Kitabı oku: «Trzej muszkieterowie», sayfa 28

Yazı tipi:

D‘Artagnan odmówił innym zgłaszającym się, nie chcąc czynić krzywdy tym, którzy mieli pierwszeństwo za sobą.

Nie było wiadomo, czy po wzięciu bastjonu roszelczycy go opuścili, czy zostawili w nim załogę; trzeba zatem było zbadać pozycję zbliska i dowiedzieć się prawdy.

D‘Artagnan puścił się z czterema towarzyszami i szedł pod osłoną okopów: dwaj gwardziści szli obok niego, a żołnierze nieco w tyle.

Tak dotarli, kryjąc się w dołach, na jakie sto kroków od bastjonu! Wtedy d‘Artagnan odwrócił się i spostrzegł że dwaj żołnierze zniknęli. Pomyślał, iż ze strachu pozostali za wałem i szedł dalej, nie oglądając się na nich.

Minąwszy kontr-eskarpę, znaleźli się prawie o sześćdziesiąt kroków od bastjonu. Nikogo widać nie było, bastjon stał cichy i wydawał się pusty.

Trzej towarzysze stanęli na tej straconej placówce i namyślali się, czy iść dalej, gdy wtem chmura dymu zakryła olbrzyma kamiennego i kilkanaście kul gwizdnęło koło uszu d‘Artagnana i jego kolegów. Dowiedzieli się więc, czego chcieli, bastjon miał załogę. Dłużej stać w miejscu tak niebezpiecznem nie byłoby wcale roztropnie ani potrzebnie; d‘Artagnan z towarzyszami odwrócił się, by dokonać odwrotu, bardzo podobnego do ucieczki.

Dopadli tak do wału, mającego ich zasłonić, gdy wtem jeden z gwardzistów zwalił się na ziemię: kula pierś muprzeszyła. Drugi, dotąd nietknięty, uciekał w kierunku obozu.

D‘Artagnan nie chciał opuścić kolegi i pochylił się, aby go podnieść i zabrać do swoich, lecz w tej chwili strzelono dwa razy; jedna kula roztrzaskała głowę gwardzisty rannego, druga spłaszczyła się o skałę, przeleciawszy o dwa cale nad głową d‘Artagnana.

Młodzieniec odwrócił się szybko. Atak nie pochodził z bastjonu, zakrytego wyskokiem wału; przyszli mu na myśl dwaj żołnierze, którzy zniknęli i przypomniał sobie morderców onegdajszych… postanowił przekonać się, co ma o tem sądzić, i upadł na ciało towarzysza, jak nieżywy.

Dwie głowy ukazały się ponad opuszczoną fortyfikacją, znajdującą się o jakie trzydzieści kroków: byli to owi dwaj żołnierze. D‘Artagnan nie pomylił się. Ci dwaj ludzie poszli za nim z myślą zabójstwa, spodziewając się, iż śmierć młodzieńca policzona zostanie na karb nieprzyjaciela.

Ponieważ jednak mógł być jedynie ranny, a potem donieść o ich zbrodni, zbliżyli się, aby go dobić. Na szczęście, zwiedzeni podejściem d‘Artagnana, zaniedbali koniecznej ostrożności i nie nabili powtórnie rusznic.

Gdy znaleźli się już o dziesięć kroków, d‘Artagnan, który, padając, trzymał silnie szpadę w ręce, zerwał się niespodzianie i jednym skokiem był już koło nich.

Podli zbóje zrozumieli, że, gdyby uciekli do obozu, nie położywszy trupem młodzieńca, nie omieszkałby on wydać ich sprawki, postanowili więc natychmiast przejść do nieprzyjaciela. Pierwszy z nich ujął fuzję za lufę i wywinął nią, jak maczugą. Wymierzył okrutny cios w samą głowę d‘Artagnana, lecz chybił, ponieważ tenże umknął szczęśliwie na stronę, ale ruchem tym dał swobodną drogę bandycie, z czego ten skorzystał i umykał w stronę bastjonu. Ponieważ jednak roszelczycy nie wiedzieli, w jakich zamiarach człowiek ten do nich przybywa, dali ognia i zabójca padł na ziemię, trafiony kulą, która strzaskała mu ramię.

Gdy się to działo, d‘Artagnan pochwycił drugiego żołnierza, atakując go szpadą. Walka trwała krótko; nędznik miał za całą obronę rusznicę nienabitą; szpada gwardzisty, odpierając razy broni nieużytecznej, opuściła sięniespodziewanie i przeszyła na wylot udo mordercy, który upadł niezwłocznie, nie mogąc się na nogach utrzymać.

D‘Artagnan przyłożył mu koniec szpady o gardła.

– O! nie zabijaj mnie! – krzyczał zbójca – łaski, łaski, panie oficerze! wszystko panu opowiem!…

– Czy twoja tajemnica warta jest przynajmniej, abym ci życie darował? – zapytał młodzieniec, powstrzymując pchnięcie.

– O! tak, szczególniej dla pana, jeżeli cenisz swe życie, będąc tak piękny i waleczny i mając z tego względu świetną przyszłość przed sobą.

– Nędzniku! – rzekł d‘Artagnan – dalej, gadaj prędzej, z czyjego rozkazu chciałeś mnie zamordować?

– Z rozkazu kobiety, której nie znam wcale, lecz którą nazywają milady.

– Mówisz, że jej nie znasz, a skąd wiesz, jak ją nazywają?

– Mój wspólnik znał ją i tak nazywał, bo z nim się ona układała, nie ze mną; ma on nawet list w kieszeni od tej damy, list wielkiego znaczenia dla pana, jak sam opowiadał.

– Dlaczego wziąłeś udział w tym napadzie?…

– Zaproponował mi, abyśmy we dwóch podjęli się tej roboty i przystałem…

– Cóżeście dostali za tę szlachetną wyprawę?

– Sto luidorów.

– Wcale nieźle – rzekł młodzieniec, rozweselony – widzę z tego, że coś wart jestem; sto luidorów!… to majątek dla takich nędzników; nie dziwię się też, że przystałeś i przebaczam, lecz pod jednym warunkiem!

– Pod jakim? – zapytał żołnierz niespokojny, widząc, że to jeszcze nie koniec.

– Oto pójdziesz i wyjmiesz list z kieszeni twego kamrata.

– Ależ, panie!… – zakrzyczał bandyta – chcesz mnie zabić, tylko innym sposobem; jak możesz żądać, abym szedł po list pod ogniem bastjonu?…

– Decyduj się i to szybko, bo klnę się na Boga, zginiesz z mojej ręki!…

– Łaski! panie, litości!… w imię młodej damy, którą kochasz… którą masz za umarłą… a która żyje!… – wołał zbójca, podnosząc się na kolana i podpierając ręką, bo siły go opuszczały wraz z utratą krwi.

– Skąd wiesz o kobiecie, którą kocham, kto ci powiedział, że myślę, iż ona nie żyje?…

– To wszystko jest w liście, który mój towarzysz ma w kieszeni

– Widzisz sam, iż muszę ten list posiąść koniecznie: nie ociągaj się zatem, nie wahaj, bo pomimo odrazy, jaką czuję do zmoczenia mej szpady po raz drugi w podłej krwi twojej, przysięgam na honor uczciwego człowieka…

Przy tych słowach d‘Artagnan uczynił gest tak groźny, że ranny pomimo osłabienia zerwał się na równe nogi.

– Wstrzymaj się pan! wstrzymaj!… – zawołał, nabierając odwagi pod wrażeniem strachu – pójdę już… pójdę!…

D‘Artagnan odebrał broń bandycie, kazał mu stanąć przed sobą i pchnął go w stronę wspólnika, koląc go w plecy końcem szpady.

Straszny był widok nieszczęśliwego, znaczącego śladami krwi drogę przebytą, jak śmierć, bladego, a pomimo to, pragnącego zawlec się niedostrzeżenie do ciała wspólnika zbrodni, rozciągniętego o dwadzieścia kroków.

Trwoga tak okrutna malowała się na twarzy bandyty, zlanej zimnym potem, że d‘Artagnan zmiękł i, patrząc na niego z pogardą, zawołał:

– Stój! pokażę ci różnicę pomiędzy człowiekiem odważnym a podłym, jak ty, tchórzem; zostań, ja sam pójdę!..

I krokiem lekkim, baczny na wszystko, obserwując poruszenia nieprzyjaciela i zasłaniając się nierównością gruntu, d‘Artagnan dotarł do drugiego żołnierza.

Miał dwa sposoby dojścia do celu: zrewidować mu kieszenie na miejscu, lub zabrać z sobą, czyniąc puklerz z ciała jego i dokonać rewizji pod tą osłoną.

D‘Artagnan wybrał drugi sposób: zarzucił zbója oddychającego jeszcze na plecy w chwili właśnie, gdy nieprzyjaciel dał ognia.

Słabe wstrząśnienie, głuchy szmer trzech kul rozdzierających ciało, ostatni jęk i dreszcze konania, dowiodły młodzieńcowi, że ten, który pragnął go zamordować, ocalił mu obecnie życie.

D‘Artagnan dostał się napowrót poza wał i cisnął trupa obok rannego, bladego już, jak nieboszczyk.

Natychmiast zajął się rewizją kieszeni, torby skórzanej, worka, w którym widocznie znajdowała się część sumy, jaką zbój otrzymał; kubek na kości do gry, jako też i kości ponumerowane, stanowiły całą pozostałość po umarłym. Zostawił kubek i kości, gdzie były, cisnął worek rannemu, a sam z niecierpliwością otworzył torbę…

Pomiędzy papierami bez znaczenia odnalazł list następujący, zdobyty z narażeniem życia.

„Ponieważ straciliście ślady kobiety, a ona jest obecnie w klasztorze bezpieczna i spokojna, dokąd nie powinniście byli jej dopuścić, starajcie się przynajmniej nie chybić człowieka, przezemnie wskazanego, w przeciwnym razie, wiecie o tem, że mam rękę długą, nie skryjecie się przede mną, dosięgnę was i drogo zapłacicie za sto luidorów, które otrzymaliście odemnie”. Podpisu nie było.

Jednakże list pochodził widocznie od milady.

Schował go starannie, jako niezbity dowód i, usunąwszy się w miejsce, zakryte przez wał ziemny, począł badać rannego. Ten wyznał mu, iż podjął się wraz z kolegą, tym samym, który oto już zabity, porwać młodą damę, która miała pewnego dnia wyjeżdżać z Paryża rogatką de la Villette, i że, zatrzymawszy się w jakiejś oberży i zabanut, i powóz przejechał, zanim zdążyli na wskazane miejsce.

– Coście zamierzali uczynić z tą nieszczęśliwą? – zapytał d‘Artagnan z sercem ściśnionem.

– Mieliśmy ją odstawić do pałacu na Placu królewskim – odrzekł ranny.

– Tak!… tak!… – mruknął d‘Artagnan – to to samo: mieli ją odwieźć do milady.

Wtedy zrozumiał ze drżeniem, jakie okrutne pragnienie zemsty pchało tę kobietę, aby go zgubić koniecznie, jako i tych, których ukochał, i jak była wtajemniczona w sprawy dworu królewskiego, kiedy potrafiła odkryć wszystko. Zawdzięczała bezwątpienia wiadomości te kardynałowi, swojemu protektorowi.

Lecz pośród tych wszystkich machinacyj, widoczne było, co go przejęło radością prawdziwą, że królowa odkryła nakoniec, w którem więzieniu nieszczęśliwa pani Bonacieux pokutowała za poświęcenie swoje, i wyrwała ją z tej niewoli. I teraz ten bilecik, otrzymany od młodej kobiety, ukazanie się jej na drodze z Chaillot, ukazanie się, podobne do zjawiska błędnego, wszystko to jasne mu się stało.

Od tej chwili, jak to Athos przepowiedział, odnalezienie pani Bonacieux wydało mu się możebne; klasztor to przecie nie żadna forteca niezdobyta!…

Przekonanie to wróciło mu spokój serca i duszy. Nachylił się nad rannym, który śledził niespokojnie przeróżne wrażenia, zmieniające jego oblicze i podał mu rękę.

– No, dalej – rzekł do niego – nie myślę porzucić cię tutaj… Oprzyj się na mnie i wracajmy do obozu.

– Dobrze – odezwał się ranny, nie mogąc pojąć na razie takiej wielkoduszności – ale czy przypadkiem nie każesz mnie tam powiesić?

– Nie, bądź spokojny, masz moje słowo, że oto po raz drugi daruję ci życie.

Zbójca zwlókł się na klęczki i całował na nowo nogi swego wybawiciela. D‘Artagnan, nie mając już powodu zostawać dłużej w bliskości nieprzyjaciela, przerwał ten wylew wdzięczności.

Gwardzista, który po pierwszym wystrzale zemknął do obozu, doniósł o śmierci czterech wysłańców. Można wyobrazić sobie zdziwienie i radość ogólną w pułku, gdy d‘Artagnan ukazał się zdrów i cały.

Młodzieniec skomponował naprędce historję o przyprowadzonym przez siebie rannym żołnierzu, jakoby przebity został szpadą w niespodzianej wycieczce z bastjonu. Mówił o zgonie drugiego żołnierza i o niebezpieczeństwach, jakie przebyli.

Opowiadanie to przyjęto z uwielbieniem, był to dzień triumfu dla naszego gaskończyka. Cała armja powtarzała szczegóły tej wyprawy od rana do wieczora, a książę orleański winszował mu osobiście.

Nakoniec, ponieważ każdy czyn piękny znajduje nagrodę, zatem postępek d‘Artagnana miał takie następstwo, iż przywrócił mu równowagę umysłu i pokój utracony.

W samej rzeczy d‘Artagnan uważał się już za zabezpieczonego zupełnie, ponieważ z dwóch wrogów, jeden już nie żył, a drugi obowiązany mu był i wdzięczny, a przez to samo oddany mu wiernie. Spokój ten dowodził jedynie, że d‘Artagnan nie znał jeszcze milady.

Rozdział XV. Wino andegaweńskie

Po wieściach prawie beznadziejnych o zdrowiu króla przyszła wiadomość do obozu, jakoby lepiej czuł się cokolwiek; a ponieważ wiedziano, jak pilnie mu było stanąć osobiście na czele wojska, rozpowiadano zatem, że skoro król będzie w stanie wsiąść na konia, wyruszy w drogę natychmiast.

Dotychczas zaś książę brat królewski, wiedząc, że stanowisko jego jest tymczasowe i że lada chwila zastąpi go książę d‘Angoulême, Bassompierre lub Schomberg, którzy już nawet kłócili się o dowództwo, książę tedy nie działał prawie wcale. Tracił czas na małe podjazdy, bojąc się ryzykować i coś przedsięwziąć, aby raz przecie wypędzić Anglików z wyspy Ré, gdzie szturmowali ciągle do cytadeli Ś-go Marcina i forteczki La Prée, gdy Francuzi oblegali Roszellę.

D‘Artagnan, jak wspominaliśmy, uspokoił się prawie zupełnie, i, jak to zwykle bywa po niebezpieczeństwie minionem, zdawało mu się, że ono nigdy już nie powróci. Została mu tylko jedna troska i to niemała, brak wiadomości o przyjaciołach.

Pewnego poranku, w miesiącu listopadzie znalazł rozwiązanie zagadki milczenia towarzyszy w liście datowanym z Villeroi:

„Panie d‘Artagnan!

Panowie Athos, Porthos i Aramis po sutym bankiecie, wyprawionym u mnie, podchmieliwszy sobie nad miarę, w tak głośny sposób dokazywali, iż naczelnik policji królewskiej, człowiek nader surowy, zmuszony był zamknąć ich na kilka dni w areszcie. Ja zaś spełniam polecenie, i jakie mi zostawili, i odsyłam panu dwanaście butelek wina andegaweńskiego, pochodzącego z mojej piwnicy, które pańscy przyjaciele nadzwyczaj polubili, i pragną, abyś wypił za ich zdrowie to ulubione wino.

Co zrobiwszy, pozostaję z szacunkiem pańskim sługą uniżonym i posłusznym

Godeau,
oberżysta i dostawca panów Muszkieterów”.

– A to wybornie! – zawołał d‘Artagnan – kochani przyjaciele! myślą o mnie przy zabawie, tak jak ja o nich w zmartwieniu. Z pewnością, wypiję za ich zdrowie z całego serca; tylko nie będę pił sam…

Pobiegł do dwóch gwardzistów, z którymi był bardziej zaprzyjaźniony, aby ich zaprosić na wyśmienite wino andegaweńskie, przywiezione tylko co z Villeroi.

Jeden z kolegów był już zaproszony na wieczór, drugi znów na dzień następny; zebranie zatem koleżeńskie oznaczono aż na trzeci dzień.

D‘Artagnan, powróciwszy, odesłał swoje dwanaście butelek do bufetu gwardzistów, z poleceniem, aby je schowano starannie; w dzień uroczystości, ponieważ obiad był zamówiony na godzinę dwunastą, wysłał już o dziewiątej rano Plancheta, aby wszystko przygotował.

Planchet, dumny z wyniesienia do godności marszałka dworu, starał się urządzić ucztę, jak człowiek inteligentny i znający się na rzeczy; w tym celu przybrał sobie do pomocy lokaja jednego z gości, zaproszonych przez pana swojego, nazwiskiem Fourreau, i jeszcze tego fałszywego żołnierza, który chciał zabić d‘Artagnana, a teraz, nie należąc do żadnego pułku, przyjął służbę u gaskończyka, a raczej u Plancheta, bardzo bowiem przywiązał się do d‘Artagnana, od chwili, gdy tenże życie mu darował.

Godzina obiadu nadeszła, dwóch zaproszonych przybyło, zajęli miejsca, a potrawy ustawiono na stole. Planchet usługiwał z serwetą pod pachą; Fourreau odkorkowywał butelki, a Brisemont – tak się nazywał rekonwalescent – przelewał wino do kryształowych karafek, bo ustało się po zmąceniu w podróży. Pierwsza butelka miała niejakie męty na spodzie, Brisemont zlał je do szklanki, a d‘Artagnan pozwolił mu wypić dla wzmocnienia, ponieważ nieborak był jeszcze okrutnie słaby.

Współbiesiadnicy, po zjedzeniu zupy, zamierzali wychylić pierwsze szklanki wina, gdy nagle rozległ się strzał armatni z fortu Ludwika, i z fortu Nowego; natychmiast gwardziści, sądząc, że chodzi o atak niespodziewany ze strony oblężonych, lub ze strony Anglików, zerwali się i pochwycili za szpady; d‘Artagnan, niemniej zwinny, uczynił, jak oni, i wszyscy trzej wybiegli, aby zdążyć na swoje stanowiska.

Zaledwie jednak ubiegli kawałek drogi, a już wiedzieli, co znaczy cały ten ruch i hałas: okrzyki: „niech żyje król!”, „niech żyje kardynał!” rozlegały się dookoła, a bębny biły na wszystkich punktach.

Rzeczywiście król niecierpliwy, jak to już mówiono, dążył bez wytchnienia i przybywał właśnie w tej chwili z całym dworem, prowadząc z sobą dziesięć tysięcy żołnierza świeżego; muszkieterzy szli przed nim i za nim. D‘Artagnan, stojąc w szeregach pułku swojego, powitał gestem wymownym drogich przyjaciół, oni ścigali go wzrokiem, a i pan de Tréville poznał go odrazu.

Po skończonej ceremonji przyjęcia króla, czterech przyjaciół znalazło się prędko i uściskało serdecznie.

– Przebóg!… – zawołał d‘Artagnan – nie można było przybyć bardziej w porę; mięso na stole nie zdążyło ostygnąć jeszcze!… prawda, panowie?… – dorzucił młodzieniec, zwracając się do dwóch gwardzistów i prezentując ich przyjaciołom.

– Oha, jak widzę, bankietujemy tu sobie – rzekł Porthos.

– Spodziewam się, – dodał Aramis – że niema kobiet na waszym obiedzie.

– A czy jest wino możebne w waszej dziurze?… – zapytał Athos.

– Ależ na Boga!… jest wasze własne, drogi przyjacielu – odrzekł d‘Artagnan.

– Nasze własne wino?… – zawołał Athos zdziwiony.

– Tak, tak, to, coście mi przysłali.

– My przysłaliśmy ci wino?…

– Wiecie przecie dobrze, wino młode ze wzgórz andegaweńskich?

– Tak, wiem doskonale, o jakiem winie chcesz mówić.

– O winie, które najlepiej lubisz.

– Zapewne, zapewne, jak nie mam szampańskiego, albo szambertina.

– Otóż w braku szampańskiego i szambertina, przyjmiecie to, jakie jest…

– A, tośmy sprowadzili winko andegaweńskie, zostaliśmy już smakoszami?… – mówił Porthos z uśmiechem.

– Ależ nie, wino to od was pochodzi.

– Od nas?… – krzyknęli razem trzej muszkieterowie.

– Czy to ty, Aramisie? … – zapytał Athos, przysłałeś to wino?

– Nie, może to ty, Porthosie?

– Nie, pewno to ty, Athosie?

– Nie.

– Jeżeli nie wy – rzekł d‘Artagnan – to wasz oberżysta.

– Jaki oberżysta?…

– Oberżysta Godeau, dostawca muszkieterów.

– Na honor – przerwał Porthos – niech pochodzi skąd chce, wszystko mi jedno; spróbujmy wina, a jeżeli dobre, to pijmy!

– O, nie!… – rzekł Athos – nie pijmy wina z nieznanego źródła…

– Masz rację, jak zawsze, kochany Athosie. Żaden z was zatem nie dawał zlecenia oberżyście Godeau?

– Nie!… a jednak to niby od nas była ta przesyłka?

– Oto list!… – rzekł d‘Artagnan i podał papier towarzyszom.

– To nie jego pismo!… – mówił Athos, znam go dobrze – ja sam, przed wyjazdem, załatwiałem z nim nasze wspólne rachunki.

– Cały list fałszywy – odezwał się Porthos – nie byliśmy nigdy zamknięci w areszcie.

– D‘Artagnanie – rzekł Athos z wyrzutem – jak mogłeś uwierzyć, żeśmy hałasowali?…

D‘Artagnan zbladł, dreszcz po nim przebiegł…

– Co ci jest, chłopcze kochany – zawołał Athos tkliwie – cóż znowu się stało?

– Biegnijmy, śpieszmy się, drodzy przyjaciele!… – krzyknął d‘Artagnan – okropne podejrzenie przyszło mi do głowy! byłażby to jeszcze zemsta tej kobiety?

Teraz znów Athos pobladł śmiertelnie.

D‘Artagnan puścił się w kierunku oberży, trzech muszkieterów i dwóch gwardzistów podążyło za nim.

Gdy tylko weszli do sali jadalnej, oczy ich uderzył widok Brisemonta, rozciągniętego na ziemi i wijącego się w strasznych konwulsjach.

Planchet i Fourreau, biali, jak płótno, próbowali wszelkich środków ratunku; widoczne jednak było, że pomoc na nic się nie przyda; skurczone bólem rysy nieszczęśliwego zwiastowały ostatnie chwile konania.

– A!… – zawołał ujrzawszy d‘Artagnana – a! to straszne!… to niegodziwe! pan darowałeś mi niby życie, a teraz mnie otrułeś!

– Ja!… – rzekł d‘Artagnan – ja? co mówisz, nieszczęsny?

– Mówię, żeś mi dał wina, żeś kazał je wypić… a! chciałeś się zemścić w ten sposób… a! to niegodnie z twej strony!

– Nie wierz temu, Brisemont, nie wierz, błagam cię; przysięgam…

– O! Bóg jest w niebie!… On cię ukarze… Boże mój, Boże, spraw, byś cierpiał kiedyś, jak ja obecnie!

– Na Ewangelję ci przysięgam – zawołał d‘Artagnan, nachylając się nad konającym – że nie przeczuwałem wcale, iż wino jest zatrute i że, jak widziałeś, sam miałem go się napić.

– Nie wierzę, nie wierzę – wybełkotał żołnierz i skonał w przystępie męczarni.

– To straszne! niepojęte!… – mruczał d‘Artagnan, gdy Porthos tłukł butelki z winem, a Aramis dawał rozkaz, (trochę spóźniony coprawda) aby sprowadzono spowiednika.

– O przyjaciele wierni!… – odezwał się d‘Artagnan – ocaliliście mi życie, nietylko mnie, lecz i tym oto panom… Panowie – dodał, zwracając się do gwardzistów – proszę zachować w tajemnicy całe to zdarzenie, którego byliście świadkami; osoby, zajmujące stanowiska wysokie, wmieszane są prawdopodobnie w tę sprawę, a wszystko złe, jak się domyślacie, skrupiłoby się na nas.

– O panie mój!… – jąkał Planchet nawpół umarły – o panie! jakże ja się szczęśliwie wykręciłem!…

– Jakto, hultaju – zawołał d‘Artagnan – więc i ty chciałeś napić się mojego wina?

– Za zdrowie króla, proszę pana; chciałem łyknąć właśnie małą szklaneczkę, lecz Fourreau mi przeszkodził, mówiąc, że mnie wołają…

– Niestety!… – rzekł Fourreau, dzwoniąc zębami ze strachu – chciałem go wyprawić, a sam się napić.

– Panowie – odezwał się d‘Artagnan do gwardzistów – pojmujecie sami, iż nasza uczta byłaby nader smutna po tem, co się stało; raczcie wybaczyć na dziś; odłóżmy zebranie na później. Młodzieńcy przyjęli grzecznie przemówienia d‘Artagnana i, widząc, że przyjaciele pragną sami pozostać, pożegnali się i odeszli.

Skoro gaskończyk nasz i trzech muszkieterów pozbyli się świadków, spojrzeli po sobie wzrokiem wyrażającym, iż pojmują całą ważność położenia.

– Naprzód – zaczął, Athos – wyjdźmy z tego pokoju; niedobra to kompanja z nieboszczykiem, który skończył śmiercią gwałtowną.

– Planchet – rzekł d‘Artagnan – polecam ci ciało tego biedaka. Pochowaj go w ziemi poświęcanej. Popełnił on zbrodnię, to prawda, lecz żałował.

Oberżysta dał im inny pokój, do którego przyniósł jajek na miękko i czystej wody (Athos sam jej zaczerpnął u źródła). W kilku słowach Porthos i Aramis zostali wtajemniczeni w położenie.

– A zatem – rzekł d‘Artagnan do Athosa – widzisz drogi przyjacielu, że to walka śmiertelna.

Athos pokiwał głową.

– Tak, tak – odparł – widzę dobrze; czy sądzisz, że to znów ona?

– Jestem tego pewny.

– Pomimo wszystko, przyznam ci się, iż jeszcze wątpię.

– A kwiat lilji na ramieniu?

– To jakaś Angielka za przestępstwo, spełnione we Francji, napiętnowana sromotnie.

– Athosie, to twoja żona, mówię ci – powtarzał d‘Artagnan – przypomnij sobie, jak rysopis zgadza się dokładnie.

– Byłem pewny, że tamta nie żyje, przecie ją powiesiłem doskonale.

Teraz d‘Artagnan kiwał głową.

– Ale teraz powiedz, co robić?… – rzekł młodzieniec.

– To fakt, że niepodobna zostać tak z mieczem, wiekuiście wiszącym nad głową – mówił Athos – i trzeba koniecznie, w jakikolwiek bądź sposób, wyjść z tego położenia.

– Lecz w jaki?

– Posłuchaj no; postaraj się dostać do niej i rozmówić; powiedz jej stanowczo: pokój lub wojna! Daję słowo szlachcica, że nic nigdy o tobie nie powiem i nic przeciw tobie nie przedsięwezmę, a ty zachowaj względem mnie neutralność: jeżeli się na to nie zgodzisz, pójdę do kanclerza, do króla samego, sprowadzę kata, podburzę dwór cały przeciw tobie, ogłoszę wszędzie, żeś jest piętnowana, stawię cię przed sądy, a gdy cię wyrokiem uwolnią, w takim razie zabiję cię, klnę się na honor mój szlachecki, zabiję cię, gdzie spotkam, na ulicy, w zaułku, zabiję, jak psa wściekłego.

– Doskonały środek – rzekł d‘Artagnan – bardzo mi się spodobał; lecz, jak się do niej dostać?

– Czas, drogi przyjacielu, czas sprowadza sposobną chwilę, a taka chwila, to, jak zdwojona stawka w grze: im więcej postawisz na kartę, tem więcej wygrasz, jeżeli umiesz czekać…

– Tak, ale czekać otoczonemu przez morderców i trucicieli…

– Ba!… – rzekł Athos – Bóg nas strzegł dotąd i będzie dalej strzegł.

– Nas samych, wierzę temu; zresztą wszakżeśmy mężczyźni, nasza to rola narażać życie, lecz ona!… – dodał półgłosem.

– Co za ona?… – zapytał Athos.

– Konstancja.

– Pani Bonacieux!… a! to prawda – mówił Athos – biedny przyjacielu! zapomniałem, żeś zakochany.

– Dowiedziałeś się przecie – odezwał się Aramis – z listu, znalezionego przy tym łotrze zabitym, że ona w klasztorze przebywa? O! w klasztorze jej bardzo dobrze i spokojnie, a po ukończeniu oblężenia Roszelli, przyrzekam wam, że ja także…

– Dobrze!… – rzekł Athos – dobrze, mój drogi Aramisie, znamy twoje powołanie i uczucia religijne.

– Jestem muszkieterem tymczasowym jedynie – odparł Aramis pokornie.

– Widać, że już dawno nie miał listu od kochanki, – szepnął Athos – lecz nie zwracajcie uwagi, znamy się przecie na tem.

– Otóż – rzekł Porthos – zdaje mi się, iż wynalazłem sposób bardzo prosty.

– Jakiż to? – zapytał d‘Artagnan.

– Ona jest w klasztorze, powiadacie?.. – ciągnął Porthos.

– Tak.

– A więc, jak tylko skończymy z oblężeniem, wykradniemy ją zaraz z klasztoru.

– Trzeba się wpierw dowiedzieć, w którym jest klasztorze.

– Tak, to prawda – rzekł Porthos.

– Czy nie przychodzi ci na myśl, drogi d‘Artagnanie, że to królowa sama oznaczyła klasztor na miejsce schronienia dla pani Bonacieux?

– Tak przypuszczam.

– Otóż Porthos nam w tem pomoże.

– W jaki sposób, jeżeli wolno zapytać?

– Ależ przez swoją margrabinę, księżnę czy księżniczkę, ona pewnie ma wpływ u dworu.

– Cicho, sza!… – rzekł Porthos, kładąc palec na ustach – zdaje mi się, że moja margrabina należy do stronników kardynała i dlatego nic wiedzieć nie może…

– Skoro tak – odezwał się Aramis – ja podejmuję się wywiedzieć o wszystkiem.

– Ty, Aramisie – krzyknęli razem przyjaciele – ty! w jakiż sposób?

– Przez jałmużnika królowej, z którym jestem w wielkiej przyjaźni… – rzekł Aramis, czerwieniąc się po uszy.

Po tem zapewnieniu czterej przyjaciele, skończywszy skromny posiłek, rozeszli się z obietnicą widzenia się tego samego jeszcze wieczoru; d’Artagnan powrócił do Minimes, a trzech muszkieterów udało się do koszar królewskich, gdzie kazali sobie urządzić mieszkanie.

Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
730 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: