Kitabı oku: «Tajemnicza wyspa», sayfa 21
Rozdział X
Budowa statku. – Drugi zbiór zboża. – Polowanie na koale. – Nowa roślina bardziej przyjemna niż pożyteczna. – Wieloryb. – Harpun z Vineyard. – Ćwiartowanie wieloryba. – Zastosowanie fiszbinów. – Koniec maja. – Spełnione pragnienie Pencroffa.
Gdy Pencroff raz wbił sobie coś do głowy, nie spoczął i nie dał innym spokoju, dopóki tego nie wykonał. Zapragnął odwiedzić wyspę Tabor, a ponieważ do takiej podróży niezbędny był określonej wielkości statek, to trzeba było zbudować taki statek.
Po naradzie z marynarzem inżynier ustalił następujący plan.
Stateczek miał mieć trzydzieści pięć stóp długości a dziewięć szerokości, co było dostateczne do nadania mu znacznej szybkości przy odpowiednim dnie i linii wodnej287. Zanurzenie zaplanowano na maksymalnie sześć stóp, co wystarczało, aby uchronić go przed dryfowaniem288. Na całej długości miał być ułożony pokład z dwoma lukami prowadzącymi do dwóch kabin, przedzielonych przepierzeniem. Ożaglowanie miało być takie jak na slupie289, z grotem290, topslem291, lataczem292, fokiem, kliwrem i spinakerem293, słowem łatwe do zwijania i rozwijania, tak aby można je było bez trudu ściągnąć w razie burzy, a gdy potrzeba, rozwinąć podczas żeglugi przybrzeżnej. Wreszcie poszycie kadłuba miało być zrobione na styk, to znaczy, żeby krawędzie desek się ze sobą stykały, a nie zachodziły na siebie, natomiast jeśli chodzi o szkielet statku, to wręgi294 miały zostać dopasowane na gorąco, po uprzednim umocowaniu pokładników295 na wzdłużnikach296.
Jakiego drzewa należało użyć do budowy? Wiązów czy świerków, których wiele rosło na wyspie? Zdecydowano się na świerk, drzewo trochę łupliwe, jak się wyrażają cieśle, ale łatwe do obróbki i znoszące zanurzenie w wodzie równie dobrze jak wiąz.
Po uzgodnieniu tych szczegółów postanowiono, że ponieważ ciepła pora roku nadejdzie nie wcześniej niż za sześć miesięcy, to Cyrus Smith i Pencroff będą sami pracować nad budową statku. Gedeon Spilett i Harbert mieli nadal zajmować się łowami, natomiast Nab i pan Jup nie powinni porzucać prac domowych, które do nich należały.
Zaraz po wybraniu drzew ścięto je, okorowano i wprawnie pocięto na deski, że lepiej by tego nie zrobili zawodowi tracze. Osiem dni potem w zagłębieniu znajdującym się pomiędzy Kominami i ścianą skalną został przygotowany rodzaj warsztatu okrętowego i na piasku spoczął kil297 o długości trzydziestu pięciu stóp, zaopatrzony z tyłu w stewę rufową298, a z przodu w dziobnicę299.
Cyrus Smith nie wziął się bynajmniej do tego zadania na ślepo. Znał się na budowie statków, tak samo jak prawie na wszystkich innych rzeczach, i najpierw na papierze narysował plan statku. Zresztą miał pomoc w osobie Pencroffa, który pracował przez kilka lat w stoczni w Brooklynie i znał praktyczną stronę tego zawodu. Dlatego wręgi zostały zamocowane na kilu dopiero po dokładnym namyśle i ścisłych obliczeniach.
Pencroff, jak łatwo się domyślić, zapalił się do tej pracy i nie chciał opuszczać jej ani na chwilę.
Tylko jedna sprawa zdolna była go oderwać od warsztatu i to tylko na jeden dzień. Był nią drugi zbiór zboża, który miał miejsce 15 kwietnia. Udał się tak dobrze jak pierwszy i przyniósł przewidzianą proporcję ziaren.
– Pięć buszli, panie Cyrusie! – powiedział Pencroff po skrupulatnym odmierzeniu swoich skarbów.
– Pięć buszli – odpowiedział inżynier – licząc więc po sto trzydzieści tysięcy ziaren na buszel, daje to sześćset pięćdziesiąt tysięcy ziaren.
– No to tym razem zasiejemy wszystko – powiedział marynarz – zachowując tylko mały zapas.
– Słusznie, Pencroffie. A jeżeli następny zbiór przyniesie podobną proporcję co dzisiejszy, będziemy mieli cztery tysiące buszli.
– I będziemy jeść chleb?
– Będziemy jeść chleb.
– Ale trzeba będzie zbudować młyn?
– Wybudujemy młyn.
Trzeci zagon pod zboże był znacznie obszerniejszy niż dwa poprzednie. Ziemia, przygotowana jak najstaranniej, przyjęła drogocenne ziarno. Zrobiwszy to, Pencroff powrócił do swojej pracy przy statku.
Przez ten czas Gedeon Spilett i Harbert polowali w okolicy i zapędzali się dosyć daleko w nieznane części Lasu Dalekiego Zachodu, z bronią naładowaną kulami na wypadek jakiegoś nieprzyjemnego spotkania. Był tu nieprzebyty gąszcz wspaniałych drzew, rosnących tak gęsto, jak gdyby brakło im wolnej przestrzeni. Zbadanie tej zbitej masy drzew było niezwykle trudne i reporter nie odważył się nigdy zapuszczać tam bez busoli w kieszeni, gdyż słońce ledwie przebijało się przez gęstwinę gałęzi i kierując się nim, trudno byłoby znaleźć drogę. Rzecz jasna, zwierzyna była rzadsza w miejscach, gdzie brakowało jej dostatecznej swobody ruchu. Mimo to w drugiej połowie kwietnia myśliwym udało się upolować trzy duże okazy zwierząt roślinożernych. Były to koale, z których jednego koloniści spotkali już wcześniej na północ od jeziora. Nierozważnie dały się zabić pomiędzy grubymi konarami drzew, gdzie szukały schronienia. Skóry przyniesiono do Granitowego Pałacu i za pomocą kwasu siarkowego poddano swego rodzaju garbowaniu, dzięki czemu stały się zdatne do użytku.
Podczas jednej z takich wycieczek łowieckich Gedeon Spilett zasłużył się dokonaniem pewnego cennego odkrycia.
Było to 30 kwietnia. Dwaj myśliwi zapuścili się w południowo-zachodnią część Lasu Dalekiego Zachodu, gdy nagle reporter, poprzedzający Harberta o pięćdziesiąt kroków, doszedł do polanki, na której rzadziej rosnące drzewa pozwalały przedrzeć się promieniom słońca.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę reportera, był dziwny zapach wydzielany przez pewne rośliny o prostych, okrągłych, rozgałęzionych łodygach, na których rosły kwiaty ułożone w grona i drobne nasionka. Zerwał kilka łodyżek i powróciwszy do swego towarzysza, powiedział:
– Zobacz no, Harbercie, co to takiego?
– A gdzie pan znalazł tę roślinę, panie Spilett?
– Tam, na polance, gdzie rośnie ich dużo.
– No, panie Spilett – powiedział Harbert – oto odkrycie zapewniające panu dozgonną wdzięczność Pencroffa!…
– Czyżby to był tytoń?
– Tak jest. Chociaż nie pierwszego gatunku, ale w każdym razie tytoń!
– Ach, poczciwy Pencroff! To się ucieszy! No, ale chyba nie wypali wszystkiego, dla nas też coś zostawi.
– Mam pomysł, panie Spilett – zawołał Harbert. – Nie mówmy nic Pencroffowi, zostawmy sobie czas na przyrządzenie tych liści, a pewnego pięknego poranka podajmy mu fajkę nabitą po sam wierzch.
– Zgoda, Harbercie. Od tego dnia nasz zacny towarzysz niczego już więcej nie będzie pragnął do szczęścia!
Reporter i Harbert zrobili porządny zapas cennej rośliny i powrócili do Granitowego Pałacu, kryjąc swoją zdobycz tak starannie, jak gdyby to była kontrabanda300, a Pencroff był najsurowszym z celników.
Cyrusa Smitha i Naba dopuszczono do tajemnicy, a marynarz niczego nie podejrzewał przez cały długi czas potrzebny na wysuszenie cienkich listków, pokrojenie i przyprażenie na gorących kamieniach. Wszystko to trwało dwa miesiące, ale Pencroff niczego nie zauważył, gdyż tak był zajęty pracą przy budowie statku, że powracał do Granitowego Pałacu tylko na nocny odpoczynek.
1 maja po raz kolejny został oderwany od swojej ulubionej pracy, tym razem przez przygodę rybacką, w której wzięli udział wszyscy koloniści.
Od kilku dni zauważali na morzu jakieś olbrzymie zwierzę pływające w pobliżu Wyspy Lincolna, w odległości dwóch czy trzech mil od brzegu. Był to wieloryb największego rozmiaru, prawdopodobnie należący do gatunku żyjącego w morzach południowych, zwanego wielorybem przylądkowym301.
– Cóż by to była za gratka dostać go w swoje ręce! – zawołał marynarz. – Ach, gdybyśmy mieli odpowiedni statek i dobry harpun, pierwszy zawołałbym: „Ruszajmy na wieloryba, bo wart zachodu!”
– Ach, Pencroffie – powiedział Gedeon Spilett – chciałbym zobaczyć, jak pan używa harpuna. To musi być ciekawe.
– Bardzo ciekawe i dość niebezpieczne – powiedział inżynier – ale skoro nie mamy możliwości, żeby zaatakować to zwierzę, nie ma powodu się nim dalej zajmować.
– Dziwię się bardzo – odezwał się reporter – że napotykamy wieloryba na tej stosunkowo dużej szerokości geograficznej.
– A cóż w tym dziwnego, panie Spilett? – odpowiedział Harbert. – Znajdujemy się w tej części Pacyfiku, którą rybacy angielscy i amerykańscy nazywają Whale Field, czyli Wielorybie Pole, i właśnie tu, pomiędzy Nową Zelandią a Ameryką Południową, spotyka się najwięcej wielorybów półkuli południowej.
– Najprawdziwsza prawda – powiedział Pencroff. – Mnie tylko dziwi, że do tej pory nie widzieliśmy ich więcej. Zresztą, ponieważ nie możemy się do niego zbliżyć, nie mówmy już o nim!
I marynarz powrócił do swojej pracy, choć nie bez głębokiego westchnienia żalu, bo w każdym marynarzu siedzi rybak, a jeżeli przyjemność z połowu jest proporcjonalna do wielkości zdobyczy, to można sobie wyobrazić, co czuje wielorybnik wobec wieloryba!
Gdyby to chodziło tylko o przyjemność! Ale nie da się ukryć, że podobna zdobycz przyniosłaby ogromną korzyść kolonii, gdyż olej, tłuszcz i fiszbin przydałyby się do wielu celów.
Tymczasem dostrzeżony wieloryb nie miał zamiaru opuszczać wód wokół wyspy. Czy to więc z okien Granitowego Pałacu, czy z Płaskowyżu Pięknego Widoku, Harbert i Gedeon Spilett w czasie wolnym od polowań oraz Nab w przerwach od zajęć kuchennych nie wypuszczali z rąk lunety i obserwowali wszystkie ruchy zwierzęcia. Wieloryb, głęboko zapędziwszy się w obszerną Zatokę Stanów Zjednoczonych, przemierzał ją szybko od Przylądka Szczęki aż do Przylądka Szponu, odpychając się potężną płetwą ogonową, na której opierał się i poruszał zrywami z szybkością dochodzącą niekiedy do dwunastu mil na godzinę. Czasami podpływał tak blisko wyspy, że można mu się było dokładnie przyjrzeć. Był to rzeczywiście wieloryb południowy, cały czarny, z głową bardziej spłaszczoną niż u wielorybów północnych.
Widzieli go, jak wyrzuca przez nozdrza na znaczną wysokość obłok pary… czy wody, ponieważ – jakkolwiek może się to wydawać dziwne – przyrodnicy i wielorybnicy nie zgodzili się jeszcze ze sobą co to tego. Czy zwierzę wyrzuca w ten sposób wodę czy powietrze? Na ogół przyjmuje się, że jest to para, która szybko skraplając się w zetknięciu z chłodnym powietrzem, opada w postaci deszczu.
Ciągła obecność tego ssaka morskiego niepokoiła kolonistów. Szczególnie drażniło to Pencroffa i rozpraszało go podczas pracy. W końcu nabrał takiej ochoty na wieloryba, jak dziecko na przedmiot, którego mu odmawiają. W nocy mówił o nim przez sen i z pewnością, gdyby tylko miał możliwość go zaatakować, gdyby czółno było zdolne utrzymać się na morzu, nie wahałby się ani chwili i popłynął w pościg.
Czego nie mogli dokonać koloniści, dokonał za nich przypadek. 3 maja Nab stojący przy oknie w kuchni głośnymi okrzykami oznajmił, że morze wyrzuciło wieloryba na brzeg.
Na tę wieść Harbert i Gedeon Spilett, którzy mieli właśnie wyruszyć na polowanie, odłożyli strzelby. Pencroff wypuścił z rąk siekierę, Cyrus Smith i Nab dołączyli do nich i wszyscy razem pobiegli na brzeg.
Wieloryb osiadł na plaży Cypla Znaleziska, o trzy mile od Granitowego Pałacu, i to podczas przypływu. Prawdopodobnie zatem niełatwo mu będzie się wydostać z kłopotów i wrócić do morza. W każdym razie należało się spieszyć i w razie potrzeby odciąć mu drogę odwrotu.
Pobiegli więc co tchu z kilofami i okutymi oszczepami, przez most na Rzece Dziękczynienia, prawym brzegiem rzeki, potem wzdłuż plaży i po niespełna dwudziestu minutach znaleźli się przy olbrzymim zwierzęciu, nad którym roiły się już całe chmary ptactwa.
– Co za potwór! – zawołał Nab.
Określenie było całkiem usprawiedliwione, był to bowiem wieloryb południowy długości osiemdziesięciu stóp, prawdziwy olbrzym, ważący co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy funtów.
Co dziwne, wieloryb nie poruszał się i nie próbował, szamocząc się, wrócić do morza, korzystając z trwającego przypływu. Zagadka ta wyjaśniła się wkrótce, gdy podczas odpływu koloniści obeszli zwierzę dookoła.
Wieloryb już nie żył. Z lewego boku wystawał mu harpun.
– Czyżby w tych stronach pływali wielorybnicy?… – odezwał się Gedeon Spilett, ujrzawszy harpun.
– A to dlaczego? – spytał marynarz.
– Bo ten harpun nadal tkwi w jego boku…
– Ech, panie Spilett, to niczego nie dowodzi – odparł Pencroff. – Widziano wieloryby, które przepłynęły tysiące mil z wbitym w ciało harpunem, i choćby ten został ugodzony na północnym Atlantyku, a przypłynął zginąć tutaj na południu Pacyfiku, nie byłoby w tym nic dziwnego.
– Jednak… – zaczął Gedeon Spilett, którego wyjaśnienie Pencroffa niezbyt zadowalało.
– To najzupełniej możliwe – odpowiedział Cyrus Smith. – Obejrzyjmy jednak ten harpun. Możliwe, że zgodnie z rozpowszechnionym zwyczajem wyryto na nim nazwę statku.
Istotnie, gdy Pencroff wyciągnął harpun z boku wieloryba, odczytał na nim następujący napis:
Maria Stella
Vineyard 302.
– Statek z Vineyard! Statek z moich stron! – zawołał marynarz. – „Maria Stella”! Wspaniały wielorybnik, na honor, znam go dobrze. Ach, przyjaciele, statek z Vineyard, wielorybnik z Vineyard!
Marynarz, potrząsając harpunem, powtarzał ze wzruszeniem nazwę tak bliską jego sercu, nazwę swoich rodzinnych stron.
Ponieważ jednak nie można się było spodziewać, aby „Maria Stella” przybyła upomnieć się o swoją zdobycz, postanowiono przystąpić do rozćwiartowania zwierzęcia, zanim zacznie się rozkładać. Drapieżne ptaki, czatujące już od kilku dni na ten bogaty żer, chciały niezwłocznie się za niego zabrać i trzeba było odpędzić je wystrzałami.
Wieloryb był samicą i jego sutki dostarczyły znacznej ilości mleka, które zdaniem przyrodnika Dieffenbacha303 może uchodzić za mleko krowie, nie różni się bowiem od niego ani smakiem, ani barwą, ani gęstością.
Pencroff służył niegdyś na statku wielorybniczym i stąd mógł metodycznie pokierować operacją ćwiartowania zwierzęcia. Praca była dosyć nieprzyjemna i trwała trzy dni, ale żaden z kolonistów się przed nią nie uchylał, nawet Gedeon Spilett, który według słów marynarza w końcu będzie mógł zostać „bardzo dobrym rozbitkiem”.
Tłuszcz pocięto w płaty grubości dwóch i pół stopy, potem podzielono na kawały ważące po jakieś tysiąc funtów, a następnie stopiono w wielkich glinianych naczyniach przyniesionych na miejsce ćwiartowania, gdyż koloniści nie chcieli, żeby odrażający zapach rozniósł się w okolicy Płaskowyżu Pięknego Widoku. W wyniku przetopienia tłuszcz stracił na wadze około jednej trzeciej. Było go jednak i tak ogromnie dużo: sam tylko ozór dał sześć tysięcy funtów oleju, a dolna warga – cztery tysiące. Oprócz tłuszczu, który zapewniał na długo zapas stearyny i gliceryny, był jeszcze fiszbin304, mogący się niewątpliwie przydać, pomimo że mieszkańcy Granitowego Pałacu nie nosili parasoli ani gorsetów. W górnej szczęce wieloryba tkwiło po obu stronach osiemset rogowych płytek, bardzo elastycznych, o włóknistej teksturze, wyostrzonych na końcach jak dwa wielkie grzebienie o zębach długich na sześć stóp. Służą one do zatrzymywania tysięcy żyjątek, małych rybek i mięczaków stanowiących pożywienie wieloryba.
Kiedy ku wielkiemu zadowoleniu kolonistów praca została skończona, szczątki zwierzęcia zostawiono ptakom, które zapewne nie zostawiły z nich nawet śladu, i mieszkańcy Granitowego Pałacu powrócili do przerwanych zajęć.
Przed powrotem do warsztatu okrętowego Cyrus Smith wpadł na pomysł zrobienia pewnych urządzeń, które wzbudziły żywe zaciekawienie jego towarzyszy. Wziął tuzin fiszbinów, pociął każdy na sześć równych kawałków i zaostrzył na końcach.
– A to, panie Cyrusie – spytał Harbert, gdy inżynier skończył – do czego będzie służyło?
– Do zabijania wilków, lisów, a nawet jaguarów – odpowiedział inżynier.
– Teraz?
– Nie, w zimie, gdy będziemy mieli lód do dyspozycji.
– Nie rozumiem… – powiedział Harbert.
– Zaraz zrozumiesz, mój chłopcze – odpowiedział inżynier. – Ta pułapka nie jest moim wynalazkiem. Używają jej często myśliwi aleuccy305 w rosyjskiej Ameryce306. Widzicie te fiszbiny, przyjaciele. Otóż, gdy przyjdzie mróz, zegnę mocno każdy z nich i będę polewał wodą, aż pokryją się grubą warstwą lodu, która nie pozwoliła im się rozprostować. Potem otoczę je warstwą tłuszczu i porozrzucam po śniegu. I co się stanie, kiedy jakieś zgłodniałe zwierzę połknie taką przynętę? Otóż ciepło w jego żołądku roztopi lód, a nagle rozprostowany fiszbin swymi zaostrzonymi końcami przebije wnętrzności.
– To mi pomysł co się zowie! – zawołał Pencroff.
– I zaoszczędzi nam kul i prochu – odpowiedział Cyrus Smith.
– To lepsze niż doły! – dodał Nab.
– Zaczekajmy więc do zimy!
– Zaczekajmy.
Tymczasem budowa statku posuwała się naprzód i pod koniec miesiąca połowa poszycia była gotowa. Widać już było po kształtach, że będzie się znakomicie trzymał na morzu.
Pencroff pracował z niezrównanym zapałem i tylko dzięki swej potężnej naturze wytrzymał wszystkie trudy. Ale towarzysze przygotowali mu w tajemnicy nagrodę za tyle wysiłków i 31 maja marynarz miał doznać jednej z największych radości w swoim życiu.
Tego dnia, pod koniec obiadu, w chwili gdy Pencroff podnosił się od stołu, poczuł, że ktoś położył mu dłoń na ramieniu.
Był to Gedeon Spilett, który powiedział:
– Chwileczkę, mistrzu Pencroffie, tak się nie odchodzi. Zapomniał pan o deserze?
– Dziękuję, panie Spilett – odpowiedział marynarz. – Czas wracać do pracy.
– A może filiżankę kawy, przyjacielu?
– Dziękuję…
– A może fajeczkę?…
Pencroff podniósł się nagle i jego szeroka poczciwa twarz pobladła, gdy reporter podał mu nabitą fajkę, a Harbert – żarzący się węgielek.
Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wykrztusić ani słowa, tylko nagle pochwycił fajkę, włożył do ust, a potem, przytknąwszy do niej węgielek, zaciągnął się raz po raz, pięć czy sześć razy.
W powietrze uniósł się błękitnawy kłąb wonnego dymu, a ze środka tego obłoczka dobiegał drżący ze wzruszenia głos, który powtarzał:
– Tytoń! Prawdziwy tytoń!
– Tak jest, Pencroffie – odpowiedział Cyrus Smith – i to nawet doskonały tytoń!
– O Boska Opatrzności! Stwórco potężny wszystkich rzeczy! – zawołał marynarz. – Teraz już niczego nie brakuje na naszej wyspie!…
I palił, palił, palił!
– A kto dokonał tego odkrycia? – spytał wreszcie. – Pewnie ty, Harbercie?
– Nie, Pencroffie, to pan Spilett.
– Pan Spilett! – wykrzyknął marynarz, przyciskając do piersi reportera, który nigdy wcześniej nie doświadczył tak potężnego uścisku.
– Uff!… Pencroffie! – zawołał, chwytając wreszcie oddech. – Nich pan udzieli cząstki swojej wdzięczności Harbertowi, który rozpoznał tę roślinę, Cyrusowi, który ją przyrządził, i Nabowi, któremu tak trudno było utrzymać całą tę sprawę w tajemnicy…
– Odpłacę się wam kiedyś, przyjaciele! – odpowiedział marynarz. – Teraz to już na śmierć i życie!…
Rozdział XI
Zima. – Folowanie wełny. – Młyn. – Natrętna myśl Penrroffa. – Fiszbiny. – Do czego może się przydać albatros? – Paliwo przyszłości. – Top i Jup. – Burze. – Zniszczenia w ptaszarni. – Wyprawa na bagna. – Cyrus Smith zostaje sam. – Badanie studni.
Zima nadeszła w czerwcu, który jest odpowiednikiem grudnia na półkuli północnej, i najważniejszym zadaniem było sporządzenie ciepłej i trwałej odzieży.
Muflony z zagrody zostały już ostrzyżone, trzeba było teraz przetworzyć ich wełnę, cenny surowiec włókienniczy, w tkaninę.
Zrozumiałe, że Cyrus Smith, nie mając do dyspozycji gręplarek, czesarek, gładziarek, rozciągarek, skręcarek ani żadnych maszyn do przędzenia wełny, takich jak mule-jenny307 czy self-acting308, ani warsztatu tkackiego, musiał użyć dużo prostszych sposobów, żeby uniknąć ręcznego przędzenia i tkania. Postanowił wykorzystać właściwość włókien wełny polegającą na tym, że pod wpływem ugniatania w różnych kierunkach zbijają się i sczepiają ze sobą, tworząc materiał zwany filcem. Filc można zatem otrzymać za pomocą prostego spilśnienia, czyli odpowiedniego zgniatania wełny, zwanego też folowaniem, co chociaż zmniejsza elastyczność tkaniny, powiększa za to jej zdolność zatrzymywania ciepła. Wełna muflonów składa się z bardzo krótkich włókien, co znacznie ułatwia jej spilśnienie.
Inżynier przy pomocy towarzyszy, łącznie z Pencroffem – który znów musiał oderwać się od swojego statku – rozpoczął czynności przygotowawcze, mające na celu oczyszczenie wełny z lepkiej i tłustej substancji, którą jest ona przesiąknięta, zwanej tłuszczopotem. Odtłuszczanie odbywało się w kadziach napełnionych wodą podgrzaną do temperatury siedemdziesięciu stopni. Wełna moczyła się w nich przez dwadzieścia cztery godziny, następnie prano ją dokładnie w wodzie z sodą. Gdy wełnę wyciśnięto i dostatecznie wysuszono, była w stanie nadającym się do folowania, to znaczy do przetworzenia w mocną, choć zgrzebną tkaninę, która nie miałaby większej wartości w jakimkolwiek ośrodku przemysłowym Europy lub Ameryki, ale wysoko cenionej na „rynkach zbytu Wyspy Lincolna”.
Zrozumiałe, że tego rodzaj materiał musiał być znany w najdawniejszych czasach. I rzeczywiście, pierwsze tkaniny wełniane wyrabiano właśnie w sposób, którego zamierzał użyć Cyrus Smith.
Przy konstruowaniu maszyny do folowania wełny bardzo przydały się umiejętności inżynierskie Cyrusa. Dzięki nim potrafił zręcznie wykorzystać do napędzania folusza309 siłę mechaniczną wytwarzaną przez wodospad nadbrzeżny, dotychczas bezużyteczną.
Urządzenie było niezwykle proste: pień drzewa zaopatrzony w krzywki310, które na przemian podnosiły i opuszczały pionowe tłuczki, koryta na wełnę, do których tłuczki opadały, wreszcie solidna drewniana rama, otaczająca i wiążąca całą konstrukcję. Tak wyglądała ta maszyna i taka była przez wieki, aż do chwili, gdy ludzie wpadli na pomysł zastąpienia tłuczków walcami ugniatającymi i poddania surowca nie już ubijaniu, ale walcowaniu.
Całe to działanie pod kierunkiem Cyrusa Smitha udało się znakomicie. Wełna, nasycona uprzednio roztworem mydlanym, mającym z jednej strony zwiększyć poślizg, zmiękczyć włókna i ułatwić ich zbijanie się, a z drugiej zapobiec ich uszkodzeniom podczas tłuczenia, wyszła z folusza w postaci grubej filcowej płachty. Nierówności i prążki, istniejące z natury na każdym włókienku, tak dobrze się posczepiały i pozaplątywały, że powstała tkanina dobra zarówno na odzież, jak i na koce. Widać było, że to nie merynos311, ani muślin, ani kaszmir szkocki, ani kort312, ani ryps313, ani jedwab chiński czy orleański, ani alpaka314, ani sukno, ani też flanela! Był to „filc linkolnijski”, a Wyspa Lincolna wzbogaciła się o kolejną gałąź przemysłu.
Koloniści zdobyli więc nie tylko dobrą odzież, ale i grube koce, toteż mogli bez obaw oczekiwać nadchodzącej zimy roku 1866–67315.
Około 20 czerwca dały się rzeczywiście odczuć wielkie mrozy i Pencroff musiał z żalem przerwać budowę statku, który miał być skończony na wiosnę.
Marynarza opanowała uporczywa myśl, że musi odbyć podróż zwiadowczą na wyspę Tabor, pomimo że Cyrus Smith nie popierał tego pomysłu, wypływającego z czystej ciekawości. Było przecież oczywiste, że nie można się spodziewać znalezienia pomocy na tej bezludnej i niemal jałowej skale. Przepłynięcie stu pięćdziesięciu mil, stosunkowo niewielkim statkiem, przez nieznany ocean – to sprawa mogąca wzbudzać pewne obawy. Co będzie, jeśli statek, wypłynąwszy na pełne morze, nie będzie mógł dopłynąć do wyspy Tabor ani powrócić na Wyspę Lincolna? Co by się z nim stało na środku Pacyfiku, który tak często nawiedzają huragany?
Cyrus Smith często omawiał ten projekt z Pencroffem i zwrócił uwagę na jego dziwaczny upór, z którego może sam marynarz nie zdawał sobie dobrze sprawy.
– Muszę wreszcie – powiedział do niego pewnego dnia inżynier – zwrócić panu uwagę, drogi przyjacielu, że po tylu pochwałach, jakimi obdarzał pan Wyspę Lincolna, po tylokrotnym zapewnianiu o żalu, jaki by pan czuł, gdyby trzeba było się z nią rozstać, teraz pan pierwszy pragnie ją opuścić.
– Opuścić tylko na kilka dni – odparł Pencroff – tylko na kilka dni, panie Cyrusie! Na tyle, ile wymaga droga tam i z powrotem i zobaczenie, co to za wysepka!
– Przecież nie może się równać z Wyspą Lincolna!
– Jestem tego z góry pewien.
– Po cóż więc ryzykować?
– Żeby się dowiedzieć, co się dzieje na wyspie Tabor.
– Ależ tam się nic nie dzieje! Nic nie może się dziać!
– Kto to wie?
– A jeżeli złapie pana burza?
– Tego nie ma się co obawiać podczas ciepłej pory roku – odpowiedział Pencroff. – Ponieważ jednak, panie Cyrusie, ponieważ należy wszystko przewidywać, prosiłbym pana o pozwolenie zabrania ze sobą w tę podróż Harberta.
– Pencroffie – odpowiedział inżynier, kładąc dłoń na ramieniu marynarza – gdyby się przytrafiło jakieś nieszczęście panu i temu chłopcu, którego los uczynił naszym synem, czy sądzi pan, że moglibyśmy kiedykolwiek się pocieszyć?
– Panie Cyrusie – odparł Pencroff z niewzruszoną ufnością – nie sprawimy wam nigdy tego zmartwienia. Zresztą, pomówimy jeszcze o tej podróży, gdy przyjdzie na nią czas. Poza tym jestem przekonany, że gdy tylko ujrzy pan nasz stateczek ukończony, tak dobrze zaopatrzony w maszty, liny i żagle, gdy zobaczy pan, jak się sprawuje na morzu, kiedy będziemy opływać naszą wyspę – bo zrobimy to razem – jestem przekonany, powiadam, że nie będzie się pan wahał puścić mnie w podróż. Nie ukrywam, że pański stateczek będzie prawdziwym arcydziełem!
– Niech pan przynajmniej powie: „nasz stateczek”, Pencroffie – odpowiedział inżynier, chwilowo całkiem rozbrojony.
Rozmowa, do której mieli wrócić później, skończyła się tym, że ani inżynier, ani marynarz nie zmienili swojego zdania.
Pod koniec czerwca spadł pierwszy śnieg. Zagroda już wcześniej została obficie zaopatrzona w paszę i nie trzeba było chodzić do niej codziennie, postanowiono jednak, iż ktoś będzie ją odwiedzał przynajmniej raz w tygodniu.
Ponownie zastawiono pułapki i zrobiono próbę z przyrządami zrobionymi przez Cyrusa Smitha. Zgięte fiszbiny, uwięzione w pokrowcu z lodu i pokryte grubą warstwą tłuszczu, rozrzucono na skraju lasu, w miejscu, którędy zwykle przechodziły zwierzęta, zmierzając do jeziora.
Ku wielkiemu zadowoleniu inżyniera wynalazek ten, zapożyczony od myśliwych aleuckich, sprawdził się doskonale. Złapano na niego tuzin lisów, kilka dzików, a nawet jaguara. Zwierzęta znaleziono martwe, z żołądkami przebitymi przez nagle wyprostowane fiszbiny.
W tym czasie koloniści podjęli działanie, o którym należy wspomnieć, była to bowiem pierwsza próba nawiązania kontaktu z innymi ludźmi.
Gedeon Spilett nieraz już myślał o tym, żeby wrzucić do morza list zamkniętej w butelce, którą prądy może zaniosłyby na jakiś zamieszkały brzeg, albo powierzyć wiadomość gołębiom. Ale czy naprawdę można było się spodziewać, że gołębie czy butelki zdołają przebyć przestrzeń oddzielającą wyspę od stałego lądu, odległość wynoszącą tysiąc dwieście mil? Czystym szaleństwem byłoby w to wierzyć.
Ale oto 30 czerwca schwytano z niemałym trudem cenną zdobycz, albatrosa, ranionego lekko w nogę strzałem Harberta.
Był to wspaniały ptak z rodziny tych wielkich żeglarzy, których rozpostarte skrzydła osiągają szerokość dziesięciu stóp i pozwalają im przebywać tak rozległe przestrzenie jak Pacyfik.
Harbert chętnie zatrzymałby pięknego ptaka. Rana albatrosa szybko się bowiem wygoiła i młodzieniec uważał, że da radę go oswoić. Ale Gedeon Spilett wytłumaczył mu, że nie wolno zmarnować okazji do porozumienia się przez takiego posłańca z innymi lądami na Pacyfiku. Harbert ustąpił, gdy zrozumiał, że jeżeli albatros przybył z jakiegoś zamieszkałego lądu, to gdy tylko odzyska wolność, z pewnością tam powróci.
Możliwe, że w głębi duszy Gedeon Spilett, w którym odzywała się niekiedy żyłka dziennikarska, miał po prostu ochotę wysłać na los szczęścia interesujący artykuł z opowieścią o przygodach kolonistów z Wyspy Lincolna. Cóż to byłby za sukces dla stałego reportera „New York Herald” i dla gazety, w której zamieszczono by podobną kronikę, gdyby kiedykolwiek dotarła do rąk wydawcy, czcigodnego Johna Bennetta316!
Gedeon Spilett zredagował więc treściwą notatkę, którą włożono do woreczka z mocnego, nagumowanego płótna, z dołączoną gorącą prośbą do każdego, kto ją znajdzie, aby ją odesłał do biura „New York Herald”. Woreczek przywiązano albatrosowi do szyi, a nie do nogi, ponieważ ptaki te mają zwyczaj odpoczywać na powierzchni morza. Po czym zwrócono wolność temu szybkiemu powietrznemu posłańcowi i koloniści nie bez wzruszenia patrzyli za nim, jak znika w dalekich mgłach na zachodzie.
– Dokąd leci? – spytał Pencroff.
– W stronę Nowej Zelandii – odpowiedział Harbert.
– Szczęśliwej podróży! – zawołał marynarz, który niewiele się spodziewał po tym sposobie korespondencji.
Z nadejściem zimy zabrano się znowu do prac we wnętrzu Granitowego Pałacu, do naprawy odzieży i do innych spraw, a między nimi do uszycia żagli dla statku, wykrojonych z powłoki balonu, stanowiącej niewyczerpane zapasy płótna.
Przez lipiec trwały silne mrozy, nie żałowano więc drzewa ani węgla. Cyrus Smith postawił drugi kominek w wielkiej sali i przed nim spędzali długie zimowe wieczory. Rozmawiali przy pracy, czytali w czasie odpoczynku i tak czas upływał z pożytkiem dla wszystkich.
Z prawdziwą przyjemnością siedzieli w jasno oświetlonej świecami i dobrze ogrzanej węglem sali, po pokrzepiającej kolacji, z parującą filiżanką kawy z bzu, otoczeni kłębami wonnego dymu z fajek, słuchając, jak na zewnątrz szaleje burza. Odczuwaliby pełnię szczęścia, gdyby można było być szczęśliwym z dala od bliźnich i bez możliwości porozumiewania się z nimi.
Koloniści ciągle rozmawiali o swoim kraju, o przyjaciołach, których tam zostawili, o wielkości Republiki Amerykańskiej, której znaczenie mogło tylko wzrastać, a Cyrus Smith, głęboko zaangażowany w sprawy Unii, wzbudzał żywe zainteresowanie słuchaczy swoimi opowiadaniami, spostrzeżeniami i przewidywaniami.
Pewnego dnia zdarzyło się, że Gedeon Spilett w czasie rozmowy zapytał go:
– Ale przecież, drogi Cyrusie, czy całemu temu postępowi przemysłowemu i handlowemu, któremu wróży pan nieustający rozwój, nie grozi prędzej czy później całkowite zatrzymanie?
– Zatrzymanie?… A to dlaczego?
– Przez brak węgla, który można słusznie nazwać najcenniejszym z bogactw mineralnych.
– Tak, rzeczywiście najcenniejszym – odpowiedział inżynier. – I wydaje się, że sama przyroda chciała to potwierdzić, tworząc diamenty, które nie są niczym innym, jak tylko czystym, skrystalizowanym węglem.
– Nie chce pan chyba powiedzieć, panie Cyrusie – wtrącił Pencroff – że pod kotłami będzie się palić diamentem zamiast węglem?
– Nie, przyjacielu – odpowiedział Cyrus Smith.
