Kitabı oku: «Chłopi», sayfa 46
– Taka ziemia, po sto rubli za morgę nie za dużo.
– Kupujcie, przeda i jeszcze waju w rękę pocałuje.
– Hale, drogi grosz, jak go braknie!
– Miemcy se użyją, a ty, chłopie, ślinę łykaj!
Pogadywali wzdychając żałośnie. Markotność ich rozbierała. Juści, żal było takiej ziemi, bo to przyległa i rodna. Każdemu by się przydało kilka morgów, każdemu. Dyć się już cisnęli na swoich zagonach kiej mrówki, dyć ledwie się już przeżywiali ode żniw do żniw. Taki kawał wybranej ziemi, w sam raz la synów i zięciów. Nową wieś by wystawili i łąki mieliby niezgorsze, i woda pobok… Ale cóż, nie poredzi! Miemcy siędą, będą się panoszyć, a ty, człowieku, zdychaj.
– Kaj się to wszystko podzieje? – wzdychali starzy patrząc na młódź, gżącą się wieczorami po drogach, a było tego, było, jaże się ściany rozpierały! A za cóż to miał kto grunta kupować, kiej ledwie na życie starczyło?
Głowili się niemało, nawet do księdza szli po radę. Nie poredził: z pustego nie naleje.
– Kto nie ma grosza, nie umacza nosa. Biednemu zawdy wiater w oczy!…
Ale i wyrzekania a biadolenia też nic nie pomogły.
A jakby na dobitkę, upały szły coraz większe. Maj dopiero się miał ku końcowi, a przypiekało kieby w lipcu. Dnie wstawały ciche i duszne, słońce od samego wschodu wynosiło się rozpalone na czyste niebo i tak przypiekało, że już po wyżniach i na piaskach jarzyny mdlały pożółkłe, trawy do cna wypalało po ugorach, strugi wysychały, ziemniaki zaś, choć zrazu niezgorzej ruszyły, ledwie okrywały ziemię chudymi łęcinami. Oziminy jeno nie ucierpiały wiela, wykłoszone, pięknie wyrosłe, szły jeszczek galanto w górę, jaże chałupy się skryły i jakby do ziemi przycupnęły, dachami jeno widne nad tym borem kłosistym.
Noce też były duszne i tak nagrzane, że już po sadach sypiali, gdyż trudno było w chałupach wytrzymać.
Zaś przez te gorąca, przez kłopoty i żałoście, przez Płoszkowe judzenie na wójta, przez przednówek cięższy latoś niźli po inne roki, dość, że w Lipcach nastał czas dziwnie swarliwy i niespokojny.
Chodzili rozdygotani w sobie upatrując jeno, kogo by żgnąć tym bolącym słowem albo i za orzydle chycić. Każden rad stawał przeciw drugiemu, że jakby piekło zrobiło się we wsi. Co dnia bowiem już od świtania trzęsło się od kłótni a wyzwisk, bo co dnia przychodziło coś nowego. A to Kobusowie się pobili, jaże ksiądz musiał godzić i napominać, a to Balcerkowa z Gulbasem kudłów sobie nastrzępili o prosiaka, któren marchew spyskał, to Płoszkowa pożarła się ze sołtysem o przemienienie gąsiąt; to o dzieci szły kłótnie, to o szkody somsiedzkie, to o bele co, bych się jeno przyczepiać a kłyźnić, a wrzeszczeć i wyzywać ze wszystkiej mocy – że jakby zaraza na wieś padła, tyle powstawało swarów, bijatyk i procesów.
Nawet Jambroży prześmiewał się przed obcymi:
– Niezgorszy przednówek latoś dał mi Pan Jezus! Umarlaków nie ma, nikto się nie lęgnie, nikto nie żeni, a mnie dzień w dzień ktosik gorzałkę stawia, honoruje, a na świadki prosi. Żeby tak parę roków jeszcze się kłócili, a na nic by się człowiek rozpił…
Juści, co się źle działo w Lipcach.
Ale cheba co w chałupie Dominikowej działo się najgorzej.
Szymek powrócił z drugimi, Jędrzych wyzdrowiał, bieda im nie doskwierała jak indziej, to powinno było iść wszystko po dawnemu. Bogać ta poszło, kiej chłopaki odmówiły matce posłuchu! Stawiali się hardo, kłócili ząb za ząb, bić się nie pozwolili, a żadnych robót kobiecych, jak przódzi, ani tknęli.
– Dziewkę se przyjmijcie albo i sami róbcie – powiedali twardo.
Paczesiowa miała żelazne ręce i duszę nieustępliwą – jakże! tyle lat wszystkim rządziła, tyle lat nikto nie śmiał się jej przeciwić ni w poprzek stawać. A tu kto stawał? kto się przeciw niej ważył? – własne dzieci!
– Jezus miłosierny! – wołała w zapamiętaniu i złości, przy leda okazji chwytając za kij na synów, chciała ich przemóc i zmusić do posłuchu. Nie dali się, zacięli się jak i matka i poszli na udry. To powstawały prawie co dnia takie wrzaski a gonitwy kole chałupy, jaże ludzie się zbiegali uspokajać.
Nawet ksiądz, snadź przez nią podmówiony, wzywał ich do się, a do zgody i posłuszeństwa napominał. Wysłuchali cierpliwie, w ręce go ucałowali, a za nogi, jak przystało, z pokorą podjęli, ale się nie przemienili.
– Nie dziecim, wiemy, co nama robić. Niech matka pierwsza ustąpi! – tłumaczyli się przed ludźmi. – Cała wieś się z nas prześmiewała…
A Dominikowa jaże pożółkła ze złości a zmartwienia, bo w żaden sposób zmóc się nie dawali, a przy tym miasto w kościele przesiadywać i po kumach, jak przódzi, musiała teraz robić kole gospodarstwa, Jagusię cięgiem przyzywała do pomocy. Ale i córka nie szczędziła jej zgryzot i wstydu. Paczesiowa trzymała wójtową stronę, nawet świarczyła przeciwko Kozłom, gdyż była przy bitce i opatrywała wójtów.
Pietr też często wieczorami zaglądał do niej, niby to na poredy, a głównie, bych Jagusię wywołać i prowadzić się z nią na ogrody.
Na wsi się nic nie ukryje, dobrze wiedzą, z czego się kurzy i kaj, to i zgorszenie z tych grzesznych jamorów rosło coraz barzej i dobrzy ludzie już nieraz ostrzegali starą.
Mogła to zapobiec, kiej Jagna mimo próśb i błagań robiła jakby na złość. Wolała bowiem grzech najcięższy i obmowy ludzkie niźli przesiadywanie w tej obmierzłej chałupie mężowej. Złe ją porwało i niesło, a nikto nie był mocen powstrzymać.
Hance to nawet szło na rękę i nawet często o tym rozpowiadała przed ludźmi.
– Niech się zabawia, póki wójtowi nie wzbronią tracić gromadzkie. Dyć jej niczego nie żałuje i zwozi z miasta, co ino może, we złoto by ją oprawił. Niech se używają i końca patrzą. Co mi tam do nich!
Juści, mało to ją własnych zmartwień żarło! Nie żałowała pieniędzy la adwokata, a jeszcze nie wiada było, kiej się Antkowa sprawa odbędzie i co go czeka. A on tam chudziaczek schnął w kreminale i Bożego zmiłowania wyglądał. W chałupie też się z wolna rozprzęgało. Mogła to dopilnować wszystkiego? Parobek się rozzuchwalał coraz barzej, snadź przez kowala podmawiany, że tak robił, jak mu się podobało, a nieraz, kiej do miasta pojechała, cały dzień się przewałęsał po wsi. Groziła mu potem, że niech jeno Antek powróci, a z nim się często porachuje.
– Wróci! Jeszcze na to nie przyszło, bych zbójów puszczali! – odkrzykiwał zuchwale.
Jaże cierpła z gniewu, bić by jeno ten pysk niepoczciwy, ale poredzi mu to? Jeszcze ją sponiewiera, a któż to się za nią upomni, kto wesprze? Trza było wszystko znieść i w sobie schować na później, do sposobnej pory, bo jeszcze pójdzie i wszystko na jej ręce spadnie; już i tak ledwie mogła wydolić robocie. Zapadała przeto na zdrowiu coraz więcej. Jakże, i żelazo w końcu rdza przeźre, i kamień jeno do czasu wytrzyma, a nie dopiero słaba kobieta!
Któregoś dnia pod koniec maja ksiądz z organistą pojechali na odpust, zaś Jambroży tak się spił z Niemcami, które często zaglądały do karczmy, że nie było komu przedzwonić na Anioł Pański ni kościoła otworzyć.
Zebrali się przeto odprawiać nabożeństwo pod cmentarz, kaj pobok bramy stojała mała kapliczka z figurą Matki Boskiej. Każdego maja przystrajały ją dziewczyny w papierowe wstęgi a korony wyzłacane i polnym kwieciem obrzucały, broniąc od zupełnej ruiny, gdyż kapliczka była odwieczna, spękana i w gruz się sypiąca, że nawet ptaki już się w niej nie gnieździły, a jeno niekiej, w czas słót jesiennych, pastuch jaki schronienia szukał. Smętarne drzewa, lipy staruchy, brzozy wysmukłe i te pogięte krzyże osłaniały ją nieco od burz zimowych i wichrów.
Zeszło się sporo narodu i jak się naprędce dało, przybrali kapliczkę w zieleń a kwiaty, ktosik śmieci wygarnął, ktosik żółtym piaskiem wysypał, że nawtykawszy w ziemię u stóp figury świeczek i lampek zapalonych, wraz jęli klękać nabożnie.
Kowal przyklęknął na przedzie, przed progiem, zarzuconym tulipanami a głogiem różowym, i pierwszy zaczął śpiewać.
Było już dobrze po słońcu, mroczało, niebo na zachodzie paliło się jeszcze we złocie całe i bledziuśką zielenią przytrząśnięte, czas był cichy, obwisłe warkocze brzóz jakby się lały ku ziemi, zboża stanęły przygięte, kieby zasłuchane w dźwiękliwy bełkot rzeczki i w to cichuśkie strzykanie koników polnych.
Ostatnie stada do obór ściągały; od wsi, z pól, z miedz już niedojrzanych buchały niekiedy jazgotliwe śpiewki pastusze i długie, przeciągłe poryki. Zaś naród śpiewał, wpatrzony w jasną twarz Matki, co wyciągała błogosławiące ręce nad wszystkim światem:
Dobranoc, wonna lilija,
Dobranoc!
Zapach młodych brzóz powiał ze smętarza i wraz też słowiki jęły jakby próbować gardzieli, wyciągać rwaną nutą, wzbierać mocą, jaże w końcu buchnęły złote, spienione strugi, jaże polały się te trele perliste, te kląskania cudne i te lube, rzewliwe zawodzenia, zaś niedaleko ze zbóż ozwały się też pana Jackowe skrzypice przywtarzając ludziom tak słodko, cichuśko a przejmująco, jakby to te żytnie, rdzawe kłosy dzwoniły o się, to złote niebo lebo przyschła ziemia taką pieśnią zagrała majową.
I już wraz śpiewali wszystkie, i naród, i ptaszkowie, i skrzypice, a kiej na to oczymgnienie ustawali, kiej słowiki tak się zaniesły, aże cichło, a struny jakby tchu nabierały, wtedy nieprzeliczony żabi chór podnosił rechotliwe głosy i grał zgodliwym skrzekiem i nukaniem przeciągłym.
I tak już szło na przemiany.
Długo się owo nabożeństwo ciągnęło, jaże kowal zaczął przyśpieszać, wydzierał się mocno, nad drugimi górując, a często wołał za siebie:
– Pośpieszajta się, ludzie… – że to opóźniali się z nutą niektóre.
A nawet raz huknął na Maciusia Kłębowego:
– Nie drzyj się, jucho, boś nie za bydłem!
Że zgodliwie już poszło, i głosy podrywały się razem kiej te stada gołębie i krążąco, z wolna unosiły się ku niebu ciemniejącemu.
Dobranoc, wonna lilija!
Dobranoc!
Niepokalana Maryja!
Dobranoc!
Mrok już zgęstniał i noc ciepła i cicha świat otulała, zasie na niebie występowały gwiazdy rosą roziskrzoną, kiej się zaczęli rozchodzić.
Dzieuchy, wpół się pobrawszy, zawodziły po drogach.
Hanka powracała jeno z dzieckiem na ręku i srodze czegoś zadumana, gdy przysunął się kowal i w podle szedł.
Nie ozwała się; dopiero przed domem, widząc, iż nie ostaje, rzekła:
– Wstąpicie to, Michał?
– Przysiędę w ganku i powiem co wam – szepnął cicho.
Ścierpła nieco, szykując się jakąś nową biedę posłyszeć.
– Byliście pono u Antka? – pierwszy zaczął.
– Byłam, ale mnie do niego nie puścili.
– Tegom się i bojał.
– Mówcie, co wiecie! – mróz ją przeszedł.
– Co ja ta wiem?… tyla jeno, co mi się udało ze starszego wyciągnąć.
– A co? – wparła się w słupek i dziecko mocniej przycisnęła do siebie.
– Powiedział, że Antka przed sprawą nie wypuszczą.
– Laczego! – ledwie wyjąkała, dygot ją trząsł i łamał. – Dyć… przeciek adwokat mówił, co może puszczą.
– Hale, żeby im uciekł! Tak przez niczego nie puszczą! Wiecie, przyszedłem dzisiaj do was całkiem po przyjacielsku. Co tam pomiędzy nami było, to było; obaczycie kiedyś, żem był praw… Nie wierzyliście mi… wasza wola… ale teraz wysłuchajcie, co rzeknę, a jak księdzu na spowiedzi, tak prawdę powiem… Z Antkiem jest źle! z pewnością ciężko go zasądzą, może na dziesięć lat. Słyszycie to?…
– Słyszę, ale nic a nic nie wierzę – uspokoiła się nagle.
– Każden nie wierzy, póki nie przymierzy; prawdę wam rzekłem.
– Zawdy taką mówicie – zaśmiała się wzgardliwie.
Ciepnął się i jął gorąco upewniać, jako teraz z prostego przyjacielstwa przyszedł, bych poredzić. Słuchała chodząc oczyma po obejściu, już się parę razy podnosiła niecierpliwie: krowy ano nie wydojone porykiwały w oborze, gęsi były nie zapędzone na noc i źrebak gonił się w opłotkach z Łapą, a chłopaki rajcowały w stodole. Nie wierzyła mu juści ani słóweczka. – Niech się wygada, może się wyda, z czym przyszedł – myślała trzymając się na baczności.
– Cóż poredzić? co? – odpowiadała, byle coś rzec.
– A, rada by się nalazła – powiedział ciszej jeszcze.
Odwróciła się do niego.
– Dać wykup, to go puszczą jeszcze przed sprawą, a potem to już se poredzi, choćby i do tej Hameryki… nie zgonią…
– Jezus, Maria! Do Hameryki! – krzyknęła bezwolnie.
– Cichocie, jak pod przysięgą mówię, tak dziedzic radził. „Niech ucieka – powiada – najmniej dziesięć lat… zmarnuje się chłop…” Wczoraj mi mówił.
– Uciekać ze wsi… od grontu… od dzieci… Jezu… – to ino zrozumiała.
– Dajcie jeno wykup, a resztę to już Antek postanowi, dajcie…
– Skądże to wezmę?… Mój Boże, w tyli świat… od wszystkiego.
– Pięćset rubli chcą! Przeciek macie te ojcowe… weźcie je na wykup… policzym się później… byle jeno ratować…
Skoczyła na równe nogi.
– Jako ten pies cięgiem jedno szczekacie! – chciała odejść.
– Ciepiecie się jak głupia – rozgniewał się. – Tak se ino powiedziałem… Hale, będzie się tu honorować o bele słowo, a tam chłop w kreminale zgnije. Powiem mu, jak to zabiegacie, by mu ulżyć.
Przysiadła znowu, nie wiedząc już, co myśleć.
Opowiadał szeroko o tej Jameryce, o ludziach znajomych, które tam pojechały, że listy piszą, a nawet pieniądze przysyłają la swoich. Jak tam dobrze, jaką wolę ma każden, jakie bogactwa zbierają. Antek mógłby zaraz uciekać: zna Żyda, któren już niejednego wyprowadził. Mało to już takich uciekło! Zaś Hanka mogłaby jechać potem la niepoznaki. Grzela wróci z wojska, to spłaciłby z ojcowizny, a nie, kupiec się też rychło znajdzie.
– Poradźcie się księdza, obaczycie, co wama przytwierdzi moje słowa. Poznacie, żem prawy i ze szczerego serca namawiam, nie la swojej wygody. Jeno przed nikim ani pary z gęby, bych się strażnicy nie zmiarkowali, zaś wtedy i za tysiące go nie puszczą, a jeszcze w kajdany zakują – zakończył poważnie.
– Skąd wziąć na wykup! tylachna pieniędzy! – jęknęła.
– Znam kogoś z Modlicy, kto by dał na dobry procent… znam i drugich… pieniądze by się nalazły… Moja w tym głowa… pomógłbym.
I długo jeszcze radził a namawiał.
– Rozważcie, trza rychło postanowić.
Odszedł cicho, że ani spostrzegła, kiej się zapodział w nocy.
Późno już było, w chałupie spali, tylko Witek siedział pod ścianą, jakby stróżując gospodyni, na wsi też wszyscy legli, nawet psy nie poszczekiwały, woda jeno bulgotała i ptaki zawodziły w sadach. Księżyc się wtoczył na niebo i szedł srebrnym sierpem przez te straszne, mroczne wysokości. Białe i niskie mgły pokrywały łąki, zaś nad żytami wisiał płowy tuman kwietnej kurzawy; staw polśniewał wskroś drzew kieby tafla lodowa… Aże dzwoniło w uszach od tej cichości a słowiczych kląskań i zawodzeń.
Hanka siedziała wciąż na jednym miejscu jakby przykuta.
– Jezu, uciekać ze wsi, od grontu, od wszystkiego! – myślała jedno w kółko.
Groza ją przejęła, rosnąc z minuty na minutę, a serce ściskając strasznym żalem i przerażeniem.
Łapa zaczął wyć na podwórzu, słowiki ścichły, zawiał wiater, że zakolebały się cienie i jękliwy, smutny szum przeleciał.
– Kubową duszę obaczył! – szepnął Witek żegnając się strachliwie.
– Głupiś! – skarciła go, spać wypędzając.
– Kiej przychodzi, do koni zagląda, obroku im dosypuje… bo to raz?…
Nie słuchała już, cichość znowu spadła na świat, słowiki zaśpiewały, a ona siedziała kieby zmartwiała, powtarzając niekiej z męką i strachem:
– W cały świat uciekać! Na zawsze! Jezu miłosierny! Na zawsze…
IX
Jeszczech były po świątkach umajenia chałup do cna nie przewiędły, kiej któregoś dnia rankiem najniespodziewaniej zjawił się Rocho.
Jeno co dopiero po mszy i długiej rozmowie z księdzem pokazał się na wsi. Niewiela ludzi kręciło się w obejściach, że to pora była osypywania ziemniaków, lecz skoro się rozniesło, jako Rocho idzie przez wieś, wnet ci ten i ów na drogę śpieszył witać dawno nie widzianego.
A on zaś szedł, jak zawdy na kiju się wspierając, wolniuśko, z podniesioną głową, w tej ci samej kapocie szarej, i tak samo z różańcami na szyi; wiater mu rozgarniał siwe włosy, a chuda twarz jaśniała dziwną dobrocią i weselem.
Wodził oczyma po chałupach i sadach, prześmiechując się radośnie do wszyćkiego, witał się z każdym z osobna, że nawet dzieciom, co się były do niego garnęły, głowiny przygładzał poczciwie, zaś do kobiet pierwszy zagadywał, tak był rad, że wszystko zastaje po dawnemu.
– W Częstochowie byłem na odpuście – odpowiadał, gdy napierali ciekawie, kaj się to zadziewał przez tyla czasu.
Ale tak się szczerze cieszyli z jego powrotu, że zaraz po drodze jęli mu rozpowiadać lipeckie nowiny, a ktosik już i rady jakiejś zasięgał, zaś drugi chciał się wyżalić, odwodząc go na stronę i supląc przed nim turbacje, kiejby ten grosz na ostatnią potrzebę schowany.
– Do cna ustałem, dzień jaki odpocznę – tłumaczył się zbywająco.
Na prześcigi jęli go zapraszać do swoich chałup.
– Na tymczasem zakwateruję się u Macieja, jużem to Hance przyobiecał; a przyjmie mnie kto potem, do tego przystanę na dłużej.
I żwawo ruszył do Borynów.
Juści, co Hanka przyjęła go radośnie i z całego serca ugaszczać chciała, ale skoro jeno złożył torby i odzipnął nieco, do starego się wybrał.
– A obaczcie ich, leżą w sadzie, że to gorąc w chałupie. Mleka wama bez ten czas uwarzę, a może byście i jajków zjedli? co?
Ale Rocho już był w sadzie i chyłkiem przebierał się pod gałęziami do chorego, któren leżał w półkoszku, wymoszczonym pierzyną, i kożuchem przyokryty. Łapa, zwinięty w kłębek, warował mu przy nogach, a Witków bociek gajdał się pociesznie między drzewami kieby na straży.
Sad był stary i mroczny; rozrosłe drzewiny tak przysłaniały niebo, że dołem na murawach jeno niekajś gmerały się słoneczne pręgi, podobne złotym pająkom.
Maciej wznak leżał. Rozruchane gałęzie z cichym poszumem chwiały się nad nim płachtą cieniów, że jeno czasem, kiej ją wiater ozdarł, słońce chlustało mu w oczy i coraz kawał modrego nieba się odsłaniał.
Rocho przysiadł.
Drzewa szumiały, czasem pies warknął na muchy, a niekiedy rozświegotane jaskółki śmignęły wskroś pni czarnych na pola zielone i rozkołysane.
Chory naraz zwrócił się do niego.
– Poznajecie mnie, Macieju, co? Poznajecie?
Borynie leciuśki przyśmiech wionął po twarzy, oczy się zatrzepały i jął ruchać sinymi wargami, ale głosu nie dobył.
– Jak Pan Jezus przemieni, to możecie jeszcze wyzdrowieć.
Snadź rozumiał, gdyż potrząsł głową i jakby niechętnie odwrócił się od niego. Zapatrzył się znowu w rozkołysane gałęzie i w te słoneczne bryzgi, zalewające mu oczy raz po raz.
Rocho jeno westchnął, przeżegnał go i odszedł.
– Prawda, co ojcu jakby już lepiej? – pytała Hanka.
Długo coś miarkował, aż rzekł cichym, ważnym głosem:
– Toć i lampa przed zagaśnięciem żywszym płomieniem wystrzeli na ostatku. Mnie się zdaje, co Maciej już dochodzi… Aż mi nawet dziwno, że jeszcze żyje; przecież na wiór wysechł…
– Dyć jeść nic nie chce, nawet mleka nie zawsze popije.
– Musicie być gotowe, że lada dzień skończy.
– Pewnie, że tak, mój Boże, pewnie. To samo wczoraj mówił Jambroży, a nawet radził, żeby już nie czekać i trumnę obstalować.
– Każcie zrobić, nie będzie długo czekała, nie… Jak duszy pilno ze świata, niczym jej nie powstrzyma, nawet płakaniem, boby już poniektóre całe wieki ostawały między nami – mówił smutnie, zabierając się do mleka, które mu narządziła, i popijając z wolna, wypytywał, co się tu we wsi działo.
Powtarzała, co już był słyszał po drodze od drugich, i o swoich kłopotach jęła się skwapnie a szeroko rozwodzić.
– Kaj to Józka? – przerwał jej niecierpliwie.
– W polu, ziemniaki osypuje z komornicami i Jagustynką, zaś Pietrek pojechał do lasu: zwozi Stachowi drzewo na chałupę.
– Buduje się to?
– Przeciek pan Jacek dał mu dziesięć chojarów.
– Dał mu? Powiadali mi coś o tym, ale nie uwierzyłem.
– Bo to i nie do wiary! Zrazu nikto nie powierzył. Obiecał, ale przeciech niejeden obiecuje. Obiecanka cacanka, a głupiemu radość – powiedają. A pan Jacek dał Stachowi list i kazał mu z nim iść do dziedzica. Nawet Weronka się przeciwiła, by szedł, bo powiada, co będzie buty darł na darmo?… jeszcze się z niego wyśmieją, że zawierzył głupiemu… Ale Stacho się uparł i poszedł. I powiada, że może w pacierz po oddaniu listu dziedzic go kazał zawołać na pokoje, poczęstował gorzałką i rzekł: „Przyjeżdżaj z wozami, to ci borowy wycechuje dziesięć sztuk budulcu…” Dał mu Kłąb koni, dał sołtys, dałam i ja Pietrka. Dziedzic już na nich czekał w porębie i zaraz sam wybrał co najśmiglejsze z tych, co to je zimą cięli la Żydów. No i zwożą, bo dobrze trzydzieści wozów będzie z gałęziami. Stacho galantą chałupę se wyszykuje! Nie potrza mówić, jak panu Jackowi dziękował i przepraszał; bo po prawdzie wszyscy go mieli za dziadaka i za głupawego, że to nie wiada, z czego żyje, i pod figurami, to we zbożach grywa na skrzypicy, a czasem tak bele co i nie do składu powie, jako ten niespełna rozumu… A on taki pan, że mu sam dziedzic posłuszny!… Kto by to przódzi dał wiarę?…
– Nie patrzcie na człowieka, jeno na jego uczynki.
– Ale dać tylachna drzewa, które, jak Mateusz rachuje, warto z tysiąc złotych, i to jeno za Bóg zapłać, tego jeszcze nie bywało!
– Powiadali, co za to starą chałupę bierze w dożywocie…
– Hale, tyle warta co ten trep rozłupany! Jużeśwa nawet myśleli, czy w tej dobroci nie ma jakiego podejścia, jaże Weronka dobrodzieja się redziła. Skrzyczał ją, że głupia.
– Bo i prawda. Dają – to brać i Bogu za łaskę dziękować.
– Przeciek człowiek niezwyczajny brać darmochy i jeszczech od dziedziców! Słyszane to rzeczy! Jakże, kiej to chto chłopu dał co z dobroci? Żeby po najmniejszą poredę iść, a i to na ręce patrzą, zaś w urzędzie się przez grosza nie pokaż, bo ci jutro przyjść każą albo za niedzielę… Przez tę Antkową sprawę dobrze poznałam, jakie to jest urządzenie na świecie i niemało już pieniędzy wyniesłam…
– Dobrze, coście mi Antka wspomnieli. Wstępowałem do miasta.
– Toście go może widzieli?
– Nie było czasu.
– Jeździłam niedawno, nie puścili me do niego. Bóg wie, kiej go obaczę.
– Może i prędzej, niźli miarkujecie – rzekł z uśmiechem.
– Jezus, co wy powiadacie!
– Prawdę! W głównym urzędzie powiedzieli mi, że Antka mogą przed sprawą puścić na wolę, jeśli kto poręczy za nim, co nie ucieknie, albo da w zastaw sądowi pięćset rubli.
– Rychtyk podobnie i kowal mówił! – jęła zaraz opowiadać jego rady co do słowa.
– Rada dobra, ale że to Michałowa, nieprzezpieczna: ma on tu coś w tym, ma… Ze sprzedaniem się nie śpieszyć: z grontu wyjeżdża się w ogiery, a powraca rakiem, na czworakach… Co inszego trzeba wynaleźć… Może by kto poręczył?… przewiedzieć się potrza między ludźmi… Juści, żeby pieniądze były…
– Może by się i nalazły – szepnęła ciszej. – Mam cosik gotowego grosza, jeno zrachować nie poredziłam, ale może by chwaciło…
– Pokażcie, to razem przeliczymy.
Zniknęła gdziesik w obejściu, a powróciwszy po jakimś pacierzu przywarła drzwi na zasuwę i położyła mu węzełek na kolana.
Były w nim papierowe pieniądze, były i srebrne, a nawet było parę złotych i sześć biczów korali.
– To po matce, dał je Jagnie, a potem snadź odebrał – szepnęła przykucając przed ławą, na której Rocho rozliczał.
– Czterysta trzydzieści dwa ruble i pięć złotych! Od Macieja, co?
– Tak… juści… dał mi po świętach… – jąkała czerwieniąc się.
– Na zastaw nie starczy, ale moglibyście co sprzedać z inwentarza!
– Juści, mogłabym przedać maciorę… krowę jałową też by można, zbędna, Żyd już o nią przepytywał… to parę korczyków zboża…
– A widzicie, ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka. Bez niczyjej pomocy Antka wykupimy. Wie to kto o waszych pieniądzach?
– Ociec mi dali na ratowanie Antka, przykazując, abym nikomu ni słówkiem nie pisnęła. Wama pierwszemu się zawierzam. Jakby Michał…
– Nie rozgłoszę, bądźcie spokojni. Jak powiadomią, że pora, pojadę z wami po Antka. Uładzi się jakoś na dobre, uładzi, moi kochani – szeptał całując ją w głowę, bo mu się do nóg rzuciła z podzięką.
– Rodzony ociec lepszy by nie był – wołała z płaczem.
– Wróci chłop, Panu Bogu podziękujecie. Gdzie to Jagusia?
– Dyć jeszcze do dnia pojechała do miasta z matką i z wójtem.
Powiadały, co do rejenta, stara pono gront przepisuje na córkę.
– Wszystko Jagnie? a chłopaki?
– Przez złość do nich, że to chcą działów. Piekło tam u nich, a to dzień nie mija przez kłótni, zaś wójt broni Dominikowej, opiekunem był nad sierotami jeszcze po śmierci Dominika.
– A ja myślałem, że co inszego, bo to mi różnie opowiadali.
– To świętą prawdę mówili. Jagną się ano opiekują, ale tak, co mi wstyd rozpowiadać podrobnie. Stary jeszcze rzęzi, a ta jak suka… Nie powtarzałabym po kim, ale samam ich w sadzie zdybała, no…
– Dajcie mi gdzie wypocząć – przerwał jej powstając z ławy.
Chciała mu słać Józine łóżko, ale wolał iść do stodoły.
– Pieniądze dobrze schowajcie – ostrzegł ją jeszcze i poszedł.
Aż dopiero po południu się pokazał, zjadł obiad i na wieś się wybierał, kiej Hanka z wielką nieśmiałością się odezwała:
– Byście mi to, Rochu, ołtarz pomogli przystroić…
– Prawda, jutro Boże Ciało. Gdzież to go stawiacie?
– Gdzie i co rok, przed gankiem. Pietrka ino patrzeć z lasu, przywiezie gaci jodłowej i świerczaków, zaś Jagustynkę z Józką zarno po obiedzie pchnęłam po ziela na wianki.
– A świece, lichtarze macie to już?
– Jambroży przyobiecał przynieść z kościoła wczesnym rankiem.
– U kogoż to jeszcze będą stawiali ołtarze?
– Po naszej stronie u wójta, zaś po tamtej u młynarza i przed Płoszkami.
– Pomogę wam, wstąpię jeno do pana Jacka i przed zmierzchem przyjdę.
– Każcie Weronce, by zaraz z rana przyszła pomagać!
Kiwnął głową i poszedł już prosto do Stachowej rudery.
Pan Jacek siedział na progu, jak zawdy, papierosa palił, bródkę skubał i przewłóczył oczyma po rozkołysanych zbożach, i za ptakami patrzył.
Zaś przed chałupą i pod trześniami leżało już parę tęgich chojarów i kupy wierzchołów i gałęzi, stary Bylica kole nich łaził, wymierzał toporzyskiem, gdzie jaki sęk odciupnął siekierą i cięgiem mruczał:
– I tyś przyszedł na nasze podwórko… juści… galantyś, widzę… Bóg ci zapłać… zaraz cię Mateusz do ostrego kantu wyrychtuje… na przyciesie zdatnyś… sucho miał będziesz, nie bój się…
– Jakby do żywej osoby mówi – szepnął zdziwiony Rocho.
– Siadajcie. Z radości w głowie mu się pomieszało, całe dnie tak przesiaduje przy drzewie. Słuchajcie no.
– A i ty wystałaś się, chudziaczko, w boru, to se teraz odpoczniesz… juści, nikto cię już nie ruszy!… – gadał stary gładząc miłosnymi rękoma żółtą, złuszczoną korę sosny.
Polazł do najgrubszej, zwalonej na dróżkę, kucnął przed przekrojem i patrząc z lubością na żółte, nabrzmiałe żywicą słoje, mamrotał:
– Tylachnaś, a dali ci radę! co? Żydy by cię do miasta wywiezły, a tak Pan Jezus pozwolił, co u swoich ostaniesz, u gospodarzy, obrazy na tobie powieszą, ksiądz cie wodą święconą skropi, juści… co?…
Pan Jacek jeno prześmiechał się z tego nieznacznie i pogadawszy cosik z Rochem, wziął skrzypki pod pachę i miedzami ruszył ku borom.
Rocho zaś potem u Weronki siedział wysłuchując różności.
Na świecie miało się już pod wieczór, upał przechodził, a nawet już od łąk przewiewały chłodnawe ciągi, wiater też niezgorzej jął dmuchać od samego południa, że żytnie pola, rdzawe od młodych kłosów, toczyły się skłębione kiej wody, raz po raz zakolebały się gwałtownie, zakręciły wirem i chlustały ku drogom i miedzom, jakby już ino, ino wylać się miały, ale jeno tłukły płowymi grzywami o ziemię i poddawały się w tył, kiej stado źrebców dęba stających. Wiater z różnych stron parł na nie i miotał kiejby la zabawy, że wzburzone znowu hulały po zagonach pełne gurb płowych, zielonych zatok, rdzawych smug i chrzęstu, i trzepotów. Skowronki wydzwaniały wysoko, czasem stado wron przeciągnęło, ważąc się na wietrze i spadając odpoczywać na rozkołysanych drzewinach. Słońce już czerwieniało opuszczając się coraz niżej i po całym świecie, po polach rozkołysanych i po sadach trzepoczących się niby stada na uwięzi rozlewał się z wolna czerwonawy brzask kończącego się dnia.
Zaś z powodu jutrzejszego święta ludzie wcześniej schodzili z pól, kobiety wiły wianki przed chałupami, dzieci znosiły naręcza tataraku, przed Płoszkami i młynarzem stożyły się brzeziny i świerki, które wkopywali, kaj miały się stawiać ołtarze, gdzie już i dzieuchy maiły ściany, drogę też miejscami równali zasypując wyboiska, któraś też jeszcze prała nad stawem, że ino kijanka trzaskała i gęsi strachliwie gęgały.
Rocho właśnie zbierał się wyjść od Weronki, kiej na topolowej we srogiej kurzawie ukazał się ktosik pędzący na koniu. Wstrzymywały go nieco wozy ze Stachowym drzewem, że polem chciał objeżdżać.
– Te! konia ochwacisz, kaj ci tak pilno! – krzyczeli.
Wyminął ich jakoś i pognał do wsi z całych sił, jaże koniowi zagrała wątroba.
– Hej! Adam, poczekaj no! – wołał Rocho.
Kłębiak wstrzymał się nieco i jął krzyczeć z całych sił:
– A to nie wiecie, jakieś zabite leżą w boru! Jezus, zatkało me całkiem. Konia pasłem na smugu i jużeśmy z Gulbasiakiem jechali do dom, aż tu przed Borynowym krzyżem koń się rzucił w bok, jażem bęcnął na ziem. Patrzę: ki licho strachnęło konia? a tu jakieś ludzie w jałowcach leżą… Wołalim, a oni nic, leżą kieby pomarłe…
– Głupi, będzie tu cudeńka rozpowiadał! – zawrzeszczeli.
– Obaczcie sami: leżą tam! Gulbasiak też widział, jeno co ze strachu w las pognał do komornic, które susz zbierały. Nieżywe leżą.
– W imię Ojca i Syna, to jedźże wójta powiadomić!
– Wójt jeszcze z miasta nie przyjechali – rzekł ktosik.
– To sołtysowi dać znać!… kole kowala drogę poprawia z chłopakami!… – wołali za nim, bo już ostrym galopem się puścił.
Juści, co po wsi w ten mig się rozgłosiło o pomordowanych, wrzask się czynił zgrozy pełen i bieganina, ludzie jaże się żegnali z przerażenia. A nim słońce zaszło, z pół wsi wyległo na drogi. Ktoś dobrodzieja uwiadomił, że wyszedł przed plebanię rozpytywać, kupą już tam szli niemałą, rając z cicha, młodsi puścili się nieco naprzód topolową, a wszyscy z wielką niecierpliwością czekali na sołtysa, któren wozem pojechał zabierając ze sobą Kłęba i parobków.
Długo czekali, bo dopiero o zmierzchu powrócił, ale ku niemałemu zdumieniu wójtowymi końmi i bryką. Zły był jakiś, bo srodze klął i podcinał szkapy, ani myśląc przystawać przed ciżbą, ale ktoś konie za uzdy chycił, że musiał przystanąć i rzekł:
– Juchy te chłopaki, wymyśliły sobie co niebądż la zabawy. Żadnych zabitych nie było w lesie, ludzie se jakieś spały pod krzakami. Złapię Kłębiaka, to ja mu dam strachania. Spotkałem po drodze wójta i zabrałem się z nim, to cała historia. Wio! maluśkie!
– A cóż to wójt chory, że leży kiej baran? – pytał ktoś zaglądając do wasąga.
– Śpik go zmorzył i tyla! – śmignął konie i już kłusem ruszył.
– ścierwy te wisusy, żeby taką rzecz wymyślić!
– Gulbasiaka to sprawka, on pierwszy do psich figlów!