Kitabı oku: «Tajemnicza wyspa», sayfa 25
Prócz tego inżynier zwykł mówić przy nim głośno, tak by jednocześnie za pomocą słuchu i wzroku przeniknąć w głąb uśpionej inteligencji rozbitka. Dołączali do niego to jeden, to drugi towarzysz, a czasem wszyscy razem. Najczęściej rozmawiali o rzeczach dotyczących żeglarstwa, które musiały obchodzić marynarza bardziej niż inne. Chwilami zdawało się, że nieznajomy jakby zwraca uwagę na to, co mówiono, i wkrótce koloniści nabrali przekonania, że ich częściowo rozumie. Czasami jego twarz przybierała niezmiernie bolesny wyraz, co świadczyło o wewnętrznym cierpieniu, gdyż twarz nie mogła kłamać do tego stopnia; mimo to ciągle milczał, chociaż kilka razy zdawało się, że za chwilę wymknie mu się kilka słów.
Tak czy inaczej, biedna istota była spokojna i smutna. Ale czy ten spokój nie był tylko pozorny? Czy smutek nie był tylko skutkiem niewoli? Na to nie można było jeszcze odpowiedzieć. Ponieważ widział zawsze te same przedmioty, i to w ograniczonym zasięgu, ponieważ pozostawał w ciągłej styczności z kolonistami, do których musiał się w końcu przyzwyczaić, nie miał żadnych potrzeb do zaspokojenia, był lepiej odżywiony, lepiej ubrany, więc naturalnie pod względem fizycznym musiał się powoli zmienić. Ale czy to był ogień nowego życia, który go przenikał, czy też, używając słowa, które niego szczególnie dawało się zastosować, oswoił się tylko, jak bywa ze zwierzęciem w stosunku do jego pana? Była to kwestia nadzwyczaj ważna i Cyrusowi Smithowi pilno było ją rozstrzygnąć, lecz nie chciał naciskać na chorego. Dla niego nieznajomy był tylko chory. Czy ten chory kiedyś wyzdrowieje?
Inżynier obserwował go przez cały czas. Jakże czatował na tę duszę, jeśli się można tak powiedzieć! Jakże każdej chwili był gotów, żeby ją pochwycić!
Koloniści ze szczerym współczuciem śledzili wszystkie fazy leczenia podjętego przez Cyrusa Smitha. Pomagali mu w tej humanitarnej pracy i wkrótce wszyscy, z wyjątkiem może niedowierzającego Pencroffa, podzielali jego nadzieję i wiarę.
Nieznajomy, jak powiedzieliśmy, był zupełnie spokojny i okazywał rodzaj przywiązania do inżyniera, wyraźnie ulegając jego wpływowi. Cyrus Smith postanowił zatem przeprowadzić doświadczenie i przenieść go do innego środowiska, na brzeg oceanu, w który jego oczy dawniej tak długo się wpatrywały, i na skraj lasu, który miał mu przypomnieć lasy, w których spędził tyle lat swojego życia.
– Ale czy możemy być pewni – powiedział Gedeon Spilett – że gdy go uwolnimy, nie ucieknie?
– Na tym polega ta próba – odparł inżynier.
– Niech będzie! – powiedział Pencroff. – Gdy tylko zobaczy tylko przed sobą otwartą przestrzeń i poczuje wolność, drapnie, że aż się za nim zakurzy!
– Nie sądzę – odparł Cyrus Smith.
– Spróbujmy więc – powiedział Gedeon Spilett.
– Spróbujmy – odparł inżynier.
Tego dnia, a było to 30 października, upłynęło właśnie dziesięć dni, odkąd rozbitek z wyspy Tabor został zamknięty w Granitowym Pałacu. Na dworze był upał i słońce rzucało na ziemię jaskrawe promienie.
Cyrus Smith z Pencroffem udali się do pokoju nieznajomego i zastali go leżącego przy oknie i wpatrzonego w niebo.
– Chodź, przyjacielu – powiedział do niego inżynier.
Nieznajomy wstał natychmiast. Wpatrzył się w Cyrusa Smitha, po czym poszedł za nim, podczas gdy marynarz, który niewiele sobie obiecywał po tej całej próbie, szedł krok w krok za nieznajomym.
Gdy doszli do drzwi, Cyrus Smith i Pencroff ulokowali nieznajomego w windzie, podczas gdy Nab, Harbert i Gedeon Spilett czekali na nich u stóp Granitowego Pałacu. Kosz zjechał na dół i po kilku chwilach wszyscy razem znaleźli się nad brzegiem morza.
Koloniści oddalili się nieco od nieznajomego, aby pozostawić mu więcej swobody.
Nieznajomy zrobił kilka kroków w stronę morza i oczy jego zajaśniały niezwykłym ożywieniem, ale wcale nie próbował ucieczki. Patrzył na fale morskie, które załamując się o wysepkę, zamierały powoli na piasku.
– To tylko morze – zauważył Gedeon Spilett. – Możliwe, że nie wzbudza w nim chęci ucieczki.
– Tak jest – odparł Cyrus Smith. – Trzeba go zaprowadzić na płaskowyż, na skraj lasu. Tam doświadczenie będzie bardziej przekonujące.
– Zresztą i tak nie będzie mógł uciec – zauważył Nab – bo mosty są podniesione.
– Och! Miałby się przejmować takim strumyczkiem szerokości Glicerynowego Potoku? – zawołał Pencroff. – Jednym susem by go przeskoczył!
– Zobaczymy – odparł Cyrus Smith, który nie spuszczał oka ze swojego pacjenta.
Zaprowadzono nieznajomego do ujścia Rzeki Dziękczynienia i stąd, idąc lewym brzegiem rzeki, wszyscy weszli na Płaskowyż Pięknego Widoku.
Gdy doszli do miejsca, gdzie się rosły pierwsze wspaniałe drzewa, których liście z lekka kołysał wietrzyk, nieznajomy jakby w upojeniu wdychał nasycone przenikliwym zapachem powietrze, a z jego piersi wydarło się głębokie westchnienie.
Koloniści stali z tyłu, gotowi zatrzymać go przy pierwszym ruchu zdradzającym chęć ucieczki.
Istotnie, biedak miał już zamiar rzucić się do potoku oddzielającego ich od lasu, spiął mięśnie nóg jak sprężynę.... Ale prawie natychmiast cofnął się, skurczył się w sobie, a z jego oczu potoczyły się wielkie łzy!
– Ach! – zawołał Cyrus Smith. – Płaczesz, więc jesteś znów człowiekiem!
Rozdział XVI
Tajemnica do wyjaśnienia. – Pierwsze słowa nieznajomego. – Dwanaście lat na wysepce. – Urywane wyznania. – Zniknięcie. – Zaufanie Cyrusa Smitha. – Budowa młyna. – Pierwszy bochenek chleba. – Akt poświęcenia. – Uczciwe ręce.
Tak, nieszczęsny płakał! Zapewne jakieś wspomnienie przemknęło przez jego umysł i, według słów Cyrusa Smitha, łzy przemieniły go na nowo w człowieka.
Koloniści pozostawili go przez pewien czas samego na płaskowyżu, oddalili się nawet nieco, żeby poczuł zupełnie wolny; ponieważ jednak wcale nie zamierzał skorzystać z wolności, Cyrus Smith uznał wkrótce za właściwe, by odprowadzić go z powrotem do Granitowego Pałacu.
Dwa dni po tym zdarzeniu nieznajomy zaczął jakby przejawiać chęć brania udziału we wspólnym życiu. Oczywiste było, że słyszał, że rozumiał wszystko, lecz niemniej oczywiste też to, że z dziwnym uporem wstrzymywał się od wszelkiej rozmowy z kolonistami; pewnego bowiem wieczoru Pencroff, przyłożywszy ucho do drzwi jego pokoju, usłyszał, jak mówił sam do siebie:
– Nie! Ja! Tutaj! Przenigdy!
Marynarz powtórzył te słowa towarzyszom.
– Jest w tym jakaś bolesna tajemnica – powiedział Cyrus Smith.
Nieznajomy zaczął używać narzędzi rolniczych, pracował także w ogrodzie. Nieraz się zdarzało, że przerywając robotę, stał jakby skupiony na sobie i zatopiony w myślach. Koloniści za radą inżyniera szanowali samotność, której nieznajomy zdawał się pragnąć. Gdy któryś z nich zbliżał się do niego, usuwał się na bok i bolesne łkanie wydobywało się z jego piersi, jakby przepełnionej cierpieniem.
Czyżby dręczyły go wyrzuty sumienia? Takie przypuszczenie samo się nasuwało i pewnego dnia Gedeon Spilett, nie mogąc się powstrzymać, powiedział:
– Wydaje mi się, że jeśli do nas nie mówi, to dlatego, że miałby zbyt poważne rzeczy do powiedzenia.
Nie pozostawało nic innego jak cierpliwie czekać.
W kilka dni później, 3 listopada, nieznajomy, pracując na płaskowyżu, zatrzymał się nagle, wypuścił z rąk rydel, a Cyrus Smith, który obserwował go z pewnej odległości, zobaczył ponownie łzy w jego oczach. Zdjęty nieodpartą litością podszedł do niego, dotknął lekko jego ramienia i powiedział:
– Przyjacielu!
Nieznajomy usiłował uniknąć wzroku inżyniera, a gdy Cyrus Smith chciał go wziąć za rękę, odskoczył gwałtownie.
– Przyjacielu – powiedział stanowczym głosem Cyrus Smith – proszę popatrzeć mi w oczy, życzę sobie tego!
Nieznajomy podniósł wzrok na inżyniera i zdawał się pozostawać pod jego wpływem, jak zahipnotyzowany znajdujący się w mocy magnetyzera340. Chciał uciekać. Ale nagle jego twarz dziwnie się zmieniła. Oczy zapłonęły. Na usta cisnęły się słowa. Nie mógł się dłużej powstrzymać!… Wreszcie skrzyżował ręce na piersiach i przytłumionym głosem zapytał Cyrusa Smitha:
– Kim jesteście?
– Rozbitkami tak jak pan – odparł inżynier, głęboko wzruszony. – Sprowadziliśmy pana tutaj, żeby znalazł się pan wśród swoich bliźnich.
– Moich bliźnich!… Nie mam żadnych bliźnich!
– Znajduje się pan wśród przyjaciół…
– Przyjaciół!… Moich przyjaciół! – zawołał nieznajomy, kryjąc twarz w dłoniach. – Nie… Przenigdy… Puśćcie mnie! Puśćcie!
Po czym uciekł w stronę morza i stał tam długo nieruchomy.
Cyrus Smith udał się do swoich towarzyszy i opowiedział im, co się stało.
– Tak, jest jakaś tajemnica w życiu tego człowieka – powiedział Gedeon Spilett. – Zdaje się, że powrócił do człowieczeństwa tylko dzięki wyrzutom sumienia…
– Doprawdy nie wiem, co za człowieka tu sprowadziliśmy – powiedział marynarz. – Ma jakieś tajemnice…
– Które będziemy musieli uszanować – przerwał mu żywo Cyrus Smith. – Jeśli popełnił jakiś błąd, to ciężko go odpokutował i w naszych oczach jest rozgrzeszony.
Przez dwie godziny nieznajomy pozostawał samotnie nad brzegiem morza, najwyraźniej pod wpływem wspomnień, które przywoływały mu na myśl całą jego przeszłość – przeszłość bez wątpienia fatalną – koloniści zaś, nie spuszczając go z oczu, nie zakłócali mu tej samotności.
Po dwu godzinach widocznie podjął jakąś decyzję i podszedł do Cyrusa Smitha. Oczy miał zaczerwienione od przelanych łez, ale już nie płakał. Na jego twarzy malował się wyraz głębokiej pokory. Sprawiał wrażenie wylęknionego, zawstydzonego i uniżonego, a oczy miał cały czas spuszczone ku ziemi.
– Panie – powiedział do Cyrusa Smitha – czy pan i pańscy towarzysze jesteście Anglikami?
– Nie – odparł inżynier – jesteśmy Amerykanami.
– Ach, to lepiej! – szepnął nieznajomy.
– A pan, przyjacielu? – zapytał inżynier.
– Jestem Anglikiem – odparł pospiesznie.
I jakby tych kilka słów sprawiło mu wielką trudność, wrócił na wybrzeże i w najwyższym wzburzeniu chodził wzdłuż brzegu od wodospadu aż do ujścia Rzeki Dziękczynienia.
W pewnym momencie, przechodząc obok Harberta, zatrzymał się i zapytał przytłumionym głosem:
– Który to miesiąc?
– Listopad – odparł Harbert.
– A rok?
– Tysiąc osiemset sześćdziesiąty szósty.
– Dwanaście lat! Dwanaście lat! – zawołał.
Po czym oddalił się pospiesznie.
Harbert powtórzył towarzyszom swoją rozmowę z nieznajomym.
– Ten nieszczęsny stracił rachubę miesięcy i lat – zauważył Gedeon Spilett.
– Tak, w chwili kiedyśmy go znaleźli na wysepce, przebywał tam już dwanaście lat – dodał Harbert.
– Dwanaście lat! – powiedział Cyrus Smith. – Ach, dwunastoletnia samotność, po życiu być może zbrodniczym, łatwo może człowiekowi pomieszać zmysły.
– Mnie się zdaje – odezwał się Pencroff – że ten człowiek trafił na wyspę Tabor wcale nie wskutek katastrofy statku, ale że został tam osadzony za jakąś zbrodnię…
– Być może ma pan rację, Pencroffie – odparł reporter. – Jeśli tak było, wtedy ci co, go zostawili na wyspie, mogą pewnego dnia po niego powrócić.
– I nie znajdą go – powiedział Harbert.
– W takim razie – ciągnął dalej Pencroff – wypadałoby tam powrócić i…
– Przyjaciele – powiedział Cyrus Smith – nie zajmujmy się tą kwestią, dopóki nie będziemy wiedzieli, czego się mamy trzymać. Sądzę, że ten nieszczęśnik wiele wycierpiał, że ciężko odpokutował swe winy, jakiekolwiek one były, i że chęć zwierzenia się z nich pali mu piersi. Nie naciskajmy na niego, by nam opowiedział swoją historię. Sam bez wątpienia to zrobi, a kiedy ją poznamy, zdecydujemy, co robić dalej. Zresztą tylko on sam może nam powiedzieć, czy ma coś więcej niż nadzieję, czy ma pewność, że kiedyś będzie mógł powrócić do ojczyzny, w co zresztą wątpię.
– Dlaczego? – zapytał reporter.
– Dlatego, bo gdyby był pewny, że po jakimś określonym czasie odzyska wolność, oczekiwałby chwili oswobodzenia i nie wrzuciłby do morza tego dokumentu. Nie, bardziej prawdopodobne jest raczej, że został skazany na dożywotnie wygnanie na wysepce i że miał już nigdy nie ujrzeć swoich bliźnich.
– Jednak jest w tym coś, czego nie umiem sobie wytłumaczyć – zauważył marynarz.
– Co takiego?
– Jeżeli ten człowiek od dwunastu lat znajdował się na wyspie Tabor, to można śmiało przypuścić, że w stanie zdziczenia, w jakim go znaleźliśmy, pozostawał już od kilku lat.
– Całkiem możliwe – odparł Cyrus Smith.
– A w takim razie musiałby ten dokument napisać kilka lat temu.
– Niewątpliwie… A przecież dokument wygląda, jakby został napisany niedawno.
– Zresztą, czy można przypuszczać, że butelka zawierająca dokument płynęła kilka lat z wyspy Tabor do Wyspy Lincolna?
– Zupełnie niemożliwe to nie jest – odparł reporter. – Czy nie mogła od dawna krążyć w pobliżu wyspy?
– Nie – odparł Pencroff – bo nadal pływała po morzu. Nie można nawet przypuszczać, aby po tym, jak przez pewien czas leżała na brzegu, mogła zostać powtórnie uniesiona przez morze, gdyż całe południowe wybrzeże jest najeżone skałami, o które na pewno by się roztrzaskała.
– Tak, rzeczywiście – odparł Cyrus Smith pogrążony w zamyśleniu.
– Poza tym – dodał marynarz – gdyby dokument został napisany kilka lat temu, gdyby już od kilku lat był zamknięty w butelce, to zbutwiałby od wilgoci. A przecież nie był zbutwiały, wręcz przeciwnie, papier był w zupełnie dobrym stanie.
Uwagi marynarza były zupełnie słuszne. Było w tym coś niezrozumiałego, gdyż dokument, w chwili gdy koloniści znaleźli go w butelce, sprawiał wrażenie pisanego niedawno. Co więcej, określał położenie wyspy Tabor, jej długość i szerokość geograficzną, z dokładnością świadczącą o gruntownej wiedzy hydrograficznej341 autora, której nie mógł mieć zwykły marynarz.
– Jest w tym, powtarzam raz jeszcze, coś niewytłumaczalnego – powiedział inżynier – ale nie prowokujmy naszego nowego towarzysza do zwierzeń. Gdy sam zechce, będziemy gotowi go wysłuchać.
Przez kilka następnych dni nieznajomy nie odezwał się ani słowem i ani razu nie wyszedł poza obręb płaskowyżu. Pracował na roli bez chwili wytchnienia, lecz zawsze sam, na uboczu. W porze posiłków nie wracał do Granitowego Pałacu, pomimo że kilkakrotnie go zapraszano, i zadowalał się surowymi warzywami. Na noc również nie szedł do przeznaczonego mu pokoju, lecz sypiał na zewnątrz pod kępą drzew lub podczas niepogody wciskał się w jakieś wydrążenie w skale. Żył więc całkiem tak samo, jak na wyspie Tabor, gdy jego jedynym schronieniem były lasy, a ponieważ wszelkie nalegania, aby zmienił tryb życia, były daremne, koloniści czekali cierpliwie. Wreszcie nadeszła chwila, gdy pod nieodpartymi wyrzutami sumienia, prawie wbrew jego woli, wydarło mu się z ust straszne wyznanie.
10 listopada około ósmej wieczorem, gdy zaczął już zapadać zmrok, nieznajomy zjawił się nagle wśród kolonistów zgromadzonych na werandzie. Jego wzrok pałał dziwnym ogniem, a cała postać znowu nabrała dzikiego wyglądu z dawnych złych czasów.
Cyrus Smith i jego towarzysze stali jak wryci, widząc, jak pod wpływem strasznego wzburzenia dzwonił zębami jak w febrze. Co mu się stało? Czy widok bliźnich był dla niego tak nieznośny? Czy mu już obrzydło życie pomiędzy uczciwymi ludźmi? Czy ogarnęła go tęsknota za dawnym życiem zwierzęcia? Można było tak sądzić, słysząc z jego ust urywane, bezładne słowa:
– Czemu ja tu jestem?… Jakim prawem porwaliście mnie z mojej wysepki?… Czy może istnieć jakaś więź między mną a wami?… Czy wiecie, kim jestem… co zrobiłem… dlaczego byłem tam… sam jeden? A kto wam powiedział, że mnie tam nie porzucono umyślnie… że nie byłem skazany na to, aby tam zginąć?… Czy znacie moją przeszłość?… Skąd wiecie, czy nie kradłem, nie mordowałem… czy nie jestem nędznikiem… istotą przeklętą na wieki… zasługującą tylko na to, żeby żyć jak dzikie zwierzęta… z dala od wszystkich… powiedzcie… Skąd wiecie?…
Koloniści słuchali, nie przerywając nieszczęśnikowi, któremu te bezładne słowa wyrywały się z ust jakby wbrew jego woli. Cyrus Smith chciał go uspokoić i podszedł do niego, ale ten cofnął się gwałtownie i zawołał:
– Nie, nie! Jedno słowo tylko… Czy jestem wolny?
– Jesteś wolny – odparł inżynier.
– Więc żegnajcie! – zawołał i wybiegł jak szalony.
Nab, Pencroff i Harbert pobiegli natychmiast na skraj lasu… lecz powrócili sami.
– Trzeba mu pozwolić robić, co chce! – powiedział Cyrus Smith.
– On już nigdy nie wróci… – stwierdził Pencroff.
– Wróci – odparł inżynier.
Od tego czasu minęło wiele dni, lecz Cyrus Smith, wiedziony jakimś przeczuciem, trwał niezachwianie w przekonaniu, że nieszczęśnik prędzej czy później powróci.
– To był ostatni bunt tej nieokrzesanej natury, którą poruszyły wyrzuty sumienia. Ponowna samotność przejęłaby go przerażeniem – mówił inżynier.
Tymczasem rozmaitego rodzaju prace toczyły się dawnym trybem, zarówno na Płaskowyżu Pięknego Widoku, jak i w zagrodzie, gdzie Cyrus Smith zamierzał zbudować farmę. Nie trzeba dodawać, że nasiona zebrane przez Harberta na wyspie Tabor zostały troskliwie zasiane. Na płaskowyż powstał już obszerny ogród warzywny, dobrze rozplanowany i porządnie utrzymywany, który nie pozostawiał kolonistom wiele czasu na bezczynność. Zawsze było tam coś do zrobienia. W miarę jak wzrastała ilość roślin warzywnych, trzeba było powiększać początkowo małe grządki, które kosztem łąki zmieniały się w prawdziwe pola uprawne. Ale trawy nie brakowało także w innych częściach wyspy i onagry nie potrzebowały się obawiać, aby ograniczono im paszę do skąpych porcji. Zresztą lepiej było przekształcić Płaskowyż Pięknego Widoku w ogród warzywny, chroniony dokoła pasmem głębokich strumieni, a pastwisko przenieść poza jego obręb, ponieważ nie potrzebowało ochrony przed spustoszeniem przez czwororękie i czworonogie zwierzęta.
15 listopada zebrano trzeci plon. Powierzchnia pola znacznie się powiększyła od chwili, gdy osiemnaście miesięcy wcześniej zasadzono pierwsze ziarnko. Drugi zbiór, liczący sześćset tysięcy ziaren, dał tym razem cztery tysiące buszli zboża, czyli ponad pięćset milionów ziaren. Kolonia była bogata w zboże, gdyż wystarczyło zasiać jakieś dziesięć buszli, aby zapewnić coroczne plony i aby wszyscy, ludzie i bydło, mieli się czym wyżywić.
Ukończono więc żniwa i drugą połowę listopada poświęcono pracom potrzebnym do uzyskania chleba.
Rzeczywiście, koloniści mieli ziarno, ale nie mieli jeszcze mąki, toteż trzeba było koniecznie zbudować młyn. Cyrus Smith mógłby jako siły napędowej użyć drugiego wodospadu na Rzece Dziękczynienia, pierwszy bowiem napędzał już folusz, jednak po krótkiej naradzie stanęło na tym, aby na Płaskowyżu Pięknego Widoku postawić zwyczajny wiatrak. Zbudowanie go nie było trudniejsze od zbudowania młyna wodnego, a można było mieć pewność, że na płaskowyżu, wystawionym na wiatr od morza, nigdy nie zabraknie wiatru.
– Nie wspominając już o tym – dodał Pencroff – że wiatrak jest weselszy i ożywi krajobraz!
Przystąpiono więc zaraz do dzieła i wybrano odpowiednie drewno na szkielet i mechanizm młyna. Duże bloki piaskowca, znalezione na północ od jeziora, można było z łatwością przemienić w kamienie młyńskie, a jeśli chodzi o skrzydła, to potrzebnego na nie płótna dostarczyła niewyczerpana powłoka balonu.
Cyrus Smith sporządził plan, po czym wybrano miejsce na wiatrak, trochę na prawo od ptaszarni, blisko brzegu jeziora. Klatka wiatraka miała spoczywać na osi podtrzymywanej grubymi belkami, tak by mogła się obracać razem z wewnętrznym mechanizmem odpowiednio do kierunku wiatru.
Pracę wykonano szybko. Nab i Pencroff stali się bardzo zręcznymi cieślami i wystarczyło, że robili wszystko według szkiców wykonanych przez inżyniera. Toteż wkrótce w wyznaczonym miejscu stanęła walcowata budka, jakby pieprzniczka, nakryta szpiczastym dachem. Cztery ramy tworzące szkielety skrzydeł mocno osadzono w głównym wale pod odpowiednim kątem, a następnie przytwierdzono za pomocą żelaznych klamer. Bez trudu sporządzono rozmaite części mechanizmu wewnętrznego: skrzynię mieszczącą oba kamienie młyńskie, kamień nieruchomy i kamień obrotowy, kosz młyński w kształcie dużej, kwadratowej rynny, szerokiej u góry, wąskiej u dołu, którą zboże miało się sypać między kamienie, następnie korytko wahadłowe przeznaczone do regulowania zsypu ziarna, z powodu nieustannego klekotu nazywane „gadułą”, i wreszcie pytel342, który odsiewa otręby od mąki. Narzędzia mieli dobre, a praca nie była trudna, gdyż, ogólnie rzecz biorąc, części składowe wiatraka są bardzo proste. Była to tylko kwestia czasu.
Wszyscy członkowie kolonii pracowali nad budową młyna i 1 grudnia był gotowy.
Pencroff jak zwykle zachwycał się swym dziełem i nie wątpił, że wiatrak jest doskonały.
– A teraz —powiedział – obyśmy mieli tylko dobry wiatr, a zmielemy ślicznie nasz pierwszy plon!
– Dobry wiatr, owszem – odparł inżynier – byle tylko nie za dużo wiatru, Pencroffie.
– Ba, to wiatrak będzie się szybciej obracać!
– Nie musi się zbyt szybko obracać – odparł Cyrus Smith. – Wiemy z doświadczenia, że wiatrak wtedy miele najlepiej, gdy liczba obrotów skrzydeł w ciągu minuty wynosi sześć razy tyle co prędkość wiatru wyrażona w liczbie stóp na sekundę. Przy średnim wietrze o prędkości dwudziestu czterech stóp na sekundę skrzydła wiatraka wykonają szesnaście obrotów na minutę, a więcej nie trzeba.
– W samą porę! – zawołał Harbert. – Właśnie wieje piękny wiaterek z północnego wschodu, który nam odpowiada!
Nie było powodu odkładać na później inauguracji młyna, gdyż kolonistom pilno było skosztować pierwszego kawałka chleba na Wyspie Lincolna. Jeszcze tego samego dnia rano zmielili dwa czy trzy buszle zboża i nazajutrz na śniadanie pojawił się na stole w Granitowym Pałacu wspaniały bochen chleba, może trochę zanadto ciężki i zbity, pomimo że został rozczyniony na drożdżach piwnych. Wszyscy jedli z wielkim apetytem i z jaką przyjemnością, to łatwo sobie wyobrazić.
Tymczasem nieznajomy nie wracał. Kilkakrotnie Gedeon Spilett z Harbertem kilka razy przemierzyli las w pobliżu Granitowego Pałacu, lecz nigdzie nie napotkali ani jego samego, ani jego śladów. Ta przedłużająca się nieobecność poważnie ich niepokoiła. Zapewne dziki mieszkaniec wyspy Tabor nie potrzebował się troszczyć o pożywienie w pełnym zwierzyny Lesie Dalekiego Zachodu, ale czy nie należało się obawiać, że powróci do dawnych obyczajów i że to wolne, koczownicze życie wzbudzi w nim na nowo zwierzęce instynkty? Mimo to Cyrus Smith, wiedziony zapewne jakimś wewnętrznym przeczuciem, obstawał przy twierdzeniu, że uciekinier powróci.
– Tak, on wróci! – powtarzał z ufnością, której jego towarzysze nie potrafili podzielać. – Gdy ten nieszczęśnik był na wyspie Tabor, wiedział, że jest sam. Tutaj wie, że oczekują na niego bliźni. Ponieważ opowiedział nam już część historii swego dawnego życia, biedny pokutnik powróci, by nam ją opowiedzieć w całości, i od tego dnia będzie do nas należał!
Wydarzenia dowiodły, że Cyrus Smith miał słuszność.
3 grudnia Harbert opuścił Płaskowyż Pięknego Widoku i poszedł łowić na ryby południowym brzegu jeziora. Nie wziął ze sobą broni i dotychczas nie widział nigdy potrzeby takich środków ostrożności, gdyż drapieżne zwierzęta nie pojawiały się w tej części wyspy.
Pencroff z Nabem krzątali się właśnie w ptaszarni, a Cyrus Smith z reporterem zajęci byli w Kominach produkcją sody, ponieważ zapas mydła już się wyczerpał.
Nagle odezwał się krzyk:
– Na pomoc! Ratunku!
Cyrus Smith i reporter znajdowali się zbyt daleko, by usłyszeć te wołania. Pencroff z Nabem wybiegli czym prędzej z ptaszarni i popędzili w stronę jeziora.
Ale uprzedził ich nieznajomy, którego nikt się w tym miejscu nie spodziewał. Przeskoczył Glicerynowy Potok, oddzielający płaskowyż od lasu, i pobiegł na przeciwległy brzeg.
Tam Harbert znalazł się oko w oko z olbrzymim jaguarem podobnym do tego, który został zabity na Jaszczurczym Cyplu. Zaskoczony młodzieniec przycisnął się plecami do drzewa, podczas gdy zwierzę, przysiadłszy na ziemi, już gotowało się do skoku… Lecz w tej chwili nieznajomy, nie mając innej broni prócz noża, rzucił się na drapieżnika, który zwrócił się przeciwko nowemu przeciwnikowi.
Walka trwała krótko. Nieznajomy posiadał niezwykłą siłę i zręczność. Mocną jak kleszcze ręką schwycił jaguara za gardło i nie troszcząc się wcale o to, że zwierz zatapiał mu w ciało pazury, pchnął go nożem w samo serce.
Jaguar padł. Nieznajomy odepchnął go nogą i już chciał uciekać, gdy koloniści przybyli na pole walki, lecz Harbert, tuląc się do niego, zawołał:
– Nie! Nie! Pan tak nie odejdzie!
Cyrus Smith zbliżył się do nieznajomego, który zmarszczył brwi na jego widok. Krew ciekła mu z ramienia pod rozdartym ubraniem, ale nie zwracał na to uwagi.
– Przyjacielu – powiedział doń Cyrus Smith – zaciągnęliśmy wobec pana dług wdzięczności. Żeby ocalić życie naszego dziecka naraził pan swoje własne!
– Moje życie! – szepnął nieznajomy. – Co ono warte? Mniej niż nic!
– Jest pan ranny?
– To nieważne.
– Czy zechce pan mi podać swoją dłoń?
I w chwili gdy Harbert chciał uchwycić dłoń, która go ocaliła, nieznajomy skrzyżował obie ręce, pierś uniosła się w westchnieniu, wzrok zaszedł mgłą i zdawało się, że chce uciekać. Przezwyciężywszy się z trudem, zapytał szorstkim tonem:
– Kim jesteście? Kim chcecie być dla mnie?
W ten sposób po raz pierwszy zapytywał kolonistów o ich dzieje. Wydawało się prawdopodobne, że kiedy je usłyszy, opowie swoje własne.
Cyrus Smith w kilku słowach opowiedział koleje ich losu od chwili, gdy opuścili Richmond, jak udało im się przetrwać i jakimi środkami rozporządzali obecnie.
Nieznajomy słuchał z wytężoną uwagą.
Następnie inżynier przedstawił mu wszystkich po kolei: Gedeona Spiletta, Harberta, Pencroffa, Naba i siebie, i dodał, że największą radość, jakiej doznali od przybycia na Wyspę Lincolna, sprawiło im to, że po powrocie z wysepki zyskali jeszcze jednego towarzysza.
Na te słowa nieznajomy zarumienił się, opuścił głowę na piersi, a z całej jego postaci przebijało zawstydzenie.
– A teraz, skoro już pan nas zna, czy zechce pan podać nam rękę? – zapytał Cyrus Smith.
– Nie – odparł nieznajomy przytłumionym głosem. – Nie! Wy, wy jesteście uczciwymi ludźmi! A ja!…
