Kitabı oku: «Rodzina Połanieckich», sayfa 16
V
Kresowski spóźnił się nazajutrz blizko o godzinę. Był to, według znanego u nas określenia, jeden z administratorów świeżego powietrza w mieście, to jest jeden z ludzi nie robiących nic. Miał dość znane nazwisko i stracił dość znaczny majątek. Na tych dwóch podstawach stał, żył, bywał wszędzie i uznawany był powszechnie za porządnego człowieka. Jak powyższe tytuły mogą na to wszystko wystarczyć, to jest tajemnica wielkich miast, dość, że nietylko stanowisko Kresowskiego było uznane i zapewnione, ale uważano go nadto za człowieka, do którego w delikatnych sprawach można się bezpiecznie udać. W sądach honorowych używano go za arbitra, w pojedynkach na świadka. Wysokie sfery finansowe zapraszały go rade na obiady, śluby, chrzciny i tym podobne uroczystości, albowiem miał patrycyuszowską łysinę i bardzo polską fizyognomię, doskonale więc stół ubierał.
Był to człowiek w gruncie rzeczy ogromnie rozczarowany do ludzi, trochę suchotnik i bardzo zgryźliwy; posiadał jednak pewną dozę humoru, która pozwalała mu widzieć śmieszne strony rzeczy zwłaszcza bardzo drobnych, w czem przypominał nieco Bukackiego – i drwić z własnej zgryźliwości. Pozwalał także żartować z niej innym, ale pod miarę. Gdy ją przebrano, wyprostowywał się nagle i przyciskał ludzi aż nadto, wskutek czego uważano go za niebezpiecznego. Opowiadano o nim, że w kilku wypadkach znalazł odwagę tam, gdzieby wielu jej brakło i że wogóle umiał „wysoko nos nosić”. Nie szanował nikogo i niczego, prócz swojej, istotnie bardzo szlachetnej fizyognomii, nie szanował zwłaszcza czasu, albowiem spóźniał się zawsze i wszędzie.
Wszedłszy obecnie do Połanieckiego, począł też zaraz po przywitaniu tłómaczyć swoje opóźnienie.
– Czy pan nie zauważył – rzekł – że jeśli się człowiekowi bardzo śpieszy i bardzo na pośpiechu zależy, wówczas najniezbędniejsze do wyjścia rzeczy giną umyślnie, jakby w wodę wpadły. Służący szuka kapelusza – niema kapelusza, szuka kaloszy – niema kaloszy; szuka się portmonetki, niema portmonetki. O zakład, zawsze!
– Bywa tak – rzekł Połaniecki.
– Ja nawet wynalazłem na to sposób. Gdy mi coś tak jak w wodę wpadnie, siadam, uśmiecham się i mówię głośno: „Pasyami lubię tak coś zgubić; człowiek szuka, ożywia się, rusza, zapełnia czas – to niezmiernie zdrowe i przyjemne”. I co pan powiesz? Wtedy od razu znajduje się to, co zginęło.
– Możnaby wziąć patent na taki wynalazek – odpowiedział Połaniecki. – Ale mówmy o sprawie Maszki.
– Mamy iść do radcy Jamisza. Maszko przysłał mi cyrograf, który napisał dla Gątowskiego. Nie chce ani słowa zmienić – ale to niemożliwe, zbyt ostre – to nie może być przyjęte… Rozumiem, że czeka nas pojedynek, nic więcej – innego wyjścia nie widzę.
– Gątowski zdał się ze wszystkiem na pana Jamisza i zrobi wszystko, co mu pan Jamisz każe, a pan Jamisz jest, naprzód, także oburzony na Gątowskiego, a powtóre człowiek chory, łagodny, spokojny, tak, że kto wie, czy nawet takich warunków nie przyjmie.
– Pan Jamisz jest safanduła – odparł Kresowski – ale chodźmy, bo późno.
I wyszli. Po chwili sanki zatrzymały się przed Saskim hotelem. Pan Jamisz czekał na nich, ale przyjął ich w szlafroku, był bowiem istotnie niezdrów. Kresowski, patrząc na jego twarz inteligentną, ale pognębioną i nalaną, pomyślał:
– Ten istotnie gotów się zgodzić na wszystko.
– Siadajcież panowie – rzekł pan Jamisz. – Przyjechałem dopiero od trzech dni – i choć nie czuję się dobrze, rad jestem, bo może się uda awanturę załagodzić. Wierzcie mi, że pierwszy natarłem uszu mojemu paliwodzie.
Tu począł ramionami ruszać, a następnie, zwróciwszy się do Połanieckiego, spytał:
– Co tam u Pławickich? Nie byłem dotąd u nich, a tęskno mi do mojej złotej Maryni…
– Panna Marya zdrowa – odrzekł Połaniecki.
– A staruszek?…
– Umarła przed kilku dniami daleka jego krewna, bardzo bogata, więc liczy na spadek. Wczoraj mi to mówił, ale ja słyszałem, że cały majątek zapisała na dobroczynność… Testament dziś, albo jutro będzie otwarty…
– Bógby ją natchnął, żeby Maryni co zapisała. Ale przystąpmy do sprawy. Moi panowie, nie potrzebuję wam mówić, że naszym obowiązkiem jest skończyć ją, o ile można, zgodnie.
Kresowski skłonił się. Nudziły go podobne wstępy, które już słyszał Bóg wie ile razy w życiu, więc przerwał:
– Jesteśmy tym obowiązkiem głęboko przejęci…
– Tak się też spodziewałem – odrzekł dobrodusznie pan Jamisz. – Ja sam przyznaję, że pan Gątowski nie miał najmniejszego prawa postąpić, jak postąpił; uznaję nawet za słuszne, żeby był za to ukarany, więc skłonię go do wszelkich, nawet bardzo znacznych ustępstw, mogących zapewnić panu Maszce należytą satysfakcyę.
Kresowski wydobył z kieszeni złożony arkusik listowego papieru i podał go z uśmiechem panu Jamiszowi, mówiąc:
– Pan Maszko nie wymaga też niczego więcej, jak żeby pan Gątowski naprzód odczytał ten mały dokumencik wobec swoich i jego świadków, oraz wobec dependentów, obecnych przy awanturze, a następnie, by podpisał pod nim swoje szanowne nazwisko.
Pan Jamisz, znalazłszy między papierami okulary, nałożył je na nos i począł czytać. Lecz w miarę, jak czytał, twarz jego zaczerwieniła się, następnie pobladła, następnie zaczął sapać, następnie i Połaniecki i Kresowski prawie oczom nie chcieli wierzyć, że to jest ten sam pan Jamisz, który przed chwilą gotów był do wszelkich ustępstw.
– Moi panowie – rzekł przerywanym głosem – pan Gątowski postąpił jak paliwoda, narwaniec, ale pan Gątowski jest… szlachcic, i oto, co w jego imieniu odpowiadam panu Maszce.
To rzekłszy, przedarł arkusik na cztery części i rzucił go na ziemię.
Rzecz nie była przewidziana. Kresowski począł się namyślać, czy pan Jamisz postępkiem swym nie ubliżył jego godności, jako świadka – i twarz poczęła mu w jednej chwili lodowacieć i ściągać się, jak u złego psa; ale Połanieckiemu, który pana Jamisza lubił, podobało się to jego oburzenie.
– Panie radco – rzekł dobitnie – pan Maszko jest pokrzywdzony w tak niebywały sposób, że nie może mniej wymagać, ale i ja, i pan Kresowski, przewidywaliśmy pańską odpowiedź, i zwiększa ona tylko szacunek, jaki dla pana mamy.
Radca Jamisz usiadł – i będąc nieco astmatykiem, oddychał czas jakiś ciężko; poczem uspokoił się i rzekł:
– Mógłbym panom zaofiarować przeproszenie ze strony pana Gątowskiego, ale całkiem w innych wyrazach; widzę jednak, że tracilibyśmy tylko czas, więc mówmy po prostu o zadośćuczynieniu z bronią w ręku. Za chwilę przyjdzie tu pan Wilkowski, drugi świadek Gątowskiego, i jeśli możecie poczekać, to ułożymy zaraz warunki.
– To się nazywa iść prosto do celu – rzekł Kresowski, całkiem pogodzony z panem Jamiszem.
– Ale się idzie z konieczności i ze smutnej konieczności – odpowiedział pan Jamisz.
Połaniecki spojrzał na zegarek.
– Ja muszę o jedenastej być w biurze – rzekł – ale jeśli pan radca pozwoli, wpadnę tu koło pierwszej, dla przejrzenia i podpisania warunków.
– Dobrze. Z góry pana uprzedzam, że rozumiem, iż warunki nie mogą być ułożone tak, by budziły śmiech ludzki, ale liczę też na to, że i pan Kresowski i pan, panie Połaniecki, nie zechcecie ich posuwać do ostateczności.
– Nie; możesz pan być pewny, że nie myślę być nadto zapalczywy kosztem cudzej skóry.
To rzekłszy, Połaniecki wyszedł i udał się do biura, gdzie istotnie czekało go kilka spraw dość ważnych, o których pod niebytność Bigiela musiał stanowić własną głową. W południe podpisał warunki, które były poważne, ale nie nadto ostre, następnie udał się na obiad, spodziewał się bowiem zastać w restauracyi Maszkę.
Maszko jednak widocznie musiał być u pań Krasławskich, natomiast pierwszą osobą, jaką Połaniecki ujrzał, był pan Pławicki, przybrany jak zwykle starannie, ogolony, opięty, wyświeżony, ale posępny, jak noc.
– Co tu szanowny wujaszek porabia? – spytał Połaniecki.
– Jak mam jakie zmartwienie, nie jadam zwykle w domu, by nie zasmucać Maryni – odparł pan Pławicki. – Idę gdziekolwiek i ot – skrzydełko kapłona, łyżeczka kompotu – to wszystko, czego mi potrzeba. Siadaj, jeśli nie znajdziesz weselszego towarzystwa.
– Co się stało? – pytał Połaniecki.
– Giną stare tradycye – to się stało!
– Ba! to nie osobiste wujaszka nieszczęście.
Pan Pławicki spojrzał na niego zarazem ponuro i uroczyście i rzekł:
– Dziś było otwarcie testamentu.
– No i co?
– I co? I gadają teraz po Warszawie: „Pamiętała o najdalszych krewnych!” Ładnie pamiętała! Marynia ma zapis – tak? – a wiesz jaki? Czterysta rubli dożywotnie. I to milionerka!! Pannie służącej się taki legat zostawia – nie krewnej.
– A wujaszek?
– A ja nic. Rządcy zapisała piętnaście tysięcy rubli, a o mnie ani dudu.
– Cóż robić?
– Giną stare tradycye! Ilużto ludzi dawniej dochodziło przez testamenta do majątków, a dlaczego? Bo istniała miłość i solidarność w rodzinach.
– I dziś jeszcze znam takich, którym tysiące spadły na głowę z zapisów.
– Tak. Są tacy, są! Jest takich pełno, ale ja do nich nie należę.
Pan Pławicki wsparł głowę na ręku i z ust jego wyszło coś w rodzaju monologu:
– Że też zawsze i wszędzie gdzieś, komuś, ktoś, coś…
Tu westchnął i po chwili dodał:
– A mnie nigdy i nigdzie, nikt, nic…
A Połanieckiemu przyszła nagle równie okrutna jak pusta myśl do głowy, by rozweselić pana Pławickiego, więc rzekł:
– E, ona umarła w Rzymie, a tutejszy testament dawniej pisany, przedtem zaś także istniał, jak słyszałem, całkiem inny. Kto wie, czy z Rzymu nie nadejdzie jaki kodycylek i czy się wujaszek nie obudzi którego dnia milionerem.
– Nie przyjdzie! – odpowiedział pan Pławicki.
Lecz słowa Połanieckiego poruszyły go; począł na niego spoglądać, począł się kręcić, jakby krzesło, na którem siedział, było łożem madejowem – wreszcie rzekł:
– I ty uważasz, że to jest możliwe?
A Połaniecki odrzekł z prawdziwie szelmowską powagą:
– Nie widzę w tem nic niepodobnego.
– Gdyby wola Opatrzności…
– I to być może.
Pan Pławicki spojrzał po sali: byli sami; nagle odsunął krzesło i rzekł, wskazując na kamizelkę:
– Chłopcze! chodź tu…
Połaniecki pochylił głowę, którą pan Pławicki dwukrotnie ucałował, mówiąc przytem ze wzruszeniem:
– Dodałeś mi otuchy, pokrzepiłeś mnie… Niech będzie, jak Bóg chce, ale pokrzepiłeś mnie. Przyznam ci się teraz, żem do niej pisał. Nic, tylko żeby się przypomnieć, że żyjemy. Pytałem, kiedy się kończy termin dzierżawy jednego folwarku. Nie miałem, rozumiesz, zamiaru brać tej dzierżawy, ale pozór był dobry… Niech ci Bóg zapłaci za to, żeś mnie pokrzepił… Ten testament mógł być zrobiony przed moim listem, potem pojechała do Rzymu, po drodze musiała myśleć o moim liście, a więc i o nas – i – powiadasz że to być może? – niech ci Bóg zapłaci.
Po chwili twarz jego rozjaśniła się zupełnie; nagle położył dłoń na kolanie Połanieckiego i, klasnąwszy językiem, zawołał:
– Wiesz co, chłopcze? Może w szczęśliwą godzinę powiedziałeś! A żebyśmy tak wypili buteleczkę Mouton-Rotschild, na rachunek tego kodycylku – co?
– Dalibóg, nie mogę – rzekł Połaniecki, który poczynał się trochę wstydzić swego konceptu – nie mogę i nie będę.
– Musisz.
– Pod słowem, nie mogę. Mam pełno roboty i nie będę sobie czupryny zaprószał za nic w świecie.
– Kozieł uparty – czysty kozieł! To ja sam wypiję pół na szczęśliwą godzinę.
I kazał podać, poczem spytał:
– Co ty masz takiego do roboty?
– Rozmaite rzeczy. Zaraz po obiedzie muszę być u profesora Waskowskiego.
– Co to za figura ten Waskowski?
– A prawda – rzekł Połaniecki – na tego także spadł po bracie, który był górnikiem, majątek, i to znaczny. Ale on wszystko biednym rozdaje.
– Biednym rozdaje, a chodzi do porządnej restauracyi – lubię takich filantropów! Ja, gdybym miał co biednym rozdawać, to sobie wszystkiegobym odmawiał.
– On długo chorował i doktor kazał mu zdrowo jadać. Ale on i tu jada tylko to, co tanio kosztuje. Mieszka w ciupie i hoduje ptaki, a obok ma dwa wielkie pokoje – i wie wuj, kto w nich nocuje? – oto dzieci, które zbiera po ulicach.
– Mnie się też od razu zdawało, że on ma coś tu!…
Tu pan Pławicki począł się stukać palcem w czoło.
Waskowskiego Połaniecki nie zastał, więc po widzeniu się poprzedniem z Maszką, koło piątej po południu wpadł do Maryni, bo jednak sumienie go gryzło z powodu bzdurstw, których nagadał Pławickiemu. „Stary – mówił sobie – będzie spijał wysokie wina na rachunek tego kodycylu, a oni podług mnie i tak nad stan żyją. Nie trzeba, żeby żart trwał zbyt długo”.
Marynię zastał w kapeluszu. Miała iść do Bigielów, ale zatrzymała go, on zaś, ponieważ i tak nie przyszedł na długo, więc został.
– Winszuję pani spadku – rzekł.
– I ja rada jestem – odpowiedziała – bo to coś pewnego, a w naszem położeniu, to ważna rzecz. Zresztą chciałabym być jak najbogatsza.
– Dlaczego?
– A pamięta pan, co pan raz mówił, że chciałby mieć tyle, żeby założyć fabrykę i nie prowadzić domu handlowego. Ja to zapamiętałam, a że każdy ma jakieś swoje pragnienia, więc i ja chciałabym mieć dużo, dużo pieniędzy.
Tu, myśląc, że może powiedziała zbyt wiele i zbyt wyraźnie, poczęła rozprostowywać fałdy sukni, bo to pozwalało schylić jej głowę.
– Ja przychodzę jeszcze, żeby panią przeprosić – rzekł Połaniecki. – Dziś przy obiedzie nagadałem głupstw panu Pławickiemu, że panna Płoszowska może zmieniła testament i zapisała mu cały majątek. Nad moje spodziewanie wziął to poważnie. Nie chciałbym, żeby się łudził, i jeśli pani pozwoli, to zaraz pójdę do jego pokoju, by jakoś mu to wytłómaczyć.
A Marynia poczęła się śmiać.
– Ja już to tłómaczyłam – i wyłajał mnie, i to bardzo! Widzi pan, co pan nabroił. Naprawdę, ma pan za co przepraszać.
– Więc przepraszam.
I chwyciwszy jej rękę, począł ją okrywać pocałunkami, a ona zostawiła mu ją zupełnie, powtarzając niby żartobliwie, ale ze wzruszeniem:
– A niedobry pan Stach, niedobry pan Stach!
Połaniecki dnia tego czuł na ustach, aż do chwili snu, ciepło ręki Maryni i nie myślał ani o Maszce, ani o Gątowskim, powtarzał sobie natomiast z wielką uporczywością:
– Czas to rozstrzygnąć…
VI
Kresowski z doktorem i z pudełkiem, zawierającem pistolety, siedział w jednej karetce, a Połaniecki z Maszką w drugiej – i jechali na Bielany. Dzień był jasny i mroźny, pełen na dole różowej mgły. Koła obracały się ze skrzypieniem po zmarzłym śniegu, konie dymiły i okrywały się szronem; na drzewach leżała okiść obfita.
– Mróz, bo mróz – rzekł Maszko. – Palce poprzymarzają nam do cynglów.
– I miła rzecz zdejmować futra.
– To też zmiłujcie się, nie marudźcie. Mój drogi, powiedz Kresowskiemu, żeby od razu przystąpił do rzeczy.
Tu Maszko począł przecierać zapocone binokle i dodał:
– Nim dojedziemy, słońce pójdzie w górę i będzie ogromny blask od śniegu.
– To się prędko skończy – odpowiedział Połaniecki. – Skoro Kresowski stawił się na czas, na tamtych nie będziemy czekali, bo przywykli rano wstawać.
– Wiesz, co mnie w tej chwili zastanawia? – rzekł Maszko – że jest w świecie jeden czynnik, z którym się nikt w swoich planach i w swojem działaniu nie liczy, a przez który wszystko się może rozbić, zawieść, popsuć – to głupota ludzka. Dajmy na to, że ja mam dziesięć razy więcej rozumu niż mam, że nie mam na celu interesów pana Maszki, tylko, że jestem, przypuśćmy, jakimś wielkim politykiem, jakimś Bismarckiem lub Cavourem, który potrzebuje zdobyć majątek dla przeprowadzenia swoich planów i który oblicza każdy krok, każde słowo – cóż? Przychodzi takie bydlę, nieobliczalne dla żadnego umysłu – i wszystko od razu w łeb bierze. To coś bajecznego! Zastrzeli mnie, czy nie zastrzeli – mniejsza na teraz z tem, ale bestya popsuła mi robotę całego życia.
– Któż to może obliczyć – rzekł Połaniecki. – To tak samo, jakby ci dachówka na głowę spadła.
– Właśnie dlatego wściekłość bierze.
– A co do tego, żeby cię miał zastrzelić – daj spokój.
Maszko ochłonął, przetarł znowu binokle i począł mówić:
– Mój drogi, widzę, że od chwili wyjazdu trochę mnie obserwujesz, a teraz chcesz mi dodać animuszu. I to jest naturalne. Z mojej strony, muszę cię także uspokoić i zaręczam ci pod słowem, że nie zrobię wam wstydu. To jest prosta rzecz, że czuję trochę niepokoju, ot tu – w dołku, ale wiesz dlaczego? To, co stanowi niebezpieczeństwo życia, samo strzelanie do siebie, to jest nic! Niech mnie i jemu dadzą strzelby, niech nas puszczą w las, dalibóg pół dnia będę walił do tego durnia i pół dnia wytrzymywał jego strzały. Ale ja już miałem jeden pojedynek w życiu i wiem, co to jest. To ta komedya niepokoi człowieka, to przygotowania, to świadkowie, to myśl, że będą na ciebie patrzyli i obawa, jak się znajdziesz, jak się popiszesz. To jest po prostu wystąpienie publiczne – i kwestya miłości własnej – nic więcej. Dla natur nerwowych prawdziwe przejście. Ale ja nie jestem zbyt nerwowym. Rozumiem także, że pod tym względem mam wyższość nad przeciwnikiem, bom więcej przywykł do ludzi, niż on. Taki osieł ma wprawdzie mniej wyobraźni i nie potrafi, naprzykład, wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał jako trup, jak zacznie się psuć i tak dalej. Ale panować nad sobą ja jednak lepiej potrafię… Przytem powiem ci to jeszcze. Filozofia filozofią, ale w takich razach rzecz rozstrzyga temperament i namiętność. Mnie ten pojedynek do niczego nie prowadzi, w niczem nie ratuje, przeciwnie, może mnie wpędzić w kłopoty. A jednak nie umiem go sobie odmówić… Tyle mi się w duszy zebrało oburzenia, tak tego osła nienawidzę, takbym go chciał zgnieść, zdeptać, że w tym razie przestaję rozumować. I tego możesz być pewny, że jak tylko zobaczę tę bałwańską twarz, zapomnę o niepokoju, zapomnę o komedyi, a będę widział tylko jego.
– To dość rozumiem – rzekł Połaniecki.
A na twarzy Maszki wypieki powiększyły się i stały się sine od mrozu, przyczem wyglądał zarówno zawzięcie, jak szpetnie.
Tymczasem nadjechali. Jednocześnie prawie zaskrzypiała i kareta, wioząca Gątowskiego, pana Jamisza i Wilkowskiego, którzy wysiadłszy, poczęli się kłaniać przeciwnikom, poczem, w siedmiu, licząc z doktorem, udali się w głąb lasku, na miejsce upatrzone już poprzedniego dnia przez Kresowskiego.
Furmani, spoglądając na owe siedm paletotów, rysujących się czarno i dziwacznie na śniegu, poczęli na siebie mrugać:
– Wiecie, co to będzie? – spytał jeden.
– Albo mi to pierwszyzna – odpowiedział drugi.
– Niech się świat poleruje, niech się kpy biją!
Tamci w tym czasie, człapiąc ciężkimi kaloszami i wyrzucając z nozdrzy słupy białej pary, szli ku drugiemu brzegowi lasku. Po drodze, pan Jamisz, trochę wbrew regułom obowiązującym w podobnych okolicznościach, zbliżył się do Połanieckiego i począł mówić:
– Chciałem szczerze, by mój paukant przeprosił pana Maszkę, ale w takich warunkach niepodobna.
– Ja proponowałem Maszce także, żeby złagodził to, co napisał – i nie chciał…
– To i niema wyjścia. Wszystko to bardzo głupie, ale niema wyjścia!
Połaniecki nie odpowiedział i szli w milczeniu. Pan Jamisz znów począł mówić:
– Ale! Słyszałem, że Marynia Pławicka ma jakiś zapis?
– Mały, ale ma.
– A stary?
– Zły, że cały majątek nie jemu zapisany.
Pan Jamisz uderzył się rękawiczką po czole.
– On ma trochę tu, ten Pławicki.
Potem, obejrzawszy się naokół, rzekł:
– Jakoś daleko idziemy.
– Zaraz będziemy na miejscu.
I szli dalej. Słońce podniosło się nad zarośla. Od drzew kładły się na śniegu błękitnawe cienie, ale coraz więcej światła wnikało w las. Pochowane gdzieś po wierzchołkach wrony i kawki strząsały suchy jak puch śnieg, który sypał się bez szelestu na ziemię, tworząc pod drzewami małe, śpiczaste kopce. Wszędzie była wielka cisza i spokój. Ludzie tylko zmącili ją na to, by do siebie strzelać.
Stanęli wreszcie na skraju lasu, gdzie było widno. Krótkiej przemowy pana Jamisza o wyższości zgody nad wojną, Maszko i Gątowski wysłuchali z uszami zakrytemi przez futrzane kołnierze; następnie, gdy Kresowski nabił pistolety, wybrali je i, zrzuciwszy futra, stanęli naprzeciw siebie, z lufami zwróconemi ku górze.
Gątowski oddychał pośpiesznie, twarz miał czerwoną i wąsy w soplach. Z całej jego postawy i twarzy widać było, że rzecz sprawia mu niezmierny przymus, że trzyma się przez wstyd i siłę woli i że, gdyby poszedł za naturalnym porywem uczuć chwili, to wolałby skoczyć na przeciwnika i wyłomotać go kolbą od pistoletu a choćby pięścią. Maszko, który poprzednio udawał, że go nie widzi, patrzył teraz na niego z twarzą pełną nienawiści, zawziętości i pogardy. Policzki jego całe były w plamach. Panował nad sobą jednak więcej od Gątowskiego i – przybrany w długi surdut, w wysokim kapeluszu na głowie, ze swojemi długiemi bokobrodami – wyglądał aż nadto sztywnie, aż zbyt podobnie do aktora, grającego rolę pojedynkującego się dżentlemana.
– Zastrzeli niedźwiadka, jak psa – pomyślał Połaniecki.
Rozległy się słowa komendy, i dwa strzały wstrząsnęły ciszą leśną, poczem Maszko zwrócił się do Kresowskiego i rzekł zimno:
– Proszę nabić pistolety.
Lecz jednocześnie przy nogach jego ukazała się na śniegu plama krwi.
– Pan jesteś ranny – rzekł, zbliżając się szybko, doktor.
– Być może… proszę nabić…
I w tej chwili zachwiał się, albowiem istotnie był ranny. Kula zniosła mu sam wierzchołek kości w kolanie.
Pojedynek został przerwany. Tylko Gątowski stał jeszcze czas jakiś na miejscu z wytrzeszczonemi oczyma, zdumiony tem, co się stało.
Po pierwszym opatrunku zbliżył się jednak, popchnięty przez pana Jamisza, do Maszki i rzekł zarówno niezgrabnie, jak szczerze:
– Teraz przyznaję, żem nie miał prawa nachodzić pana – i odwołuję wszystko, com powiedział, i przepraszam. A że pan jesteś ranny, to ja tego nie chciałem.
I po chwili, gdy odchodził z panem Jamiszem i Wilkowskim, słychać było, jak mówił:
– Jak Boga najszczerzej kocham, czysty przypadek – to pistolety takie, bo ja chciałem mu nad głowę…
Maszko tego dnia nie otworzył ust – na pytanie zaś doktora, czy rana bardzo mu dokucza, potrząsał tylko głową na znak, że nie.
Bigiel, który był dniem pierwej powrócił z Prus, z kieszeniami pełnemi kontraktów, dowiedziawszy się o wszystkiem, co zaszło, mówił do Połanieckiego:
– Maszko jest niby inteligentny człowiek, ale, dalibóg, między nami każdy ma jakiegoś ćwieka… On naprzykład: ma wzięcie, ma mnóstwo doskonałych spraw; mógłby mieć znaczne dochody, robić majątek! Nieprawda! Woli się rzucać, wyciągać kredyt do ostatka, kupować majątki ziemskie, udawać wielkiego właściciela, lorda, być Bóg wie kim, byle nie być tym, kim jest. Jakie to wszystko dziwne i tem dziwniejsze, że takie powszechne! Nieraz myślę, że życie samo w sobie jest niezłe, ale tu wszyscy je sobie psują brakiem równowagi w głowie i tą jakąś dyabelską fantazyą, jakimś bzikiem, którego każdy ma za kołnierzem. Bo ja rozumiem, że człowiek chce mieć więcej niż ma i znaczyć więcej niż znaczy, ale niech nie dąży do tego w fantastyczny sposób. Maszce ja pierwszy przyznaję i spryt i energię, ale, wziąwszy wszystko na uwagę – dalibóg, on ma coś tu.
Tu Bigiel stuknął kilkakrotnie palcem w czoło.
Maszko tymczasem cierpiał z zaciśniętymi zębami, albowiem rana jego, nie będąc niebezpieczną dla życia, była jednak nadzwyczaj bolesna. Wieczorem zemdlał dwukrotnie w obecności Połanieckiego. Potem przyszło osłabienie, podczas którego owa hardość duszy, która przez cały dzień podtrzymywała młodego adwokata, wyczerpała się zupełnie. Po opatrunku, gdy doktor odszedł, leżał czas jakiś spokojnie, poczem rzekł:
– Ależ bo ja mam i szczęście!
– Nie myśl o tem – odpowiedział Połaniecki – dostaniesz większej gorączki.
Maszko zaś mówił dalej:
– Zelżony, ranny, zrujnowany – wszystko na raz!
– Powtarzam ci, że nie pora o tem myśleć.
Maszko wsparł się łokciem na poduszce, syknął z bólu i rzekł:
– Daj spokój. To ostatni mój czas, w którym mogę się wygadać z porządnym człowiekiem. Za tydzień lub dwa będę należał do ludzi, których się unika… Co mi tam gorączka! Jest coś nieznośnego w takiej zupełnej ruinie, w takiem zarwaniu się ludzkiej doli, mianowicie, że potem pierwszy lepszy kretyn, pierwsza lepsza gęś, będą mówili: „Ja to oddawna wiedziałem” – „Ja to z góry przewidywałam”. Tak! wszyscy zawsze wszystko przewidują… po fakcie – i z człowieka, w którego piorun trzasł, robią w dodatku głupca lub waryata.
Połaniecki przypomniał sobie w tej chwili słowa Bigiela, Maszko zaś, dziwnym trafem mówił w dalszym ciągu tak, jakby chciał na nie odpowiedzieć:
– A myślisz, żem ja nie zdawał sobie sprawy, żem szedł za ostro, żem się pchał za gwałtownie, że chciałem być czemś więcej niż byłem, żem za wysoko nos nosił… Tej sprawiedliwości mi nikt nie odda, ale ty wiedz o tem, żem ja to sobie mówił… Tylko mówiłem sobie jednocześnie: tak potrzeba – to jedyna droga, żeby wypłynąć – i co? – może stosunki są krzywe, może ogólne życie idzie na opak, ale jednak, gdyby nie ta bezdennie głupia a nieprzewidziana i nieobliczalna awantura, byłbym wypłynął – właśnie dlatego, że taki byłem, jak byłem… Gdybym był skromnym człowiekiem, nie byłbym dostał panny Krasławskiej… U nas trzeba zawsze coś udawać – i jeśli mnie dyabli biorą, to nie przez moją pychę, tylko przez tamtego kpa.
– Przecie, u licha, nie możesz napewno wiedzieć, czy twoje małżeństwo nie dojdzie do skutku.
– Mój kochany, nie znasz tych kobiet. One w braku czego lepszego zgodziły się na pana Maszkę, bo panu Maszce dobrze się wiodło… Gdy byle cień padnie na mój majątek, moje położenie, moje stanowisko – porzucą mnie bez miłosierdzia, a potem góry będą na mnie waliły, by siebie osłonić przed światem… Co ty o nich wiesz? Panna Krasławska, to nie panna Pławicka!
Nastała chwila milczenia, poczem Maszko mówił dalej słabnącym głosem:
– Ta mogła mnie uratować… Byłbym dla niej wszedł na inną drogę, daleko spokojniejszą… Krzemień w takich warunkach byłby uratowany… Od razu odpadał dług jej, renta Pławickiego… Byłbym wybrnął… Przytem, czy ty wiesz, że ja kochałem się w niej, jak student?… Ot, tak przyszło, niewiadomo skąd… Ale ona wolała się na ciebie gniewać, niż mnie kochać… Teraz to rozumiem. Na to niema rady…
Połaniecki, któremu nie w smak była ta rozmowa, przerwał ją i rzekł z odcieniem niecierpliwości:
– Dziwi mnie, że człowiek z twoją energią uważa wszystko za stracone, podczas gdy wszystko nie jest stracone. Panna Pławicka, to jest przeszłość, nad którą sam zrobiłeś krzyżyk, oświadczając się o pannę Krasławską. Co do teraźniejszości – zostałeś napadnięty – prawda, aleś się pojedynkował, jesteś ranny, ale tak, że za tydzień będziesz zdrów – i ostatecznie te panie jeszcze ci nie oświadczyły, że z tobą zrywają. Póki tego nie będziesz miał czarno na białem, nie masz prawa o tem mówić… Jesteś chory i dlatego przedwcześnie odprawiasz nad sobą egzekwie. Ale ja ci powiem co innego. Trzeba tamtym paniom dać znać, co się stało. Czy chcesz, żebym jutro do nich poszedł? Zrobią potem, co chcą, ale niechże wiadomość mają z ust świadka, nie zaś przez miejscowych plotkarzy.
Maszko pomyślał przez chwilę i rzekł:
– Ja i tak chciałem do mojej narzeczonej napisać, ale jeśli ty pójdziesz, to będzie jeszcze lepiej. Nie mam nadziei, żeby mi ona dotrzymała – trzeba jednak zrobić co należy. Dziękuję ci. Ty potrafisz rzecz przedstawić z lepszej strony… Tylko ani słowa o jakichkolwiek kłopotach… Tę sprzedaż dąbrowy musisz zmniejszyć do zera – do grzeczności, jaką ci chciałem wyświadczyć… Szczerze ci dziękuję. Powiedz, że Gątowski mnie przeprosił…
– Masz kogo, coby przy tobie siedział?
– Mój służący i jego żona. Doktor przyjdzie jeszcze i przyprowadzi z sobą felczera. Mnie to dyablo dolega, ale nie czuję się źle.
– Zatem do widzenia.
– Bądź zdrów. Dziękuję ci. Ty jesteś…
– Śpij dobrze.
I Połaniecki wyszedł. Po drodze myślał o Maszce i myślał z pewnym gniewem: „Ten nie jest romantykiem – niczem mniej – ale jednak i ten poczuwa się do udawania czegoś w tym rodzaju… Panna Pławicka! kochał ją… byłby wszedł na inną drogę… mogła go uratować… ot, podatek płacony romantyzmowi – i w dodatku fałszywą monetą, bo w miesiąc jednak oświadczył się tamtej lalce – dla pieniędzy. Możem ja głupszy, ale tego nie rozumiem i w szczerość takich zawodów, które się tak łatwo pocieszają, nie wierzę… Gdybym jedną kochał i doznał zawodu, tobym się z drugą w miesiąc nie ożenił. Niech mnie licho weźmie, jeślibym to zrobił! On ma jednak racyę, że Marynia to inny gatunek, niż Krasławska… To niema i gadania: zupełnie inny! zupełnie inny!…”
I ta myśl była mu jednak ogromnie przyjemna. Wróciwszy do domu, zastał list Bukackiego z Włoch i kartkę Maryni, pełną niepokoju i pełną pytań z powodu wieści o pojedynku. Była w niej prośba o przysłanie wiadomości nazajutrz rano: co się stało, o co poszło, a zwłaszcza o wiadomość, czy wszystko naprawdę skończone i czy żadne nowe zajścia nie grożą.
Połaniecki, pod wpływem myśli, że to „inny gatunek, niż panna Krasławska” – odpisał serdeczniej, niż sam chciał, i oddawszy odpowiedź swemu służącemu, rozkazał, by została oddana nazajutrz o dziewiątej rano. Następnie wziął się do czytania listu Bukackiego, przyczem od samego początku począł wzruszać ramionami.
Bukacki pisał, co następuje:
– „Niech Sakya-Muni wyprosi ci błogosławioną Nicość. Prócz tego powiedz Kapłanerowi, by należnych mi trzech tysięcy rs. nie wysyłał do Florencyi, ale zatrzymał u siebie do mego rozporządzenia. W tych dniach postanawiam pomyśleć o powzięciu zamiaru (czy uważasz, jakie to stanowcze?) zostania wegeteryaninem. Jeśli ta myśl mnie nie zmęczy, jeśli zamiar zmieni się w postanowienie, a postanowienie nie będzie nad moje siły, to przestanę być zwierzęciem mięsożernem i życie będzie mnie mniej kosztowało. To cała sprawa. Co do ciebie, proszę cię na wszystko uspokój się, albowiem życie nie warte jest fatygi.
„Wiesz? Doszedłem, dlaczego Słowianie wolą syntezę od analizy. Bo są próżniakami, a analiza to pracowita rzecz. Syntetyzować można, paląc po obiedzie cygaro. Zresztą, mają słuszność, że są próżniakami. We Florencyi jest dość ciepło, zwłaszcza na Lung-Arno. Chodzę sobie i robię syntezę szkoły florenckiej. Poznałem tu jednego zdolnego akwarelistę, także Słowianina, który żyje ze sztuki, ale dowodzi, że sztuka – to jest świństwo, wykwitłe z mieszczańskiej chęci rozkoszy i z nadmiaru pieniędzy, które jedni nagromadzają kosztem drugich. Jednem słowem: sztuka, podług niego, to podłość i krzywda! Napadł na mnie, jak na psa, twierdząc, że być buddystą i zajmować się sztuką jest szczytem niekonsekwencji; ale ja jeszcze bardziej napadłem na niego i odpowiedziałem mu, że poczytywać konsekwencyę za coś lepszego od niekonsekwencyi jest szczytem mieszczańskiego obskurantyzmu, mieszczańskich przesądów i podłości. Człowiek był zdumiony i stracił mowę. Namawiam go, żeby się powiesił, ale nie chce. – Powiedz mi, czy ty jesteś pewny, że ziemia naprawdę kręci się koło słońca i czy to wszystko nie żarty? Mnie zresztą jest to wszystko jedno! – W Warszawie żal mi było tego dziecka, które umarło. Tu często także o niem myślę. Jakie to głupie! Co robi pani Emilia? Ludzie mają z góry przeznaczone role na świecie, a jej przypadła rola ze skrzydłami i z cierpieniem. Poco ona była cnotliwa? Byłoby jej inaczej, weselej. Co do ciebie, człowieku, zrób mi jedną łaskę. Proszę cię na wszystko, nie żeń się. Pamiętaj, że jeśli się ożenisz, jeśli będziesz miał syna, jeśli będziesz pracował, żeby mu zostawić majątek, uczynisz to wyłącznie po to, by ten syn był tem, czem ja jestem, ja zaś jestem bardzo miłym chłopcem, ale mam pewne wątpliwości, czy nieodzownym. Bądź zdrowa, zapalczywa energio, bądź zdrów, Domie handlowy, spółko komisowa, formo przechodnia, praco nałogowa, wysiłku pieniężny, przyszły ojcze rodziny, hodowco dzieci i kłopotów! Uściskaj odemnie Waskowskiego. To także syntetyk. Niech Sakya-Muni otworzy ci oczy, abyś poznał, że na słońcu jest ciepło, a w cieniu zimno i że leżeć jest lepiej, niż stać. Twój Bukacki”.
