Kitabı oku: «Trzej muszkieterowie», sayfa 32
Rozdział XXI. Interesy familijne
Tak Athos nazwał obecne zajęcie. Sprawa rodzinna nie podlegała kontroli kardynała, ani też obchodziła kogokolwiek; można było zajmować się nią otwarcie.
Athos zatem wynalazł miano: Interesy familijne.
Aramis poddał myśl użycia pachołków.
Porthos wynalazł sposób wykonania, którym był: Djament królowej.
D‘Artagnan jedynie nic nie odkrył, on, najpomysłowszy zwykle z nich czterech; przyznać wypada, że jego paraliżowało samo to słowo… milady.
A!… prawda… zapomnieliśmy: odkrył on kupca na djament!
Śniadanie u pana de Tréville odbyło się wesoło i przyjemnie. D‘Artagnan miał już na sobie mundur. Ponieważ był jednakowego wzrostu z Aramisem, ten zaś, jak wiadomo, hojnie zapłacony przez księgarza, nabywcę poematu, kazał sobie zrobić parę kompletnych ubrań, – odstąpił przeto przyjacielowi całe umundurowanie.
D‘Artagnan byłby już u szczytu marzeń, gdyby nie myśli o milady, które na podobieństwo groźnej chmury, zasłaniały mu horyzont.
Po śniadaniu postanowiono zejść się wieczorem w mieszkaniu Athosa i tam ostatecznie naradzić się, co dalej czynić. Nasz gaskończyk spędził dzień cały, na pokazywaniu się w ubraniu muszkieterskiem po wszystkich ulicach obozu.
Wieczorem, o umówionej godzinie, czterech przyjaciół znalazło się razem; należało postanowić trzy rzeczy: Conapisać do brata milady? Co napisać do zręcznej osóbki w Tours? I którzy ze służących poniosą te listy?
Każdy zalecał swego.
Athos wychwalał dyskrecję Grimaud‘a, mówiącego tylko wtedy, gdy mu pan jego gębę odsznurował; Porthos rozpowiadał o sile Mousquetona, który był tak ogromny, że mógł dać radę czterem ludziom zwyczajnego wzrostu; Aramis, ufając zręczności Bazina, wysławiał zdolności swego kandydata; nakoniec d‘Artagnan pokładał ufność nieograniczoną w odwadze i śmiałości Plancheta i przypominał, jak się popisał w trudnej wyprawie londyńskiej.
Cztery te doskonałości długo walczyły o pierwszeństwo, a panowie ich rozprawiali i starali się dowieść, że każdy ma rację, czego powtarzać nie będziemy z obawy przed nudzeniem czytelnika.
– Niestety – rzekł Athos – ten, którego wyślemy, powinien posiadać cnoty wszystkich czterech.
– A gdzież znaleźć podobnego lokaja?
– Niema takiego na świecie – dodał Athos – wiem o tem doskonale: weźcie zatem Grimauda.
– Weźcie Mosquetona.
– Weźcie Plancheta; on jest odważny zręczny; to dwie najważniejsze zalety.
– Panowie – odezwał się Aramis – nie chodzi tu o to, który z naszych służących jest najdyskretniejszy, najsilniejszy, najzręczniejszy lub najodważniejszy; przedewszystkiem trzeba wiedzieć, który z nich najbardziej lubi pieniądze.
– Święta prawda, Aramisie – odparł Athos – trzeba rachować na wady ludzkie, a nie na cnoty. Księże szanowny!… jesteś wielkim moralistą.
– Zapewne – rzekł Aramis – bo nietylko potrzebujemy być dobrze obsłużeni, aby się nam udało, ale jeszcze musimy się zabezpieczyć od przegranej, bo idzie tu o głowy, i to nie o lokajskie…
– Ciszej Aramisie!…
– Prawda: lokaje wyjdą cali, – ciągnął Aramis – ale ich panowie! Czy służący nasi są tak nam oddani, aby poświęcali życie swoje dla nas? Nie, z pewnością nie…
– Na honor – odezwał się d‘Artagnan – ręczyłbym prawie za Plancheta.
– Kiedy tak, kochany przyjacielu, dodaj zatem do jego wierności dobrą sumkę pieniędzy, która zapewniłaby mu dostatek, a wtedy będziesz mógł ręczyć za niego z pewnością.
– O!… Boże wielki!… i tak zostaniecie oszukani rzekł Athos, wielki pesymista, gdy szło o ludzi. Przyrzekną wam wszystko, aby dostać pieniędzy, a w drodze strach im rozum odbierze. Gdy ich złapą, zastraszą, wygadają najtajniejsze polecenia. Cóż u djabła?… przecież nie jesteśmy dziećmi!… Aby dotrzeć do Anglji – Athos zniżył głos – trzeba przebyć całą Francję, zasianą szpiegami i kreaturami kardynała; trzeba paszportu, aby móc wsiąść na okręt; trzeba umieć po angielsku, aby dać sobie radę w Londynie. Przyznam się, że to mi się bardzo trudnem wydaje…
– Ależ gdzietam – rzekł d‘Artagnan, który pragnął, ażeby rzecz przyszła do skutku – podług mnie, przeciwnie, niema nic łatwiejszego. Ma się rozumieć, że, gdy wypiszemy do lorda de Winter niestworzone rzeczy, okropności o kardynale…
– Ciszej! – przerwał Athos.
– O intrygach i tajemnicach stanu – ciągnął d‘Artagnan, stosując się do przestrogi – wtedy bezwątpienia czeka nas łamanie kołem; lecz, na Boga, nie zapominaj, że sam mówiłeś, iż napiszemy w sprawie czysto familijnej, po to, tylko, aby milady, od chwili przybycia do Londynu, uczynił dla nas nieszkodliwą. Ja sam napiszę do niego mniej więcej w tym sensie:…
– Słuchamy – rzekł Aramis, przybierając naprzód minę krytyka.
– „Szanowny panie i drogi przyjacielu…”
– A! tak: „kochany przyjacielu” do Anglika – przerwał Athos – dobry początek!… brawo, d‘Artagnanie!… Za to jedno słowo; będziesz poćwiartowany, zamiast być łamany kołem.
– No, to napiszę tylko: „panie”.
– Możesz nawet napisać: milordzie – dodał Athos, dbały o przyzwoitość.
– „Milordzie, czy pamiętasz małą łączkę, gdzie kozy się pasły, w Luksemburgu?”
– Dobryś! teraz Luksemburg! Pomyślą, że to aluzja do królowej matki! Dowcipnyś, ani słowa – rzekł Athos.
– Napiszę więc poprostu: „Milordzie, czy przypominasz sobie łąkę, gdzie ci życie darowano?”
– Kochany d‘Artagnanie – odezwał się Athos – nie będziesz nigdy dobrym redaktorem: „Gdzie ci życie podarowano!” Fe, to niegodne. Nie przypomina się takiej przysługi uczciwemu człowiekowi. Dobrodziejstwo wymówione staje się obrazą.
– O! mój kochany – przerwał d‘Artagnan – nieznośny jesteś i, jeżeli mam pisać pod twoją cenzurą, to, na honor, ani myślę…
– I dobrze zrobisz. Wywijaj muszkietem i szpadą, mój drogi, doskonale się z tych dwóch rzeczy wywiązujesz, lecz pióro oddaj księdzu dobrodziejowi, jemu się ono z prawa należy.
– O tak, rzeczywiście – rzekł Porthos – oddaj pióro Aramisowi, on przecie pisuje wypracowania po łacinie!
– Niechże tak będzie – rzekł d‘Artagnan – zredaguj ten list, Aramisie; lecz uprzedzam cię, trzymaj się dobrze, bo i ja potrafię krytykować.
– Owszem, krytykuj – odezwał się Aramis z naiwną ufnością w siebie, jaką wogóle poeci się odznaczają – proszę tylko obeznać mnie ze szczegółami; wprawdzie słyszałem już, że ta pani jest wielkie ladaco i przekonałem się nawet o tem, słuchając rozmowy jej z kardynałem.
– Mówże ciszej, do wszystkich djabłów! – krzyknął Athos.
– Lecz – ciągnął Aramis – zapomniałem niektórych szczegółów…
– I ja także – dodał Porthos.
D‘Artagnan i Athos spojrzeli po sobie w milczeniu… Nakoniec Athos, zbladł okrutnie i uczynił po namyśle gest, który zrozumiał d‘Artagnan i zaczął znów mówić:
– Otóż tak trzeba napisać: „Milordzie, bratowa twoja jest zbrodniarką, chciała ona kazać cię zabić, aby odziedziczyć twój majątek. Lecz nieprawnie poślubiła twego brata, ponieważ była zamężna we Francji, gdzie została…”
– Wypędzona przez męża – przerwał Athos.
– Ponieważ przekonał się, iż jest piętnowana – dodał d‘Artagnan.
– Wielki Boże!… – krzyknął Porthos – więc ona chciała zabić swego szwagra?
– Tak.
– Była zamężna? – zapytał Aramis.
– Tak.
– Mąż jej dostrzegł, że ma kwiat lilji na ramieniu? – zawołał Porthos.
– Tak.
Te trzy tak wypowiadał Athos głosem coraz to smutniejszym.
– Kto jeszcze widział ten kwiat lilji?… – zapytał Aramis.
– D‘Artagnan i ja, a raczej mówiąc ściślej, ja i d‘Artagnan.
– Czy mąż tej ohydnej istoty żyje jeszcze?
– Tak, żyje…
– Jesteś tego pewny?
– Jak najpewniejszy.
Nastała chwila grobowej ciszy; każdy czuł się po swojemu wzruszony.
– Tym razem – zaczął Athos, pierwszy przerywając milczenie – d‘Artagnan dał nam doskonały program i to właśnie trzeba najpierw napisać.
– Do djabła! masz rację – odparł Aramis – ale zredagowanie tego jest nad wyraz trudne. Sam pan kanclerz byłby w kłopocie, chcąc napisać list w tym sensie, a przecież kancierz bardzo przyjemnie pisze. Mniejsza jednak o to! uciszcie się tylko, panowie, zaczynam pisać.
Aramis wziął pióro, zamyślił się chwilkę i nakreślił kilkanaście wierszy, prześlicznym, drobnym, iście kobiecym charakterem; następnie głosem słodkim i powolnym, kładąc nacisk na każde zdanie, czytał, co następuje:
„Milordzie!
Osoba, pisząca tych kilka słów, miała zaszczyt skrzyżować szpadę z panem na małym placyku przy ulicy d‘Enfer.
Od tego czasu byłeś łaskaw głosić się przyjacielem tej osoby, ona też wdzięczna za życzliwość, odpłaca się, przesyłając przestrogę i dobrą radę.
Dwa razy już o mało nie stałeś się ofiarą zawziętości bliskiej krewnej twojej, którą uważasz za swoją spadkobierczynię, albowiem nie wiesz o tem, iż wprzód, nim zawarła małżeństwo w Anglji, była już zamężna we Francji. Lecz obecnie, za trzecim razem, możesz zostać zwyciężony. Krewna pańska wyjechała z Roszelli do Anglji w nocy. Jeżeli chcesz przekonać się, do czego jest zdolna, znajdziesz przeszłość jej wypisaną niezamazanym znakiem na lewem jej ramieniu”.
– Otóż to ślicznie napisane – rzekł Athos – masz styl sekretarza stanu, kochany Aramisie. Lord de Winter będzie się miał obecnie na baczności, jeśli tylko ostrzeżenie przyjdzie w porę; a gdyby nawet wpadło w ręce Jego Eminencji, nie może nas skompromitować. Ponieważ jednak służący, którego wyślemy, mógłby nas okłamać i powiedzieć, iż był w Londynie, a dotarł tylko zaledwie do Chatellerault, daj mu zatem razem z listem połowę tylko przyobiecanej sumy, resztę zaś niech dostanie wzamian za przyniesioną odpowiedź. Czy masz swój djament?
– Mam coś lepszego, bo pieniądze – i d‘Artagnan cisnął worek na stół.
Na dźwięk złota Aramis się obejrzał, Porthos zadrżał, Athos zaś pozostał obojętny.
– Ile jest w tym woreczku? – zapytał.
– Siedem tysięcy liwrów w luidorach dwunasto-frankowych.
– Siedem tysięcy!… – zawołał Porthos – ten brzydki mały djament wart był aż tyle?
– Okazuje się, – rzekł Athos – ponieważ je tu widzimy, a wątpię, iżby nasz przyjaciel d‘Artagnan dołożył co ze swoich pieniędzy.
– Z tem wszystkiem, panowie – odezwał się d‘Artagnan – zapominamy zupełnie o królowej. Trzeba pomyśleć też o bezpieczeństwie ukochanego jej Buckinghama. Winniśmy to naszej królowej.
– Słusznie – rzekł Athos – lecz to do Aramisa należy.
– Cóż mam tedy uczynić? – odparł tenże, czerwieniąc się.
– Nic nadzwyczajnego: napisz drugi list do owej zręcznej osóbki, która mieszka w Tours.
Aramis wziął znów pióro, zebrał myśli, napisał, co następuje, i poddał ocenie przyjaciół swoich.
„Kochana kuzynko!…”
– Aha! – przerwał Athos – ta pani, taka zręczna, jest twoją kuzynką?
– Siostrą cioteczną…
– Niechże będzie i tak…
Aramis czytał dalej:
„Kochana kuzynko! Jego Eminencja, pan kardynał, którego niech Bóg zachowa jaknajdłużej dla szczęścia Francji i hańby jej wrogów, zakończy niedługo rozprawę ze zbuntowanymi heretykami Roszelli; prawdopodobnie nie otrzymają oni pomocy od floty angielskiej. Zdaje mi się, że pan Buckingham, zaskoczony wypadkiem wielkiej doniosłości, nie będzie w stanie wyruszyć z pomocą. Jego Eminencja jest najznakomitszym politykiem czasów przeszłych, teraźniejszych a prawdopodobnie i przyszłych. Zagasiłby on słońce samo, gdyby mu ono przeszkadzało. Opowiedz o tych szczęśliwych okolicznościach siostrze swej, droga moja kuzynko. Miałem sen, iż ten przeklęty Anglik zginął… Nie mogę tylko sobie przypomnieć od żelaza, czy od trucizny; to tylko pewne, iż mi się śniło, że zginął; a wiesz dobrze o tem: sny moje zawsze się sprawdzają. Bądź zdrowa, zobaczymy się niedługo.”
– Cudownie! – zawołał Athos – jesteś królem poetów, drogi Aramisie, wyrażasz się niezrozumiale, jak Apokalipsa, a prawdziwie, jak Ewangelja. Pozostaje jedynie napisanie adresu na tym liście.
– Nic łatwiejszego – rzekł Aramis. Złożył elegancko liścik i napisał:
„Do panny Michon, właścicielki składu bielizny w Tours“.
Trzech przyjaciół z uśmiechem spojrzało na siebie.
– A teraz – rzekł Aramis – pojmujecie, panowie, że Bazin może tylko zanieść ten list do Tours; kuzynka moja zna go i ufa mu; każdy inny mógłby popsuć całą sprawę. W dodatku Bazin jest żądny wyniesienia i uczony; czytał on historję i wie doskonale, iż Syxtus V został papieżem, chociaż w młodości pasł trzodę chlewną. Otóż, ponieważ ma on zamiar wstąpić do stanu duchownego jednocześnie ze mną, nie wątpi zatem, że zostanie papieżem, a przynajmniej kardynałem. Pojmujecie zatem, że człowiek o takiej ambicji nie da się złapać, lub, jeżeli zostanie ujęty, pozwoli się umęczyć, ale nic nie wygada.
– Dobrze, dobrze – przerwał d‘Artagnan – zgadzam się chętnie na Bazina, lecz proszę o uznanie i dlaPlancheta: milady kazała go niegdyś za drzwi wyrzucić, kazała go obić okrutnie; Planchet ma dobrą pamięć i ręczę, że gdy mu się trafi sposobność zemsty, prędzej da się zamęczyć, niż się jej wyrzeknie. Nie mieszam się wcale do twoich interesów w Tours, Aramisie, lecz w Londynie jest moja sprawa osobista. Proszę zatem, aby Planchet tam się udał; był on już tam ze mną i potrafi bardzo poprawnie wypowiedzieć: London, sir, if yot please, a także: my master lord d‘Artagnan; widzicie więc, że da sobie radę i tam i z powrotem.
– Kiedy tak – rzekł Athos – to trzeba Planchetowi dać siedemset liwrów na drogę do Londynu i siedemset, jak powróci; Bazin dostanie trzysta liwrów i trzysta za powrotem. Zmniejszy to nasz kapitał do pięciu tysięcy liwrów, weźmiemy więc każdy po tysiącu i użyjemy, na co nam się spodoba, a tysiąc oddamy do schowania naszemu księżulkowi, aby mieć na wypadek nieprzewidziany, lub na potrzeby wspólne. Czy zgadzacie się, panowie?
– Kochany Athosie – rzekł Aramis – mówisz, jak Nestor, który był, jak wiadomo, największym mędrcem Grecji.
– Więc już ułożone – ciągnął Athos – Planchet i Bazin pojadą; nie gniewa mnie to wcale, że Grimaud zostaje przy mnie; zna już moje zwyczaje, a ja to lubię; dzień wczorajszy dużo go kosztował, podróżby go dobiła.
Przywołano Plancheta i objaśniono go, co ma robić.
– Schowam list za podszewkę ubrania – rzekł Planchet – i połknę go, gdy mnie złapią.
– Tym sposobem nie będziesz mógł spełnić polecenia – powiedział d‘Artagnan.
– Niech mi pan da kopię listu dziś wieczorem, a jutro już będę umiał ją na pamięć.
D‘Artagnan spojrzał na przyjaciół, jak gdyby chciał im powiedzieć:
– A co, nie mówiłem?
– A teraz – dodał, zwracając się do Plancheta – masz osiem dni na dostanie się do lorda Wintera, osiem na drogę powrotną, razem dni szesnaście. Jeżeli szesnastego dnia od daty wyjazdu nie powrócisz o ósmej godzinie wieczorem, nie dostaniesz ani grosza, choćbyś powrócił o pięć minut po ósmej.
– Kiedy tak, to proszę pana o kupienie mi zegarka.
– Weź ten – rzekł Athos, dając mu swój z obojętnością pańską – i bądź chłopcem odważnym i uczciwym. Nie zapominaj, że gadulstwem, paplaniem i nieopatrznością narażasz głowę swojego pana, który tak wielką ufność pokłada w twojej wierności, iż zaręczył nam za ciebie. Lecz pamiętaj o tem, że, jeżeli z twojej winy spotka nieszczęście d‘Artagnana, nie ukryjesz się wtedy przede mną, znajdę cię i rozpłatam w kawały.
– O! panie łaskawy!… – przemówił Planchet, upokorzony podejrzeniem i przerażony poważną i spokojną miną muszkietera.
– A ja – dodał Porthos, wytrzeszczając oczy straszliwie – ja obedrę cię ze skóry.
– O! panie.
– Ja zaś – odezwał się Aramis głosem słodkim i melodyjnym – ja cię upiekę na wolnym ogniu, jak dziki człowiek.
– O! panie.
Planchet rozpłakał się; nie śmiemy twierdzić, czy ze strachu z powodu pogróżek, jakie mu czyniono, czy z rozczulenia na widok jedności czterech przyjaciół.
D‘Artagnan uścisnął mu rękę.
– Widzisz, Planchecie – rzekł – ci panowie mówią to wszystko przez przywiązanie do mnie, ale w gruncie oni cię bardzo lubią.
– Przysięgam panu – rzekł Planchet – albo zrobię wszystko podług rozkazu, albo mnie posiekają na drobne kawałki; lecz i w takim razie żadna cząsteczka moja nie piśnie o tajemnicy.
Postanowiono, iż Planchet wyruszy nazajutrz o ósmej zrana, aby mógł, jak o to prosił, nauczyć się listu na pamięć. Rano, gdy już dosiadł konia, d‘Artagnan, który miał zawsze w sercu słabość dla księcia Buckinghama, odprowadził Plancheta na stronę i rzekł:
– Słuchaj dobrze, co ci powiem: gdy doręczysz list lordowi de Winter i gdy go już przeczyta, dodasz od siebie te słowa: „Strzeż pan dobrze Jego Wysokości księcia Buckinghama, gdyż chcą go zamordować”. Pamiętaj, Planchecie, że jest to tak ważne a konieczne, iż bez wiedzy przyjaciół moich powierzam ci tę tajemnicę, a nawet za tytuł generała nie napisałbym jej w liście.
– Niech pan będzie spokojny, przekona się pan, iż można na mnie rachować.
Wskoczył na doskonałego konia, którego miał zostawić o dwadzieścia mil od obozu, a dalej jechać pocztą, i puścił się galopem, z sercem nieco ściśniętem z powodu potrójnej obietnicy, uczynionej mu przez muszkieterów, lecz zresztą pełen otuchy i dobrej myśli.
Bazin wyjechał zrana do Tours; przeznaczono mu tydzień na spełnienie polecenia. Czterech przyjaciół przez czas nieobecności wysłańców więcej, niż zwykle, miało wytężony słuch, wzrok i węch. Całe dnie im schodziły na podsłuchiwaniu, co mówiono, na szpiegowaniu, co się dzieje u kardynała i podpatrywaniu, skąd gońcy przybywają. Przestrach, niczem niepokonany, ogarniał ich, ilekroć wezwani zostali niespodzianie dla pełnienia jakiej czynności z rozkazu kardynała.
Musieli też strzec się zasadzki każdy zosobna; milady była zjawiskiem, które, gdy raz się komu ukazało, spędzało już sen spokojny z oczu tego człowieka.
W tydzień potem, Bazin, czysty i elegancki jak zawsze, uśmiechnięty podług zwyczaju, wszedł do oberży Parpaillot, gdzie czterej muszkieterowie siedzieli przy śniadaniu i rzekł, jak mu polecono:
– Panie Aramis, oto jest odpowiedź pańskiej kuzynki.
Współbiesiadnicy spojrzeli po sobie uszczęśliwieni: połowa zadania zatem spełniona, coprawda krótsza i łatwiejsza.
Aramis, czerwieniąc się mimowoli, wziął list, napisany charakterem niewprawnym i nieortograficznie.
– Boże wielki!… – zawołał, śmiejąc się – stanowczo tracę nadzieję, nigdy już widać ta biedna Michon nie będzie tak pisała, jak pan de Voiture.
– Cóż to za biedna Michon?… – zapytał szwajcar, który rozmawiał właśnie z muszkieterami, gdy list przyszedł.
– O mój Boże! mała rzecz – odrzekł Aramis – pewna właścicielka składu bielizny, śliczna dziewczyna, którą kochałem serdecznie, którą prosiłem o napisanie kilku słów do mnie na pamiątkę.
– Do licha!… – zawołał szwajcar – jeżeli taka piękna, jak jej pismo, nie zazdroszczę ci szczęścia, mój towarzyszu.
Aramis przeczytał list i podał Athosowi.
– Zobacz, co ona pisze – powiedział.
Athos rzucił okiem na kartkę i dla odwrócenia podejrzeń wszelkich, czytał głośno:
„Kochany kuzynku, obydwie z siostrą doskonale sny odgadujemy i nawet boimy się ich okrutnie; lecz mam nadzieję, że o twoim śnie będzie można powiedzieć, co sen to kłamstwo. Adieu! życzymy ci zdrowia, a staraj się, abyśmy od czasu do czasu miały wiadomości od ciebie.
Aglaé Michon”.
– O jakim śnie ona mówi?… – zapytał dragon, zbliżywszy się podczas czytania.
– Tak, o jakim śnie?… – dodał szwajcar.
– O! moi panowie – rzekł Aramis – to nic nadzwyczajnego miałem sen dziwny i opisałem go.
– O tak, to bardzo naturalne opowiadać sny swoje, lecz ja nigdy nie śnię!
– Bardzo pan szczęśliwy – odezwał się Athos, powstając – chciałbym o sobie to samo powiedzieć.
– Nigdy mi się nic nie śni – dodał szwajcar, zachwycony, że człowiek taki, jak Athos, zazdrości mu czegoś – nigdy! o! nigdy!
D‘Artagnan, widząc, że Athos się podniósł, uczynił to samo, wziął go pod rękę i wyszedł z nim razem.
Porthos i Aramis pozostali jeszcze z dragonem i szwajcarem.
Bazin zaś poszedł i rzucił się spać na pęku słomy, a ponieważ miał bujniejszą imaginację, niż szwajcar, śnił zatem, że Aramis został papieżem i kładł mu na głowę kapelusz kardynalski.
Lecz, jak to mówiliśmy, Bazin, powróciwszy szczęśliwie, połowę tylko kłopotu zdjął z głowy czterem przyjaciołom. Dni oczekiwania długie bywają nieskończenie; d‘Artagnan przedewszystkiem poszedłby był o zakład, iż mają one obecnie czterdzieści osiem godzin. Zapomniał o nieprzewidzianych przeszkodach w podróży morskiej, przesadzał w myśli wszechwładzę milady. Zdawało mu się, że tej kobiecie, przedstawiającej mu się w postaci szatana, pomaga duch ciemności. Gdy spostrzegł ruch jaki w obozie, lub hałas posłyszał, wyobrażał sobie natychmiast, że to Plancheta złapali, że go prowadzą dla skonfrontowania z nim i z jego towarzyszami. Co więcej: zaufanie, pokładane w zdolnościach zacnego Pikardyjczyka, zmniejszało się z dniem każdym. Tak był niespokojny, tak niepewny, że uczucia te udzielały się Porthosowi i Aramisowi. Jeden tylko Athos zachowywał się biernie, jak gdyby żadne niebezpieczeństwo mu nie groziło, i był pośród rozgorączkowanych przyjaciół chłodny i poważny, jak zwykle.
Szesnastego dnia przedewszystkiem niepokój tak gwałtowny opanował d‘Artagnana, Porthosa i Aramisa, iż, nie mogąc usiedzieć na miejscu, snuli się, jak błędne cienie, po drodze, którą miał Planchet powracać.
– Doprawdy – mówił im Athos – nie jesteście ludźmi skończonymi, lecz chyba dziećmi, kiedy wam jedna kobieta takiego strachu napędza. O cóż wam chodzi przedewszystkiem? Wpakują nas do więzienia? Przecież wyciągną nas i stamtąd; dowodem pani Bonacieux, którą jednak potrafiono uwolnić. Głowy nam utną? Toż codzień na fortyfikacjach narażamy się z wesołą myślą na gorsze rzeczy, ponieważ kula może nam nogę strzaskać, a przekonany jestem, że chirurg, odejmując nogę, więcej nam sprawia bólu, niż kat, ucinając głowę. Oczekujcie zatem cierpliwie. Za dwie, za cztery, za sześć godzin Planchet będzie tutaj: obiecał, a ja wielką pokładam ufność w obietnicy Plancheta, wydaje mi się on bowiem uczciwym i walecznym chłopakiem.
– A jeżeli nie przyjedzie?… – powiedział d‘Artagnan.
– To cóż z tego, jeżeli nie przyjedzie, to widać go zatrzymano, ot i wszystko. Mógł zlecieć z konia, stoczyć się z mostu do wody, lub jechał tak szybko, że dostał zapalenia płuc. O!… panowie!… trzeba pamiętać, że różne wypadki czyhają na człowieka. Życie, jest to różaniec, złożony z przeciwności, którego ziarnka filozof przesuwa w rękach z uśmiechem na ustach. Bądźcie filozofami, jak ja, moi panowie, siadajcie do stołu i pijmy, nigdy przyszłość nie wydaje się tak różowa, jak gdy patrzy się na nią przez szklankę chambertina.
– Bardzo dobrze – odrzekł d‘Artagnan – mnie już sprzykrzyła się obawa przy piciu i to przypuszczenie, że wino pochodzi z piwnicy milady.
– Wybredny jesteś djabelnie – mówił Athos – taka piękna kobietka!…
– Kobietka piętnowana!… – dodał Porthos, grubo się śmiejąc.
Athos zatrząsł się, otarł zimny pot z czoła i wstał także, nie mogąc powstrzymać nerwowego drżenia.
Dzień długi upłynął, wieczór, choć powoli, zbliżał się jednak; oberże napełniły się gośćmi; Athos, który wziął do kieszeni swoją część ze sprzedaży djamentu, nie wychodził prawie z Parpaillot. Znalazł w panu de Busigny, który dał im przewyborny obiad, partnera godnego siebie.
Grali też i pili razem, jak zwykle, gdy siódma wybiła; słychać było patrole przejeżdżające, warty zmieniające się; o wpół do ósmej zatrąbiono capstrzyk.
– Zgubieni jesteśmy – szepnął d‘Artagnan do ucha Athosowi.
– Chcesz powiedzieć, że straciliśmy – rzekł Athos, spokojnie wyjmując cztery pistole z kieszeni i ciskając je na stół. – Dalej, panowie, trąbią na capstrzyk, idźmy spać!
Athos opuścił Parpaillot razem z d‘Artagnanem. Aramis z Porthosem szli pod rękę za nimi. Aramis przeżuwał jakieś wiersze, Porthos od czasu do czasu targał wąsy na znak rozpaczy.
Lecz oto nagle, w ciemności, cień jakiś się rysuje, którego kształty znane są dobrze d‘Artagnanowi, a głos znany odzywa się:
– Przynoszę płaszcz, proszę pana, wieczór mamy chłodny.
– Planchet!… – wykrzyknął d‘Artagnan, nie posiadając się z radości.
– Planchet!… – powtórzyli Porthos i Aramis.
– No tak… Planchet – dodał Athos – cóż w tem dziwnego?… Obiecał powrócić o ósmej a właśnie ósma bije. Brawo, Planchet!… jesteś słowny i, jeżeli kiedykolwiek opuścisz pana swojego, przyjmę cię do służby.
– O!… nie… nigdy! – zawołał Planchet – nigdy nie odstąpię pana d‘Artagnana.
I w tej chwili d‘Artagnan poczuł, że Planchet wsuwa mu bilecik do ręki. Uszczęśliwiony, miał ochotę uściskać wiernego sługę, jak to zrobił, gdy go wyprawiał; lecz zląkł się, aby taka publiczna oznaka czułości dlalokaja nie wydała się podejrzana przechodniom i zostawił to na później.
– Mam list w ręku! – rzekł do przyjaciół.
– Chodźmy do siebie i przeczytamy – odparł Athos.
Bilet ten palił dłoń d‘Artagnana i chciał pośpieszać co prędzej; lecz Athos wziął go pod rękę i młodzieniec musiał iść równie powoli, jak jego towarzysz.
Nakoniec weszli do namiotu; zapalono lampę, Planchet stanął przy drzwiach, aby nikt nie przeszkodził, d‘Artagnan zaś ręką drżącą złamał pieczęć i otworzył list, tak oczekiwany.
Zawierał on tylko pół wiersza pisma prawdziwie angielskiego i prostoty prawdziwie spartańskiej.
„Thank you, be easy”.
Co znaczyło:
„Dziękuję, bądźcie spokojni”.
Athos wziął list z rąk d‘Artagnana, zbliżył do lampy i spalił.
Następnie, wołając Plancheta, rzekł mu:
– Obecnie, mój chłopcze, masz prawo upomnieć się o swoje siedemset liwrów, lecz z tego widzisz, iż nie było niebezpieczeństwa, żeś miał przy sobie bilecik tej treści.
– O ja go tak strzegłem i tylu sposobów użyłem, aby go ukryć! – rzekł Planchet.
– Opowiedz nam to – powiedział d‘Artagnan.
– O panie!… to bardzo długie.
– Masz rację, Planchecie – odezwał się Athos – capstrzyk już wytrąbiono, zwróciłoby to uwagę, gdyby u nas dłużej się świeciło, niż w innych namiotach.
– Niechże tak będzie – rzekł d‘Artagnan – idźmy spać. Dobranoc, Planchet, śpij dobrze!
– O!… proszę pana, będę spał spokojnie pierwszy raz od dni szesnastu.
– I ja także! – rzekł d‘Artagnan.
– I ja także! – odezwał się Porthos.
– I ja także! – dodał Aramis.
– Chcecie wiedzieć prawdę?… to i ja także – zakończył Athos.
