błogo, wolny od pewnego męczącego niepokoju, co niejednemu sprawia katusze, gdy się znajdzie w podobnej sytuacji.

Nigdy przedtem w życiu swoim nie byłbym w stanie myśleć tak ściśle i wyraźnie, jak właśnie w tej chwili. Rytm zdrowia toczył się poprzez moje nerwy i porządkował moje myśli w szeregi, jak wojsko, które jeszcze czeka na rozkaz.

Dość mi było tylko zawołać, a przychodziły do mnie i wykonywały to, czegom pragnął.

Przypomniała mi się naraz178 gemma179, którą w ostatnich tygodniach próbowałem wyciąć z awenturynu180 – nie mogłem jednak dojść do żadnego wyniku, gdyż nie udawało mi się nigdy rozproszonych błysków minerału pokryć rysami twarzy, jaką sobie wyobraziłem – i oto w jednym mgnieniu ujrzałem rozwiązanie i wiedziałem dokładnie, jak mam prowadzić dłutko, by opanować strukturę masy.

Niegdyś niewolnik hordy fantastycznych wrażeń i sennych widziadeł, o których nie wiedziałem, czy to pojęcia, czy też uczucia: nagle uczułem się jako pan i król we własnym państwie.

Zadania z rachunku, które wprzódy181 stękając na papierze mogłem rozwiązać, wpadały mi naraz do głowy, niby w igraszce182 prowadząc do rezultatu. Wszystko przy pomocy jakiejś nowej, zbudzonej we mnie zdolności, żem widział i ustanawiał to właśnie, co mi było potrzebne: cyfry, formy, przedmioty, barwy.

A gdy chodziło o kwestię, które za pomocą tych środków – nie dawały się rozstrzygać – problematy183 filozoficzne itp. – miejsce wewnętrznego wzroku zajmował słuch, przy czym głos Szemajaha Hillela brał na siebie rolę mówiącego. Udzielone mi były uświadomienia najrzadszego rodzaju. —

Com tysiąc razy w życiu nieuważnie jako puste słowo puszczał mimo ucha, teraz w najgłębszych fibrach184 mej istoty tkwiło we mnie jako wartość; to, czegom nauczył się „powierzchownie”, w jednej błyskawicy „ujmowałem” jako swoją „własność” wewnętrzną. Budowy słów tajemnica, której nie przeczuwałem, obnażyła się przede mną.

„Wysokie” ideały ludzkości, które z dobroduszną radcowsko-handlową miną, zakleksano185 orderem na patetycznej piersi, z góry mi chciały się narzucić: pokornie teraz zdjęły z pyska maszkarę186 i tłumaczyły się przede mną: w istocie one są żebrakami, ale zawsze mają przy sobie ożogi187 – dla jeszcze gorszego oszustwa.

Czy ja nie śnię? Czy nie rozmawiałem z Hillelem?

Wyciągnąłem rękę do krzesła obok mego łóżka. Wszystko jak należy: tu leży świeca, którą mi dał Szemajah; szczęśliwy jak mały chłopiec w noc Bożego Narodzenia, który się przekonał, że jego ulubiony pajacyk rzeczywiście i żywo jest przy nim obecny – na nowo się wtuliłem w poduszki.

I jak wyżeł wciskałem się coraz głębiej w gęstwinę duchowych zagadek, które mnie otaczały dokoła.

Naprzód próbowałem dotrzeć do tego momentu mego życia, do którego najdalej sięga moja pamięć. Tylko z tego punktu – sądziłem – była dla mnie rzeczą możliwą spojrzeć w tę część mego bytu, która dla mnie, przez szczególny zbieg warunków mego losu, leży utajona w mroku.

Ale jakkolwiek dręczyłem się nad tym, nie mogłem iść dalej, jak po za to, żem się kiedyś znalazł w ponurym podwórzu naszego domu i przez łuk bramy oglądał tandeciarnię Arona Wassertruma: tak jak gdybym od stu lat jako snycerz188 kamei189 mieszkał w tym domu – zawsze jednakowo stary człowiek, który nigdy nie był dzieckiem.

Chciałem już dać temu pokój190 jako próbom beznadziejnym i przerwać to szperanie po warstwach minionej przeszłości: gdy naraz191 z promienną jasnością pojąłem, że istotnie w mojej pamięci szeroki gościniec zdarzeń kończy się łukowym sklepieniem pewnej bramy, ale błyska mi też cały szereg maleńkich ścieżek, które dotychczas stale towarzyszyły drodze głównej, a których ja dotąd nie zauważyłem:

– Skądże – krzyknęło mi coś prawie w ucho – masz wiadomości, dzięki którym wleczesz życie? Kto cię nauczył wycinania kamei, kto cię nauczył sztuki rytowniczej i wszystkiego innego? Czytać, pisać, mówić – i jeść – i chodzić, oddychać, myśleć, czuć?

Wnet uchwyciłem się wskazówki mego wnętrza. Systematycznie szedłem wstecz przez moje życie. —

Zmusiłem się w odwróconej, ale nieprzerwanej kolei zdarzeń wyrozumieć192, co się stało ostatnio, jaki był ku temu punkt wyjścia, co stało się przedtem i tak dalej?

Znowu dotarłem do łuku pewnej bramy.

Teraz – teraz! Tylko mały skok w próżnię, w otchłań, która mnie oddzielała od zapomnianego; ten mały skok powinien bym zrobić. Naraz ukazał mi się obraz, który dostrzegłem przy powrotnym biegu swoich myśli: Szemajah Hillel przeciągnął mi rękę przed oczami – ściśle tak, jak przedtem na dole w swym pokoju. —

I wszystko się zatarło. Nawet pragnienie dalszych poszukiwań. —

Tylko jedno osiągnąłem jako zysk trwały i niezmienny; świadomość, że szereg przygód w życiu to ślepa ulica, jakkolwiek zdaje się szeroka i dogodna do przechadzki.

Drobne to są, ukryte szczeble, co prowadzą do zatraconej ojczyzny: to, co delikatną, prawie niewidzialną farbą w naszym ciele jest wyryte – nie zaś ohydna blizna, jaką pozostawia po sobie raszpla193 życia zewnętrznego – to właśnie ukrywa rozwiązanie ostatecznych tajemnic. —

Podobnie jak mógłbym wyobrazić sobie ruch wstecz ku dniom mojej młodości, jak gdybym z elementarza uczył się abecadła w odwrotnym porządku od Z do A, aby z tego punktu dojść do szkoły, w której zacząłem się uczyć – tak samo, zrozumiałem, musiałbym też umieć powędrować do innej dalekiej krainy, która leży po tamtej stronie wszelkiego myślenia. —

Glob świata toczył się z trudem na moich barkach. I Herkules194 jakiś czas dźwigał na głowie sklepienie niebios, przyszło mi do głowy – i utajony sens baśni odsłonił mi się przejrzyście. I jak się na nowo podstępem wyzwolił, mówiąc do olbrzyma, atleta: „Pozwól mi jeno195 wiązką szpagatu196 głowę obwiązać, aby mi czaszka nie pękła od tego straszliwego ciężaru” – tak może byłaby jakaś ciemna droga, którą udałoby mi się zejść z tej stromej skały.

Naraz197 opanowała mnie mocna podejrzliwość: nie chciałem już ślepo ufać kierownictwu swoich myśli. Położyłem się na grzbiecie – i palcami zasłoniłem oczy i uszy, aby mnie zmysły nie prowadziły na manowce. Ażeby zabić wszelką myśl.

Jednakże wola moja łamała się o żelazne prawo: mogłem tylko wypędzać jedną myśl przy pomocy drugiej – i skoro tylko jedna marła, druga wnet wyłaniała się z mogiły tamtej. Uciekałem w huczący potok swej krwi, ale myśli szły za mną aż do nóg; ukryłem się w kowadle swego serca: ale trwało to jedną chwilę, odkryły mnie natychmiast.

Znowu przybiegł mi z pomocą życzliwy głos Hillela i rzekł: „Zostań na swojej drodze i nie bądź chwiejny. Klucz sztuki zapomnienia należy do naszych braci, którzy wędrują po ścieżce śmierci; ale ty jesteś brzemienny duchem – żywota”.

Księga Ibbur ukazała się przede mną – i dwie litery płomienne z niej błysły: jedna, która oznaczała kobietę ze spiżu198, mającą tętna pulsu tak potężne jak trzęsienie ziemi – i druga w nieskończonej dali, hermafrodyta199 na tronie z masy perłowej, w koronie z czerwonego drewna na głowie.

Po raz trzeci Szemajah Hillel przeciągnął rękę przed moimi oczyma – i pogrążyłem się w głęboki sen.

––

Śnieg

„Drogi i szanowny mistrzu Pernath!

Piszę do Pana ten list w niesłychanym pośpiechu i najwyższej trwodze. Proszę, niechaj Pan ten list natychmiast zniszczy – po przeczytaniu, albo jeszcze lepiej niech mi go Pan zwróci wraz z kopertą. – Inaczej nie miałabym ani chwili spokoju. – Żadnej ludzkiej duszy niech Pan nie mówi, żem do Niego pisała. Ani też, dokąd Pan dziś pójdzie.

Pańska zacna, dobra twarz – „świeżo” (ta krótka aluzja pozwoli Panu przypomnieć zdarzenie, którego Pan był świadkiem – i odgadnąć, kto pisze list, gdyż lękam się podpisać tu swe imię) – obudziła we mnie tyle zaufania, a nadto ponieważ drogi Pański nieboszczyk ojciec był moim nauczycielem, kiedym była dzieckiem – wszystko to daje mi śmiałość, że zwracam się do Pana jako do jedynego człowieka, do którego zwrócić się mogę.

Błagam Pana, niechaj pan dziś wieczorem o godzinie piątej przyjdzie do katedry na Hradczynie200.

Znana Panu dama”.

—–

Więcej niż kwadrans siedziałem bez ruchu i trzymałem list w ręce. Szczególny, uroczysty nastrój, który mnie opanował od wczoraj w nocy, nagłym uderzeniem został rozbity – został rozwiany świeżym powiewem nowego dnia ziemskiego.

Młode przeznaczenie – uśmiechnięte i gorące – dziecię wiosny – przyszło do mnie. Ludzkie serce szukało u mnie pomocy. U mnie! Jakże inaczej wyglądał teraz mój pokój! Od robaków201 stoczona202 szafka patrzyła na mnie ze szczególnym zadowoleniem, a cztery krzesła wydały mi się jak czworo poczciwych ludzi, którzy zasiedli dokoła stołu i chichocząc wesoło, grają w taroka203.

Godziny moje nabrały treści, treści bogatej i świetnej. Miałożby więc powiędłe drzewo – jeszcze przynosić owoce?

Czułem, jak zaszemrała we mnie siła żywotna, która dotychczas we mnie drzemała – ukryta w głębiach mojej duszy, przysypana wrzawą dnia powszedniego: wytrysła jak krynica204 spod lodu, kiedy zima pęka.

I wiedziałem na pewno, trzymając ten list w ręku, że choćby nie wiem co się stanie, potrafię znaleźć ratunek. Radość mego serca dawała mi pewność.

Jeszcze raz – i jeszcze raz czytałem ten ustęp „a nadto ponieważ drogi Pański nieboszczyk ojciec był moim nauczycielem, kiedy byłam dzieckiem – —”; oddech miałem cichy. Czyż nie brzmiało to jak zapowiedź: czy dziś jeszcze będziesz ze mną w raju205?

Ręka, co się wyciągnęła ku mnie, szukając pomocy, dar trzymała dla mnie: odrodzenie wspomnień, których pożądałem. Ona mi objawi tajemnicę, ona mi pomoże podnieść zasłonę, która się zamknęła nad moją przeszłością.

„Drogi Pański nieboszczyk ojciec” – – jakże osobliwie brzmią mi te słowa, które sobie wywróżyłem! – Ojciec! – Przez chwilę widziałem zmęczoną twarz siwowłosego starca – wynurzającą się w fotelu koło skrzyni – twarz obcą, a jednakże tak oczywiście mi znaną; – – potem oczy moje znów wróciły do siebie, a młot uderzeń mego serca wybijał uchwytną godzinę teraźniejszości.

Podniosłem się przerażony. Czyżem przemarzył czas206? Spojrzałem na zegarek: chwała Bogu, wpół do piątej.

Zaszedłem do swej sypialni, wziąłem kapelusz i płaszcz – i zszedłem na dół po schodach.

I cóż mnie dziś obchodzić mogła ta zgroza ciemnych kątów i owe złowrogie, cisnące, pełne przygnębienia myśli, co się tu wszędzie ku mnie wydobywały: „Nie opuścimy cię – tyś nasz; nie chcemy, żebyś się radował – dopieroż byłoby to dobre, radość w tym domu!”

Lekki, zatruty pył, co się tu ze wszystkich przejść i zakamarków wydobywał i kładł się na mnie dławiącymi rękami, dziś rozpraszał się przed żywym tchnieniem mej piersi. Na chwilę zatrzymałem się przed drzwiami Hillela.

Czyż miałem wejść?

Tajemnicza trwoga powstrzymała mnie: nie zastukałem. Jakoś inaczej było we mnie – tak mianowicie, jakbym nie powinien wchodzić do niego. I już ręka żywota popychała mnie naprzód, w dół po schodach.

Ulica była biała od śniegu.

Zdaje się, że wielu ludzi mi się kłaniało. Nie pamiętam, czym też im odpowiadał ukłonem. Nieustannie czułem na piersi, że list przy sobie niosę. Ciepło tchnęło z tego miejsca.

––

Szedłem przez łuki arkad207 z ciosowego kamienia208 na rynku Staromiejskim i obok spiżowej studni, której barokowe sztachety obwieszone były soplami z lodu, dalej przez kamienny most z posągami świętych i figurą świętego Jana Nepomucena209.

W dole pieniła się rzeka, pełna nienawiści ku fundamentom mostu.

Przez pół210 w marzeniu rzuciłem wzrok na wydrążony piaskowiec ze świętym Luitgardem i „mękami potępionych” na nim; gęsto leżał śnieg na członkach211 pokutników i łańcuchach, pętających ich do góry podniesione ręce.

Łuki arkad były już poza mną, teraz ciągnęły się powoli pałace o dumnych, snycerską robotą212 zdobnych podwojach, a na nich lwie głowy z kółkiem spiżowym w paszczy.

I tu wszędzie śnieg – śnieg. Miękki, biały jak skóra olbrzymiego niedźwiedzia spod bieguna lodowatego213.

Wszystkie, dumne okna, gzymsy pokryte szromem i lodem, obojętnie spoglądały w przestwór ku obłokom.

Dziwiłem się, że niebo jest pełne ciągnących ptaków.

Gdym wchodził po niezliczonych stopniach granitowych na Hradczyn214, a każdy szeroki na miarę czworga chłopa, krok za krokiem miasto ze swymi dachy i szczyty215 zapadało się w mgły przed moimi zmysłami.

––

Już czołgał się zmierzch wzdłuż szeregu domów, gdy wszedłem na samotny plac, z którego środka katedra unosi się ku tronowi aniołów.

Ślady nóg, których brzegi zakrzepły lodem – prowadziły do bocznej bramy.

Skądziś z jakiegoś odległego mieszkania dzwoniły łagodne zabłąkane tony harmoniki216 – śród217 powszechnej ciszy wieczornej. Jak kropelki łez żałoby, dźwięki te zapadały w omdleniu.

Usłyszałem poza sobą westchnienie wyściełanej poduchy218, gdym zamykał za sobą drzwi kościelne poduchą wewnątrz wyścielone; wówczas znalazłem się w mroku, a złoty ołtarz w niemym spokoju migał ku mnie zielonym i niebieskim skrzeniem219 zamierającego światła, które spływało na klęczniki poprzez kolorowe szyby.

Iskry się sypały z czerwonych szklanych ampl220.

Powiędły zapach wosku i kadzidła.

Opieram się o ławkę. Krew moja dziwnie się uspokaja w tym królestwie nieruchomości.

Życie bez uderzeń serca napełniało przestrzeń – tajemnicze, cierpliwe oczekiwanie.

Srebrne skrzyneczki z relikwiami leżały we śnie wiekuistym.

Oto z wielkiej, wielkiej oddali przenikał turkot kopyt końskich przytłumiony, ledwie wyczuwalny uchem, jakby chciał się przybliżyć i milknąć.

Matowy dźwięk, jak kiedy turkot kół ścicha.

––

Szelest jedwabnej sukni zbliżył się do mnie i subtelna, wytworna kobieca ręka dotknęła się mego ramienia.

– Proszę, proszę – chodźmy tam pod kolumnę; przykro by mi było tu koło klęczników mówić z panem o rzeczach, o których mam mu powiedzieć.

Uroczyste obrazy dokoła wypłynęły w trzeźwej jasności, światło nagle mi się jawiło.

– Nie wiem wcale, jak mam Panu dziękować, mistrzu Pernath, że Pan był łaskaw na tak brzydką niepogodę zrobić dla mnie tak daleką drogę.

Szepnąłem parę banalnych wyrazów.

– – Ale nie znam innego miejsca, gdzie była bym pewniejsza od szpiegów i niebezpieczeństwa, jak221 tu. Tu do katedry na pewno nikt za nami nie chodził.

Wyjąłem list i wręczyłem go damie.

Była ona prawie jak zamaskowana, w kosztownym futrze – ale już z dźwięku jej głosu poznałem ją jako tę, która niegdyś pełna strachu uciekła przed Wassertrumem do mego pokoju na Kogucim Zaułku. Nie byłem też bynajmniej zdziwiony, gdyż tego właśnie oczekiwałem.

Oczy moje zawisły na jej twarzy, która w zmierzchu śród222 tej niszy muru zdawała się jeszcze bledszą, niż to mogło być w rzeczywistości. Piękność jej była tak zdumiewająca, żem powstrzymał oddech i stałem jak zaklęty. Najchętniej padłbym jej do nóg i całowałbym jej stopy, dziękując, że to ona była, co wzywała mojej pomocy; że ona mnie do tego wybrała.

––

– Niech pan zapomni, najserdeczniej błagam Pana – przynajmniej dopóki tutaj jesteśmy – o sytuacji, w jakiej mnie Pan kiedyś widział – mówiła z pewnym zażenowaniem – choć nie wiem nawet, co pan o takich sprawach myśli – —.

– Stary już jestem, ale ani razu w życiu nie miałem tyle pychy, aby pozwolić sobie być sędzią swoich bliźnich! – oto jedyna rzecz, którą powiedziałem.

– Dziękuję panu, mistrzu Pernath – rzekła mi ciepło i szczerze. – A teraz niech pan słucha cierpliwie, czy pan nie mógłby mi w moich wątpliwościach dopomóc, albo przynajmniej rady jakiej udzielić.

Czułem, jak ją dzika trwoga opanowuje. Głos jej drżał.

– Wówczas – – w pracowni – – – wówczas ze straszliwą świadomością błysła mi pewność, że ten okropny ludożerca śledzi mnie nieustannie z rozmysłem. Już od paru miesięcy zauważyłam, że gdziekolwiek pójdę – czy to sama – czy ze swoim mężem – – czy – – czy z doktorem Savioli, zawsze bezecna, zbrodnicza twarz tego tandeciarza gdzieśkolwiek krąży w moim pobliżu. We śnie czy na jawie prześladują mnie jego zezowate oczy. Jeszcze nie masz223 żadnego znaku, który by świadczył, co on zamyśla, ale tym bardziej dręczy mnie trwoga po nocy: kiedy poczuję jego pętlę na szyi224.

Początkowo doktor Savioli chciał mnie uspokoić, drwiąc, co w ogóle mógłby tam zrobić taki nędzny tandeciarz225 jak Aron Wassertrum – co najwyżej chodzi tu może o jakie błahe wyciśnięcie pieniędzy lub coś podobnego. Uważałem jednak, że zawsze, gdy zabrzmiało imię Wassertrum – wargi jego stawały się prawie białe. Czuję, że doktor Savioli ukrywa przede mną jakąś tajemnicę, aby mnie uspokoić – coś straszliwego, co albo on, albo ja mogę zapłacić życiem. —

I oto dowiedziałam się tajemnicy, którą on starannie chciał przede mną zasłonić: że tandeciarz wielokrotnie nocą odwiedzał jego mieszkanie! – Wiem o tym, czuję to każdą fibrą226 swego ciała: dzieje się coś, co powoli dokoła nas się zacieśnia, jak pierścienie wężowe. – Czego szuka ten morderca? Dlaczego doktor Savioli nie może go precz wypędzić? Nie, nie! dłużej tak wytrzymać nie mogę: muszę coś uczynić! Co bądź, zanim wpadnę w obłąkanie. —

Chciałem jej powiedzieć kilka wyrazów na pocieszenie, ale ona aż do końca nie dała mi dojść do słowa.

– A w ostatnich dniach ten upiór, co mi grozi zadławieniem, przybiera coraz uchwytniejsze formy. Doktor Savioli zachorował – nie mogę się z nim więcej porozumieć – nie mogę iść do niego, bo co chwila się lękam, że tajemnica naszej miłości będzie odkrytą. Leży w gorączce – i jedyna rzecz, jakiej się mogłam dowiedzieć, jest ta, że w delirium227 czuje się ściganym przez okropne widmo, które ma zajęczą wargę: to Aron Wassertrum.

Wiem, jak doktor Savioli jest mężny; tym bardziej przerażająco – czy pan może sobie to wyobrazić? – działa to na mnie, że go widzę całkiem złamanym, gdy mu grozi jakieś niepojęte niebezpieczeństwo, które ja sama przeczuwam tylko jako ponure zbliżanie się jakiegoś straszliwego anioła dusiciela.

Pan mi powie, że jestem tchórzliwa – i dlaczego otwarcie się nie przyznam, że kocham doktora Saviolego… Tak, odrzuciłam precz od siebie wszystko: bogactwa, zaszczyty, reputację i tak dalej, ale – krzyknęła tak mocno, że głos jej odbił się echem w galeriach chórowych – ale ja nie mogę. Ja mam dziecko, drogą, jasnowłosą, małą dziewczynkę. Nie mogę przecie dziecka ustąpić! Czy pan myśli, że mój mąż by mi je zostawił?

Niech pan to weźmie, panie Pernath – w półobłędzie rzuciła mi woreczek wyhaftowany sznurami pereł i drogich kamieni. – I niech pan to zaniesie temu zbrodniarzowi; wiem, on jest chciwy – niechaj zabiera wszystko, co mam, ale dziecko musi mi zostawić! – Nie prawda, będzie milczał? A więc powiedz mi pan na miłość Jezusa Chrystusa, powiedz mi Pan tylko jedno słowo, że Pan mi pomoże!

Po długich trudach udało mi się opętaną kobietę uspokoić na tyle, że usiadła w ławce.

Mówiłem do niej to, co mi chwila przyniosła. Pomieszane, związku pozbawione zdania. —

Myśli przy tym ścigały się wzajem w moim mózgu tak, że ledwie rozumiałem, co mówiły moje usta – pomysły fantastyczne, które rozwiewały się, zanim na świat się rodziły.

Nieprzytomny prawie utkwiłem wzrok na jakiejś malowanej postaci mnicha w sąsiedniej kaplicy. Mówiłem a mówiłem. Rysy posągu zmieniały się co chwila: habit stał się wytartym do nici paltem o oklapłym wysokim kołnierzu, a razem228 wyłaniała się młodzieńcza twarz z wyżartą wargą – i suchotniczymi229 plamami. Zanim zdołałem ująć tę wizję, mnich na nowo stał się mnichem. Pulsy moje biły za mocno.

Nieszczęśliwa kobieta pochyliła się nad moją ręką – i po cichu płakała. Dałem jej coś z tej siły, jaką wyrobiłem w sobie wówczas, gdym czytał jej list – i na nowo czułem się teraz mocny – i widziałem, jak ona powoli się tym napawała.

– Powiem panu, dlaczego ja właśnie do pana się zwróciłam, mistrzu Pernath – łagodnie rzekła znów po dłuższym milczeniu. – Pan mi kiedyś powiedział parę słów – i tych słów nie zapomniałam nigdy, pomimo że wiele lat już minęło – —

Wiele lat! Ile? krew mi uderzyła do głowy.

– – Pan odjeżdżał – pan się żegnał ze mną – nie wiem już, dlaczego i po co – przecież byłam jeszcze dzieckiem – i mówił Pan tak życzliwie, a jednak tak smutno: „Oby nigdy ta chwila nie nadeszła, ale jeżeli kiedy zdarzy ci się w życiu, czego nie przeczuwasz, to wspomnij sobie o mnie. Może pozwoli mi Pan Bóg, że ja to będę kiedyś tym, co ci da pomoc i ratunek”. Odwróciłam się i szybko rzuciłam piłkę do wodotrysku, aby Pan moich łez nie zobaczył. A potem chciałam panu dać czerwone serce koralowe, które nosiłam na szyi na jedwabnej wstążce, ale wstydziłam się, bo to byłoby tak śmieszne. – —

Wspomnienie!

Palce drętwego kurczu dotykały znów mego gardła. Błysk z jakiejś zapomnianej, dalekiej krainy tęsknoty zajaśniał mi – bezpośrednio i strasznie: mała dziewczynka w białym ubraniu, a dokoła ciemna łąka parku zamkowego, otoczona starymi wiązami. Wyraziście ujrzałem znowu to wszystko przed sobą.

––

––

Musiałem się zarumienić; zauważyłem to z pośpiechu, z jakim ona mówiła dalej:

– Ja wiem, że pańskie słowa wówczas odpowiadały nastrojowi pożegnania, ale ich pamięć często była moją pociechą – i dziękuję Panu za nie.

Ze wszystkiej siły ścisnąłem zęby – i wyjący ból, co mnie szarpał, wygnałem z powrotem z piersi.

Zrozumiałem: dobrotliwa była to ręka, która zasunęła rygle przed moją pamięcią. Jasno teraz wyczytałem w swej świadomości: Miłość, zbyt silna dla mego serca, na lata przegryzła moje myślenie, a noc obłąkania stała się balsamem dla mego ranionego ducha.

Pomału zapadł nade mną spokój obumierania i ochładzał łzy na mych powiekach. Odgłos dzwonu poważnie i dumnie zagrzmiał po katedrze – i z radosnym uśmiechem mogłem spoglądać w oczy tej, co tu przyszła szukać u mnie pomocy.

––

Znów słychać było głuchy turkot kół i tętent kopyt końskich.

––

W nocnym, błękitnawym połysku śnieżnych ulic zeszedłem w dół do miasta.

Latarnie przyglądały mi się migotliwym okiem, a z zestromiałych gór – z jodeł – płynęły szepty o błyskotkach i srebrnych orzechach i o nadchodzącym Bożym Narodzeniu.

Na placu ratuszowym pod figurą Matki Boskiej przy blasku świec stare żebraczki w szarych chustach na głowie mruczały swój różaniec do Marii Panny.

Przed ciemnym wejściem do żydowskiego miasta sterczały budy jarmarczne na Boże Narodzenie. W samym środku – opięta czerwonym płótnem jaskrawo się uwydatniała, oświetlona bujającymi lampionami – otwarta scena teatru kukiełek.

Poliszynel230 Zwaka w purpurze i fioletach, z biczem w ręce, a na biczu na sznurku trupia głowa – pędził, kłapiąc, na drewnianej szkapie po deskach.

Szeregami ściśle koło siebie stłoczeni stali malcy – chłopcy i dziewczęta – w czapeczkach futrzanych, mocno na uszy naciśniętych – z otwartą buzią – i jak oczarowani słuchali wierszy poety praskiego Oskara Wienera231, które mój przyjaciel Zwak wymawiał ukryty w parawanie.

 
Na samym czele szedł Pajac,
Chłop chudy niby wierszopis:
Jaskrawe nosił łachmany
Chwiał się i gębę wykrzywiał.
 

—–

Skręciłem w zaułek, który czarno i węgłowato wsuwał się w plac. Gęsto, głowa przy głowie, milcząco stał tłum ludzi – w mroku – przed jakimś ogłoszeniem.

Ktoś zapalił zapałkę – i ułamkowo mogłem odczytać kilka wierszy. W odrętwieniu zmysłów świadomość moja była zdolna pochwycić parę słów.

Zaginiony!

1000 florenów232 nagrody.

Starszy Pan……czarno ubrany.

……..Rysopis…

….. twarz mięsista, gładko wygolona…

….. Barwa włosów: biała…

… Dyrekcja policji… Pokój nr….

Pozbawiony pragnień współudziału w czymkolwiek, żywy trup – szedłem powoli w głąb – w ciemne szeregi domów.

163.członki (daw.) – kończyny. [przypis edytorski]
164.nary (daw.) – prycza, legowisko, także przenośne. [przypis edytorski]
165.z żydowskim siedmiopłomiennym świecznikiem sobotnim – siedmioramienny świecznik (menora) stanowi podstawowy symbol judaizmu. [przypis edytorski]
166.swoim świecznikiem zapalał drugi, również siedmioramienny – siedmioramienny świecznik (menora) stanowi podstawowy symbol judaizmu. [przypis edytorski]
167.w głowach – od tej strony łóżka, gdzie znajduje się głowa leżącego człowieka. [przypis edytorski]
168.letarg – stan śmierci pozornej. [przypis edytorski]
169.kiszuf (hebr.) – czary. [przypis edytorski]
170.włosiennica – ubranie z gryzącej wełny, używane przez pokutników. [przypis edytorski]
171.liszuo secho kiwisi adoszem (hebr.) – pomocy Twojej oczekuję, Panie. [przypis edytorski]
172.Oni płyną niby potok (…) – parafraza bądź tłumaczenie Psalmu 90(89). [przypis edytorski]
173.ibbur – w pewnych odłamach mistyki żydowskiej słowo to oznacza w uproszczeniu wzmocnienie duszy żyjącego człowieka przez tymczasowo łączącą się z nią inną sprawiedliwą duszę przebywającą poza ciałem. Zwykle wynika to z potrzeby spełnienia przez duszę bezcielesną jakiejś misji. [przypis edytorski]
174.golem – w legendach żydowskich istota stworzona na podobieństwo człowieka, zazwyczaj z gliny, żywa lecz pozbawiona duszy i dlatego posłuszna poleceniom człowieka, który ją stworzył. Stworzenie golema wiązało się z powtórzeniem Boskiego procesu kreacji. [przypis edytorski]
175.jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]
176.Talmud – w judaizmie księga zawierająca komentarz do Tory (pierwszych pięciu ksiąg Biblii). [przypis edytorski]
177.rabin – (z hebr. rabbi, czyli nauczyciel), funkcja religijna w judaizmie. [przypis edytorski]
178.naraz (daw.) – nagle. [przypis edytorski]
179.gemma – kamień półszlachetny lub szlachetny o owalnym kształcie, ozdobiony reliefem. [przypis edytorski]
180.awenturyn – minerał: rzadka, czerwona lub zielona odmiana kwarcu. [przypis edytorski]
181.wprzódy (daw.) – najpierw. [przypis edytorski]
182.igraszka – tu: zabawa. [przypis edytorski]
183.problematy – zagadnienia. [przypis edytorski]
184.fibra (daw., z łac.) – włókno. [przypis edytorski]
185.zakleksać – w oryginale beklecksen: upaprać, zasmolić; prawdop. winno tu być: przylepić. [przypis edytorski]
186.maszkara (daw.) – maska. [przypis edytorski]
187.ożóg – kij służący za pogrzebacz. [przypis edytorski]
188.snycerz – tu w znaczeniu ogólnym: rzeźbiarz. [przypis edytorski]
189.kamea – wypukła rzeźba w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu. [przypis edytorski]
190.dać czemuś pokój – zrezygnować z czegoś. [przypis edytorski]
191.naraz (daw.) – nagle. [przypis edytorski]
192.wyrozumieć – dziś popr.: zrozumieć. [przypis edytorski]
193.raszpla – pilnik charakteryzujący się grubymi nacięciami. [przypis edytorski]
194.Herkules – mitologiczny heros, jednym z jego czynów było tymczasowe zastąpienie Atlasa w podtrzymywaniu sklepienia niebieskiego. [przypis edytorski]
195.jeno (daw.) – tylko. [przypis edytorski]
196.szpagat – rodzaj cienkiego, mocnego sznurka. [przypis edytorski]
197.naraz (daw.) – nagle. [przypis edytorski]
198.spiż – stop miedzi, cynku i cyny. [przypis edytorski]
199.hermafrodyta – (od imion bogów gr. Hermesa i Afrodyty) istota dwupłciowa. [przypis edytorski]
200.Hradczyn – dziś Hradczany, dzielnica Pragi, w której znajduje się zamek królewski. [przypis edytorski]
201.od robaków (daw.) – przez robaki. [przypis edytorski]
202.stoczony – przeżarty przez korniki bądź inne robactwo. [przypis edytorski]
203.tarok a. tarot – dawna gra karciana bądź talia do niej, używana również do wróżenia. [przypis edytorski]
204.krynica – źródło. [przypis edytorski]
205.dziś jeszcze będziesz ze mną w raju – por. Łk 23, 43. [przypis edytorski]
206.czyżem przemarzył czas – sens: czy marząc, zapomniałem o terminie spotkania. [przypis edytorski]
207.arkada – łuk wsparty na dwóch kolumnach. [przypis edytorski]
208.ciosowy kamień – „cios” to duży blok kamienny, dekoracyjnie obrobiony z jednej strony. [przypis edytorski]
209.św. Jan Nepomucen (ok. 1350–1393) – kapłan i męczennik, spowiednik Zofii Bawarskiej, zrzucony z mostu do Wełtawy z rozkazu króla czeskiego Wacława. [przypis edytorski]
210.przez pół (daw.) – w połowie. [przypis edytorski]
211.członki (daw.) – kończyny. [przypis edytorski]
212.snycerska robota – snycerstwo, rzeźbienie w drewnie. [przypis edytorski]
213.olbrzymiego niedźwiedzia spod bieguna lodowatego – w oryginale mowa po prostu o dzikim niedźwiedziu polarnym. [przypis edytorski]
214.Hradczyn – dziś Hradczany, dzielnica Pragi, w której znajduje się zamek królewski. [przypis edytorski]
215.ze swymi dachy i szczyty – dziś popr. forma N. lm: ze swymi dachami i szczytami. [przypis edytorski]
216.harmonika – instrument muzyczny złożony z obracających się szklanych kręgów różnej wielkości, wprawianych w drgania przez pocieranie wilgotnym opuszkiem palca. [przypis edytorski]
217.śród – dziś popr.: pośród. [przypis edytorski]
218.poducha – chodzi o obicie, stanowiące izolację cieplną. [przypis edytorski]
219.skrzenie – iskrzenie, błyski. [przypis edytorski]
220.ampla – z niem. die Ampel, światło, źródło światła (obecnie przede wszystkim: sygnalizacja świetlna). [przypis edytorski]
221.jak – dziś popr.: niż. [przypis edytorski]
222.śród – dziś popr.: pośród. [przypis edytorski]
223.nie masz (daw.) – nie ma (forma bezosobowa). [przypis edytorski]
224.tym bardziej dręczy mnie trwoga po nocy: kiedy poczuję jego pętlę na szyi – sens: tym bardziej obawiam się, że kiedyś on mnie zaatakuje. [przypis edytorski]
225.tandeciarz – handlarz tandetą, tj. tanimi, byle jakimi towarami z drugiej ręki. [przypis edytorski]
226.fibra (daw., z łac.) – włókno. [przypis edytorski]
227.delirium – stan zaburzenia świadomości, w którym występują halucynacje. [przypis edytorski]
228.razem (daw.) – jednocześnie. [przypis edytorski]
229.suchotniczy – charakterystyczny dla suchotnika, tj. chorego na gruźlicę. [przypis edytorski]
230.Poliszynel – (wł. Pulcinella, czyli kogucik), postać z komedii dell'arte, zwykle występująca z kogucim piórem, charakteryzująca się złośliwością, nieuprzejmością i egoizmem. [przypis edytorski]
231.Oskar Wiener – poeta praski, aktywny na początku XX w. [przypis edytorski]
232.floren – złota moneta z Florencji, często naśladowana przez mennice innych krajów. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
16+
Litres'teki yayın tarihi:
03 haziran 2020
Hacim:
290 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Metin PDF
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Orfanelle
Franz Winter
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4, 2 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 5, 2 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 1, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin, ses formatı mevcut
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre