Kitabı oku: «Bracia Dalcz i S-ka», sayfa 9
Rozdział V
Marychnę bardzo niepokoiła choroba Krzysztofa. Niepokoiła tym bardziej, że po części przyszła z jej winy. Niepotrzebnie uparła się wówczas, by jechać autem. W kinie było gorąco i dlatego się zaziębił. Przez pierwsze trzy dni oczekiwała odeń kartki lub telefonu. Widocznie jednak był bardzo chory, bo nie przypuszczała, by się na nią pogniewał.
Po prostu nie miałby o co. Starała się zawsze być dla niego najdelikatniejsza, znosiła jego dziwactwa bez sprzeciwu, nie dokuczała żadnymi pytaniami. Nie wybierała takiej taktyki z rozmysłem. Przyszło to bez wyboru, gdyż samo leżało w jej naturze. Dawniej myślała, że w ten sposób zdoła zbliżyć do siebie Krzysztofa, da mu zapomnieć o tym jakimś strasznym dramacie, który go gnębi, a który zawsze otaczał tajemnicą. Wreszcie zostawiła rzeczy ich własnemu biegowi, tak jak przestała zastanawiać się nad swoją własną sytuacją.
Na rozmyślania nie miała czasu. Zbyt była zajęta bieżącym dniem. Teraz jednak po biurowych i tak prawie bezczynnych godzinach całe popołudnie stało się męczącą pustką, niedającą się niczym zapełnić. Obcowanie z Krzysztofem odsunęło ją od wszystkich dawnych znajomych i przyjaciółek. Nie próbowała do nich ponownie się zbliżyć, wyczuwając ich niechęć i może nie tyle swoją wyższość, ile ubóstwo tego, co one dać jej mogły po subtelnym, mądrym i nieprawdopodobnie inteligentnym Krzysztofie. Marychna często nie rozumiała go wcale, lecz napawało ją swego rodzaju dumą już to, że dzielił się z nią swoimi myślami, że czytał jej wiersze. Nie znała żadnego obcego języka, lecz godzinami z niezmąconym zainteresowaniem słuchała Shelleya121, Puszkina122, Verlaine’a123, których musiał jej tłumaczyć.
Teraz małe tomiki, oprawne w brunatny zamsz, leżały milczące. Kluczem do nich były wyzłocone inicjały Krzysztofa, lecz i te były nieme. W ogóle cały jego świat bez niego dla niej był zamknięty. Jego świat, to świat piękna, wykwintu i głębokich myśli, takich głębokich, że trudno było je pojąć, takich zawiłych, że niepodobna było doszukać się ich pobudek. Gdy mu to kiedyś powiedziała, nazwał swój świat księżycowym, a nazajutrz przyniósł wiersze Tuwima i przeczytał jeden, zaczynający się od strofki, którą dobrze zapamiętała:
Powiedział, że to jego świat, księżycowy, nierealny, martwy, że jest lunatykiem życia, tragikomiczną figurką ze sztychów Beardsleya126, a gdy zapytała, nie bez przestrachu, czy istotnie po dachach chodzi, roześmiał się i zapewnił, że nigdy nie schodzi na ziemię i że czasem wolałby spaść, byle raz na nią się dostać.
Dziwny taki. Jest w nim coś zimnego i obcego, chociaż tyle okazuje jej ciepła i życzliwości, a nawet czasem zazdrości. Tylko bowiem zazdrością można było wytłumaczyć jego dziwaczne zachowanie się wówczas, gdy miała nieostrożność powiedzieć mu, że pan Paweł Dalcz jest przystojny. Sam zaczął wówczas wynajdywać różne zalety swego stryjecznego brata i żądać, by ona przyznawała mu słuszność, że to prawdziwy mężczyzna, że ma postawę zwycięzcy, że ma zęby jak u wilka, że jego oczy połyskują stalą, że w głosie jego jest coś, co musi brać kobiety, i takie różne rzeczy. Oczywiście przejrzała podstęp Krzysztofa i wszystkiemu przeczyła, nawet temu, że jej się mogą podobać blondyni. Pomimo to rozgniewał się bardzo i nawet obraził ją ironicznymi uwagami o naiwnych samiczkach prowincjonalnych.
Gdy się rozpłakała, zmitygował127 się, wycałował ją i byli już w takiej komitywie128, że zaczęła żałować tego, że nie ma na sobie swojej najładniejszej kombinezki129 z tulipanami, ale niepotrzebnie, bo znowu do niczego nie doszło. Wszystko, jak zawsze, skończyło się na pocałunkach i pieszczotach, które rozpalały ją do zawrotu głowy i wzmagały głód prawdziwej miłości.
Pomału w świadomości Marychny zaczął wzbierać żal do Krzysztofa i teraz, gdy od szeregu dni nie widywała go, przemawiał coraz mocniej. Właściwie jej sytuacja była dzika i nienaturalna. Nie jest ani narzeczoną, ani kochanką, ani nawet przyjaciółką Krzysztofa, nie mogło bowiem być mowy o przyjaźni tam, gdzie rozciągała się tak wielka różnica poziomu umysłowego. A jednak czuła się skrępowana, jakby zobowiązana do wierności, chociaż sama nie wiedziała czym.
Dość często teraz widywała się z inżynierem Ottmanem. Tak się jakoś składało, że chemik jechał do fabryki tym samym tramwajem, a widocznie mniej ostatnio miał do roboty, gdyż wychodził nieraz o trzeciej i odprowadzał Marychnę do domu. Lubiła go, chociaż jako mężczyzna wcale się jej nie podobał. Mówiło się z nim dobrze, ba, znacznie lepiej niż z Krzysztofem. Ottman przecie też był bardzo inteligentny i wykształcony, ale jakoś nie dawał jej odczuć swojej wyższości, był bardziej swojski. Może dlatego, że pochodził z ubogiej rodziny, a może po prostu starał się być delikatnym.
Opowiadał jej o rzeczach bardzo mądrych, jak na przykład o różnych wynalazkach chemicznych, nad którymi pracował, ale opowiadał w ten sposób, że rozumiała wszystko. W ogóle rozumiała go całego, z jego uprzejmością, z jego dobrocią, z prostotą posuwającą się aż do niezaradności i z tą nieśmiałością, z racji której mówiono o nim w fabryce: „ten poczciwy Ottman”.
Rozmawiając z nim, nigdy nie obawiała się wprost wypowiedzieć swoich myśli. Wiedziała, że choćby naplotła największych nonsensów, on nie będzie się z niej śmiał, jak to robił Krzysztof. Mówiło się z nim dobrze, po swojemu. Miało się zaufanie do jego niebieskich oczu, do tych nawet tak brzydkich u mężczyzny różowych policzków i do nieładnych rąk, zawsze poplamionych różnymi chemikaliami. Nigdy by nie zdobyła się na pocałowanie tych rąk, jak obcałowywała piękne, nieprawdopodobnie piękne ręce Krzysztofa. Ale stanowczo wolała uścisk dłoni Ottmana.
Po Trzech Królach przyszła gwałtowna odwilż i ulica Bema tonęła w brzydkim błocie. Wracali właśnie z fabryki i Ottman łagodnie gniewał się na Marychnę, że nie nałożyła botów, gdy w pędzie minął ich dyrektorski samochód, wielka ciemnozielona maszyna.
Spod kół trysnęła struga czarnej wody i błota, ochlapując Ottmana od stóp do głów, a Marychnie nowiuteńkie pończochy.
– O la la! – zawołał bezradnie Ottman.
– Boże, jak my wyglądamy.
Samochód zatrzymał się o kilkadziesiąt kroków dalej i nagle zaczął się cofać tylnym biegiem. Gdy zrównał się z nimi, otworzyły się drzwiczki i dyrektor Paweł Dalcz wychylił głowę:
– Bardzo państwa przepraszam za nieuwagę mego szofera – powiedział, uchylając futrzanej czapki. – Strasznie was ochlapaliśmy.
– O, drobiazg, panie dyrektorze – uśmiechnął się Ottman.
– W każdym razie nie możecie państwo w tym stanie iść przez miasto. Odwiozę was. Proszę.
– Ależ, panie dyrektorze… Ja doprawdy… Może panna Jarszówna… Poplamiłbym panu cały wóz.
– Siadajcie prędzej. No, już. Niech mi pani poda rękę. Hop!
Marychna w gruncie rzeczy była kontenta. Pończochy się przepiorą, a za to jest rzadka okazja przejechać się limuzyną obok naczelnego dyrektora. Jak to on grzecznie zrobił…
– Dokąd państwa mam odwieźć? – zapytał.
– Ja mieszkam na Lesznie – odpowiedziała Marychna.
– A pan, inżynierze?
– O, ja daleko, na Koszykowej.
– Na Koszykową – rzucił dyrektor szoferowi i zwracając się do Marychny, powiedział: – Musi się pani poświęcić, ale najpierw odwieziemy bardziej poszkodowanego.
– Jak pan sobie życzy, panie dyrektorze.
– Nie upiera się pani przy pierwszeństwie?
– Cóż znowu!
– No, inżynierze, niech pan podziękuje pani – zaśmiał się. – No, jakże, otrzymał już pan te próbki z hartowni?
– Są już w robocie.
– To doskonale. Otóż i Koszykowa. Pod którym numerem pan mieszka?
– Trzydzieści siedem.
Auto stanęło. Ottman pożegnał się, podziękował i wysiadł.
Samochód zawracał.
– Doprawdy, panie dyrektorze, mogłabym wrócić tramwajem. Robię tyle kłopotu…
– Dlaczego nie pomyśli pani – uśmiechnął się do niej – że sprawia mi przyjemność swym towarzystwem?
Zerknęła nań z ukosa i pomyślała, że Krzysztof nic nie przesadził. Paweł Dalcz musiał się podobać kobietom. Odpowiedziała z cieniem kokieterii:
– Cóż ja, panie dyrektorze, pan w ogóle na kobiety nie zwraca uwagi…
– Ja?… Z czego to pani wnioskuje?
– Pan jest taki poważny.
Zamyślił się. Miała wrażenie, że sprawiła mu przykrość, i nie wiedziała, co ma powiedzieć. I tak podziwiała własną odwagę. Jeszcze przed kilku miesiącami każdy dyrektor, a naczelny tym bardziej, był dla niej czymś groźnym i niedosięgalnym. Dopiero flirt z Krzysztofem ośmielił ją nieco.
– Ma pani rację. Jestem za poważny. Dlatego nie mogę podobać się kobietom. Prawda?
– Ależ bynajmniej! – zaprotestowała.
– Nie znajduje pani?… Zresztą dla pani mogę nie być poważny. Specjalnie dla pani. Widocznie jest to u nas rodzinne…
– Powaga?
– Nie. Sympatia do pani.
Marychna poczerwieniała aż po białka oczu.
– Nie chciałem pani dotknąć – powiedział łagodnie. – Proszę się na mnie nie gniewać, ale nie jest dla mnie tajemnicą, że mój brat stryjeczny kocha się w pani.
Auto stanęło przed przecznicą, zapchaną ciężarowymi wozami.
– Proszę mi powiedzieć, czy Krzysztof jest bardzo o panią zazdrosny? – Lekko pochylił się do niej. – Czy nie wyzwie mnie na pojedynek za to, że panią emabluję130?
– Pan mnie wcale nie emabluje… – wybąkała nieśmiało.
– Owszem. Emabluję z całą premedytacją. Chcę się pani podobać. Zaraz. Janie – zwrócił się głośno do szofera – na Trzeci Most… Przejedziemy się troszkę. Dobrze?
– Jak pan sobie życzy, panie dyrektorze…
– Proszę mnie nie tytułować dyrektorem. Nie jestem w tej chwili pani zwierzchnikiem, lecz towarzyszem przejażdżki. A może pani jest głodna i bardzo śpieszy na obiad?
– Nie.
– Zatem cóż pani na to, że chcę się pani podobać?
– Pan żartuje.
– Nie, nie żartuję. Krzysztof może smalić do pani cholewki131, ten chemik może wywracać do niej oczy, dlaczego pani mnie nie może brać? Pani jest bardzo ładna i bardzo młoda. Bierze mnie pani tym wszystkim. To prawda, że nie jestem kobieciarzem, ale przecież o tyle znam się na kobietach. Proszę mi wybaczyć, że wyłożyłem to tak niezdarnie, bez kwiatków, bez bławatków, bez słodkich słówek. To nie moja specjalność. Jak pani na imię?
– Marychna… to jest Maria… – powiedziała, nie podnosząc oczu.
– Lubię to imię – Kiwnął głową. – Marychna… ładnie brzmi. Więc co pani na to, panno Marychno?
Milczała zupełnie zażenowana. Jeszcze nigdy nikt w ten sposób z nią nie rozmawiał. Przecież nie mogła mu tak z miejsca powiedzieć, że od dawna, od pierwszego spojrzenia podoba się jej znacznie więcej od Krzysztofa i od wszystkich innych mężczyzn… i teraz, chociaż miał w sposobie bycia coś chropowatego, wydał się jej jeszcze bardziej interesujący.
– Niech mi pani powie: „Jesteś, przyjacielu, zanadto obcesowy132, a to nie leży w moim guście”… Gdy to od pani usłyszę, przestanę pani dokuczać.
– Ale ja tak nie powiem – wydobyła z siebie, zapinając i odpinając torebkę.
– A jak pani powie?… Kocha się pani w Krzysztofie? – zapytał niespodziewanie.
– Dlaczego pan dyrektor pyta… ja doprawdy… – Przygryzła wargi i odwróciła głowę. Miała uczucie jakby skrzywdzonej. Wypytuje ją jak sędzia śledczy. Ona nie ma żadnego obowiązku spowiadać się mu, że jest naczelnym dyrektorem, to jeszcze nie powód, żeby miał prawo nad nią się znęcać…
Nagle poczuła jego rękę na swoich i usłyszała głos łagodny, niemal pieszczotliwy:
– Proszę nie gniewać się, proszę nie gniewać się na mnie. Wiem, że jestem szorstki, że sprawiłem pani przykrość, ale niech panna Marychna weźmie pod uwagę, że nawet ludzie tak szorstcy mogą odczuwać… zazdrość.
Podniósł jej rękę do ust i pocałował.
– No, zgoda między nami? – zapytał z uśmiechem.
Spojrzała nań. Jego szare oczy miały odcień stali, w całym pochyleniu postaci było coś pociągającego.
– Ja się wcale nie gniewam, tylko tak…
Auto zatrzymało się przed jej domem. Wyskoczył i pomógł jej wysiąść.
– Bardzo pani dziękuję za miłe towarzystwo – powiedział, całując ją w rękę – i proszę o mnie odrobinkę pamiętać. Dobrze?
– Dobrze. – Skinęła głową i wbiegła do bramy, jakby przed nim uciekała.
Zdarzenie to przejęło ją ogromnie. Przez cały wieczór nic nie robiła, tylko myślała o Pawle Dalczu i o jego zachowaniu się w samochodzie. Jakkolwiek mogła to tłumaczyć, nie ulegało wątpliwości, że wywarła na nim dodatnie wrażenie. W fabryce wszyscy mówili, że w ogóle na kobiety nie zwraca uwagi. Nie na próżno odwiózł najpierw Ottmana… Ile razy przychodził do gabinetu Krzysztofa, zawsze z nią rozmawiał i okazywał dla niej szczególne względy.
Początkowo myślała, że to przez wzgląd na Krzysztofa. Teraz jednak wiedziała, że mu się bardzo podoba. Nie wiedziała tylko, co z tego będzie, nie wiedziała, jak ma postępować w stosunku do niego, no i do Krzysztofa. W każdym razie Krzysztofowi nie wspomni ani słowem o tym wszystkim…
Zasypiając, doszła do przekonania, że los człowieka bywa dziwny i że nigdy nie wiadomo, jak się życie ułoży. Najlepiej tedy zostawić wypadki ich własnemu biegowi.
Nazajutrz po przebudzeniu się całe wczorajsze zdarzenie wydało się jej czymś fantastycznym, jakimś przygodnym kaprysem Pawła Dalcza, który na pewno już sam o nim zapomniał… Na próżno też za każdym otwarciem drzwi gabinetu odwracała głowę od maszyny. Nie przyszedł. Podczas przerwy obiadowej spotkała go na korytarzu. Rozmawiał z szefem buchalterii, lecz wcale jej nie zauważył. Był jakiś chmurny i groźny.
O trzeciej umyślnie zwlekała z wyjściem. Pod oknami stała limuzyna dyrektorska, lecz on nie wychodził.
Wróciła do domu sama, gdyż i Ottmana nie było. Czytała wiersze, nie mogąc złapać ich treści, wreszcie rozpłakała się, owinęła się w ciepły szal i tak przesie-133 fonować albo przysłać bodaj kilka słów, świadczących o tym, że pamięta. Bardzo to nieładnie z jego strony…
– Panno Marychno, herbata na stole! – rozległ się głos gospodyni.
– Już idę.
W chwili gdy poprawiała włosy, zadzwonił telefon w przedpokoju.
– Jakiś pan do pani, panno Marychno – zawołała gospodyni.
„Krzysztof!” – pomyślała Marychna. „Jak to dobrze! Może przyjdzie…”
W słuchawce jednak zabrzmiał niski, fascynujący głos Pawła Dalcza:
– Dobry wieczór, miła koleżanko. Dzwonię, by się dowiedzieć, co pani porabia?
– Ach… to pan…
– Dziwi się pani?
– Nie spodziewałam się – powiedziała tak, jakby mówiła: jakże to pięknie, że pan dzwoni.
– To źle. Zapomniała pani o mnie…
– O…
– Czy pani już po kolacji?
– Już – skłamała, sama nie wiedząc dlaczego.
– To szkoda. Bo widzi pani, ja jestem głodny, lecz nie mniej spragniony widoku pani, i tak sobie pomyślałem, że dobrze byłoby zjeść kolację razem. Hm… Nie zlituje się pani nad samotnikiem?
– Ja doprawdy nie wiem – powiedziała i dostrzegła w lustrze swoją uśmiechniętą i zaróżowioną twarz.
– Wobec tego ja muszę wiedzieć. Proszę się prędziutko ubrać, za dziesięć minut zajadę i będę trąbił na dole. Dosłyszy pani?… Zresztą i to jest zbędne. Punktualnie za dziesięć minut czekam.
Nim zdążyła coś odpowiedzieć, położył słuchawkę.
– Tra la la, tra la la – zanuciła Marychna i szybko zaczęła się przebierać.
– Herbata, panno Marychno!
– Dziękuję pani, ale muszę wyjść.
Nagle przyszło jej na myśl, że to bezczelne z jego strony tak rozporządzać się nią. Że jest dyrektorem, to jeszcze nie daje prawa. Właściwie nie powinna schodzić. Cóż on sobie wyobraża, że ledwie raczy kiwnąć palcem… Rzuciła okiem na zegarek i z pośpiechem zaczęła nakładać suknię, tę samą, projektowaną przez Krzysztofa. W tej jest najładniej.
Zbiegła na dół o kilka minut za wcześnie. Dął silny północny wiatr i jej lekkie palto zdawało się niczym. Wypatrywała wielkiej ciemnozielonej limuzyny, dlatego też nie spostrzegła zajeżdżającej taksówki. Dopiero gdy się otworzyły drzwiczki, zorientowała się, że to on.
Nie zdejmując swojej futrzanej czapki, pocałował ją w rękawiczkę i pomógł wsiąść.
– Co pan sobie o mnie pomyśli? – odezwała się, gdy wóz ruszył.
Uśmiechnął się:
– Przede wszystkim pomyślę, że pani jest zimno.
Odchylił połowę swego futra i otulił jej nogi.
– Cieplej tak?
– Ale panu będzie zimno.
– To zależy od pani.
– Ode mnie?
– No, tak. Jeżeli panna Marychna będzie dla mnie dobra i miła, to o chłodzie nie ma mowy. Ale jak można w takim lekkim paletku… Trzeba będzie coś na to zaradzić… Zjemy kolację w „Bristolu”134. Lubi pani „Bristol”?
– Nie byłam tam jeszcze nigdy.
– Mam tam mały interes do załatwienia, ale to nie zabierze wiele czasu.
Już w hallu ogarnęło ją miłe ciepło. W sali restauracyjnej było jeszcze prawie pusto. Orkiestra grała cygańskie romanse. Zajęli stolik w dalekim końcu sali.
– Przede wszystkim musimy się rozgrzać – powiedział kelnerowi. – Piekielny mróz.
– Koniaczek szanowny pan każe? Łosoś? Kawiorek?…
– Byle prędko.
– Ja nie będę jadła – odsunęła talerz Marychna – jestem już po kolacji.
– Nie nalegam, ale przecie coś pani przegryzie po koniaku!
Nigdy jeszcze nie jadła kawioru. Był świetny. Z zazdrością patrzyła na towarzysza, który bezceremonialnie połykał wielkie jego porcje. Jej nie wypadało, gdyż była już po kolacji. Wreszcie dała się namówić, gdyż wprost nie była w stanie zapanować nad apetytem, a przekąski to przecie nie jedzenie. Łosoś, śledzie w śmietanie, sałatka z drobiu, sardynki… A do tego bursztynowy, pachnący winem, a taki mocny koniak…
Krzysztof zawsze inaczej dysponował kolację. Bulion z jajkiem, jakiś indyk, melba i wino białe…
Marychnie już nieco kręciło się w głowie, gdy podano sielawy135, była jednak już niegłodna i w sam czas przypomniała sobie, że miała tylko towarzyszyć: „Gotów pomyśleć, że jestem głodomorem…”
Przy sąsiednim stoliku usiadł jakiś pan. Był grubawy, łysy i miał bardzo wyczernione wąsy. Kilka razy z zaciekawieniem zerknął ku niej, a gdy jej towarzysz spojrzał nań, wstał i ukłonił mu się z rewerencją136 i szarmanctwem137 starego aktora.
– Kto to taki? – szeptem zapytała Marychna.
Paweł Dalcz nieznacznie machnął ręką:
– Taki sobie jegomość. Właśnie do niego mam interes. No, kieliszek wina, panno Marychno.
Po chwili przeprosił ją na krótko i przesiadł się do sąsiedniego stolika. Nie czuła się tym dotknięta. Uważała za rzecz naturalną, że wielki przemysłowiec ma sprawy do załatwienia w lokalach publicznych i że interesy nie dają mu spokojnie zjeść kolacji. Takie rzeczy nieraz widywała w filmach amerykańskich.
Grubawy pan wstał na jego powitanie i zachowywał się tak, że było widoczne, że jest zależny od niego.
Mówili półgłosem, do Marychny przecie dolatywały poszczególne słowa i niektóre zdania wypowiedziane z większym naciskiem. Paweł Dalcz siedział do niej tyłem i jego głos zlewał się w niskie głębokie dudnienie. Szerokie bary, wysoki mocny kark nad nimi i pięknie zarysowana linia głowy o gładkich blond włosach nie pozwalały jej oderwać oczu. Natomiast ten z przyczernionymi wąsami wymawiał każde słowo w taki sposób, jakby je wypuszczał na świat. Ruch jego warg natrętnie przypominał Marychnie kurę znoszącą jajko.
Zaśmiała się do własnego porównania i wypiła wino. Było zimne i miało mocny zapach.
Przy sąsiednim stoliku rozmawiano widocznie o fabryce, gdyż kilkakrotnie padło tam nazwisko dyrektora Jachimowskiego, przy czym interesant robił zadowoloną minę i pstrykał palcami z widocznym ukontentowaniem. Wspomniał też o jakiejś babie, o udziałach Ganta, o jakichś wielkich kwotach dolarów, o procentach, o rejencie…
Marychnie wszystko plątało się w głowie. Wreszcie słyszała tylko głos Pawła Dalcza. Mówił takim tonem, jakby wydawał dyspozycję, potem wyjął z kieszeni grubą paczkę pieniędzy i wręczył ją pod stołem jegomościowi. Po chwili wstał i wrócił do stolika. Jego uśmiech zdawał się wyrażać zadowolenie.
– Przepraszam śliczną koleżankę za moją nieobecność – powiedział serdecznie.
– Ależ byłoby mi przykro, gdybym miała przeszkadzać…
– Gdzież te kuropatwy? – zawołał na kelnera.
Później podano deser. Dowcipkował wesoło i patrzył na nią tak, że się rumieniła, wreszcie powiedział:
– Mam dziś dobry dzień. Trzeba to uczcić szampanem.
– Udał się panu jakiś interes?
– Moje miłe stworzonko, zgadła pani, ale nie trzeba o tym mówić.
Wziął jej rękę i pogłaskał tak, jak się głaska kota.
– Lubi mnie panna Marychna chociaż troszeczkę?…
Wypity alkohol skutkował. Zrobiła się śmielsza. Przechyliła zalotnie głowę i zapytała:
– A zależy panu na tym chociaż odrobinę?
– Gdybyśmy tu byli sami – powiedział, mrużąc oczy – udowodniłbym to pani bez użycia jakiegokolwiek słowa.
– Ale nie jesteśmy sami – zaśmiała się zaczepnie.
Pochylił się do niej:
– Jeszcze nie – szepnął – a chcielibyśmy tego oboje. Prawda?
Podała się nieświadomie ku niemu i odpowiedziała:
– Tak.
– Kelner! Płacić! – zawołał.
– Już idziemy?… Tak ładnie gra orkiestra i właśnie zaczęli tańczyć…
– Chciałaby panna Marychna zatańczyć?
– Bardzo…
– Ja niestety nie umiem, ale rzecz jest do zrobienia.
Nadbiegł kelner. Paweł Dalcz rzucił mu krótko:
– Rachunek dla mnie i fordansera138 dla pani.
– W tej sekundzie, proszę pana.
Marychna skrzywiła się:
– Ale ja nie chcę tańczyć z jakimś bubkiem! Ja chciałam z panem!…
– Musi mnie pani dopiero nauczyć.
– Więc chodźmy, to wcale nietrudno – zapewniała z przekonaniem. – Chodźmy!…
– Nie – potrząsnął stanowczo głową – nie chce chyba pani, bym ja, poważny człowiek, kompromitował się publicznie swoimi niezdarstwami początkującego dansera139?… Prawda?
– Kiedy pan wcale nie jest taki starszy… A to bardzo łatwo. Mnie nigdy nikt nie uczył, a tańczę wcale nieźle od pierwszego razu…
– Kobiety co innego. Mają wrodzony talent… No, proszę.
Przed Marychną stał w ukłonie wylizany typek w smokingu, ze smutną i bezczelną gębą. Cóż miała robić… Wstała i poszła na ring140.
Tango, jak zapewniał gigolo141, było upajające. Wolałaby z Pawłem, wolałaby, podnosząc wzrok, widzieć jego szare przenikliwe oczy, które wywołują dreszcz nie wiadomo dlaczego tak obezwładniający… Od tak dawna nie tańczyła. Wprawdzie z Krzysztofem nieraz bywała na dancingu, ale on nigdy nie chciał, a gdy raz nieśmiało zauważyła, że niektóre panie tańczą z fordanserami, oburzył się i powiedział, że są to rozwydrzone dziwki, które chętnie tańczyłyby nago, gdyby nie bały się policji. I mówił, że to zły ton.
A przecież jego stryjeczny brat, taki sam wielki pan i też znający wszystkie formy, nic złego w tańczeniu pań z fordanserami nie widział, skoro nie tylko jej pozwolił, ale nawet sam zaproponował.
„Krzysztof jest świętoszkiem” – pomyślała.
– Małżonek szanownej pani nie tańczy? – zapytał gigolo.
– Co?
– Małżonek pani nie używa tańca? – powtórzył.
– Nie. Nie umie.
– Jakże wiele traci – westchnął – pani tańczy jak Sylfida142, jak Petrarka143…
– Czy rzeczywiście znajduje pan?
– O, tak. Ma pani w tańcu taką finezję, licencję144, powiedziałbym nawet fantasmagorię145. Pani jest stworzona na Melpomenę146!
Pochlebiło jej to bardzo. Bądź co bądź opinia zawodowca coś znaczy.
– Na kogo jestem stworzona? – zapytała życzliwie.
– Na Melpomenę. To była taka bogini tańca, wina i miłości, ale przeważająco tańca. Pani będzie łaskawa w lewo… o tak… Dlaczego pani tu nie bywa?… Pani nie może pojąć tęsknoty takiego tancerza, jak ja, do takiej partnerki, jak pani…
– Skończyli grać – zatrzymała się z żalem.
– O, dla nas muszą powtórzyć. Takiego szczęścia nie wyrzeknę się łatwo.
Publiczność poklaskała ospale dla dopełnienia formalności i orkiestra zaczęła grać znowu.
– Taniec to moja żywioła147 – mówił melodyjnym głosem. – Właściwie, proszę pani, jestem zaniedbanym artystą. Ale czego się nie robi dla egzystencji… Życie segreguje człowieka bez uwzględnienia.
– Życie nie jest romansem – powiedziała, by znaleźć się w tymże szlachetnym i sentymentalnym tonie konwersacji, tak pasującej do rzewnych tonów tanga.
– Pani jest bardzo subtelna i platoniczna, jak rzadko – westchnął.
Skończyli. Odprowadził ją do stolika i skłonił się wdzięcznie. Paweł kiwnął mu głową i schował do kieszeni notatnik, w którym przez cały czas coś zapisywał. Krzysztof, gdyby nawet pozwolił jej tańczyć, nie spuszczałby z niej oka. A Paweł nie jest zazdrosny… Jest taki pewny siebie, no bo zna swoją cenę…
– Jakże się tańczyło? – zapytał.
– O, świetnie. Ten gigolo doskonale prowadzi.
– Pewnie gadał pani jakieś głupstwa?
– Przeciwnie. To bardzo inteligentny człowiek… On jest nawet artystą, tylko nie wiodło się mu… Powiedział, że tańczę jak Melpomena.
– A ta dama dobrze tańczyła czy źle? – spojrzał na nią z uśmiechem.
– No przecie! Pan żartuje… Żeby źle tańczyła bogini tańca!
– Tak?… Hm… i ja tak myślę, a nie wie pani, czy ona nie udzielała czasem lekcji tańca? Miałbym wielką ochotę.
– Ach, jak to dobrze, jak to dobrze – ucieszyła się. – Więc zatańczy pan ze mną?
– Wypijmy. – Nalał jej kieliszek.
– Cudowne to wino…
– Za pomyślność naszej pierwszej lekcji!
W chwili gdy kieliszki były już puste, orkiestra zaczęła grać.
– Chodźmy – zerwała się Marychna.
– Tak, ale nie tu – wstał również.
– Więc gdzie? – zdziwiła się.
Nie odpowiedział. W szatni podano mu futro. Przed hotelem stał długi szereg aut.
Wsiedli do taksówki.
– Ujazdowska – powiedział szoferowi.
– Czy to też restauracja? – zapytała.
– Nie. Pojedziemy do mnie. Mam doskonały gramofon, przy którym świetnie się tańczy.
Marychnie kręciło się w głowie i była nie bardzo przytomna. Pomimo to przestraszyła się:
– Nie, ja nie chcę… ja nie chcę…
– Ależ dlaczego?… Boi się mnie Marychna?…
– Nie, nie, to nie wypada. Tak nie można. Co sobie pomyślą…
– Nikt nic nie pomyśli, bo nikt nas nie zobaczy.
– Kiedy to źle, ja się wstydzę…
Wziął ją za rękę i powiedział prawie surowo:
– Krzysztofa nie wstydzi się pani. Proszę lepiej być szczerą i powiedzieć, że nie podobam się pani. No?
– Pan się na mnie gniewa – skrzywiła się jak do płaczu… – a ja… a mnie… tu tak zimno…
Bez słowa objął ją, przytulił do siebie, przechylił jej głowę i wpił się w usta.
Zrobiła krótki gest obrony, lecz już w sekundę później przywarła doń z całej siły. Nie wyobrażała sobie, by pocałunek mógł być aż tak rozkoszny. Traciła oddech… Jakże inaczej całował Krzysztof… Tamten zdawał się zawsze smakować, a ten brał ją, wchłaniał…
Drżały jej kolana, gdy wchodziła po szerokich marmurowych schodach. Na pierwszym piętrze otworzył drzwi i przepuścił ją przed sobą.
Amfilada148 ogromnych pokojów rozjarzyła się światłem. Bardzo wysokie sufity, lśniące posadzki pokryte dywanami, złociste portiery149, wspaniałe meble… wprost nie wyobrażała sobie takiego przepychu w życiu… Tylko w kinie, w pałacach milionerów widuje się coś podobnego.
Szła na palcach jak w kościele albo w muzeum.
Od dziecinnych lat dyrektor fabryki był dla niej, tak samo jak i dla całej jej rodziny, istotą nieosiągalną, wszechwładną, nieomal nadprzyrodzoną. Nie tylko trzymał w ręku byt ich domu, nie tylko był Olimpem, na który zaledwie wolno podnosić oczy, lecz otoczony był nimbem150 przypowieści, anegdot pełnych podziwu, z pietyzmem151 przechowywanych powiedzonek, z których każde niezwykłą miało wartość dlatego, że padło z ust któregoś z Dalczów.
Nigdy jednak poczucie tego dystansu nie wyraziło się tak sugestywnie, jak teraz, gdy znalazła się w tym mieszkaniu.
Paweł zdjął z niej palto i puścił gramofon. Był ten sam, co i przed chwilą w aucie, a jednak zdawał się być zupełnie kimś innym, przy kim ona nic nie znaczyła, przy kim nikła.
– No, mój uroczy gościu, nad czym tak myślisz?
– Tak… nic…
– Przystępujemy do edukacji niedźwiedzia w tańcu. Czy może niedźwiedź służyć?…
Uśmiechnęła się nieszczerze:
– Ja już pójdę, panie dyrektorze…
– Jak mnie pani nazywa! – oburzył się.
– Przepraszam, ale tak mi się kręci w głowie… ja już…
– Nie żartujmy. Lekcji nie daruję. Służę.
Pociągnął ją, otoczył mocno ramieniem i zaczęli tańczyć.
Po kilku dopiero okrążeniach pokoju zorientowała się, że on tańczy świetnie i że tak jej dobrze.
Płyta się skończyła i gramofon sam się wyłączył. Paweł usiadł na szerokiej tachcie152 i posadził ją przy sobie.
– Ależ pan doskonale tańczy – powiedziała, przecierając skronie, w których huczało.
– Jestem pojętnym uczniem?
– Już pewno bardzo późno – zerwała się.
Przytrzymał ją i posadził sobie na kolanach:
– Chodź tu. Jesteś diabelnie apetyczna… Taka świeżość bije od ciebie…
Nie broniła się.
– Dlaczego chciałaś wyjść? – mówił zdyszany. – Przecie nie będziesz mi kłamała, że mnie nie pragniesz… że nie chcesz być moją…
Nagle wstał, podniósł ją na rękach wysoko i zaniósł do sypialni. Było tu prawie ciemno. Tylko przy wielkim łóżku paliła się nikła różowa lampka.
Nie umiała, nie miała odwagi oponować. Nie widziała go, czuła tylko na sobie jego bezlitosny wzrok, męczące, uparte patrzenie szarych, zimnych oczu. W pokoju było bardzo ciepło, lecz pomimo to trzęsła się jak w febrze, a jej skóra ściągnęła się i stała się chropowata.
Chciała zapłakać, chciała zawołać, że się boi, lecz zęby szczękały, a z krtani nie mógł wydobyć się ani jeden dźwięk. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co się z nią dzieje.
Dreszczem przeszedł po niej chłodny dotyk pościeli i tuż potem gorący dotyk jego dłoni na ramieniu.
– Co ci jest, dziecko, czego się boisz? – usłyszała wypowiedziane prawie pieszczotliwym głosem tuż przy uchu.
To ją oprzytomniło. Odruchowo przywarła doń całym ciałem, oplotła go mocno rękami, jakby w nim szukając obrony przed nim samym… Jej nagie ramię oblewał jego gorący oddech, coraz szybszy, niemal świszczący. Pulsy waliły w skroniach, głowę ogarnął niepojęty zawrót, w piersiach wezbrała fala krwi… ciało wygięło się i wyprężyło w gniotącym uścisku…
Ostry, przeszywający ból przeniknął ją całą. Krzyknęła i bezwładnie opadła na poduszki.
Teraz ukryła twarz w poduszce i zaczęła płakać.
Nie mogła jeszcze zebrać myśli, ale zdawała sobie sprawę z tego, że stało się w jej życiu coś ważnego, coś decydującego, czego przecież nie żałowała, a co napełniało ją jakimś nieuzasadnionym smutkiem… Została jego kochanką, zdradziła Krzysztofa. Tak odpłaciła mu jego dobroć, jego delikatność… Postąpiła podle, ale to tylko wina samego Krzysztofa… Dlaczego utrzymywał ją w wiecznej niepewności, dlaczego okrywał się zawsze przed nią tajemniczością… Nie będzie mogła spojrzeć mu w oczy, ale sam sobie winien....
Nie odwróciła głowy, chociaż słyszała, że Paweł wstał i zapalił papierosa. Wstydziła się.
– Wytłumacz mi – odezwał się – co to ma znaczyć?
Nie zrozumiała, o co mu chodzi, i mocniej przywarła do poduszki.
– Marychno, co to ma znaczyć? – powtórzył. – Przecie wszyscy twierdzili, że jesteś kochanką Krzysztofa?…
– To nieprawda – powiedziała cicho.
Zaśmiał się:
– No, teraz nie potrzebujesz mnie o tym przekonywać. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej… Bywał przecie u ciebie, i to często. Czasami do późnej nocy. Takie rzeczy nie dają się ukryć. Wszyscy widzieli, że gapił się w ciebie jak sroka w gnat i przewracał oczy. Więc cóż u licha?
