Kitabı oku: «Bracia Dalcz i S-ka», sayfa 11
Zerwał się i podbiegł do niej:
– Marychno! Co się tobie stało?! – chwycił ją za rękę. – Co ci się stało przez ten czas! Marychno!
Poczerwieniała i spuściła oczy. Zorientowała się, że swoim niezwykłym zachowaniem się może ściągnąć na siebie jakieś podejrzenie Krzysztofa.
– Nic mi się nie stało – bąknęła. – Po prostu jestem trochę na ciebie rozżalona.
– Ależ za co?
– Ja sama nie wiem… tak ot…
Chcąc do reszty rozwiać podejrzenia Krzysztofa, uśmiechnęła się doń i złożyła usta w dzióbek gotowy do pocałunku.
To przypieczętowało zgodę. Kwestia futra nie wywołała żadnych wątpliwości Krzysztofa. Bez zastrzeżeń zauważył, że zostało kupione na raty. Przed samą trzecią przyszedł szofer Pawła i zameldował, że z polecenia swego pana przyprowadził wóz do dyspozycji pana dyrektora Krzysztofa.
– Dziękuję – skinął mu głową Krzysztof – możecie zostawić wóz. Sam będę prowadził.
Gdy szofer wyszedł, Marychna zaryzykowała zauważyć:
– Jak to uprzejmie ze strony twego stryjecznego brata. Prawda?
Krzysztof poczerwieniał, a w jego oczach zaiskrzyła się złość:
– Nie widzę w tym żadnej uprzejmości. Samochód nie jest jego własnością.
– Ja nic nie powiedziałam – broniła się Marychna.
– Tak, ale gdyby to zrobił inny, nawet nie przyszłoby ci na myśl dopatrywać się w zostawieniu dla mnie samochodu jakiejś specjalnej uprzejmości. Ponieważ jednak zrobił to Paweł…
– Krzychu, naprawdę nie rozumiem…
– Nie przerywaj! Wiem doskonale, że on ci się podoba.
– Wcale nie.
– To niemożliwe. Widziałem nieraz, jak na niego patrzyłaś.
Marychna zrobiła minę udręczonej niewinności i podniosła oczy do sufitu na znak niezasłużonej krzywdy.
– Nic nie odpowiadasz? Nic?
– Mówiłam już tak często…
Krzysztof przeszedł się po gabinecie zdenerwowanym krokiem, zatrzymał się przed nią i wyrzucił z siebie zduszonym głosem:
– A ja ci zabraniam, kategorycznie zabraniam odpowiadać na jego spojrzenia! Rozumiesz mnie? Zabraniam. On się do ciebie zaleca, a ja tego nie zniosę, absolutnie nie zniosę!
– Ależ, Krzychu, ja wcale… ani tym bardziej on…
– Nie życzę sobie! Jeżeli chcesz, bym cię znienawidził, to rób, co chcesz, ale o jedno cię proszę: nie zmuszaj mnie, bym na to miał patrzeć!
Marychna początkowo pomyślała, że może do Krzysztofa dotarły jakieś plotki. Jednak z jego zachowania się wynikało, że absolutnie nic nie wiedział o wszystkim, co między nią a Pawłem zaszło. Tym trudniej mogła sobie wytłumaczyć nagły wybuch jego zazdrości.
Pojechali na obiad do restauracji i stąd do Marychny. Krzysztof znowu był w dobrym nastroju i do rozmowy o Pawle już nie wracał. Marychna od dawna zauważyła różnicę we wzajemnych stosunkach między stryjecznymi braćmi. Podczas gdy Paweł nie omijał żadnej sposobności, by najżyczliwiej wypytywać o Krzysztofa, ten albo lekceważąco czy zjadliwie o nim wspominał, albo urządzał niczym nieuzasadnione sceny zazdrości. Musiał go za coś nienawidzić.
Znowu trochę się całowali i czytali wiersze. Marychna nie chciała sama przed sobą przyznać się do tego, że czuje się w towarzystwie Krzysztofa znudzona. Pomału w jej głowie dojrzewało postanowienie postawienia ich stosunku na wyraźnym gruncie. Nie wiedziała tylko, jak to zrobić i od czego zacząć. Zresztą Krzysztof tak był wymizerowany po grypie, że należało mieć teraz dla niego więcej względności. Co jednak za różnica: w towarzystwie Pawła nie miewała chwili czasu na refleksje, nie nudziła się ani jednej sekundy…
A teraz… marzyła tylko o jednym: kiedy nareszcie pójdzie sobie do domu i zostawi ją samą. Może wieczorem zadzwoni Paweł…
– Krzychu – przerwała mu czytanie – wiesz, jak mi dobrze z tobą, ale boję się, czy to ci na zdrowie wyjdzie, że tak się męczysz czytaniem…
– Nie czuję się zmęczony.
– Naprawdę, czy nie lepiej byłoby, gdybyś wcześniej położył się do łóżka? To przecie pierwszy dzień po chorobie.
Umiała swemu głosowi dać taką dozę szczerości, że złożył książkę i powiedział:
– Lubisz mnie troszkę, Marychno?
– Jakże nawet możesz o to pytać!
– Wiem, wiem… Och, żebym mógł mieć gwarancję… gdybym miał prawo chcieć, byś mnie zawsze i pomimo wszystko lubiła…
– Nie rozumiem?… Pomimo co?
Krzysztof pogładził ją po włosach i smutnie pokiwał głową:
– Pomówimy o tym… wkrótce.
Zamyślił się i dodał:
– Radzono mi wyjechać na kilka tygodni w góry.
– W góry? – spojrzała na zegarek.
– Tak. Zastanawiałem się nad tym… Czy nie miałabyś ochoty pojechać ze mną?
Marychna była zaskoczona. Nigdy nie wyjeżdżała poza Warszawę, bo przecież Zielonka się nie liczy, a o górach, o Zakopanem, marzyła od dawna. Z drugiej jednak strony wyjechać teraz z Krzysztofem, teraz, kiedy jest kochanką Pawła, wydawało się jej jakąś niemożliwością, czymś w najwyższym stopniu nieprzyzwoitym.
Niewątpliwie pociągał ją ten projekt, ale nigdy nie zdobyłaby się na decyzję bez pozwolenia Pawła. Zdawała sobie dokładnie sprawę, że taka podróż we dwójkę byłaby decydująca. To znaczy, że podczas niej Krzysztof wreszcie zdecydowałby się. Nie obawiała się tego. Przeciwnie. Interesował ją i pociągał swoją tajemniczością i swoją dziwną, niezwykłą urodą.
W każdym razie miała dość doświadczenia, żeby zastanowić się nad tym, że Krzysztof w końcu zostanie przecie w Warszawie, a Paweł wkrótce wyjedzie z powrotem za granicę. Lepszy wróbel w ręku…
Przez cały następny dzień pochłonięta była rozmyślaniami na ten temat. W pewnej chwili zastanowiło ją to, dlaczego Paweł nigdy nie wspominał jej o zamierzonym powrocie za granicę, o którym Krzysztof zawsze mówił jako o czymś nieulegającym najmniejszej wątpliwości, o czymś od dawna postanowionym.
Niestety, nie miała teraz sposobności sprawdzenia tej wiadomości. Paweł przez kilka dni nie odzywał się wcale. Spróbowała kiedyś do niego zadzwonić, lecz zbył ją szablonowym przeproszeniem: nie ma teraz czasu, gdy będzie miał, sam zadzwoni.
To wpłynęło ostatecznie na jej postanowienie.
– Gdybyś mnie zabrał – powiedziała nazajutrz Krzysztofowi – pojechałabym z tobą w góry.
Rozdział VI
Pan Karol Dalcz podniósł wysoko rzadkie, strzępiaste brwi, których srebrna siwizna na pergaminowych zmarszczkach czoła zdawała się być jakimś przyklejonym ornamentem.
– Stryj się dziwi? – uśmiechnął się Paweł.
– Poczekaj, a cóż zrobisz ze swoją bawełną, likwidujesz interesy w Anglii?
– Nie – potrząsnął głową Paweł. – Oczywiście, nie będę ich mógł stąd prowadzić z taką intensywnością, jak dawniej, ale wyrzekać się ich nie myślę. W każdym razie dają dobry dochód.
– Tak – cicho powiedział chory.
Paweł założył nogę na nogę i zapytał rzeczowo:
– Stryj zdaje się być niezadowolony ze zmiany moich projektów?
– Bynajmniej. Nie spodziewałem się…
– Nie chcę się narzucać, stryju. Proszę mnie zrozumieć. Jeżeli współpraca ze mną nie odpowiada stryjowi, w każdej chwili mogę odstąpić wszystkie udziały. Powiem więcej, mogę wpłynąć na pana Tolewskiego, który nabył część Ganta, i on też swoje sprzeda.
– Wiesz dobrze – skrzywił się pan Karol – że nie mam na to dość pieniędzy. Zresztą mylisz się, sądząc, że współpraca z tobą nie odpowiada mi…
– No, więc, może Krzysztofowi?
– Właśnie… Nie lubicie się…
– Przepraszam stryja, to on mnie nie lubi.
– Mniejsza o ścisłość. Jednakże sentymenty swoją drogą, a interesy swoją.
– Jeżeli Krzysiowi chodzi o naczelne kierownictwo, mogę mu natychmiast ustąpić zaraz po jego powrocie, chociaż jako obecny współwłaściciel firmy nie uważam go za dostatecznie dojrzałego do prowadzenia całokształtu spraw tak dużego przedsiębiorstwa.
– Może i masz rację.
– Pomimo to, by uniknąć podejrzenia jakiejś machinacji, które może się nasunąć każdemu człowiekowi zdolnemu do niezbyt uczciwych dróg działania…
– O jakich machinacjach mówisz?
– Ach, stryju, trzeba trzeźwo patrzeć na życie. Nie lubię gry w chowanego. Rzecz może wyglądać tak, że po to przyjechałem do kraju, by wyzyskując sytuację wkręcić się na kierownicze stanowisko w firmie. Nie potrzebuję bronić się przed stryjem, który jest dokładnie poinformowany o wszystkim, który od początku wie, na czym polegała moja rola i w jakim kierunku szła moja ambicja.
– Nie – odezwał się pan Karol – nie mogę ci postawić żadnych zarzutów. Postąpiłeś słusznie.
– Jest to bodaj pierwsze słowo uznania, jakie udało mi się usłyszeć od kogoś z rodziny od czasu mego dzieciństwa – zaśmiał się Paweł.
Nie przesadził. Rzeczywiście po raz pierwszy w zdawkowej pochwale stryja zabrzmiała nuta niemal życzliwości. I to właśnie teraz!… Teraz dlatego, że na szarej zamszowej kołdrze leżało pokwitowanie z manchesterskiego banku z datą dość precyzyjnie podskrobaną jak na stare oczy, dlatego że logika planu nie miała ani jednej luki. No, po części także i dlatego, że na wczorajszym posiedzeniu Zarządu Jachimowski wstydził się swojej porażki i milczał jak zaklęty, nie mogąc zdobyć się na wyduszenie z siebie słów goryczy, które go dławiły.
Jakże wspaniały był to widok: tępa, nadęta i aktorsko nieprzystępna gęba Tolewskiego, zaznaczająca swą dobrze wystudiowaną rolę poruszeniami wyszwarcowanych163 wąsów z przejęciem prowincjonalnego kabotyna164, a naprzeciw wypłowiały spocony pysk Jachimowskiego, gotującego się do skoku i przebierającego palcami z taką zawziętością, jakby tamtego trzymał za gardziel.
Sprytnie biegające oczka Blumkiewicza prawdziwie nieszczęśliwe, że nie mogą odkryć tego czegoś, co musiało się stać, a co było nie do przeniknięcia, no i Krzysztof.
W wiszącym naprzeciw lustrze Paweł widział swoją twarz, poważną, skupioną, pełną godności, twarz, do której nie śmiałyby sięgnąć żadne podejrzenia, żadne wątpliwości. Nie tylko w lustrze. W oczach Jachimowskiego, Blumkiewicza, nawet w gapieniu się Tolewskiego odbijało się takież niekwestionowane zaufanie. Natomiast Krzysztof…
Spostrzegł to już wcześniej, gdy Blumkiewicz w imieniu pana Karola obejmował przewodnictwo. Paweł zwrócił się do Krzysztofa z pozornie niewinnym zapytaniem, czy on nic nie ma przeciw temu. Wówczas w jego czarnych oczach dostrzegł jakiś dziwny wyraz, a w głosie jakby wyzwanie, chociaż słowa zawierały konwencjonalną zgodę.
I później, gdy pochylony nad papierami czytał sprawozdanie, czuł na sobie jego męczący przenikliwy wzrok. Odrywając niespodziewanie oczy od równych linii maszynowego pisma, na próżno starał się w przyłapanym spojrzeniu Krzysztofa odczytać treść jego myśli, przeniknąć sens, cel, intencję tych badań… Czy właśnie badań?…
Nie umiał tego określić i nie chciał skonstatować w sobie niedorzecznego, nieprzebaczalnego uczucia zmieszania i irytacji. Nie chciał przed sobą przyznać się do tego, że ten smarkacz stanowi dlań psychiczną zagadkę, której pojąć niepodobna, przed którą pozostaje bezsilny, on, uważający się za nieomylnego w poznawaniu ludzi, nawet najsprytniej ukrywających swoje wnętrze przed obcym wzrokiem. A w tym wypadku miał wyraźną obawę, że sam jest obiektem obserwowanym z zimną systematycznością… Ba, nie wiedział nawet, czy z zimną, czy z zawziętością, jaką rodzi tylko nienawiść.
Wprawdzie nie mogło to naruszyć jego równowagi czy też zachwiać pewności siebie. Ani przez chwilę nie wątpił, że dla każdych, dla najwnikliwszych oczu pozostanie tylko tym, czym zechce być. Jednakże zauważył w sobie nierozumne wahanie, które było zjawiskiem niespodziewanym i przykrym. Mianowicie już od wczoraj przygotował sobie plan zjednania Krzysztofa. Wskutek nieszczęśliwej i błędnej kalkulacji technicznej fabryka poniosła poważne straty na dostawie frezarek165. Całkowitą winę powinien był ponieść Krzysztof. Winę, odpowiedzialność i wszelkie konsekwencje natury moralnej.
Otóż Paweł postanowił sobie, że sprawę przedstawi w ten sposób, by Krzysztofowi oszczędzić kompromitacji, a jednocześnie dać do zrozumienia, że to on, Paweł, przez życzliwość całą rzecz pokrywa.
To było przygotowane i obliczone na zimno. Gdy jednak natarczywy wzrok Krzysztofa stawał się już nie do zniesienia, Paweł zmienił zamiar: przeciwnie, zaskoczy go ostrym atakiem, dyskwalifikacją jego wiedzy, napiętnowaniem braku doświadczenia. Niech mydłek166 za wiele sobie nie pozwala, niech wie, że Paweł i jemu może dać mocno po łapach!…
I… nie mógł. Wprawdzie przedstawił rzecz zgodnie z pierwotnym rozsądnym planem, ale nie zdołałby wmówić w siebie, że z tych samych pobudek. Och, nie lubił okłamywać siebie. Na to był zbyt odważny. Po prostu… zmiękł. Co za idiotyzm!…
„Nie rozumiem, co mi się stało” – myślał z gniewem, wracając do domu.
Na schodach uprzytomnił sobie, że i dawniej, ilekroć rozmawiał z Krzysztofem, zawsze nie postępował ściśle według przyjętej taktyki. Że – do licha – smarkacz działał mu na nerwy w irytujący, niedający się logicznie wytłumaczyć sposób.
Od dnia posiedzenia umyślnie, dla skontrolowania siebie, starał się jak najczęściej widywać Krzysztofa. Wiadomości, jakie zdołał zebrać o nim od Marychny, od pracowników w fabryce, przez służbę wreszcie, nie wyjaśniały niczego.
Dlatego od dnia posiedzenia już trzy razy był u stryja. W fabryce Krzysztof wyraźnie go unikał. I tym razem jednak nie spotkał go, a zyskał tylko to, że jeszcze raz dowiedział się o antypatii tego młodzika do siebie.
Z punktu widzenia interesów teraz właściwie nie potrzebował liczyć się zbyt wiele z Krzysztofem. Nawet wykrycie faktycznego stanu rzeczy nie zmieniłoby przecie tego, że był już właścicielem nabytych prawnie udziałów fabryki. Łącznie z pakietem Ganta, pozostającym obecnie w rękach Tolewskiego, miał czterdzieści dwa procent udziałów, czyli głos prawie decydujący, jeżeli weźmie się pod uwagę to, że Jachimowski zawsze weźmie jego stronę, może nie z sympatii, ale z wyrachowania, gdyż nienawidzili się z panem Karolem.
Od czasu wyzdrowienia Krzysztofa Paweł zaczął systematycznie ograniczać jego wtrącanie się do kierownictwa fabryki. Kilkakrotnie przygotowany był nawet na scysję167 z tego powodu. Do awantury jednak nie doszło, czy to dzięki nieuwadze Krzysztofa, czy też wskutek jego pojednawczego usposobienia. W żaden sposób Paweł nie mógł tego wywnioskować ani z osobistych obserwacji, ani z tego, co udało się wyciągnąć z Marychny.
Przypomniał ją sobie i postanowił zatelefonować do niej zaraz po powrocie od stryja. W domu wszakże oczekiwała go niespodzianka. Mianowicie zastał Zdzisława i Halinę. Siedzieli w salonie z minami ponurymi. Nie widział ich od szeregu dni. Z Haliną nigdy nie szukał spotkania, a Zdzisław od trzech tygodni miał urlop i zbijał bąki na polowaniach u krewnych matki. Oczywiście, przyjechał do Warszawy wezwany przez Jachimowskich, a ta wizyta przypominała już z daleka démarche168, protest zbiorowy, interwencję familijną.
– Dobry wieczór – powitał ich prawie ironicznie. – Czemu mam zawdzięczać waszą miłą wizytę?
– Chcieliśmy rozmówić się z tobą – zaczął Zdzisław, poprawiając krawat.
– Służę.
Usiadł naprzeciw i czekał dobrą chwilę, zanim brat wyłoży swoje pretensje. Ten jednak widocznie nie wiedział, od czego zacząć.
– Służę – powtórzył niecierpliwie, widząc, że tym jeszcze bardziej deprymuje169 rodzeństwo.
– No, mówże, Zdzichu – poruszyła się w fotelu Halina.
– Chcieliśmy cię zapytać… hm… chcieliśmy dowiedzieć się, czy to jest możliwe, co mówi Jachimowski…
– Nie on, ale Ludka – poprawiła Halina.
– Wszystko jedno, więc Ludka, że ty podstawiłeś Tolewskiego i wykupiłeś nasze udziały na jego nazwisko?
Paweł zapalił papierosa:
– A można zapytać, co to was obchodzi?
– Dziwny jesteś… No, przecie to nasze udziały!
– Były wasze – spokojnie podkreślił Paweł. – Były do czasu, aż je ojciec sprzedał.
– Zrobił to bezprawnie!
– Hm… nie sądzę. Miał plenipotencję170 nieograniczoną. Zresztą on między was je podzielił. Naprawdę były jego wyłączną własnością.
Zdzisław zerwał się:
– Ach, mniejsza o to. W każdym razie możesz nam odpowiedzieć?
– Mogę. Otóż bez żadnego podstawiania po prostu kupiłem te udziały.
– I udziały Ganta, w najpodstępniejszy sposób!
– Uspokój się w tej chwili – zimno przerwał Paweł.
– Nie znaliśmy cię dotychczas! To łajdactwo!
Paweł wstał i zrobiwszy jeden krok ku niemu, powiedział dobitnie:
– I teraz mnie nie znasz. Jeszcze jedno obelżywe słowo, jeszcze jedno podniesienie głosu, a dostaniesz w pysk, aż ci zęby wylecą… Siadaj!
Zdzisław wytrzeszczył oczy, skulił się i opadł na najbliżej stojące krzesło.
– Kupiłem udziały, rozumiecie, wykupiłem je – mówił już spokojnie Paweł – i nie widzę w tym nic, co by stanowiło waszą krzywdę.
– Przecie to nasze!…
– Dostaliście je gratis z łaski ojca i on wam je zabrał. Ja je wykupiłem za moje własne pieniądze, które zarobiłem sam. Czego więc chcecie?
Oboje milczeli.
– Nie mam wobec was żadnego długu wdzięczności. Chyba sami to przyznacie, co?… Otóż pomimo to gotów jestem odstąpić wam w każdej chwili nabyte przeze mnie udziały. Zapłaciłem za nie sto dziesięć tysięcy dolarów gotówką i za takąż kwotę je oddam bez grosza prowizji. Nie są mi potrzebne. A podaję do waszej wiadomości, że ich wartość jest znacznie wyższa.
– Wiesz, że nie mamy nic, że jesteśmy nędzarzami – pochylił głowę Zdzisław.
– Nędzarzami?… Cha… cha… Nie, tylko musicie pracować na utrzymanie. Chyba jałmużny po mnie się nie spodziewacie, co?… Chyba pamiętacie te słodkie czasy, kiedy siedziałem za granicą bez grosza przy duszy, a żadne z was palcem nie ruszyło? Co?…
– W każdym razie… postąpiłeś samolubnie – odezwała się Halina.
– A tak, na przykład zapłaciłem dług ojca!
Zaległo milczenie.
Paweł rozkoszował się swym zwycięstwem.
Kiedyś nienawidził ich wszystkich. Teraz pozostała mu tylko pogarda i niechęć do całej rodziny, do tej grupki snobów i głuptasów, która go uważała za pasożyta! Za wykolejeńca! Do jednej tylko matki zachował pewną dozę sentymentu, zimnego, obojętnego poczucia odrobiny wdzięczności za to, że stała się przypadkowo, dzięki swej fenomenalnej naiwności, środkiem, przy którego pomocy zdołał się wydobyć na powierzchnię. Nie była to z jego strony wdzięczność, jeżeli zaś posyłał matce po kilkaset złotych miesięcznie, to jedynie w celu trzymania jej na wsi z dala od Warszawy.
Poza tym nie żywił nigdy żadnych uczuć rodzinnych, a samą rodzinę uważał za zespół całkowicie przypadkowy i niczym niewiążący. Toteż jego postanowienie usunięcia Zdzisława z fabryki podyktowane było nie antypatią do brata, lecz przeświadczeniem, że ten cymbał jest w przedsiębiorstwie niepotrzebną zawadą.
Korzystając ze sposobności, chciał załatwić z nim i tę sprawę.
– Zdzisławie – powiedział – stryj Karol zażądał usunięcia cię z fabryki. Nie mogłem oponować, bo nie przemawia za tobą nic. Nie chciałbym jednak udzielać ci wymówienia, jak pierwszemu lepszemu pracownikowi. Wobec tego proszę cię, abyś złożył podanie o dymisję.
Zdzisław zbladł:
– Czy to zemsta za to, że ośmieliłem się upomnieć o swoje prawa?…
– Nie, głupcze! – zasyczał groźnie Paweł. – Nie masz żadnych praw! To jest moja łaska! I do licha, nie prowokuj mnie, bym ją cofnął. Wyrobiłem dla ciebie posadę w Banku Morskim w Gdyni. Otrzymasz tam te same warunki. Nie jesteś ich wart i radzę ci trzymać się tej posady obiema rękami, bo więcej dla ciebie nikt nic nie zrobi.
– Kiedy ja nie zamierzam wcale wyjeżdżać z Warszawy!
Paweł wzruszył ramionami i zwrócił się do siostry:
– Musisz i ty z czegoś żyć. Najlepiej zrobisz, jeżeli postarasz się o jakąś posadę.
Halina patrzyła nań z przerażeniem:
– Żartujesz, Pawełku, przecie ja nic nie umiem!
– Znasz obce języki. Zresztą mogę cię polecić do pewnej firmy. W każdym razie musisz się zdecydować do wtorku. Ode mnie grosza więcej nie dostaniesz, a twoich rachunków nie zamierzam płacić. Zresztą masz całe stada przyjaciół, możesz postarać się, by którykolwiek popełnił idiotyzm i ożenił się z tobą. Ale to już mnie nic nie obchodzi.
Wstał i nacisnął dzwonek.
– Teraz muszę was pożegnać. Oczekuję kogoś.
Nie zdążyli jeszcze wyjść, gdy wydał dyspozycję służącemu:
– Pamiętaj, Karolu, że państwo stanowczo sobie życzą, by drzwi od ich części mieszkania do mojej były stale zamknięte.
– Słucham jaśnie pana, ale właśnie panicz Zdzisław kazał…
– Powiedziałem – bezapelacyjnie przerwał Paweł i przeszedł do gabinetu.
Usiadł przy biurku i zatelefonował do Marychny. Po dłuższej dopiero chwili podeszła do aparatu. Mówiła głosem nienaturalnie przyciszonym i była zemocjonowana.
– Co ci się stało? – nie zorientował się Paweł.
– Teraz trudno mi mówić, może pan zadzwoni później…
– Aha! – domyślił się. – Twój wzdychający Romeo jest u ciebie?
– Tak.
– Trudno. Jeżeli wcześnie pozbędziesz się go, to przyjedź do mnie.
– O, ja chciałabym, ale nie wiem…
– Więc czekam.
Zaśmiał się do siebie. Ani przez moment nie miał wątpliwości, że w Krzysztofie nie ma niebezpiecznego rywala. W ogóle mężczyźni tego typu nie cieszą się powodzeniem u kobiet, a ten ze swoim platonizmem, z wierszami, a zapewne i z westchnieniami spóźnił się o ładne sto lat. Oczywiście Paweł mógłby bez szczególniejszych wysiłków odsunąć Marychnę od Krzysztofa i niepodzielnie zająć jego miejsce, gdyby mu na tym chociaż odrobinę zależało. Dotychczas jednak ani razu w życiu nie pałał żądzą wyłączności w posiadaniu kobiet, a tutaj chodziło mu głównie o źródło wiadomości o Krzysztofie.
Teraz, kiedy pierwsza część planu została przeprowadzona, należało gruntowniej przestudiować możliwości całkowitego podporządkowania sobie przedsiębiorstwa.
Paweł miał tu do wyboru kilka dróg działania. Najprostszą, lecz zarazem najtrudniejszą, byłoby zdobycie pełnego wpływu na Krzysztofa. Próbował już tego w najrozmaitszych okazjach, a zawsze bezskutecznie. Na przykład na próżno starał się przyśpieszyć teraz jego wyjazd w góry. Krzysztof, czy to podejrzewający jakiś podstęp, czy po prostu przez upór, z dnia na dzień odkładał swój wyjazd. Nie pomagały ani najzręczniej podsunięte względy na sytuację marcową w fabryce, kiedy obecność dyrektora technicznego będzie konieczna, ani w dobrej wierze robione namowy ze strony Marychny. Razu pewnego, gdy Paweł powiedział mu, że blado wygląda, Krzysztof obrzucił go ironicznym spojrzeniem i zapytał:
– Czyżby to mogło cię obchodzić?
Zabiłby tego smarkacza za to i za ten szyderczy uśmiech tak rażący na irytująco świeżych ustach, na których jeszcze mleko nie zdołało obeschnąć.
I tak zawsze. Ilekroć nań spojrzał, łapał jakieś zamyślone i smutne rozmarzenie w jego czarnych oczach, które natychmiast zmieniało się w wyraz zimny i odporny. Przypominało mu to wszystko kolegę z gimnazjum, Wacka Jurkiewicza, którego znienawidził za to, że ten nie chciał odwzajemnić się mu sympatią… Co prawda byłoby grubą przesadą powiedzieć, że do Krzysztofa czuje aż sympatię, a jednak coś go do tego zarozumiałego błazna ciągnęło.
Zły był, gdy to uprzytomnił sobie. A stało się to tak: pewnego razu salon, w którym zwykle oczekiwał, aż stryj go przyjmie, był właśnie froterowany i Blumkiewicz przeprowadził go do małego bocznego pokoju, będącego czymś w rodzaju buduaru171 pani Teresy. Na stole leżał album z fotografiami. Machinalnie przerzucając jego kartki, natrafił na całą serię fotografii Krzysztofa. Naliczył ich kilkadziesiąt, przeważnie amatorskich, przedstawiających Krzysia jako małego chłopca, wyrostka, młodzieńca, dorosłego mężczyznę, lecz zawsze z tą nieuchwytną młodzieńczością, której wdzięk tutaj uwydatniał się jeszcze bardziej niż w życiu.
„Dlaczego on mnie nie cierpi?” – myślał, wpatrując się w karty albumu. „Nic mu przecie złego nie zrobiłem jeszcze, nie dałem najmniejszego powodu do podejrzeń, przeciwnie, zabiegam o jego życzliwość, a on nie może wiedzieć, że to jest nieszczere…”
I właśnie w tej chwili uświadomił sobie, że nie jest to takie nieszczere, jakim być powinno.
Zbyt często myślał o Krzysztofie, zbyt mocno brał do serca jego demonstracyjną niechęć, zanadto przejmował się jego impertynenckim tonem i – do ciężkiego diabła – nie mógł odpędzić idiotycznej myśli, że w gruncie rzeczy i Krzysztof tylko przez jakąś zawziętość, przez jakąś przekorę jest w stosunku do niego tak szorstki i wrogi.
Od czasu nabycia udziałów Paweł nie potrzebował bezwzględnie liczyć się ze stryjem i z Krzysztofem. Sto razy też obiecywał sobie zareagowanie na jego arogancję w sposób zdecydowany, brutalny i osadzający. Gdy jednak doszło do czego, nie zmieniał taktyki, a co więcej, sam przed sobą usiłował wykręcić się ze swej chwilowej słabości, przyłapywał siebie na tej śmiesznej gierce i nie umiał sobie tego przebaczyć.
A przecież zjednanie Krzysztofa nie było właściwie nieodzowne. Istniała jeszcze druga równie prosta droga… pozbyć się go.
Paweł już przed miesiącem dowiedział się, że stan zdrowia stryja budzi coraz poważniejsze obawy, że paraliż lada dzień może objąć cały organizm, czego znowuż nie wytrzyma serce. Wiadomości te zawdzięczał niewinnemu podstępowi. Mianowicie, chociaż czuł się świetnie, odwiedził domowego lekarza stryja, doktora Szulborskiego, skarżąc się na migreny i wyrażając przekonanie, że wiedza pana doktora, dzięki której stryj Karol miewa się tak dobrze, i tym razem…
Otóż w razie śmierci stryja jedynym jego spadkobiercą pozostawał Krzysztof. A gdyby i jemu… przytrafił się jakiś nieszczęśliwy wypadek… W fabryce zaś o nieszczęśliwe wypadki nietrudno!…
U drzwi frontowych rozległ się dzwonek. Służba od dawna otrzymała zakaz zjawiania się po godzinie dziewiątej. Paweł wstał, przeciągnął się i poszedł otworzyć.
Zarumieniona od mrozu, z roziskrzonymi radością oczyma wpadła Marychna. Jej futro pachniało świeżym, zimnym powietrzem, a usta miała jędrne i chłodne jak pomarańcza.
– Uch, nareszcie – zarzuciła mu ręce na szyję.
– Tak ci było pilno?
– To też – zaśmiała się – ale nareszcie jutro jedziemy.
– Do Zakopanego?
– Gdzież tam! Do samej Szwajcarii!!!
– Ho, ho…
Była bardzo rozbawiona. Poprawiając włosy przed lustrem, trzepała wiadomości jedną za drugą, przeplatając to wszystko wykrzyknikami, wreszcie uplasowała się na kolanach Pawła, opowiadała, jak pojadą, co zobaczą, i że w ogóle jest szczęśliwa.
– To ładnie – zrobił smutną minę Paweł. – Jesteś szczęśliwa, że mnie tu zostawiasz, że jedziesz zdradzić mnie z innym. Nie spodziewałem się tego po tobie.
Ciekaw był, jak na to zareaguje. Odezwanie się jego widocznie bardzo wzięła do serca. Siedziała nieruchomo i wpatrując się w podłogę milczała.
– Widzisz – dodał – jak mnie krzywdzisz.
– Kiedy… kiedy to ja właściwie nie ciebie zdradzam z nim, tylko jego z tobą – odezwała się nieśmiało, jednak tonem, który świadczył o przykrości, jaką jej sprawia wyjaśnienie rzeczy tak prostej, a tak dla niego przykrej, prawdopodobnie przykrej…
Paweł był szczerze tym ubawiony.
– W każdym razie cieszysz się, że jedziesz.
– Ależ nie – zmartwiła się – ja nie cieszę się, że jadę i że nie będę widziała ciebie, tylko cieszę się, że będę za granicą. Ja wcale nie chciałabym, gdyby… Zresztą… jeżeli nie chcesz, to nie pojadę… Ale sam mówiłeś…
Dostrzegła wreszcie jego półuśmiech i obraziła się:
– Eee, ty w ogóle kpisz ze mnie…
Udowodnienie tego, że nie kpi, zajęło Pawłowi ponad dwie godziny czasu, ku zadowoleniu stron obu.
W przerwach między bardziej ważkimi argumentami Paweł próbował żartobliwie udzielać Marychnie wskazówek, w jaki sposób należy zabrać się do przełamania upartej cnotliwości Krzysztofa. Ona jednak nie chciała tego słuchać, twierdząc, że się wstydzi.
Natomiast na dowód, że nie chce o nim zapomnieć, poprosiła go o fotografię.
– Po co ci to? – wzruszył ramionami. – Jeszcze Krzysztof znajdzie ją u ciebie i będziesz miała scenę zazdrości.
– Przecie nie będzie szperać po moich rzeczach – oburzyła się. – Krzych jest dżentelmenem.
– Moja droga, każdy mężczyzna jest dżentelmenem, czułym, arcydelikatnym i nadskakującym wobec wszystkich ładnych kobiet do czasu, póki nie nabierze do nich praw. Prawie każdy później zmienia się do niepoznania.
– Mężczyźni są okropni – westchnęła Marychna tak, jakby swoje doświadczenia w tym względzie liczyła na kopy.
Zaśmiał się i dodał:
– Natomiast kobiety odwrotnie: w stosunku do wszystkich mężczyzn udają wszechwładne monarchinie, nieprzystępne i godne, a gdy z tym czy z innym raz zaprzyjaźnią się bliżej, w stosunku do niego zmieniają się w nadskakujące niewolnice.
– To bardzo smutne, jeżeli tak jest – po namyśle powiedziała Marychna i pochyliła abażur, gdyż zdawało się jej, że światło lampy razi Pawła.
Musiała wyjść wcześnie, by dobrze wyspać się przed podróżą. Nazajutrz nie miała być w fabryce, więc teraz pożegnała się z Pawłem, wśród wielu pocałunków zapewniając go, że ani na sekundę o nim nie zapomni. Z kilku fotografii, jakie miał pod ręką, wybrała tę, na której oczy miał do połowy przymknięte i wyglądał tak „niebezpiecznie”.
Gdy wreszcie wyszła, Paweł pogasił światła i położył się do łóżka, lecz zasnąć nie mógł. Wciąż uparcie powracała myśl o nieszczęśliwych wypadkach, jakie w fabryce są rzeczą częstą i naturalną, o wypadkach, którym z łatwością mogą ulec ci, którzy po warsztatach chodzą, jak na przykład dyrektor techniczny…
Nagle uprzytomnił sobie, że w jednej z rozmów Jachimowski, tak, właśnie Jachimowski powiedział:
– Nie widzę specjalnego powodu do zmartwień w tym, że Krzysztof łazi po fabryce i pod wszystkie maszyny nos wsadza. A już najmniej niepokoić to powinno nas, jego spadkobierców.
Paweł wówczas nie zwrócił na te słowa uwagi. Teraz jednak z całą jasnością odkrył, że jego własna myśl zrodziła się z tego podsunięcia Jachimowskiego.
– A głupie bydlę! – zaklął głośno.
W tej chwili powziął postanowienie: należy jak najprędzej wylać Jachimowskiego z fabryki.
To go uspokoiło i spał twardym zdrowym snem aż do rana.
Obudził się ze świeżą i spokojną głową, a nawet w dobrym humorze. Miał w tym dniu sporo rzeczy do załatwienia. Przeważnie były to sprawy odkładane od dawna do dnia wyjazdu Krzysztofa, to jest do czasu, gdy bez jego kontroli mogła wychodzić obowiązująca korespondencja firmy. Poza tym musiał załatwić się z Jachimowskim.
Około jedenastej szofer zameldował się, że odwozi na dworzec pana Krzysztofa.
Paweł spojrzał na zegarek:
– Zaczekaj chwilę, pojadę z tobą.
Już w chwilę później był niezadowolony z własnego niewczesnego pomysłu. Jednak słowo się rzekło i skoro nie można było wobec siebie znaleźć wytłumaczenia bezsensownego kroku, trzeba było wykombinować coś, co nie naraziłoby go na śmieszność w oczach Krzysztofa i usprawiedliwiło odprowadzanie na dworzec.
Jak na złość w papierach leżących na biurku nie było nic takiego, co wymagałoby wyjaśnień dyrektora technicznego. Nagle przyszło mu na myśl, że może prosić Krzysztofa, by ten zwiedził w Szwajcarii niektóre fabryki metalurgiczne i porobił obserwacje, które można by tu zastosować. To wydało się mu wystarczającym pretekstem.
