Kitabı oku: «Miasto pływające», sayfa 6
XXI
W nocy z piątku na sobotę, „Great Eastern”, przepłynął nurt Gulfstream, którego woda głębsza i cieplejsza przerzynała warstwy otaczające. Powierzchnia tego morza, ściśnięta falami Atlantyku, jest nawet trochę wypukła. Jest to więc prawdziwa rzeka, przepływająca między dwoma płynnemi brzegami, i to jedna z najznaczniejszych na kuli ziemskiej, gdyż Amazonkę albo Mississipi sprowadza do rzędu strumyków. Woda czerpana w nocy podniosła się z dwudziestu siedmiu stopni Farenheita do pięćdziesięciu jeden, co czyni na termometrze stustopniowym dwanaście stopni.
Ten dzień 5 Kwietnia rozpoczął się cudownym wschodem słońca. Długie fale głębin morskich błyszczały. Wiatr był ciepły południowo-zachodni. Były to pierwsze dnie pogodne. To słońce, któreby zazieleniło pola stałego lądu, tutaj wydobyło na wierzch świeże stroje. Wegietacyja czasem się opóźnia, moda – nigdy. Wkrótce były na bulwarach liczne grona spacerujących. Tak wyglądają Pola Elizejskie w niedzielę, przy pięknem słońcu majowem. Tego poranku nie widziałem Kapitana Corsicana. Chcąc się dowiedzieć, co się dzieje z Fabijanem, udałem się do jego pokoiku, który się znajdował po lewej stronie dużego salonu. Zapukałem do drzwi, lecz nikt się nie odezwał. Popchnąłem drzwi. Fabijana nie było.
Wyszedłem więc na pokład. Pomiędzy przechodzącemi się nie spostrzegłam ani swoich przyjaciół ani doktora. Wtedy przyszło mi na myśl poszukać, w jakiem miejscu parostatku osadzona była nieszczęśliwa Ellen. Który też ona pokoik zajmowała? Gdzie ją Harry Dreke wtrącił? W jakie ręce powierzono tę nieszczęśliwy którą mąż opuszczał po całych dniach? Zapewnie płatnym staraniom jakiej służącej z okrętu, jakiej obojętnej dozorczyni chorych? Chciałem się dowiedzieć co się z nią dzieje, nie z próżnej ciekawości, lecz w interesie Elleny i Fabijana, chociażby tylko dla zapobieżenia ich spotkaniu, którego zawsze obawiać się należało.
Zacząłem swe poszukiwania od pokoików dużego salonu dla kobiet, i przebiegłem korytarze obydwu pięter, które przedzielają tę część okrętu. Poszukiwanie to tyło dosyć łatwe, gdyż nazwiska podróżnych napisane na arkuszu papieru, można było przeczytać na drzwiach każdego pokoiku Nie mogłem znaleźć nazwiska Harry Drake'a; nie zdziwiło mnie to, gdyż człowiek ten zapewnie wolał położenie pokoików wystawionych w tyle „Great Easternu”, nad salonami mniej uczęszczanymi. Nie było zresztą co do wygody żadnej różnicy w urządzeniu przodu i tyłu obrębu, gdyż Towarzystwo Wynajmujących przyjęło jednę tylko klasę podróżnych.
Zwróciłem się więc do pokojów jadalnych i przeszedłem z uwagą korytarze poboczne, które przechodziły między dwoma rzędami pokoików. Wszystkie te pokoje były zamieszkane; na wszystkich drzwiach były nazwiska podróżnych a nazwiska Harry Drake'a jeszcze nie znalazłem. Tą razą zdziwiłem się brakiem tego nazwiska; myślałem bowiem, że już obszedłem całe nasze pływające miasto, i nie znalazłem żadnego „cyrkułu” bardziej oddalonego. Zapytałem się więc jednego ze stewardów a ten mnie objaśnił, o czem nie wiedziałem, że jest jeszcze ze sto pokoików z tyłu dining-rooms3.
– Którędy tam się schodzi? – zapytałem.
– Przez schody łączące się z pokładem, po stronie wielkiego rudla.
– Dobrze, mój przyjacielu. A wiesz ty, który pokoik zajmuje pan Harry Drake?
– Nie wiem, panie – odpowiedział mi steward.
Znów wyszedłem na pokład i przybyłem do drzwi, zamykających wskazane schody. Te schody nie prowadziły do obszernych pokojów, lecz do zwyczajnego korytarza przyciemnionego. Po obydwu zaś jego stronach były rzędy pokoików.
Większa część tych pokoików była niezamieszkana. Przebiegłem ów korytarz i korytarze poblizkie od drzwi do drzwi. Niektóre nazwiska były wypisane na kartach, lecz nazwiska Harry Drake nie znalazłem. Zrobiłem drobiazgowy przegląd tej części mieszkań; bardzo szczegółowo je obejrzałem i miałem już odejść, gdy szmer jakiś nieznaczny doszedł mych uszu. Ten szmer pochodził z korytarza z lewej strony. Zwróciłem się tam. Tony, które zaledwie dawały się słyszeć, stały się wyrazistszemi. Usłyszałem jakiś śpiew, skargi, albo raczej strofy rozwlekłe; wyrazów atoli nie mogłem rozróżnić.
Słuchałem. Byłto śpiew kobiety; lecz w tym głosie niepewnym czuć się dawała boleść okropna. Musiałto być śpiew biednej obłąkanej. Przeczucie nie mogło mnie mylić. Zbliżyłem się po cichu do pokoiku, który miał numer 775. Byłto ostatni w tym ciemnym korytarzu, i musiał być oświetlimy okienkami zzewnątrz wyciętemi w spodzie „Great Easternu”. Na drzwiach tego pokoiku nie było żadnego nazwiska. Oczywiście Harry Drake nie chciał, aby wiedziano, gdzie on trzyma Ellenę.
Głos tej nieszczęśliwej za zbliżeniem dochodził do mnie wyraźnie. Jej śpiew byłto tylko ciąg wyrazów, kiedy niekiedy przerywany; – coś przyjemnego a zarazem smutnego. Powiedziałbym, że były to strofy dziwnie urywane, jakby je mówiła osoba uśpiona snem magnetycznym.
Chociaż nie miałem sposobu przekonania się, jednak nie wątpiłem, że to śpiew Elleny.
Słuchałem przez kilka minut i miałem już odejść, kiedy usłyszałem, że ktoś idzie korytarzem środkowym. Czyto Harry Drake? W interesie Elleny i Fabijana nie chciałem, aby mię widziano w tem miejscu. Na szczęście, korytarzem mającym dwa rzędy pokoików, mogłem wyjść na pokład niespostrzeżony. Jednakże chciałem wiedzieć, czyje to kroki słyszałem. Dopomogła mi ciemność. Umieściwszy się więc w kącie korytarza, mogłem widzieć, nie będąc widzianym.
Szmer tym czasem ustał. Dziwnym wypadkiem współcześnie z nim ucichł i śpiew Elleny. Czekałem. Wkrótce się rozpoczął, i na nowo skrzypiała podłoga pod naciskiem powolnych kroków. Przechyliłem głowę, i wgłębi korytarza, w niepewnem świetle, przechodzącem przez arkady pokoików, poznałem Fabijana.
Tak byłto mój nieszczęśliwy przyjaciel! Co za instynkt sprowadził go w to miejsce? Czy on wpierw odemnie odkrył schronienie tej młodej kobiety? Nie wiedziałem, co myśleć. Fabijan zbliżał się wolno, błąkając się po przeforsztowaniach, słuchał, idąc jak za nitką, za głosem, co go przyciągał pomimo jego woli i zupełnie nieświadomie. A jednak, zdawało mi się, że śpiew uciszał się za jego zbliżeniem, i że ta nić tak subtelna zerwie się… Fabijan przyszedł blisko pokoiku i stanął.
Jak jego serce musiało bić, słysząc te smutne tony? Jak on cały musiał drżeć! Niepodobna aby on w tym głosie nie znalazł jakiegoś wspomnienia przeszłości!…. A jednak nie wiedząc, że jest na okręcie Harry Drake, jak mógł się domyślać obecności Elleny? Nie. To niepodobna; przyciągnęła go tylko zgodność tych chorobliwych tonów z ponurym smutkiem, jaki go dręczył.
Fabijan ciągle słuchał. Co też on zrobi? Czy będzie wołał obłąkanej? A gdyby Ellen nagle się pokazała? Wszystko było niebezpieczeństwem wtem położeniu! Tymczasem, Fabijan przybliżył się jeszcze więcej do drzwi pokoiku. Śpiew, który ustawał zwolna, nagle ucichł; później dał się słyszeć krzyk przerażający.
Czy Ellen, przez działanie magnetyczne, przeczuła tak blisko siebie tego, którego kochała? Postawa Fabijana była przerażająca. Zdawał się zbierać myśli. Czy miał drzwi wyłamać? Myślałem, że to zrobi i pospieszyłem do niego.
Poznał mnie. Odprowadziłem go. Dał sobą powodować. Później, głosem przytłumionem:
– Czy wiesz, kto jest ta nieszczęśliwa? – zapytał.
– Nie wiem, Fabijanie, nie.
– To obłąkana! – rzekł. – To głos jak z tamtego świata. Lecz ta obłąkana jest do wyleczenia. Czuję, że trochę przywiązania i miłości wyleczyłoby tę biedną kobietę!
– Chodź, Fabijanie – powiedziałem – chodź!
Weszliśmy na pokład. Fabijan nie mówiąc ani słowa więcej, prawie zaraz się oddalił; nie traciłem go jednak z oczu, aż wszedł do swego pokoiku.
XXII
W krótce potem spotkałem kapitana. Opowiedziałem mu scenę, której byłem świadkiem. Zauważyliśmy, że to niebezpieczne położenie powiększa się. Gdybyśmy mogli przeszkodzić okropnym następstwom. O! jakże chciałbym przyspieszyć bieg tego „Great Easternu” i przedzielić całym oceanem Harry Drake'a od Fabijana!
Rozchodząc się z kapitanem Corsicanem, umówiliśmy się żeby osuwać więcej jak dotąd nad aktorami tego dramatu, którego rozwiązanie mogło każdej chwili wybuchnąć mimo naszej woli!
Tego dnia, oczekiwano „Australasian” statku towarzystwa Cunard, mającego dwa tysiące siedemset sześdziesiąt beczek, a służącego na linii z Liverpoolu do New Yorku. Miał wypłynąć z Ameryki w środę rano, a nie mógł się spóźnić. Czatowano nań przy przejściu, lecz on nie przechodził.
Około godziny jedenastej podróżnicy angielscy urządzili subskrypcyją na korzyść rannych na okręcie, z których kilku niemogło jeszcze opuścić miejsca przeznaczonego dla chorych. Między innemi przełożonemu nad ładunkiem, zagrażało chromienie nieuleczone. Lista ta pokryła się podpisami, spowodowawszy poprzednio pewne sprzeczki drobiazgowe, które sprowadziły zamianę wyrazów niezbyt mile brzmiących.
W południe słońce dozwoliło zrobić spostrzeżenia bardzo dokładne:
Dłu. 58° 37' Z.
Szer. 41° 11' 11” P.
Bieg: 257 mil
Mieliśmy oznaczoną szerokość w przybliżeniu jednej sekundy. Młodzi narzeczeni, którzy przyszli przeczytać tę notatkę, zrobili poruszenie nieukontentowania. Istotnie mogli narzekać na parę.
Przed śniadaniem kapitan Anderson, chcąc zrobić rozrywkę swoim podróżnym, znudzonym tak długą podróżą, urządził ćwiczenia gimnastyczne, któremi sam dowodził. Z pięćdziesiąt amatorów rozrywki uzbrojonych w kije jak on naśladowali jego ruchy z małpią dokładnością. Ci gimnastycy improwizowani pracowali metodycznie z zaciśniętemi ustami jak żołnierze na paradzie. Na wieczór zapowiedziano nowe entertainment. Ja nie poszedłem na nie. Te same zabawy ciągle powtarzane męczyły mnie. Założono drugi dziennik współzawodniczący z „Ocean Time”. Tegoż wieczoru jak się zdaje, oba dzienniki zlały się w jeden. Co do mnie spędziłem pierwsze godziny nocy na pokładzie.
Morze się wznosiło i zapowiadało burzę, chociaż niebo jeszcze było cudowne. Kołysanie okrętu czuć się już dawało. Leżąc na ławce przy rudlu, zachwycałem się temi konstelacyjami, które się roztaczały na firmamencie. Gwiazdy mrowiły się w zenicie, a lubo gołem okiem można ich tylko dostrzedz pięć tysięcy na całej przestrzeni niebieskiej, tego wieczoru zdawało się, że się je liczyło na milijony. Widziałem wlekący się na horyzoncie ogon Pegaza w całej okazałości Zwierzyńca niebieskiego, jak suknia gwiazdzista królowej w czarodziejskiem przedstawieniu. Plejady wznosiły się ku wyżynom nieba, w tym samem czasie co i bliźnięta, które pomimo swego nazwiska, nie wschodzą zaraz jedno zadrukiem, jak bohaterowie bajki. Byk patrzał na mnie swem wielkiem ognistem okiem. U szczytu sklepienia niebios błyszczała Waga, nasza przyszła gwiazda biegunowa, a niedaleko od niej zaokrąglał się ów strumień brylantowy co tworzy koronę północną. Zdawało się przecież, że wszystkie owe konstelacyje nieruchome, poruszają się wraz z kołysaniem okrętu, a podczas jego wahania się widziałem jak wielki maszt zarysowywał łuk dokładnie odznaczony, zacząwszy od Wielkiej Niedźwiedzicy aż do Altairu Orła, gdy tymczasem księżyc zaledwie wynurzał się z wód powierzchni.
XXIII
Noc była straszna. Parostatek okropnie popychany z boku, kołysał się bezustannie, meble posuwały się z trzaskiem, a stoliki z porcelany rozpoczęły swój taniec hałaśliwy. Wiatr widocznie był chłodniejszy, „Great Eastern” zresztą przepływał owe miejsca obfite w smutne przypadki, gdzie morze jest zawsze niebezpieczne.
O godzinie szóstej zawlokłem się aż do schodów wielkiego rudla. Czepiając się poręczy i korzystając z jednego kołysania na dwa, dostałem się do schodów i przybyłem na pokład. Stamtąd dolazłem nie bez trudności aż do najwyższego piętra z przodu okrętu.
Miejsce było puste, jeżeli można tak nazwać miejsce, gdzie się znajdował doktór Pitferge. Ten szanowny człowiek, mocno oparty, stał tyłem do wiatru a nogą prawą obejmował jednę z poręczy. Dał mi znak, abym przyszedł do niego, – znak głową, ma się rozumieć, – gdyż nie mógł rozporządzać rękami, któremi się zabezpieczał od gwałtowności burzy. Za kilkoma poruszeniami zwinięty w kłębek, dostałem się na miejsce i tam usadowiłem się na sposób doktora.
– A więc! – wykrzyknął – to trwa dalej! Ha! ten „Great Eastern”! Właśnie w chwili dopłynięcia, cyklon, prawdziwy cyklon, wyłącznie przeznaczony dla niego!
Doktór wymawiał tylko wyrazy urywane. Wiatr porywał połowę słów jego. Jednak ja go zrozumiałem. Wyraz cyklon, ma swoje znaczenie.
Wiadomo, co to są owe burze obracające się w koło, nazwane huraganami na oceanie Indyjskim i na Atlantyckim, tornadami na wybrzeżach Afryki, simunami w pustyniach, tyfonami w morzach Chin, – burze których siła nadzwyczajna może zniszczyć największe okręty.
Otóż „Great Eastern” został porwany przez cyklon. Jak też ten olbrzym będzie mu stawiał opór?
– Spadnie nań nieszczęście – powtarzał Dean Pitferge. – Patrz pan jak on chowa nos w pierze.
Ta marynarska przenośnia wybornie dawała się stosować do położenia parostatku.
Sztuka drzewa z przodu ginęła pod górami wody, które ją uderzały z lewego boku. W oddaleniu nic nie można było widzieć. Wszystkie oznaki huraganu! O godzinie siódmej burza powstała. Morze stało się okropne. Owe małe pośrednie kołysania się, oznaczające zrównanie wielkich fal, znikły pod naciskiem wiatru. Ocean się wznosił w długie bałwany, których szczyty burzyły się nie do opisania. Z każdą chwilą wysokość fal wzmagała się, „Great Eastern” uderzany niemi, z boku kołysał się okropnie.
– Są tylko dwie rzeczy do wyboru – rzekł mi doktór z powagą marynarza. – Albo obrócić się wprost ku falom, płynąc z wolną parą albo uciekać, nie opierając się temu wzburzone mu morzu! Lecz kapitan Anderson nie zrobi żadnego z tych dwu obrotów.
– Dla czego? – spytałem.
– Ponieważ!… – odpowiedział doktór – ponieważ musi się coś wydarzyć!
Odwróciwszy się, spostrzegłem kapitana, podkomendnego i pierwszego inżyniera, zakapturzonych w swe ceratowe ubrania i trzymających się poręczy. Mgła z fal okrywała ich od stóp do głowy. Kapitan uśmiechał się według swego zwyczaju. Podkomendny śmiał się, pokazując swe białe zęby na widok kołyszącego się okrętu kiedy zdawało się, że maszty i kominy się zawalą!
Jednakże to postanowienie ten upór kapitana w walce przeciwko morzu dziwił mnie. O godzinie w pół do ósmej widok oceanu był przerażający. Z przodu bałwany pokrywały okręt okropnie. Patrzałem na ten wzniosły widok, na tę walkę kolosu z falami. Rozumiałem, do pewnego stopnia tę uporczywość „pana, po Bogu” który nie chciał ustąpić. Lecz zapomniałem, że moc morza jest nieograniczona, i że nic nie zdoła mu się oprzeć, co jest ręką ludzką zrobione! rzeczywiście, chociaż tak silny olbrzym wkrótce musiałby uciekać przed burzą.
Niespodziewanie około godziny ósmej nastąpiło uderzenie. Był to ogromny statek morski, który uderzył okręt z lewej strony z przodu.
– To – powiedział mi doktór – to nie proste popchnięcie, to uderzenie pięścią wtwarz.
Rzeczywiście, uderzenie pięścią skaleczyło nas… kawałki drzewa ukazały się na szczytach fal. Czy to część odpadła z naszego ciała, czy też szczątki ciała obcego? Przypatrzywszy się lepiej, zobaczyłem, że uderzenie morza unosiło płótna wywieszone na uroczystości które przecież wznosiły się się pięćdziesiąt stóp po nad powierzchnią fali. „Great Eastern” został wstrząśnięty uderzeniem, lecz płynął dalej, niewzruszony zuchwałością. Trzeba było jak najprędzej uprzątnąć ułamane kawałki, które zasłaniały przód okrętu, i uciekać przed morzem… Lecz parostatek uparł się płynąć przeciwko morzu. Cała zapalczywość kapitana podniecała okręt. Nie chciał ustąpić. I nie ustąpi. Wysłano oficera i kilku ludzi naprzód okrętu, dla oczyszczenia pokładu.
– Uważajmy! – powiedział mi doktór – nieszczęście jest blisko!
Marynarze posunęli się naprzód. My przycisnęliśmy się do drugiego masztu. Patrzyliśmy przez mgły, które biorąc nas ukośnie, rzucały z każdą falą ulewą na pokład. Drugie raptowne uderzenia morza, gwałtowniejsze od pierwszego, przeszło przez wyłom w parapetach, oderwało ogromną blachę laną, i uderzając z całym zamachem w przepierzenia prawego boku, rozdarło je i uniosło jak kawałki płótna puszczone na wiatr.
Ludzie zostali przewróceni. Jeden z nich oficer na wpół zalany, otrząsnął swe rude faworyty i podniósł się. Później widząc jakiegoś majtka leżącego bez przytomności, podszedł do niego, wziął na plecy i wyniósł. Było trzy stopy wody w przedziale między dwoma pomostami. Odłamane kawałki znowu pokryły morze, a między niemi kilka tysięcy lalek, które mój spółziomek z ulicy Chapon chciał aklimatyzować w Ameryce!… Wszystkie te małe postacie wyrzucone z paki uderzeniem morza, skakały na grzbietach bałwanów, a ta scena w mniej ważnych okolicznościach byłaby z pewnością do śmiechu pobudziła. Tymczasem woda zalewała nas. Masa płynna wpadała otworami, a napływ morza był tak wielki, że podług doniesienia inżyniera, „Great Eastern” obejmował wtedy więcej jak dwa tysiące wody, co było dostatecznem do zatopienia pierwszorzędnej fregaty.
– Doskonale! – mruknął doktór, którego kapelusz wiatr porwał.
W tem położeniu utrzymać się dłużej stało się niepodobieństwem. Walczyć jeszcze przeciwko burzy, byłby to czyn szalonego. Trzeba było zrobić zwrót do ucieczki. Parostatek wystawiający swój przód zapadnięty przeciwko morzu, wyglądałby tak samo jak człowiek, chcący płynąć między dwoma prądami wody z otwartemi ustami.
Kapitan Anderson zrozumiał to wreszcie. Widziałem, jak biegł sam do małego koła przy mostku, które kierowało obrotami rudla. Zaraz para przeszła w cylindry z tyłu belka została obróconą z wiatrem, a kolos kręcąc się jak łódka przodem na północ, uciekał przed burzą.
W tej chwili kapitan, zwykle tak spokojny, umiejący zawsze panować nad sobą, wykrzyknął z uniesieniem:
– Mój okręt jest zniesławiony!
XXIV
Zaledwie „Great Eastern” zmienił kierunek; zaledwie zwrócił się tyłem do fal, zaraz zaprzestał się kołysać. Była to nieruchomość zupełna, następująca po gwałtownej ruchliwości. Podano śniadanie. Większa część pasażerów, zapewnionych spokojnością okrętu, zeszła do jadalnej sali. Można było jeść, nie doznając żadnego poruszenia ani szturchnięcia. Ani jeden talerz nie spadł na ziemię; wszystkie szklanki utrzymywały się na stole. Lecz w trzy kwandranse później, meble rozpoczęły swe gibotanie, wszystko zawieszane bujało w powietrzu, porcelana potrącała się na półkach kredensu. „Great Eastern” rozpoczął swą drogę na zachód, na chwilę przerwaną.
Wyszedłem na pokład z doktorem Pitferge. Spotkaliśmy człowieka z lalkami.
– Panie – rzekł do niego doktór – cały ludek pana okropnie ucierpiał. Otóż i po niewiniątkach, które nie będą mówiły w Stanach Zjednoczonych.
– O! – odpowiedział przemyślny paryżanin – pakunek był ubezpieczony, a mój sekret z nim nie zatonął. Narobimy nowych takich lalek.
Mój spółziomek nie łatwo rozpaczał, jak widać. Ukłonił się nam uprzejmie, a my poszliśmy na tył parostatku. Tam sternik powiedział nam, że łańcuchy od rudla były poplątane wczasie przestanku między dwoma uderzeniami morza.
– Gdyby się ten wypadek zdarzył w czasie obrotów okrętu – powiedział Pitferge – niewiem co by mogło nastąpić, gdyż woda strumieniem płynęła na okręt. Już pompy parowe rozpoczęły wylewać wodę. Lecz to jeszcze nie koniec.
– Co się zrobiło z tym nieszczęśliwem majtkiem? – zapytałem doktora.
– Niebezpiecznie ranny w głowę. Biedny człowiek! Jest to młody rybak, żonaty, ojciec dwojga dzieci, odbywający pierwszą podróż po morzu. Doktór okrętowy ręczy za jego zdrowie, i to właśnie sprawia, że się oń obawiam. Zresztą, zobaczymy. Rozeszła się też pogłoska, że kilku ludzi zostało porwanych, ale na wielkie szczęście, jestto fałsz.
– Nakoniec – spytałem – wróciliśmy na naszę drogę?
– Tak – odpowiedział doktór – płyniemy drogą na zachód przeciwko wiatrowi i przypływowi morza. Czuć to można dobrze – dodał, chwytając się haczyka aby nie upaść na pomost. – Wiesz kochany panie, cobym zrobił z „Great Easternu” jeżeliby on do mnie należał? Nie wiesz? Otóż zrobiłbym z niego statek zbytkowy, po dziesięć tysięcy franków od osoby. Płynęli by na nim tylko milijonerzy, ludzie, którzy się nie śpieszą. Przez miesiąc albo sześć tygodni płynąłby z Anglii do Ameryki. Nigdy nie byłoby fali w poprzek. Zawsze wiatr z przodu lub wiatr wtyle. Ale też nie było by żadnych huśtań ani kołysań. Moi podróżni byli by zabezpieczeni przeciwko chorobie morskiej i płaciłbym im po sto franków za znudzenie w podróży.
– Otóż to jest myśl praktyczna – odpowiedziałem.
– A tak! – odparł Dean Pitferge – możnaby zrobić pieniądze… albo stracić! Tymczasem parostatek odbywał swą drogę zwolna, obracając pięć albo sześć razy koła co najwięcej, tak aby się utrzymać. Kołysanie bałwanów było przerażające, lecz sztuka drzewa z przodu okrętu przerywała fale, normalnie, a „Great Eastern” nie przyjmował żadnego statku morskiego. Niebyła to już wcale góra metalowa idąca przeciwko górze wody, lecz skała silna, nie zwracająca uwagi na kołysanie bałwanów. Zresztą deszcz zaczął potokami padać, co nas zmusiło schronić się pod wystawą dużego salonu. Przez tę ulewę ustał wiatr i morze się uspokoiło. Niebo się rozjaśniło na zachodzie i ostatnie wielkie chmury rozeszły się w stronę przeciwną. O godzinie dziesiątej huragan zawiał raz ostatni. O dwunastej można było mniej więcej oznaczyć punkt w którym byliśmy:
Szer. 41° 50' P.
Dłu. 61° 57' Z.
Bieg. 193 mil.
To znaczne zmniejszenie w przeliczanej drodze można było przypisać jedynie burzy która podczas nocy i poranku bezustannie uderzała o okręt; burzy tak okropnej, że jeden z podróżnych, – prawdziwy mieszkaniec oceanu który go przepływał po raz czterdziesty, – nie widział podobnej ani razu. Inżynier wyznał nawet, że od czasu owego uraganu, kiedy „Great Eastern” pozostawał przez trzy dni w bałwanach fal, okręt nie był zaatakowany z tak wielką gwałtownością. Lecz trzeba i to dodać, że zadziwiający ten parostatek, jeżeli płynie wolno i kołysze się bardzo, przedstawia w obec nawałnic morskich zupełne bezpieczeństwo. Utrzymuje się jak kloc pełny, a tę wytrwałość swoję zawdzięcza doskonałej jednorodności budowy, podwójnemu dnu i zadziwiającym bokom swego pokładu. Lecz powiedzmy i to także. Chociaż on jest tak silny nie trzeba go bez powodów wystawiać przeciwko wzburzonemu morzu. Jakkolwiek jest wielki, jakkolwiek silnym się wydaje; okręt nie jest przecież zniesławionym, jeżeli ucieka przed burzą. Dowódca okrętu nie powinien nigdy zapominać, że życie jednego człowieka więcej znaczy niż zadowolenie miłości własnej. W każdym wypadku upierać się przy swojem jest niebezpiecznie, zapędzać się nagannie; a przykład niedawny smutnego wypadku, który się zdarzył na jednym ze statków zaoceańskich, przekonywa, że kapitan nie powinien nad możność walczyć z morzem, chociażby czuł nawet następujący na swe pięty okręt towarzystwa spółzawodniczącego.