Kitabı oku: «Chłopi», sayfa 21

Yazı tipi:

Ocknęła, gdy się nieszpory skończyły i umilkły organy, cisza ją zbudziła z tego sennego rozmarzenia, z żalem się podniosła i wychodziła z drugimi, ale przed kościołem znowu się spotkała z Hanką, która przystanęła na wprost, jakby chciała co rzec, ale ino spojrzała nienawistnie i poszła.

– Wytrzeszcza ślepie i myśli, że mnie tym nastraszy, głupia – pomyślała Jagna wróciwszy do domu.

Wieczór też już był zapadł, wieczór cichy, omdlały jakiś, świąteczny; mroczno było na świecie, światłości gwiezdne pomdlały w mętnym niebie, że ino gdzieniegdzie tryskał promień jaki, śnieg prószył, opadał z wolna, bez szelestu, migotał za szybami i snuł się nieskończonym, klaczastym przędziwem.

W izbie było cicho również i nieco sennie, przyszedł Szymek zaraz z wieczora niby w odwiedziny, a głównie, by się z Nastką spotkać, siedzieli też w podle i ciche wiedli rozmowy. Boryny jeszcze nie było. Jagustynka siedziała przed kominem obierając ziemniaki, a po drugiej stronie Pietrek przegrywał z cicha na skrzypicy, ale tak jakoś żałośliwie, że Łapa czasami skomlał i wył przeciągle. Witek też tam siedział z Józką, aż Jagna, którą rozbierało to granie, krzyknęła przez drzwi:

– Przestań, Pietrek, a to się aż na płacz zbiera z tej muzyki!

– Ja to bym spała najlepiej przy graniu – zaśmiała się Jagustynka.

Ale skrzypki ucichły, dopiero po czasie jakimś ozwały się cichutką, ledwie dosłyszaną nutą zza stajni, bo tam się przeniósł Pietrek i długo w noc grał. Kolacja się też dogotowywała, gdy powrócił stary.

– A to wójtowa zległa191, rwetes tam niemały, aż Dominikowa przepędza ludzi, tyla się naszło. Trzeba by ci, Jaguś, zajrzeć do niej jutro.

– A zaraz polecę, zaraz! – zawołała skwapliwie, a w ogniach cała.

– Możesz i zaraz, pójdę z tobą.

– E… to już jutro może… powiadacie, że tyla tam narodu, wolę po dniu, śnieg pada, ćma!… – tłumaczyła zniechęcona nagle, a on i na to się zgodził i nie nastawał, ile że i weszła akuratnie kowalowa z dziećmi.

– A gdzież to twój ?

– Zepsuła się młockarnia we Woli, to go pozwali, bo dworski kowal nie umie sobie poradzić…

– Coś często teraz jeździ do dworu! – rzuciła znacząco Jagustynka.

– Przeszkadza to wama192?

– Co by zaś, uważam ino, miarkuję i czekam, co z tego wyjdzie…

Ale na tym się skończyło, bo nikomu nie chciało się wieść głośniej rozmowy la193 drugich, każdy pogadywał z cicha i leniwie, senność ogarniała wszystkich bez mała z wczorajszego niewywczasowania, że nawet kolację jedli bez smaku, a ino ten i ów z podziwem spoglądał na Jagusię, która gorączkowo uwijała się po izbie, zapraszała do jadła, choć już łyżki pokładli, buchała ni z tego, ni z owego śmiechem, to znowu przysiadała się do dziewczyn i rajcowała trzy po trzy, a nie dokończywszy leciała na drugą stronę, ale już z sieni nawracała z powrotem. Była w gorączce męczącej, bo pełnej obaw i niepokojów. Wieczór włókł się wolno, ociężale, sennie, a w niej rosła i wzmagała się nieustępliwie chęć wybieżenia za dom… do brogu194… Ale nie mogła się zdecydować, bała się, że spostrzegą… bała się grzechu… powstrzymywała się całą mocą i dygotała z męki, skowyczała w niej dusza, jak ten pies na łańcuchu, rwało się serce… nie, nie mogła, nie mogła… a on może już tam stoi… czeka… wypatruje… może koło chałupy błądzi… może gdzie w sadzie przyczajony w okna zagląda i patrzy teraz na nią… i prosi… i truchleje z żałości, że nie wyszła… Poleci chyba, nie wytrzyma dłużej… ino na tę minutkę, na to jedno słowo, by mu rzec: idź, nie wyjdę, grzech… Już się za zapaską oglądała, już szła ku drzwiom… szła… ale cosik jakby ją ułapiło za kark i przytrzymało na miejscu… bała się… i Jagustynki oczy chodziły za nią w ślad, jak te psy tropiące, Nastka też dziwnie spoglądała… stary również… Wiedzą co?… miarkują?… Nie, nie wyjdę dzisiaj, nie…

Zmogła się wreszcie, ale czuła się tak zmordowaną, że ani wiedziała, co się dzieje dokoła. Przecknęła dopiero, gdy Łapa zaczął szczekać przed domem; w izbie było prawie pusto, jedna Jagustynka drzemała pod kominem, a stary patrzał w okno, bo pies szczekał coraz zajadlej.

– Pewnie Antek, nie doczekał się i… – porwała się zestraszona.

Ale to stary Kłąb stanął we drzwiach, a za nim wchodzili wolno, otrzepując się i obijając o próg buty ze śniegu – Winciorek, kulawy Grzela, Michał Caban, Franek Bylica, brat Hanczynego ojca, Walenty z krzywą gębą i Józek Wachnik…

Dziwował się tej procesji Boryna, ale juści, że pary z gęby nie puścił, na pozdrowienia odpowiadał, rękę podawał, siedzieć zapraszał, ławki podsuwał i tabaką częstował…

Usadzili się rzędem, tabakę ochotnie zażywali, ten kichnął, ów nos ucierał, tamten zaś oczy, bo tabaka była krzepka, jenszy rozglądał się po izbie, któren znów to jakie słowo rzucił, drugi zaś rozważnie i z namysłem odrzekał – tamten o śniegach prawił, kto z turbacjami wyjeżdżał, kto ino wzdychał a kiwaniem przytwierdzał – a wszystkie razem mądre dyskursa wiedli i z wolna prowadzili do tego, z czym przyszli…

Boryna się kręcił na ławie, w oczy im patrzał, za języki pociągał i z różnych stron zabiegał.

Nie dali się jednak wywieść; siedzieli w rząd, siwi wszyscy, wyschli, wygoleni, równiaki latami, czerstwi jeszcze, choć już starością i pracą przygięci do ziemi, niby te głazy polne omszali; surowi, kwardzi, nieprzystępni a mądrale, to się strzegli wymówić przed czasem i kołowali po miedzach sprawy, jako te zmyślne psy owczarskie, kiedy chcą owce zagnać we wrota.

Aż w końcu Kłąb odchrząknął, splunął i rzekł uroczyście:

– Co tu marudzić i zwlekać; przyślim się dowiedzieć, czy trzymacie z nami?…

– Bez was stanowić nie możem…

– Boć pierwszym we wsi jesteście.

– A rozumu też wam Pan Jezus nie poskąpił.

– I choć przez195 urzędu, a gromadzie przewodzicie…

– Kużden się na was ogląda.

– Ile że o wszystkich krzywdę chodzi.

Powiedział każdy swoje, a przypochlebnie, że Boryna poczerwieniał, ręce rozłożył i zawołał:

– Ludzie kochane, kiej nie miarkuję, z czym przychodzicie?

– A wedle naszego lasu, mają go rąbać po Trzech Królach!

– Przeciech już na tartaku rzną jakieś drzewo.

– Rzną żydowskie z Rudki, nie wiecie to?

– Nie wiedziałem, czasu nie ma chodzić pomiędzy ludźmi i przepytywać…

– A samiście najpierwsi pomstowali na dziedzica…

– Bom myślał, że nasze poręby sprzedał…

– A czyjeż to sprzedał, czyje? – zakrzyczał Caban.

– Juści, że na przykupnym.

– Sprzedał i na przykupnym, ale sprzedał i na Wilczych Dołach i ma ciąć…

– Bez naszego przyzwoleństwa ciął nie będzie.

– Juści, drzewo już wycechowali, las rozmierzyli i po Trzech Królach rąbać zaczną.

– Kiedy tak, trzeba jechać ze skargą do komisarza – rzekł Boryna po namyśle.

– Od zasiewów do żniw nie każdy będzie żyw! – mruknął Caban.

– A jak kto na śmierć chory, na nic mu i dochtory! – dodał Walenty z krzywą gębą.

– Skarga tyle sprawi, że nim urząd zjedzie i zabroni, to już i pniaków nie ostanie po naszym lesie, a jak to było w Dębicy, baczycie?

– Z dworem to jak z wilkiem, niech ino jedną owcę spróbuje, wnet całe stado wybierze.

– Nie trza dać, by się znarowił!

– Rzekliście mądre słowo, Macieju; jutro po kościele mają się gospodarze zabrać u mnie, by cosik postanowiła gromada, tośwa przyszli waju196 zaprosić na naradę.

– Wszystkie przyjdą?…

– Wszystkie, a zaraz po kościele…

– Jutro… Cóż, kiej koniecznie muszę jutro jechać do Woli, prawdę mówię, dzielą się tam gospodarką krewniaki, a swarzą i procesują, obiecałem się rozsądzić, by się sierotom krzywda nie stała, jechać muszę, ale co postanowicie, to tak wezmę, jakbym uradzał społem.

Wyszli markotni nieco, bo chociaż wszystkiemu przytwierdzał i zgadzał się na wszystko, co mówili, dobrze poczuli, że z nimi szczerze nie trzyma.

– Hale, uradzajcie sobie, ale beze mnie! – myślał – wójt ni młynarz, ni co pierwsi nie pójdą z wami! Niech się dwór dowie, że nie nastaję na niego, prędzej zapłaci za krowę… i będzie się chciał godzić z osobna… Głupie!… do ostatniego chojaka pozwolić mu ciąć… a potem dopiero w krzyk, do sądów, areszt położyć, przycisnąć – dałby więcej niźli zgodą. Niech se radzą, poczekam na boku, nie pilno mi, nie!…

Dom już cały legł spać, a Maciej siedział, kredą na ławce pisał, liczył i długo w noc deliberował.

Nazajutrz zaraz po śniadaniu nakazał parobkowi rychtować sanie.

– Jakom wczoraj powiedział, pojadę do Woli, pilnuj tu domu, Jaguś, a jakby się kto dowiadywał, rozgłaszaj, że musiałem jechać, i do wójtowej zajrzyj.

– Późno to wrócicie? – pytała z przyczajoną w sercu radością.

– Na odwieczerzu, a może i później.

Przyodziewał się świątecznie, a ona znosiła mu z komory ubrania, wiązała wstążkę u koszuli pod szyją, pomagała we wszystkim i z gorączkową niecierpliwością przynaglała Pietrka, by prędzej konie zakładał, trzęsła się cała, nie mogła ustać na miejscu, radość w niej krzyczała, radość, że pojedzie na cały dzień, późno wróci, może dopiero w nocy, a ona zostanie sama i o zmroku – o zmroku wyjdzie za bróg… Wyjdzie! Hej! Rwała się już jej dusza do wylotu, śmiały się oczy, wyciągały ręce, prężyła pierś i ognie błyskawicami upalnymi chodziły po niej i słodką męką oblewały… Ale z nagła, niespodziewanie chwycił ją dziwny lęk i ścisnął za serce, że zmilkła, przycichła w sobie i jak błędna patrzyła za Boryną, gdy się okręcił w pas, nadział czapę i wydawał jakieś przykazania Witkowi.

– Weźcie mnie ze sobą! – szepnęła cicho.

– Hale. Któż w chałupie ostanie? – zdziwił się mocno.

– Weźcie mnie, święty Szczepan dzisiaj, roboty wiele nie ma, weźcie mnie, tak mi się markoci, weźcie! – prosiła tak gorąco, że chociaż się dziwował, ale się nie oparł i przyzwolił.

W parę chwil już była gotowa i ruszyli zaraz sprzed domu ostro z kopyta, aż sanie zamietły.

VI

– Myślałech, żeś gdzie w śniegach uwięzła – szepnął przekąśliwie.

– Hale, można to przyspieszyć na taką wieję, po omacku szłam całkiem, bo tak ciepie śniegiem, że oczów nie można ozewrzeć, a takie zaspy na drogach, taki mąt, że i na dwa kroki nic nie rozezna przed się.

– Matka w chałupie?

– A juści, gdzie by ta szli na taki psi czas; rano byli u Kozłów, ale z Magdą jest krucho, na księżą oborę patrzy, to i nic poradzić nie poradzili – opowiadała Jagna otrzepując się ze śniegu.

– Cóż tam na wsi? – zagadnął naśmieszliwie.

– Idźcie pytać, to wiedzieć będziecie, po nowinki nie latałam!

– Dziedzic przejechał, nie wiesz to?

– Psu wytrzymać trudno na takiej wiejbie, a dziedzicowi by się tam chciało…

– Kogo mus pędzi, ten i na zakurki patrzał nie będzie…

– Pewnie, jak komu mus… – uśmiechnęła się wątpiąco.

– Sam się obiecał, nikto go nie prosił – powiedział Boryna surowo, odłożył ośnik, wstał z kobylicy i podszedł do okna wyjrzeć, ale na świecie była taka kurzawa, tak kotłowało, że ni płotów, ni drzewin widać nie było.

– Widzi mi się, że śnieg już nie sypie – powiedział łagodniej.

– A nie, kręci ino, rwie, zamiata i tak kurzy, tak ciepie, że drogi nie rozezna – rzekła Jagna, rozgrzała ręce i wzięła się do motania nici z wrzecion na motowidło, stary zaś powrócił do roboty, ale coraz niecierpliwiej spoglądał w okno i nasłuchiwał.

– Gdzie to Józka? – spytał po chwili.

– Pewnikiem u Nastki, cięgiem tam przesiaduje.

– Lofer dzieucha, że tego pacierza w chałupie nie usiedzi.

– A bo jej się cni, powiada.

– Ale, zabawy se będzie szukała.

– Tak powiada, by ino się od roboty wykręcić.

– Nie możesz to przykazać?

– Juści, raz to mówiłam abo dwa, pysk na mnie wywarła jak na tego psa, jak wy jej nie przykrócicie, to ona ma gdzieś moje przykazy.

Ale stary puścił mimo uszów te skargi, bo coraz niecierpliwiej nasłuchiwał, cóż kiej żaden głos ludzki nie dochodził ze dworu, wichura ino wyła, przewalała sie po świecie, biła niby barami w ściany, aż dom trzeszczał i pojękiwał.

– Pójdziecie to? – spytała cicho.

Nie odrzekł, bo dosłyszał otwieranie drzwi do sieni, jakoż w tej chwili wpadł zziajany Witek i krzyknął z progu:

– Dziedzic już przejechał!

– Dawno? Przywieraj drzwi prędko.

– A dyć jeszcze słychać brzękadła!

– Sam jechał?

– Kiej takie zakurki, żem ino konie rozeznał.

– Bieżyj w ten mig i dowiedz się, gdzie stanął!

– Pójdziecie do niego? – zapytała cicho, z tchem przytajonym.

– Poczekam, aż zawołają mnie, napraszał się nie będę, ale beze mnie przeciech nic nie uradzą…

Umilkli oboje, Jagna motała licząc nici i przewiązując je w pasma, a stary, że mu robota leciała z rąk z niecierpliwości, rzucił wszystko i zaczął się przybierać do wyjścia, nim jednak skończył, przyleciał Witek.

– Dziedzic siedzą u młynarza w izbie ode drogi, a konie stoją w podwórzu.

– Cóżeś się tak utytłał?

– A bo mię wiater przewrócił w zaspę…

– Pewnie, dobrześ się musiał z chłopakami za łby po śniegu wodzić!…

– Wiater mię obalił…

– Drzyj obleczenie197, drzyj, jak cię, jucho, rzemieniem pogrzeję, to zapamiętasz.

– Kiej prawdę mówię… tak wieje, tak ciepie, że ustoić trudno…

– Puść komin, w nocy się dość wygrzejesz, powiedz Pietrkowi, niech się do młocki weźmie, pomóż mu, nie ganiaj po wsi jak ten psiak z wywieszonym ozorem.

– Idę, ino jeszcze drewek przyniesę, bo gospodyni kazała… – szeptał żałośnie i markotnie, że nie mógł opowiadać, co widział na wsi, zakręcił się po izbie, gwizdnął na Łapę, ale pies zwinął się w kłębek i ani chciał słuchać, więc sam poszedł, Boryna zaś, ubrany do wyjścia, łaził z kąta w kąt, poprawiał w kominie, zachodził do stodoły, to oknem wyglądał, to przed dom wychodził i coraz niecierpliwiej czekał, ale nikt po niego nie przychodził.

– Może zapomnieli… – zauważyła Jaguś.

– Jakże, o mnie by zapomnieli…

– Bo wy kowalowi wierzycie, a on cygan najpierwszy…

– Głupiaś, nie powiadaj, na czym się nie rozumiesz…

Zamilkła obrażona, próżno zagadywał łagodnymi słowy, aż w końcu sam się zeźlił, nadział czapę i z trzaskim poszedł.

Jaguś narządziła kądziel, przysiadła się pod okno i przędła spoglądając od czasu do czasu w śnieżycę, srożącą się za oknem.

Wiatr huczał przeraźliwie, śnieżne tumany kłębami jak domy abo jak te drzewa wielgachne, rozstrzępione taczały się po świecie i raz po raz biły w chałupę, aż wszystko w izbie dygotało, szczękały miski poustawiane w szafce i kolebały się u pułapu opłatkowe światy. Zimno przejmujące, wiejne tak ciągnęło od okien i drzwi, że Łapa wciąż szukał cieplejszego legowiska, a Jagna przyokryła się w zapaskę.

Witek wsunął się cicho i rzekł nieśmiało:

– Gospodyni!

– Czego?

– Wiecie, a to dziedzic w ogiery przyjechał. Cuganty kiej hamany, kare całkiem, w siatkach czerwonych, z piórami na łbach, a brzękadła na pasach to łyśnią się od złota kiej te obrazy w kościele! A jak szły, to niczym ten wiater!

– Nie dziwota, dworskie przecież, nie chłopskie!

– Jezus, jeszczem takich smoków nie widział!

– Jeszcze by, nic nie robią i na czystym owsie stoją!

– Pewnie, że tak, ale żeby naszą źrebicę wypaść, ogon jej obciąć, grzywę zapleść i sprząc z wójtową siwką, to by tak samo rwały, co? gospodyni…

Pies się zerwał nagle, nastroszył i zaczął szczekać.

– Wyjrzyj no, ktosik jest w ganku.

Ale nim zdążył, jakiś obwalony śniegiem człowiek stanął w progu, pochwalił Boga, otrzepywał czapkę o buty i rozglądał się po izbie.

– Pozwólcie się ogrzać i wytchnąć nieco! – rzekł prosząco.

– Siadajcie, Witek, przyrzuć na ogień – zarządziła zmieszana.

Nieznajomy siadł przed kominem, ogrzał się nieco i zapalił fajkę.

– Borynowy to dom, Macieja Boryny? – zagadnął odczytując z papierka.

– Juści, Borynowy – przytwierdziła ze strachem, bo się jej uwidziało, że to jakiś z urzędu.

– Ojciec w domu?

– Mój198 poszli na wieś.

– Poczekam, pozwólcie, że posiedzę przed ogniem, przemarzłem.

– A siedźcie, przeciech ławki ni ognia nie ubędzie.

Nieznajomy zdjął kożuch, ale snadź zimno mu było, bo wstrząsał się cały, zacierał ręce i coraz bliżej przysuwał się do ognia.

– Ciężka zima latoś – szepnął.

– Pewnie, że nie letka. A może mleka zgotować na rozgrzewkę?

– Dziękuję, gdybyście mieli herbatę!…

– Była ci, była, jeszcze jesienią, kiej mój chorzał na brzucho, przywiezłam z miasta, ale wyszła, a nie wiem, u kogo by na wsi znalazł…

– A dobrodziej199 pono cięgiem arbatę piją – wtrącił Witek.

– Hale, polecisz to do niego pożyczać, co?

– Nie potrzeba, nie, herbatę mam ze sobą, zagotujcie mi tylko wody…

– Wrzątku niby!

Przystawiła garnczek z wodą do ognia i siadła z powrotem do kądzieli, ale nie przędła, tyla co czasem furknęta wrzecionem dla niepoznaki i spozierała na niego pilnie, pełna głuchego niepokoju i ciekawości: co za jeden, czego chce, może z urzędu, po jakim spisie, bo cięgiem zaglądał do książeczki?… Ubiór też miał prawie pański, szary z zielonym, jaki to noszą strzelcy dworscy! a to znowu kożuch chłopski i czapkę też! Cudak ci jakiś abo ten obieżyświat! A może i co drugie! Rozmyślała porozumiewając się oczami z Witkiem, któren niby podkładał na ogień, a głównie rozglądał nieznajomego i mocno się dziwował, że ten cmoknął na Łapę.

– Ugryzie, pies zły! – szepnął mimo woli.

– Nie bój się, mnie psy nie gryzą – uśmiechnął się dziwnie i gładził tulący mu się do kolan psi łeb.

Przyszła wkrótce Józka, a za nią zaraz zajrzała Wawrzonowa, to któryś z sąsiadów, bo się już było rozniesło w sąsiedztwie, że jakiś obcy siedzi u Borynów.

A on wciąż się nagrzewał nie bacząc na ludzi ni ich szepty i uwagi, dopiero gdy się woda zagotowała, wydobył z jakiegoś papierka herbatę, zasypał, sam sobie wziął z półki biały garnuszek, nalał wrzątku i przegryzając kawałkiem cukru, popijał i chodził po izbie, a przyglądał się obrazom, sprzętom, to stawał na środku i tak przenikliwie spoglądał w oczy, że ludziom miętko robiło się w dołku.

– Kto to lepił? – wskazał na światy wiszące u sufitu.

– To ja! – pisknęła rozczerwieniona Józka.

Chodził znowu długo, a Łapa krok w krok za nim.

– Kto tak wymalował? – zawołał zdumiony przystając przed wycinkami, jakie były nalepione na ramach obrazów, a gdzieniegdzie i wprost na ścianie.

– Kiej to nie malowane, ino wystrzyżone z papierów!

– Nie może być! – wykrzyknął.

– Samam strzygła, to juści, wiem!

– I samiście to wymyślili, co?

– Sama, a dyć każde dziecko we wsi to potrafi.

Umilkł znowu, nalał sobie drugi raz herbaty, usiadł przed kominem i z dobre parę pacierzy nie rzekł ani słowa. Ludzie się porozchodzili, bo wieczór nadchodził i zamieć się uciszała, że ino czasami zrywał się jeszcze ostry wicher, zakręcał, mącił i bił w chałupy, ale coraz rzadziej i słabiej się trzepotał, niby ten ptak wyzbyty z sił dalekim lotem.

Jagna też w końcu odstawiła kądziel i wzięła się do wieczorowych obrządków.

– Służył u was Jakub Socha? – zagadnął nieznajomy.

– Niby Kuba! Juści, że służył, ale się pomarło chudziakowi jeszcze na jesieni.

– Mówił mi ksiądz o tym. Mój Boże, szukałem go od lata po wszystkich wsiach okólnych i znalazłem po śmierci…

– Naszego Kuby szukaliśta? – zawołał Witek wzruszony.

– A to pan muszą być dziedzicowym bratem z Woli?

– Skądże mnie znacie?

– Powiedali nieraz ludzie, że dziedzicowy brat wrócił z dalekich krajów i szuka po wsiach jakiegoś Kuby, ale nikto nie miarkował którego.

– Sochy, dopiero dzisiaj się dowiedziałem, że służył u was i że umarł.

– Postrzelili go, krew go uszła i pomarł, pomarł! – wołał Witek przez łzy.

– Długo był u was?

– A zawżdy, jak ino pamięcią sięgnę, to zawżdy służył u Borynów.

– Poczciwy był podobno? – pytał nieśmiało.

– I jak jeszcze, cała wieś może przyświadczyć, wszyscy, nawet dobrodziej płakali na pochówku i nic nie wzięli za nabożeństwo.

– A mnie pacierza uczył i strzylać uczył, i kiej rodzony ociec opiekę trzymał nade mną! I po dziesiątku czasem dawał i… – wybuchnął płaczem na przypomnienie.

– A pobożny był, cichy, pracowity parobek, że nieraz dobrodziej sam go chwalił…

– Na waszym cmentarzu pochowany?

– Zaśby indziej?

– Ja wiem gdzie, pokażę. Jambroży mu krzyż postawił, a Rocho wypisał na deseczce wszystko, że choć zawiane śniegiem, trafię i doprowadzę! – zawołał Witek.

– A to zaraz pójdźmy, aby przed nocą zdążyć.

Nieznajomy odział się w kożuch i przez długą chwilę stał na środku izby, gdzieś przed się zapatrzony. Stary już był, przygarbiony nieco, siwy, suchy jak wiór; twarz miał poradloną i ziemistą, dziurę w prawym policzku, stary ślad od kuli, a czerwoną, długą krychę nad okiem, nos długi, krzaczastą, rzadką bródkę i ciemne oczy, głęboko wpadnięte i jarzące mocno; fajki z zębów nie popuszczał ani na chwilę i cięgiem ją zapalał. Poruszył się wreszcie i chciał jakieś pieniądze dać Jagusi, ale cofnęła ręce za siebie i poczerwieniała.

– Weźcie, za darmo nic na świecie nie dają…

– Hale, we świecie może taka moda. Żyd to jestem albo ten handlarz, co za wodę i ogień każe sobie płacić! – szepnęła obrażona.

– Bóg wam zapłać za gościnność! Powiedzcie waszemu, że był Jacek z Woli. Przypomni mnie sobie, zajrzę tu jeszcze do was kiedy, teraz mi pilno, bo noc nadchodzi; zostajcie z Bogiem.

– Panu Bogu oddajem!

Chciała go pocałować w rękę, ale wyrwał się i żwawo ruszył z chałupy.

Na ziemię sypał się pierwszy, ledwie dojrzany mrok, wicher ustał, jeno z zasp, co groblami leżały w poprzek drogi, kurzył suchy, miałki śnieg, kieby kto pytle wytrzepywał z mąki, ale ino dołem szła mątwa i kurniawa, bo górą już było przycichło, że domy i sady wychyliły się na jaśnie i stały widne w omdlałym, sinawym tumanie mroczenia.

A wieś jakby przecknęła z odrętwienia, zaroiły się drogi, zawrzały glosami opłotki, gdzieniegdzie brali się do odwalania śniegów sprzed chałup, rąbali w stawie przeręble, nosili wodę, wywierali wrótnie do stodół, że bicie cepów donośniej rozlegało się po drogach, gdzieniegdzie już i sanie z trudem torowały sobie drogę, nawet wrony pokazały się w obejściach, co było niechybnym znakiem, że szło na odmianę.

Pan Jacek rozglądał się ciekawie dokoła, czasem pytał o ludzi spotykanych, to o chałupy, a szedł tak raźno, że Witek ledwie nadążył, ino Łapa biegł przodem i wyszczekiwał radośnie.

Przed kościołem piętrzyły się tak srogie zaspy, że całkiem ogrodzenie przywaliły i prawie po gałęzie drzew sięgały, i musieli obchodzić drugą stroną pobok plebanii, naprzeciw której cała hurma chłopaków ganiała się z wrzaskiem i biła śniegiem, a że Łapa szczekał na nich, chycił go któryś za grzbiet i rzucił w puszystą, dymiącą jeszcze zaspę. Witek skoczył na ratunek, ale i jemu dostało się niezgorzej pecynami, że ledwie się wygramolił, coś niecoś oddał i poleciał chybcikiem, bo pan Jacek nie czekał.

Ledwie się przekopali na cmentarz, a i tam śniegu było na dobrego chłopa, tyla że ino ramiona krzyżów czerniały się nad groblami i garbami śniegów; miejsce zaś było nieco otwarte, to wiatr jeszcze przeciągał czasami i kurzawa raz po raz przysłaniała wszystko mgławicą, że ino drzewa nagie targały się w niej i majaczyły pniami. Pola zaś naokół zasnute były bielmem, oślepłe zgoła i sine mrocznością, że nic nie rozeznał ni drzew, ni kamionek, ni borów – jeno tuż za smętarzem, na dróżce zasypanej ciągnęło kilkanaścioro ludzi, ciężko obrzemienionych i przygiętych do ziemi, kurzawa ich przysłaniała co trochę, że przepadali całkiem, ale gdy się przyciszyło, coraz bliżej czerwieniały wełniaki kobiet i widni byli pojedynczo.

– Co to za ludzie, z jarmarku wracają?

– Hale, komorniki, po drzewo chodzili do lasu.

– I na plecach je noszą?

– A juści, koni nie mają, to muszą na plecach dygować.

– Dużo takich we wsi?

– Przeciech niemało. Ino gospodarze mają gronta, a insze na komornym siedzą i na wyrobki chodzą abo do służby się godzą.

– I często po drzewo chodzą, co?

– A raz w tydzień dwór pozwala każdemu przychodzić z kulką, bo co se suszu obłamie a zbierze w płachtę i udźwignie, to jego, ino gospodarze mają prawo z wozem jeździć i z siekierą do lasu… Myśwa z Kubą jeździli cięgiem i nie raz jeden z dobrą duszą we wozie wracalim… bo Kuba umieli tak ściąć jakiego grabka i schować pod gałęzie, że ani borowy poznał! – zawołał z dumą.

– Długo Kuba chorował? Opowiedz wszystko.

Juści, że Witek prosić się nie dał i opowiedział, co ino wiedział. Pan Jacek przerywał mu pytaniami, przystawał aż z gorącości, rozkładał ręce, cosik w głos wołał, ale chłopak nie wymiarkował, o co mu szło i dlaczego się tak dziwował, bo po prawdzie nie baczył dobrze, strach go zdziebko przejmował, że to już mroczało i cały smętarz jakoby się w śmiertelne gzło200 przyodziewał i różnymi głosami gadał, więc biegł przodem i zestrachanymi oczami wypatrywał Kubowego krzyża; odnalazł go wreszcie, stał pod samym parkanem, w podle tych rozwianych mogiłek pobitych na wojnie, przy których modlił się w Zaduszki.

– A dyć tutaj, na krzyzie stoi wypisane: Jakub Socha! – przesylabizował wodząc palcem po białych, wielkich literach. – To Rocho wypisali, a krzyż sporządził Jambroży!

Pan Jacek dał mu dwie złotówki i kazał spiesznie wracać do domu.

Chłopak w dyrdy uciekał, a ino jeden raz się odwrócił, by gwizdnąć na Łapę i spojrzeć, co tamten robi.

– Jezus! Dziedzicowy brat, a klęczy przy Kubowym grobie! – szepnął zdumiony, ale że mrok zapadał i przygięte drzewa trzęsły się jakoś strasznie, strach go przejął taki, że galopem i na przełaj poleciał do wsi. Dopiero koło kościoła się zatrzymał, by złapać nieco powietrza i popatrzeć na pieniądze, trzymane mocno w garści, pies go też właśnie dopędził, że wracali już razem i wolno do chałupy.

A koło stawu natknął się na Antka, wracającego z roboty, pies się rzucił do niego przyłaszać, szczekać i skomleć radośnie, aż go Antek jął głaskać.

– Dobry pies, poczciwy, dobry! Skąd to wracasz, Witek?

Witek opowiedział wszystko, juści, że o pieniądzach nie rzekł.

– Zajrzałbyś do dzieci kiedy.

– Przyletę, przyletę, nawet la201 Pietrusia zrobiłem wózik i jednego cudaka…

– Przynieś go, naści dziesiątkę, byś nie zabaczył202!

– A to chybcikiem przylecę, obaczę ino, czy gospodarz nie przyszli…

– Nie ma ich to w domu? – rzekł niby obojętnie, ale aż zadygotał.

– A u młynarza radzą cosik z dziedzicem i z drugimi!

– Gospodyni w domu? – zapytał ciszej.

– W domu, obrządzają. To ino obaczę i zaraz przylecę…

– Przychodź, przychodź! – szepnął, chciał go pytać, dowiadywać się, ale nie śmiał, ludzie się kręcili dokoła, choć już mroczało, a przy tym chłopak głupi, wygadałby jeszcze, rozgłosił… Poszedł prędko ku domowi, ale przed kościołem rozejrzał się uważnie, czy kto nie patrzy, i skręcił w bok, na dróżkę biegnącą za stodołami.

Witek zaś pobiegł do chałupy.

Boryny jeszcze nie było, w izbie panował mrok, bo ino na kominie żarzyły się głownie. Jagna zwijała się koło obrządków wieczornych, ale zła była, gdyż Józka znowu gdzieś przepadła, a roboty było tyla, że nie wiada, za którą przódzi się imać! Nie słuchała nawet opowiadań Witka, dopiero gdy wspomniał o Antku, przystanęła nagle i nadstawiła uszów…

– Nie powiadaj nikomu, że ci dał dziesiątkę.

– Kiej przykazujecie, to i pary nie puszczę.

– Naści drugą, a zapamiętaj sobie. Do domu poszedł?…

Nie, nie czekała już jego odpowiedzi, porwała się z miejsca nagle, jakby ze strachem wybiegła na ganek i zaczęła wołać Pietrka, a zalęknionym i czatującym wzrokiem przebiegała sad i opłotki. Nawet za szopę pod bróg zajrzała, nie było nikogo… Uspokoiła się wnet, ale ją taka markotność rozebrała, że zaczęła krzyczeć na Józkę i pędzać ją, by rychlej szykowała krowom picie, a wymawiać, że się ciągle po chałupach włóczy i nic nie robi, juści, że dzieucha też nie zmilkła, harda była, pyskata i zawzięta, to się ząb za ząb kłóciła.

– Pyskuj, pyskuj, ociec przyjdą, to cię wnet rzemieniem przyciszą! – pogroziła Jagna zapalając lampę i bierąc się znów do przędzenia, nie odpowiadała już na mamroty Józczyne, bo się jej wydało, że ktoś chodzi za szczytowym oknem…

– Witek, wyjrzyj no, musiał prosiak wyleźć z chlewa i chodzi tam ano po sadzie.

Ale Witek upewniał, że zagnał wszystkie i przymknął drzwi, Józka poszła na drugą stronę i wynosiła z Pietrkiem cebratki z piciem dla krów, a potem przyleciała po skopki do dojenia.

– Sama wydoję, odpocznij se, kiedyś się tak spracowała!

– A dójcie sami, znowu z połowę mleka ostawicie w wymionach! – dogryzała Józka.

– Zawrzyj gębę! – wrzasnęła rozgniewana, wdziała trepy, podkasała wełniaka, zabrała szkopki203 i poszła do obory.

Wieczór już był zapadł, wiatr ustał, kurzawa się uciszyła, ale niebo wisiało czarne, bezgwiezdne, wezbrane chmurzyskami, niskie; śniegi szarzały posępnie, jakaś żałosna, zmęczona cichość przygniatała świat, żaden głos ze wsi nie dochodził, a jeno gdzieś od kuźni szło dalekie, głuche bicie młotów.

W oborze było ciemno i duszno, krowy chlipały picie i głośno szorowały ozorami dna cebratek, a raz wraz postękiwały ciężko.

Jagna znalazła po omacku stołek, przysiadła się pod pierwszą z brzegu, namacała wymiona, wytarła je zapaską i wsparłszy głowę o kałdun krowi zaczęła doić.

Cichość ją ogarnęła, że by najlżejszy szelest słyszała wyraźnie; mleko siurkało raz po razie do szkopka, ze stajni dochodziły końskie tupania, to od chałupy szły przytłumione a jazgotliwe rozprawy Józki.

– Rajcuje, a ziemniaków nie obiera! – mruknęła i zmilkła nagle nasłuchując, bo śnieg zaskrzypiał na podwórzu, jakby kto szedł z prawej strony od szopy, snadź wolno… przystawał nawet… bo przyciszało się na mgnienie… znowu szedł… śnieg trzeszczał coraz bliżej… oderwała głowę i spojrzała w szary otwór drzwi… Zamajaczyła w nim jakaś niewyraźna postać…

– Pietrek!… – zawołała.

– Cicho, Jaguś, cicho!

– Antek!

Struchlała całkiem i tak ją wszelka moc odeszła, że nie wykrztusiła ni słowa więcej, ruszyć się nie mogła, pomyśleć nie umiała, ciągnęła bezwiednie za wymiona jeno, że mleko strzykało na wełniak i na ziemię. Gorąc ją objął i kieby płomień palący wichrem wiał po niej, błyskawicami migotał w oczach a słodkością serce rozpierał, a tak ją cosik ułapiło za grdykę i zatkało piersi, że dziw nie padła umarłą…

– Od samych Godów czatowałem na ciebie, co dnia, w każden wieczór warowałem jak pies pod brogiem204, nie wyszłaś!… – szeptał.

A ten głos zduszony, namiętny, zapiekły mocą kochania, nabrzmiały lubością, warem ją oblewał, ogniami, słodkością, krzykiem potęgi… Stał na wprost, czuła, że się wsparł na krowie, pochylił i patrzy w nią tak z bliska, aż jego gorący oddech palił ją w głowę.

– Nie bój się, Jaguś! Nikto nie widział, nie bojaj się. A jużem nie zdzierżał, nie poradzę, a to i w dzień, i w nocy, i w każden czas, cięgiem stoisz przede mną, na oczach mi wisisz. Jaguś, nic mi to nie powiesz?

– Cóż ci to rzeknę, co? – szepnęła rozpłakanym głosem.

Zmilkli oboje. Zbrakło im głosu, wzruszenie ich dławiło i ta bliskość, ta upragniona samotność, ta noc niemocą się na nich zwaliła, ciężarem słodkim, ale i dziwnym lękiem! Rwali się do siebie, a teraz i tego słowa rzec było trudno i ciężko, pożądali się nawzajem, a i ręki do się wyciągnąć było niepodobna – milczeli.

191.zlec (gw.) – urodzić dziecko. [przypis edytorski]
192.wama (gw.) – wam. [przypis edytorski]
193.la (gw.) – dla. [przypis edytorski]
194.bróg – oparte na czterech słupach słomiane zadaszenie, pod którym składowano siano lub niewymłócone zboże. [przypis edytorski]
195.przez (gw.) – bez. [przypis edytorski]
196.waju (gw.) – was. [przypis edytorski]
197.obleczenie (gw.) – ubranie. [przypis edytorski]
198.mój (gw.) – tu: mąż. [przypis edytorski]
199.dobrodziej – ksiądz. [przypis edytorski]
200.gzło a. giezło (daw.) – szata; długa koszula. [przypis edytorski]
201.la (gw.) – dla. [przypis edytorski]
202.zabaczyć (gw.) – zapomnieć. [przypis edytorski]
203.szkopek a. skopek – naczynie, kubełek. [przypis edytorski]
204.bróg – oparte na czterech słupach słomiane zadaszenie, pod którym składowano siano lub niewymłócone zboże. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
1350 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: