Kitabı oku: «Trzej muszkieterowie», sayfa 30
Rozdział XVIII. Scena małżeńska
Jak to Athos przewidział, kardynał, niedługo poczekawszy, zszedł z góry, zajrzał do pokoju, gdzie byli muszkieterowie i zastał Porthosa, grającego zawzięcie w kości z Aramisem. Spojrzał szybko po wszystkich kątach sali i przekonał się, że brakuje jednego z muszkieterów.
– Gdzie się podział pan Athos?… – zapytał.
– Eminencjo – odrzekł Porthos – z opowiadań oberżysty nabrał on przekonania, iż drogi nie są bezpieczne i pojechał przodem na zwiady.
– A panowie coście przez ten czas porabiali, panie Porthosie?
– Ja wygrałem pięć pistolów od Aramisa.
– A teraz, czy jesteście gotowi powracać ze mną razem?
– Jesteśmy na rozkazy Waszej Eminencji.
– Na koń zatem, panowie, bo już późno.
Giermek oczekiwał kardynała przy drzwiach oberży.
Giermek potwierdził wszystko, co mówili muszkieterowie, z powodu wyjazdu Athosa. Kardynał skinął ręką na znak zadowolenia, wspiął konia i ruszył z równemi ostrożnościami, jak kiedy tu jechał.
Athos tymczasem pędził co koń wyskoczy, lecz, oddaliwszy się tak, iż pewnym był, że go nikt nie dojrzy, zwrócił na prawo, objechał dokoła, znalazł się z powrotem o dwadzieścia kroków od karczmy i, ukryty w gęstwinie drzew, czatował na ukazanie się orszaku. Poznawszy kapelusze z galonami towarzyszy swoich i płaszcz, bramowany frendzlą złotą, pana kardynała, poczekał aż jeźdźcydotrą do skrętu drogi, a gdy stracił ich z oczu, powrócił cwałem do oberży, gdzie go wpuszczono bez trudności.
– Mój oficer – rzekł Athos do oberżysty – zapomniał o ważnem zleceniu dla damy z pierwszego piętra i przysłał mnie do niej.
– Wejdź pan – odparł gospodarz – jest ona jeszcze w swoim pokoju.
Athos skorzystał z pozwolenia, lekkim krokiem przebiegł schody i dopadł uchylonych drzwi w chwili, gdy milady kładła już kapelusz na głowę. Wszedł do pokoju i zamknął drzwi za sobą. Na odgłos klucza w zamku, milady się odwróciła.
Athos stał przy drzwiach, owinięty płaszczem, w kapeluszu na oczy nasuniętym.
– Kto pan jesteś? czego tu chcesz?… – zawołała.
– O! to ona!… – mruknął Athos.
I, zrzucając płaszcz, oraz podnosząc kapelusz, postąpił ku milady.
– Poznajesz mnie pani?… – zapytał.
Milady zrobiła krok naprzód, następnie cofnęła się, jak gdyby węża ujrzała.
– No, no – mówił Athos – cieszę się, bo widzę, żeś mnie poznała.
– Hrabia de La Fère!… – szeptała milady, blednąc i cofając się do ściany.
– Tak, milady – odrzekł Athos – hrabia de La Fère, we własnej postaci, który przybył umyślnie z końca świata, aby mieć przyjemność ujrzeć panią. Usiądź pani i porozmawiajmy, jak mówi pan kardynał.
Milady, skamieniała z przerażenia, usiadła, nie wyrzekłszy ani jednego słowa.
– Jesteś szatanem wysłanym z piekła na ziemię!… – rzekł Athos. – Władza twoja jest wielka, wiem o tem; lecz z pomocą Boga, ludzie uczciwi dają radę i takim jak ty potworom. Raz już znalazłaś się na mej drodze; byłem pewny, iż pozbyłem się ciebie skutecznie, lecz omyliłem się widać, lub może piekło nie chciało cię przyjąć.
Milady, po tych słowach, przywodzących wspomnienia okrutne, opuściła głowę z głuchym jękiem.
– Sądziłaś, że nie żyję prawda? tak, jak ja pewny byłem, żeś umarła? imię Athosa zastąpiło nazwisko hrabiego de La Fère, tak samo, jak lady Clarick zastąpiłaAnnę de Bucil! Wszak się tak nazywałaś, gdy brat twój czcigodny błogosławił nasz związek?
– Lecz ostatecznie – mówiła milady głosem, przez strach stłumionym – co cię sprowadza? czego chcesz ode mnie? Wiesz zatem, co robiłam?
– Opowiedzieć ci mogę dzień po dniu od czasu, gdyś się zaciągnęła w służbę kardynała
Uśmiech niedowierzania przemknął po wargach zbielałych milady.
– Jeśli nie wierzysz, to posłuchaj: ty obcięłaś zapinki djamentowe z ramienia księcia Buckinghama: ty kazałaś porwać panią Bonacieux; zakochana w panu de Wardes, i sądząc, że z nim noc spędzisz, wpuściłaś pana d‘Artagnan; ty także, myśląc, że de Wardes cię oszukał, chciałaś, aby go rywal jego zabił; a kiedy ten rywal odkrył twoją tajemnicę haniebną, pragnęłaś i jego się pozbyć, nasyłając dwóch podłych na niego morderców, a zobaczywszy, że kule nie trafiły, posłałaś mu wina zatrutego wraz z fałszywym listem, aby ofiara twoja sądziła, że wino to pochodzi od przyjaciół. Nakoniec dziś w tym pokoju, siedząc na tem samem krześle, przyrzekłaś kardynałowi Richelieu zabić księcia Buckinghama wzamian za dane ci pozwolenie zamordowania d‘Artagnana.
Milady stała się teraz sina.
– Chyba szatanem jesteś?… – wyrzekła.
– Może być – odparł Athos – w każdym razie słuchaj i pamiętaj dobrze, co teraz powiem: zabij sama lub każ zamordować księcia Buckinghama, mało mnie to obchodzi! nie znam go: w dodatku jest Anglikiem; lecz nie waż się tknąć ani włosa z głowy d‘Artagnana, który jest przyjacielem moim wiernym i którego bronić będę, albo przysięgam na głowę ojca mojego, zbrodnia ta byłaby twoją ostatnią…
– Pan d‘Artagnan, ciężko mnie obraził – rzekła milady głucho.. – Pan d‘Artagnan umrze.
– Nie wiedziałem doprawdy, że panią może coś jeszcze obrażać – rzekł, śmiejąc się Athos – a więc on miał nieszczęście ją obrazić i umrze?
– Umrze – odparła milady – najpierw ona, potem on…
Athosa szał ogarniał; widok tej istoty, pozbawionej kobiecości, przywiódł mu na pamięć zdarzenia okropne, wspomniał, że kiedyś w położeniu mniej niebezpiecznem, niż obecnie, chciał ją poświęcić dla zachowania czystości honoru swego; pragnienie krwi tej kobiety powróciło mu palące, i opanowało jak gorączka, wstał, wyjął pistolet z za pasa i nabił go…
Milady, jak trup blada, chciała krzyczeć, lecz głos jej zamarł; wydawała jedynie jęki nieludzkie, podobne do chrapania dzikiego zwierza.
Przytulona do ściany, na tle obicia ciemnego, z włosem rozwianym, wyglądała, jak obraz trwogi i okrutnego przerażenia. Athos podniósł wolno pistolet, wyciągnął rękę i dotknął lufą czoła milady, następnie głosem spokojnym, zdradzającym postanowienie nieodwołalne, rzekł:
– Pani, oddaj mi natychmiast papier, podpisany przez kardynała, albo na mą duszę w łeb ci wypalę.
– Zdecyduj się, zostawiam ci sekundę czasu.
Milady widziała po skurczeniu jego twarzy, że strzał padnie; wyjęła szybko papier z za stanika i podała Athosowi.
– Masz – rzekła – i bądź przeklęty!
Athos, schował pistolet za pas, wziął papier, – dla przekonania się, czy to ten sam, rozwinął go i czytał:
„Z mojego rozkazu i dla dobra państwa okaziciel niniejszego zrobił to, co zrobił.
3 grudnia 1627 roku.
Richelieu”.
– A teraz – rzekł Athos, wdziewając płaszcz i kładąc kapelusz na głowę – teraz gdy ci żądło wyrwałem, żmijo jadowita, kąsaj, jeżeli możesz.
I wyszedł z pokoju, nie obejrzawszy się nawet.
Przy bramie zastał dwóch ludzi, trzymających konie w pogotowiu.
– Panowie – rzekł – znacie rozkazy Eminencji, odprowadzicie tę damę do fortecy La Pointe, a nie wolno wam jej opuścić, dopóki nie wsiądzie na pokład okrętu.
Skłonili głowami na znak posłuszeństwa.
Athos zaś skoczył lekko na siodło i ruszył z kopyta; zamiast jednak udać się drogą do obozu, poleciał przez pola, zatrzymując się od czasu do czasu i nasłuchując.
Nareszcie doszedł go odgłos kopyt końskich. Nie wątpił już, że to kardynał i jego orszak. Wtedy puścił sięjeszcze przed siebie, potem zatrzymał się, otarł pot z konia trawą i liśćmi z drzew i stanął w poprzek drogi na dwieście kroków od obozu.
– Kto idzie?… – zawołał, gdy jeźdźcy się ukazali.
– A! to nasz dzielny muszkieter zapewne tam stoi – rzekł kardynał.
– Tak, Eminencjo – odpowiedział Porthos – to on.
– Panie Athosie – rzekł Richelieu – przyjm sedeczne podziękowanie za dobrą wolę, nam okazaną. Panowie, jesteśmy już na miejscu, skierujcie się do bramy na lewo, hasło: Król i Ré!
Mówiąc to, kardynał skłonił głową, na znak pożegnania, skręcił na prawo, i, mając giermka za sobą, udał się także do obozu, gdyż noc tę miał tam przepędzić.
– No cóż? – zapytali razem Porthos i Aramis, gdy ich kardynał nie mógł już słyszeć – czy podpisał papier, przez nią żądany?
– Tak – odrzekł Athos spokojnie – mam go już przy sobie.
Trzej przyjaciele nie odezwali się więcej do siebie, jechali w milczeniu aż do swej kwatery, raz tylko przemówiwszy, gdy straże o hasło pytały.
Posłano natychmiast Mousquetona, aby powiedział Planchetowi, że pan jego jest usilnie proszony, aby, gdy zejdzie z posterunku przy okopach, przybył w tej chwili do mieszkania muszkieterów.
Ze swej strony milady, jak to Athos przewidział, udała się bez oporu za swymi towarzyszami; miała wprawdzie ochotę kazać się zaprowadzić do kardynała i opowiedzieć mu wszystko, lecz odkrycie prawdy przez nią pociągnęłoby to samo ze strony Athosa: doniosłaby, że Athos ją powiesił, lecz on za to wydałby, że jest piętnowana.
Zdecydowała się zatem nic nie mówić i wyjechać z zachowaniem wszelkich ostrożności, dokonać ze zwykłą zręcznością trudnego dzieła, którego się podjęła, a następnie, spełniwszy wszystko ku zadowoleniu kardynała, stanąć przed nim i dopomnieć się o pomoc w zemście osobistej.
Wskutek tego postanowienia, po całonocnej podróży, o siódmej rano, była już w La Pointe, o ósmej wsiadła na okręt, o dziewiątej tenże okręt z listami polecającemi od kardynała, mając niby płynąć do Bayonny, podnosił kotwicę i rozwijał żagle ku Anglji.
Rozdział XIX. Bastion świętego Gerwazego
Gdy d‘Artagnan stawił się na wezwanie, zastał trzech przyjaciół zebranych w jednym pokoju: Athos rozmyślał, Porthos wąsy podkręcał, Aramis modlił się z prześlicznej książeczki, oprawnej w błękitny aksamit.
– Na imię boskie! panowie – odezwał się – spodziewam się, że to, co usłyszę, warte jest zachodu, w przeciwnym razie uprzedzam, nie daruję wam tego; kazać mi przychodzić, zamiast zostawić w spokoju po nocy, spędzonej na szturmie do bastjonu, zdobyciu go i następnie zburzeniu… O! czemuż was tam nie było, panowie, gorącą mieliśmy rozprawę.
– Byliśmy gdzieindziej, tam nie było też wcale zimno – odpowiedział Porthos, podkręcając wąsa, właściwym sobie sposobem.
– Sza!… – rzekł Athos.
– Oho! – mówił d‘Artagnan, zrozumiawszy lekkie zmarszczenie brwi muszkietera – pokazuje się, iż mamy znów coś nowego.
– Aramis – zaczął Athos – byłeś podobno wczoraj na śniadaniu w oberży „Parpaillot?”
– Tak.
– Jakże ci się tam podobało?
– Bardzo niedobre jadłem śniadanie; onegdaj był dzień postny, a zastałem jedynie mięso.
– Jak to może być? – rzekł Athos – w porcie morskim nie mają ryb?
– Utrzymują – odparł Aramis, zatapiając się napowrót w modlitwie – że tama, którą każe wznosić pan kardynał, wypłasza je na pełne morze.
– Nie o to się pytałem – podjął Athos – pytałem, czy byłeś tam swobodny, czy nikt ci nie przeszkadzał?…
– Zdaje mi się, że oberża nie jest bardzo uczęszczana; tak, pewny jestem, że dla pogadania na osobności będzie nam wcale nieźle w „Parpaillot”.
– Idźmy więc do „Parpaillot”, bo tutaj ściany są, jak papier cienkie.
D‘Artagnan, obyty ze sposobem postępowania przyjaciela, a nauczył się poznawać ze słowa jednego, z gestu, ze znaku najmniejszego ważność okoliczności, wziął Athosa pod rękę i wyszedł z nim, nic nie mówiąc; Porthos udał się za nimi, gawędząc z Aramisem.
Spotkano w drodze Grimauda; Athos dał znak, aby się zbliżył. Grimaud, podług zwyczaju, usłuchał w milczeniu; biedny chłopak zapomniał już prawie mówić.
Przybyli do oberży „Parpaillot”; była siódma zrana; zaczynało świtać; trzech przyjaciół zadysponowało śniadanie i udało się do sali, gdzie, jak zapewniał gospodarz, nikt im nie przeszkodzi.
Na nieszczęście, złą godzinę wybrali na schadzkę; właśnie bębniono na poranny capstrzyk, każdy zrywał się po nocnym śnie, i, aby się wytrzeźwić i rozgrzać, przychodził wychylić miarkę w oberży; dragoni, szwajcarzy, gwardziści, muszkieterowie, lekka kawalerja – zmieniali się, jak w kalejdoskopie, ku wielkiemu zadowoleniu oberżysty, lecz wcale nie na rękę naszym przyjaciołom.
Odpowiadali też bardzo chłodno na powitania, zaczepki i żarty przybywających panów.
– Widzę już – odezwał się Athos – że dopytamy się tutaj jakiej dobrej awantury, a nie potrzebna nam wcale w tej chwili. D‘Artagnan, opowiedz nam, coś robił w nocy; my zaś później ci opowiemy.
– Czy w istocie – zaczął jeden z kawalerzystów, przestępując z nogi na nogę, ze szklanką wódki w ręce, którą cedził powoli – czy w istocie byliście na wałach tej nocy, panowie gwardziści? zdaje mi się, że mieliście na pieńku z roszelczykami?
D‘Artagnan spojrzał pytająco na Athosa, czy ma odpowiedzieć natrętowi, mieszającemu się nieproszenie do rozmowy, czy też nie.
– No, cóż – odezwał się Athos – czy nie słyszyszże pan de Busigny raczy przemawiać do ciebie? Opowiedz, co było tej nocy, kiedy panowie tego pragną.
– Podobno bastjon zdobyliście? – zapytał szwajcar, który pił rum kuflem od piwa.
– Tak, panie – odrzekł d‘Artagnan – mieliśmy ten zaszczyt; podłożyliśmy nawet pod jeden węgieł baryłkę prochu, który, wybuchając, wysadził go w powietrze, a reszta budynku została porządnie zachwiana.
– Któryż to bastjon? – zapytał dragon, trzymając zatkniętą na końcu szpady gęś, którą przyniósł, aby mu ją upieczono.
– Bastjon świętego Gerwazego, – odparł d‘Artagnan – z poza którego roszelczycy niepokoili naszych robotników.
– A ciepło tam było?
– O! i bardzo; straciliśmy pięciu ludzi, roszelczycy ośmiu czy dziesięciu.
– Sacrébleu! – wykrzyknął szwajcar, który pomimo obfitego repertuaru wymysłów w języku niemieckim miał zwyczaj kląć po francusku.
– Prawdopodobnie – przerwał kawalerzysta – zaraz dziś rano przyślą pionierów i naprawią bastjon.
– Tak, być może – dodał d‘Artagnan.
– Panowie! – odezwał się Athos – idźmy o zakład.
– A, tak! o zakład! – rzekł szwajcar.
– O jaki? – zapytał kawalerzysta.
– Czekajcie! – przerwał dragon, zasadzając szpadę, jak rożen, na hakach żelaznych, wbitych w mur komina – domyślam się, o co wam chodzi… Gospodarzu przeklęty! przynoś natychmiast patelnię, nie chcę stracić ani kropelki tłuszczu z tego szacownego ptaszka.
– Masz rację – dodał szwajcar – szmalec gęsi wyborny jest z konfiturami.
– Dobrze już – rzekł dragon, podstawiając patelnię. – Teraz zobaczymy, o co zakład idzie. Panie Athosie, słuchamy!…
– Tak, słuchamy!… – potwierdził kawalerzysta.
– Otóż, panie Busigny, zakładam się z tobą – rzekł Athos – że moi towarzysze, panowie Porthos, Aramis, d‘Artagnan i ja, zjemy śniadanie w bastjonie świętego Gerwazego i pozostaniemy tam przez godzinę, z zegarkiem w ręku, nie zważając na usiłowania nieprzyjaciela, aby nas stamtąd wysadzić.
Porthos i Aramis spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– Czy wiesz? – szepnął d‘Artagnan do ucha Athosowi – że prowadzisz nas na niechybną śmierć.
– Większe daleko niebezpieczeństwo nam grozi – odrzekł Athos – jeżeli tam nie pójdziemy.
– Na honor! panowie – zawołał Porthos, rozwalając się na krześle i podkręcając wąsa – oto mi zakład, co się nazywa!…
– Przyjmuję – rzekł de Busigny – idzie tylko obecnie o ustanowienie stawki.
– Panów jest czterech – mówił Athos – i nas czterech; zatem obiad na ośmiu, przystajecie panowie?…
– Z ochotą – odparł de Busigny.
– Doskonale – dodał dragon.
– Zgadzam się – rzekł szwajcar. Czwarty słuchacz, milczący podczas całej tej rozmowy, i teraz skinął jedynie na znak zgody.
– Śniadanie dla panów gotowe – zawołał gospodarz.
– Przynieś je tutaj – rzekł Athos.
Oberżysta wykonał rozkaz. Athos skinął na Grimauda, wskazał mu duży koszyk w kącie izby i objaśnił gestem, że trzeba zawinąć mięso w serwety.
Grimaud domyślił się zaraz, że chodzi o śniadanie na świeżem powietrzu; wziął koszyk, zapakował mięso, dołożył butelki i cały pakunek przewiesił na ręce.
– Gdzie panowie spożyją swoje śniadanie? – zapytał gospodarz.
– Co ci do tego, – rzekł Athos – jeżeli ci zapłacę?…
I cisnął majestatycznie na stół dwa pistole.
– Czy dać reszty, panie oficerze?
– Nie; dodaj tylko dwie butelki wina szampańskiego, a reszta za serwety.
Gospodarz nie tak znów świetny interes zrobił, jak myślał z początku, nagrodził jednak sobie, kładąc do kosza wino andegaweńskie, zamiast szampańskiego.
– Panie de Busigny, – odezwał się Athos – czy pozwolisz nastawić swój zegarek podług mojego, albo mój podług twojego?
– Z chęcią – odparł zapytany, wyjmując z kieszeniod kamizelki przepyszny złoty zegarek, wysadzany brylantami – obecnie wpół do ósmej.
– Siódma i trzydzieści pięć minut – rzekł Athos – wiadomo teraz, że zegarek mój śpieszy się o pięć minut.
Skłoniwszy się zebranym, osłupiałym ze zdziwienia, czterej młodzi ludzie skierowali się ku bastjonowi świętego Gerwazego, za nimi postępował Grimaud z koszykiem, nie wiedząc, dokąd idzie, lecz przyzwyczajony do biernego posłuszeństwa, nie myślał i teraz wypytywać.
Dopóki znajdowali się w obrębie obozu, nie przemówili ani słowa; w dodatku chmara ciekawych szła za nimi, wiedząc o zakładzie i chcąc się przekonać, jak też nasi przyjaciele wybrną z powziętego zamiaru. Gdy minęli szańce obozowe i znaleźli się w czystem polu, wtedy d‘Artagnan, niewtajemniczony w zamiary przyjaciela, osądził, iż przyszedł czas dowiedzenia się prawdy.
– Teraz, kochany Athosie – rzekł – bądź łaskaw powiedzieć mi dokąd idziemy?…
– Widzisz dobrze – odparł Athos – że idziemy do bastjonu.
– Cóż tam robić będziemy?
– Wiesz przecie, że będziemy jedli śniadanie.
– Dlaczego nie w Parpaillot?
– Albowiem musimy o ważnych niesłychanie sprawach pogadać, a tam trudno mieć pięć minut spokojnych z tymi natrętami; wchodzą, wychodzą, kłaniają się, witają, zaczepiają… to nie do wytrzymania; tutaj przynajmniej – dodał Athos, wskazując bastjon – nikt nam chyba nie przeszkodzi.
– Zdaje mi się – rzekł d‘Artagnan, z roztropnością, nie czyniącą ujmy odwadze – zdaje mi się, iż moglibyśmy znaleźć jakie oddalone miejsce nad morzem…
– Gdzieby nas widziano naradzających się we czterech, a za kwadrans kardynał jużby wiedział przez szpiegów swoich, że spiskujemy…
– Tak, tak – rzekł Aramis – Athos ma rację; animae adventuntur in desertis.
– Pustynia byłaby bardzo dobra – odezwał się Porthos – lecz trzebaby ją znaleźć. Niema na świecie takiej pustyni, gdzieby ptak nie przeleciał ponad głową, ryba nie wyskoczyła ponad wodę, a królik nie wybiegł z kryjówki, a ja przypuszczam, że ptak, ryba, królik – wszystkoto służy za szpiegów kardynała. Lepiej zatem dotrwać w naszem przedsięwzięciu, przed którem, coprawda, niepodobna się cofnąć bez wstydu; założyliśmy się, a nikt się nie domyśla, o co nam chodzi, wszyscy są pewni, że dla wygranej przez godzinę będziemy siedzieli w bastjonie. Albo nas atakować będą, albo nie. Jeżeli nam dadzą spokój, będziemy mieli aż nadto czasu do rozmowy, i nikt nas nie podsłucha, bo zaręczam, że ściany bastjonu uszu nie mają. Jeżeli zaś atak do nas przypuszczą, to i tak o interesach naszych pogadamy, a w dodatku, odpierając napaść, okryjemy się chwałą. Widzicie więc, że wszystko wychodzi na naszą korzyść.
– Tak – rzekł d‘Artagnan – lecz kula nas nie minie z pewnością.
– E! mój drogi – odparł Athos – wiesz dobrze, że nie te kule są najstraszniejsze, które pochodzą na wojnie od nieprzyjaciela.
– Zdaje mi się, iż na taką wyprawę trzeba było zabrać nasze muszkiety.
– Głupi jesteś, przyjacielu Porthosie; na co mieliśmy się obarczać nieużytecznym ciężarem?…
– Przydałby się wobec nieprzyjaciela kalibrowy muszkiet, ze dwanaście nabojów i woreczek z prochem.
– A czy nie słyszałeś, co opowiadał d‘Artagnan?
– Cóż on mówił? – zapytał Porthos.
– D‘Artagnan mówił, że przy szturmie tej nocy poległo kilku Francuzów i tyluż roszelczyków.
– Więc cóż z tego?
– Nie miano czasu ich obedrzeć, wszak prawda? było tam coś pilniejszego do roboty.
– Zatem?
– Zatem zabierzemy ich muszkiety, różki z prochem i naboje, zamiast czterech muszkieterów i dwunastu kul, będziemy posiadali strzelb najmniej piętnaście i ze sto pewnych wystrzałów.
– O, Athosie! rzekł Aramis – jesteś naprawdę wielki!
Porthos schylił głowę z uznaniem. D‘Artagnan tylko nie wydawał się przekonany.
Zapewne Grimaud podzielał obawy młodzieńca, bo, widząc, że idą prosto do bastjonu, o czem dotąd powątpiewał, pociągnął swego pana za połę ubrania.
– Dokąd idziemy? – zapytał giestem.
Athos wskazał bastjon.
– Ależ my tam skórę zostawimy – odpowiedział Grimaud na migi.
Athos wzniósł rękę i oczy ku niebu.
Grimaud postawił kosz na ziemi, usiadł i kiwał głową.
Athos wyjął pistolet z za pasa, obejrzał, czy dobrze nabity, odwiódł kurek i przyłożył lufę do ucha Grimaud‘a.
Grimaud zerwał się na równe nogi.
Athos pokazał mu, ażeby wziął kosz i szedł przodem.
Doszedłszy w ten sposób do bastjonu, czterej przyjaciele stanęli i zwrócili się przodem do obozu.
Przeszło trzystu żołnierzy rozmaitej broni zgromadziło się przed obozem; na boku stali: pan de Busigny, dragon, szwajcar i czwarty, który nic nie mówił.
Athos zdjął kapelusz, włożył na koniec szpady, podniósł do góry i powiewał nim w powietrzu.
Zebrani przed obozem zrobili tak samo, dodając jeszcze głośne „hurra! “, które aż do nich doszło.
Poczem zniknęli wszyscy czterej we wnętrzu bastjonu, gdzie ich już Grimaud wyprzedził.
