Kitabı oku: «Dawid Copperfield», sayfa 22

Yazı tipi:

Rozdział XXIII. Wysłuchuję rad pana Dicka i obieram zawód

Przebudziwszy się nazajutrz, długo jeszcze myślałem o Emilce, jej łzach po odejściu Marty i zdawało mi się, że tajemnicy jej serca nie mam prawa zdradzić przed nikim, ani nawet przed przyjacielem moim. Dla nikogo nie czułem w sercu tyle tkliwości, jak dla tej dziewczynki, która dzieliła dziecięce moje zabawy i którą wówczas, przekonanie to zachowam do grobowej deski, z całego kochałem serca. Powtórzyć komu bądź, bodaj przyjacielowi, to co się jej w żalu z głębi duszy wyrwało, wydawało mi się czymś brutalnym i kalającym ten słoneczny promień dziecięcych uczuć, którym nie przestałem nigdy wieńczyć jej czoła. Postanowiłem zachować to wyłącznie dla siebie, a wszystko to dodawało jej w mych oczach wdzięku.

Gdyśmy byli przy śniadaniu, podano mi list od ciotki, w sprawie, w której Steerforth mógł udzielić mi rady. Uszczęśliwiony byłem nadarzającą się sposobnością zasięgnięcia jego rady. Postanowiłem uczynić to w podróży, gdyż na wyjezdnym byliśmy dostatecznie zajęci i bez tego. Pan Barkis opłakiwał nasz wyjazd tak dalece, że nie wątpię, iż otworzyłby swą skrzynkę i nową poświęcił gwineę, jeśliby to nas mogło zatrzymać przez parę dni jeszcze w Yarmouth. Peggotty i całą jej rodzinę wyjazd nasz pogrążył w żalu. Cały zakład „Omer i Joram” opuścił sklep, aby nas pożegnać, i tyle znalazło się dokoła Steerfortha rąk gotowych nieść do stacji dyliżansu nasze walizy, że jeślibyśmy mieli rekwizyty całego pułku, jeszcze byśmy w przeniesieniu ich najmniejszego nie doświadczyli kłopotu. Jednym słowem, odjeżdżaliśmy w porę, pozostawiając żal po sobie.

– Na długo tu zostajecie? – spytałem Littimera, wsiadając do dyliżansu.

– Nie, proszę pana, nie na długo zapewne – odrzekł.

– Sam tego jeszcze dziś wiedzieć nie może – wtrącił Steerforth. – Wie, czego ma tu dokonać, i dokona.

– O tym nie wątpię – zauważyłem.

Littimer uniósł kapelusza, dziękując zapewne za wyrażenie tak dobrej o nim opinii; co do mnie zaś – czułem się, jakbym miał lat osiem. Pożegnał nas, życząc nam szczęśliwej podróży, a odjeżdżając, pozostawiliśmy go na miejscu, tajemniczego i niewzruszonego jak egipska piramida.

Milczeliśmy czas jakiś, Steerforth zdawał się być zamyślony. Co do mnie, raz jeszcze w myśli żegnałem miłe mi miejsca, marząc o zmianach, jakie w nich i we mnie czas przyniesie. Nagle Steerforth poweselał, rozgadał się, potrząsając mnie za ramię:

– Odezwij się, hej, Davy! – zawołał. – Cóż to za list otrzymałeś przy śniadaniu?

– A tak! – rzekłem, dostając243 list z kieszeni. – Od ciotki.

– Czy to warte zastanowienia?

– I bardzo! Ciotka przypomina mi, że się moje wakacje kończą i że o przyszłości pomyśleć trzeba.

– Masz chyba już jakieś widoki?

– Wyznam ci prawdę, nie myślałem o tym.

– A teraz za karę obejrzyj się dokoła – zaśmiał się Steerforth. – Na prawo pusto, na lewo pusto, przed tobą to samo, za tobą nie inaczej.

Zaśmiałem się. Istotnie widok dokoła mnie żadnych nie budził nadziei. Krajobraz przedstawiał nagą równinę.

– A co ci o tym pisze ciotka? – pytał poważny już Steerforth. – Żadnej nie nasuwa myśli?

– Tak, niby pyta mnie, co bym myślał o zostaniu proktorem.

– Ha! – chłodno zauważył Steerforth. – Mógłbyś zarówno być i czym innym.

Zaśmiałem się z jego miary i wagi dla zawodów ludzkich i spytałem.

– Czy wiesz, co to proktor?

– Rodzaj adwokata w mnisim kapturze – odrzekł. – Jest tam jakaś podła nora w pobliżu cmentarza św. Pawła, a w niej instytucja zwana Doctors’ Commons244, która na dobry ład powinna była przestać istnieć przed dwustu laty. Wytłumaczę ci to lepiej, biorąc przykład z Doctors’ Commons. Jest to też nora, gdzie rozbierają kościelne prawa, przetrząsają jakieś stare akty parlamentu, o których dziś nikt już nie wie, wykopują akty z czasów Edwardów245, kopalniana robota, rozstrzygają się też tam sądy nad testamentem i małżeńskimi kwestiami, sprzeczki okrętów z barkami.

– Prawisz nonsensy, Steerforcie! Co morskie sprawy mieć mogą do kościelnych praw?

– Wcale nie nonsensy! Zobaczysz, że te i tamte podpadają pod kompetencje tychże samych sędziów. Będąc tam kiedyś, usłyszysz całe słowniki morskich wyrażeń, a nazajutrz długie rozprawy nad teologiczną jakąś zawiłością w sprawie takiego lub owego duchownego. Kontrowersje246! Czcze gadulstwo! Ludzie ci podobni do aktorów, raz występujących w roli sędziów, to znów doradców, raz tacy, drugi owacy, zmieniają się w oka mgnieniu, chorągiewki na wietrze. Komedia, której przypatruje się wyborowa publiczność.

– Czy adwokaci i proktorowie to jedno i to samo? – pytałem, zmieszany nieco tym, com słyszał.

– Nie! – rzekł Steerforth. – Adwokaci są to urzędnicy cywilni, ludzie, którzy w uniwersytecie ubiegają się przedtem o stopień doktorów obojga praw, toteż, prawdę mówiąc, niewiele z nimi mam wspólnego. Proktorowie używają tylko adwokatów, są zresztą z nimi na przyjacielskiej stopie, ustawiczna zamiana grzeczności, poczęstunków i tak dalej. Ha! W każdym razie zalecam ci szacunek dla tego trybunału jurystów. Domaga się on tego!

Słuchałem Steerfortha, a chociaż Doctors’ Commons nazwał norą w pobliżu cmentarza św. Pawła, nie przestraszyła mnie jakoś nazbyt podsunięta przez ciotkę myśl. Ciotka zostawiała mi zresztą zupełną swobodę działania, pisząc, że myśl tę nasunęła jej niedawno dokonana wycieczka i zasięgane porady pewnego uczonego proktora w kwestii testamentu, który zamierzała sporządzić na mą korzyść. Powiedziałem to Steerforthowi.

– Bardzo poczciwie ze strony twej ciotki – zauważył – i powinno to wzmóc twój szacunek dla Doctors’ Commons.

Zdawało mi się istotnie, że warto pomyśleć o tym. Tymczasem ciotka, jak mi to pisała, wyjechała na moje spotkanie do Londynu, gdzie zatrzymała się w jakimś hotelu z kamiennymi schodami i wygodnym wejściem na dach, przekonana bowiem była, że co nocy pożar grozi wszystkim domom stolicy.

Podróż zeszła nam przyjemnie. Rozmawialiśmy o Doctors’ Commons, o tych dalekich czasach, gdy zostanę prawdopodobnie proktorem, a Steerforth miał w pogotowiu tysiąc scen komicznych, które obu nas pobudzały do śmiechu. W Londynie rozstaliśmy się. Steerforth pojechał do siebie, obiecując odwiedzić mnie nazajutrz, ja zaś udałem się wprost pod wskazany mi w liście ciotki adres. Zastałem ją oczekującą mnie z wieczerzą.

Miło mi było spotkać ciotkę. Witała mnie, jak gdybym wracał z drugiej półkuli, a chociaż sama łzy miała w oczach, śmiała się, dowodząc, że jeśliby matka moja żyła, płakałaby z pewnością, gdyż tak bardzo była dziecinna!

– A ciotka zostawiła pana Dicka w domu – z żalem zauważyłem. – Janet! Jak się masz, Janet!

Janet dygnęła, pytając, jak się miewam. Ciotka jakby się zasmuciła. Ciągle pocierała nos.

– I ja żałuję, że go tu nie ma z nami – mówiła. – Utraciłam spokój, odkąd tu jestem.

Uprzedziła moje pytanie i ciągnęła:

– Nabrałam przekonania, że Dick nie jest stworzony do odganiania osłów. Brakuje mu potrzebnej energii. Wypadałoby raczej zostawić Janet, byłabym spokojniejsza. Lecz jeśli kiedy, to dziś najpewniej, o czwartej po południu było tam prawdziwe najście osłów.

Starałem się ją pocieszyć.

– Ten sam, wyobraź sobie, ten sam, na pewno ten sam – mówiła – bez ogona, ten, na którym wjazd odbywała ta tam, siostra tego Murdstone’a. Jeśli już jest w Dover jaki osioł szczególnie mi nienawistny – kończyła, uderzając pięścią w stół – to ten chyba… Bydlę!

Janet ośmieliła się zauważyć, że się może pani irytuje przedwcześnie, że wie nawet, iż ów osioł bez ogona zamówiony był do wożenia piasku i kamieni na szosie. Nie uspokajało to bynajmniej ciotki.

Wieczerza dobra była i nawet gorąca, chociaż ciotka ulokowała się jak mogła najwyżej, czy aby w razie pożaru247 być jak najbliżej drzwi wychodzących na dach, czy z innych względów, powiedzieć nie potrafię. Podano zrazy, pieczoną kaczkę i jarzyny. Byłem przy apetycie, tylko ciotka, nie dowierzając stołecznej kuchni, jadła mało.

– Wyobrażam sobie – mówiła – że nieszczęsna ta kaczka urodziła się i wychowała gdzieś w spiżarni i chyba w jakiej stajence odetchnęła świeżym powietrzem. Tss, kto może zaręczyć, że zrazy te są z wołowiny? Może, a może i nie. Wszystko tu podrobione oprócz błota.

– Czy ciotka nie przypuszcza, że kaczkę przywieźli ze wsi? – spytałem.

– Ale gdzie tam! – odrzekła. – Nie mogłoby to zadowolić tutejszych oszustów.

Nie wdawałem się w dalsze dyskusje w tak delikatnym przedmiocie, jadłem z wybornym apetytem, co zresztą zadowalało w zupełności mą ciotkę. Gdy zdjęto obrus ze stołu, Janet pomogła jej ułożyć włosy na noc, włożyć nocny czepek (wykwintniejszy niż zazwyczaj, „na wypadek pożaru” – objaśniła ciotka). Otuliła jej potem nogi suknią, co było w zwyczaju ciotki co wieczór dla zagrzania się przed pójściem do łóżka. Przygotowałem i podałem jej, jak zwykle, szklankę grzanego wina z wodą i cieniutkie grzanki, po czym zostaliśmy sami na poufnej rozmowie. Ciotka w nocnym czepku, zagłębiona w fotelu, popijała winną polewkę, patrząc na mnie z zadowoleniem.

– No, Trot – ozwała się – co myślisz o proktorstwie? A możeś się jeszcze nad tym nie zastanowił248?

– Owszem, kochana ciotko – odrzekłem. – Wieleśmy o tym rozprawiali249 ze Steerforthem. Podoba mi się ten projekt.

– Tym lepiej! – zawołała ciotka. – Cieszy to mnie niezmiernie!

– Jedno mnie tylko zastanawia.

– Co? Powiedz co, mów otwarcie.

– Otóż chciałbym wiedzieć, czy wejście moje do tego zawodu nie pociągnie zbytnich kosztów.

– Tysiąc funtów, ni mniej, ni więcej – odrzekła.

Przysunąłem się bliżej.

– Otóż właśnie, kochana ciotko! To mnie zastanawia – mówiłem. – Poważna to cyfra. Byłaś dla mnie tak hojna pod każdym względem, tyle już wydałaś na moje wychowanie. Zapewne są inne zawody mniej kosztowne, a które przy pracy i wytrwałości mogą zapewnić przyszłość. Może by lepiej czegoś podobnego spróbować? Czy pewna jesteś, kochana ciotko, że możesz na ten cel właśnie wydać tak znaczną sumę pieniędzy? Daruj, jeśli cię o to pytam, i proszę, byś się nad tym dobrze zastanowiła, lecz traktuję cię jako drugą matkę i najzupełniejsze w tobie pokładam zaufanie.

Ciotka kończyła pić polewkę, nie spuszczając ze mnie oka. Pustą szklankę postawiła na kominku i wówczas dopiero, zakładając ręce na piersiach, w te odezwała się słowa:

– Trot! Kochany chłopcze! Jeden tylko mam cel w życiu: wyprowadzić cię na poczciwego, porządnego i, o ile się da, szczęśliwego człowieka. Dick tak samo innego przed sobą nie widzi celu. Chciałabym, aby ktoś słyszał, jak o tym mówi! Dziwnie przezorny, dziwnie, nikt oprócz mnie ani się domyśla, jakie to tam w tej głowie mieszczą się skarby!

Zatrzymała się, ujęła mą rękę w swe dłonie i tak ciągnęła dalej:

– Nie warto wspominać przeszłości, chyba o tyle, o ile to ma wpływ na teraźniejszość. Może mogłam pozostawać w lepszych z twym ojcem stosunkach, niż byłam, może mogłabym kochać to biedne dziecię, twą matkę, chociaż zawiodła mnie tak okrutnie co do Betsey Trotwood. Wszystko to być mogło i wierz mi, pożałowałam przeszłości i żal mi ścisnął serce, gdyś przybył do mnie jako włóczęga, obdartus. Odtąd po dziś dzień nie zawiodłam się na tobie ani razu. Dumna być mogę z ciebie, byłeś mi ciągłą pociechą. Nie mam żadnych obowiązków – tu zawahała się i niby zmieszała – uważam ciebie za przybrane swe dziecko, pociechę mojej starości. Będąc cierpliwy i pobłażliwy dla dziwactw moich i kaprysów, aż nadto wynagrodzisz tym kobietę, której młodość nie była tak pomyślna, jak to wypadało, i aż nadto wynagrodzisz moje starania.

Po raz pierwszy wzmiankowała coś o swej przeszłości, a czyniła to zapewne przez dobroć serca i delikatność, które by wzmogły moje uczucia dla niej, gdyby takowe wzmożonymi jeszcze być mogły.

– Wszystko już tedy pomiędzy nami postanowione – kończyła – postanowione i omówione. A teraz pocałuj mnie. Jutro po śniadaniu pojedziemy do Commons.

Długośmy jeszcze gwarzyli wieczoru tego. Pokój mój był na tym samym co ciotki korytarzu i kilkakrotnie w nocy pukała do drzwi, pytając mnie, czy słyszę hałas. Wozy jadące na rynek budziły ją. Nad rankiem dopiero zasnęła na dobre i ja też zasnąć mogłem.

Nazajutrz o południu wybraliśmy się do kancelarii panów Spenlow i Jorkins w Doctors’ Commons. Ciotka w przekonaniu, że Londyn przepełniony jest samymi kieszonkowymi złodziejami, wręczyła mi swój woreczek z dziesięcioma gwineami i drobnym srebrem.

Zatrzymywaliśmy się na Fleet Street dla podziwiania olbrzymów na wieży św. Dunstana250 uderzających w dzwony i umyślnie w tym celu staraliśmy się stanąć tam w samo południe, potem przez Ludgate Hill udaliśmy się na cmentarz św. Pawła251. Docieraliśmy już do miejsca, gdym zauważył, że ciotka, wystraszona, przyśpiesza kroku. Jednocześnie zauważyłem obdartego mężczyznę, który się zatrzymał, patrząc na nas uważnie, a po chwili namysłu odwrócił się i szedł za nami.

– Trot! Dziecko moje! – zawołała przerażona ciotka. – Nie wiem sama, co począć.

– Niech się ciotka uspokoi – perswadowałem. – Nie ma się czego bać. Niech ciotka wejdzie do któregoś tu sklepu, a ja się rozprawię z tym jegomościem.

– Za nic, za nic! – zawołała. – Nie trzeba, abyś z nim mówił. Proszę cię, zabraniam!

– Ależ na Boga, ciotko! To jakiś bezczelny żebrak.

Zatrzymaliśmy się w pustej bramie. Mężczyzna ów też się zatrzymał.

– Nie patrz na niego, nie oglądaj się – mówiła ciotka, od zmysłów niemal odchodząc. – Ot, zawołaj mi lepiej dorożkę, a sam tu na mnie poczekasz.

– Mam cię puścić samą?

– Tak, samą, muszę – odrzekła stanowczo – samą z nim.

– Z nim? Z tym nieznajomym?

– Nie, nie zwariowałam, dziecko moje, wiem, co robię, i mówię ci, że muszę się z nim rozmówić. Zawołaj dorożkę.

Zdziwiony, czułem jednak taką stanowczość w powziętym przez ciotkę zamiarze, że się nie ośmieliłem jej sprzeciwiać. Zawołałem dorożkę i zanim zdołałem wsadzić ciotkę, wskoczyła w nią sama, a nieznajomy, jak gdyby to od dawna umówione było, za nią, tak zaś energiczny był ruch ręki ciotki, żem się od nich odwrócił mimo woli i słyszałem tylko wydany dorożkarzowi rozkaz „wprost przed siebie, byle gdzie”.

Teraz przypomniało mi się opowiadanie pana Dicka. To, com poczytywał za przywidzenie, było rzeczywistością. Nie mogłem wątpić, że indywiduum to było tą samą osobą, o której tak tajemniczo wspominał, ale gubiłem się w domysłach nad naturą jego stosunku do ciotki. Po półgodzinnym wyczekiwaniu na cmentarzu ujrzałem wracającą dorożkę. Ciotka siedziała w niej sama.

Nie uspokoiła się jeszcze dostatecznie i kazała mi wsiąść do dorożki, zlecając dorożkarzowi, aby jechał powoli. „Nie pytaj mnie o nic” – rzekła i pogrążyła się w milczeniu. Po pewnym czasie upewniła mnie, że już się uspokoiła i może złożyć zamyślaną wizytę, a gdy dała mi woreczek dla opłacenia dorożkarza, zauważyłem w nim brak uprzednich gwinei. Zostały same drobne pieniądze.

Wchodziło się do Commons przez niską, sklepioną bramę. Hałas miejski ginął tu cudownym jakimś sposobem, cichł, oddalał się. Przeszliśmy kilka pustych, głuchych dziedzińców i wąskie przejście doprowadziło nas do kancelarii panów Spenlow i Jorkins. Jasno tam było, obszernie, przytulnie. W pierwszej sali pisało kilku pisarzy. Jeden z nich, suchy, maleńki człowieczek w rudej peruce piernikowego koloru, powstał i wprowadził nas do przyległego gabinetu.

– Pan Spenlow – rzekł – nie wrócił jeszcze z sądów, natychmiast poślemy po niego.

Przypatrywałem się gabinetowi. Meble były stare i spłowiałe, a zielone sukno na biurku utraciło najzupełniej pierwotną swą barwę. Na stole piętrzyły się księgi i papiery, broszury, a na okładkach najrozmaitsze napisy: tu „Trybunał Duchowny”, tam „Sąd Apelacyjny”, „Admiralicja”, „Izba Deputowanych”. Podziwiałem tę rozmaitość, rozmyślając jednocześnie, jak trudno orientować się w tym wszystkim. Pomiędzy tym olbrzymie, osobne księgi dowodów, powiązane i wystarczające nieraz dla napełnienia kilku tomów. Wszystko to razem wzięte wyglądało jednak wielce zachęcająco i nie zrażało mnie wcale do upatrzonego zawodu. Przenosiłem ciekawie oczy z przedmiotu na przedmiot, gdy się rozległy szybkie kroki. Po chwili wszedł pan Spenlow w czarnej, białym futerkiem obszytej todze.

Był to jasnowłosy, mały dżentelmen, w eleganckich, błyszczących butach, oślepiająco białej koszuli i krawacie. Ubrany starannie, wiele czasu musiał poświęcać wybornie wyczesanym i fryzowanym bokobrodom. Dewizkę od zegarka miał tak ciężką, że mimo woli pomyślałem, że aby ją podnieść, trzeba posiadać twardą, złoconą rękę, taką jak te, które w jubilerskich wystawach podtrzymują podobne przedmioty. Był sztywny i tak wykrochmalony, że się poruszał z trudnością i, na kształt klucza, chcąc obrócić głowę, obracać się musiał cały.

Zostałem mu przedstawiony przez ciotkę. Powitał mnie uprzejmie, a był już widać uprzedzony, o co idzie, gdyż rzekł:

– Więc pan, panie Copperfield, zamierza wstąpić do naszego zawodu? Onegdaj, mając zaszczyt widzieć ją – tu ukłon w stronę mej ciotki – przypadkowo nadmieniłem pannie Trotwood, że mamy miejsce. Panna Trotwood raczyła wzmiankować, że ma siostrzeńca, którego przyszłość żywo ją zajmuje. Tym siostrzeńcem jesteś pan zapewne.

Tu znów się cały, jak za poruszeniem sprężyny, zwrócił ku mnie.

Skłoniłem się, mówiąc, że przedstawiony mi przez ciotkę zawód uważam za nader zaszczytny, że nie mogę wszelako z góry i dopóki się bliżej nie zaznajomię, zapewnić, że do zawodu tego szczególne czuję powołanie, i że wreszcie mam nadzieję, iż mi dozwolone będzie wypróbować samego siebie, zanim się stanowczo zwiążę powziętym postanowieniem.

– Zapewne, zapewne – potwierdzał pan Spenlow. – Zwyczajem naszym jest ofiarowywać nowo wchodzącym do korporacji miesiąc próbny, że tak powiem. Co do mnie nic bym nie miał wprawdzie przeciw dwom, trzem miesiącom, lecz mój wspólnik pan Jorkins!…

– Cena tysiąc funtów – rzekłem.

– Tysiąc włącznie z patentem – potwierdził pan Spenlow. – Nie kieruję się, jak to miałem zaszczyt mówić pannie Trotwood, materialnymi względami. Nie ma może człowieka, który by się nimi mniej ode mnie kierował, lecz wspólnik mój, pan Jorkins, ma w tym względzie zasady, które uszanować widzę się zmuszonym. Słowem, wspólnik mój, pan Jorkins, uważa sumę tysiąca funtów za niedostateczną raczej.

– Czy tutaj – rzekłem, pragnąc zaoszczędzić ciotce mej kosztów – nie jest w zwyczaju, gdy uczeń okaże się użyteczny i zdolny – zarumieniłem się po uszy tą wygłoszoną niby pochwałą samego siebie – czy tutaj nie jest w zwyczaju dawać mu…

Pan Spenlow z wielkim wysiłkiem wyciągnął głowę z silnie nakrochmalonego kołnierzyka i szerokiego krawatu, wstrząsnął nią i uprzedzając mię252:

– Pensję… Nie, wcale nie – rzekł. – Nie wyrażam tu własnej mej opinii w tym względzie, ale zaznaczam, że zależę od mego wspólnika pana Jorkins, który jest niewzruszony w swych zasadach.

Przerażał mnie obraz owego niewzruszonego w zasadach wspólnika. Z czasem przekonałem się, że Jorkins był człowiekiem łagodnym, miękkim, który w spółce bywał zawsze usuwany na najdalsze plany, chociaż imię jego służyło za parawan najzaciętszemu i najsroższemu z ludzi. Jeśli który z uczniów żądał podwyższenia płacy, pan Jorkins i słyszeć jakoby o tym nie chciał. Jeśli który z klientów ociągał się z wniesieniem pieniędzy, pan Jorkins upominał się o takowe, egzekwował, a pan Spenlow stosować się musiał do wspólnika, jakiekolwiek by było własne jego w tej mierze zdanie. Dłoń i serce tego dobrego, słodkiego pana Spenlow otwarte byłyby dla ludzkości całej, ale cóż? Istniał ów wspólnik, uosobienie chciwości, nieubłagany w zasadach swych, Jorkins! Z czasem poznałem wiele podobnych spółek i niejednego Spenlowa, chowającego się za plecy niejednego Jorkinsa!

Postanowiono, że rozpocznę mój próbny miesiąc, kiedy będę miał na to ochotę, ciotka zaś może wracać spokojnie do domu, gdzie kontrakt będzie można posłać jej do podpisu. Pan Spenlow oświadczył mi potem gotowość zaprowadzenia mię do trybunału. Zgodziłem się chętnie. Ciotka została tymczasem w kancelarii, wyznając, że się boi wszelkich trybunałów i miejsc podobnych, które wcześniej czy później wysadzone być mogą w powietrze253.

Pan Spenlow prowadził mnie przez brukowany, ciężkimi murowanymi budynkami opasany dziedziniec. Nad drzwiami czerniały nazwiska sędziów i doktorów obojga praw. Były to przybytki adwokatów, o których wspominał Steerforth. Na lewo weszliśmy do olbrzymiej, do kościoła podobnej sali. Głąb tej sali była oddzielona od reszty kratkami, a na podwyższeniu mającym kształt olbrzymiej podkowy, na krzesłach o wysokich, równych poręczach siedzieli panowie w purpurowych togach i siwych, olbrzymich perukach. Byli to, jakem się później dowiedział254, sędziowie. Pośrodku przed pulpitem siedział dżentelmen, którego wziąłbym za sowę, gdyby mi nie powiedziano, że jest przewodniczącym trybunału. Niżej, przed podkową, siedzieli inni poważni panowie, rzędem, za zielonym suknem pokrytymi stołami, w czarnych, białym futerkiem, jak u pana Spenlow, bramowanych255 togach. Wszyscy mieli szerokie wykrochmalone krawaty i wysokie, stojące kołnierze. Wyglądali na dumnych i nieprzystępnych. Był to tylko pozór jednak, gdyż kilku z nich na zapytania sędziów udzielało odpowiedzi w tonie bardzo nieśmiałym. Chłopak z teką pod pachą i jakiś obdartus gryzący kromkę chleba przedstawiali publiczność, grzejąc się przy kamiennym, w środku sali postawionym piecu. Ciszę zalegającą salę przerywało trzeszczenie ognia w piecu i spokojny głos jednego z sędziów, wyliczający jakieś dowody prawne, przerywany tylko szelestem papieru przewracanych kart, szukaniem nowych argumentów w papierach i księgach. Nigdy, przenigdy nie widziałem dotąd ani odtąd bardziej zaspanego, sztywnego, gnuśnego zbiorowiska ludzi! Czas przeszedł, a jam nie zapomniał256 o tym ukrytym w głębi cmentarza św. Pawła zakątku! Czułem, że będzie coś usypiającego w przynależeniu do tej korporacji – byle nie w charakterze klienta. O nie!

Zadowolony jednak ogólnym wrażeniem, podziękowałem panu Spenlow za jego uprzejmość i wróciliśmy do kancelarii. Wkrótce wraz z ciotką opuszczaliśmy gmach trybunału, a przechodząc przez salę, w której pracowali uczniowie panów Spenlow i Jorkins, uczułem się znów bardzo młody.

Wróciliśmy bez żadnych nowych wypadków do hotelu, chyba że za wypadek poczytam spotkanie paru osłów przypominających ciotce grożące jej trawnikom niebezpieczeństwa. Rozmawialiśmy znów długo o mojej przyszłości, widząc zaś, jak ciotce pilno do domu, jak Londyn, z pożarami, kieszonkowymi złodziejami i fałszowanymi produktami, wcale jej nie do smaku, błagałem ją, aby wracała do siebie, zostawiwszy mnie własnemu losowi.

– Myślałam już sama o tym – rzekła – i zanim przyjechałeś, wynalazłam dla ciebie mieszkanko, jak raz to, co nam potrzeba.

Mówiąc to, wydobyła z kieszeni wycięte z dzienników ogłoszenie o będącym do wynajęcia w każdej porze lokalu przy Buckingham Street, w Adelphi, z widokiem na rzekę, w pobliżu sądów. Szukano kawalera. Warunki były dogodne, lokal mógł być wynajęty miesięcznie.

– Jak raz to, czego potrzebujemy – zawołałem uszczęśliwiony perspektywą niezależności.

– Idźmy obejrzeć – mówiła ciotka, nakładając przed chwilą dopiero zrzucony kapelusz.

Poszliśmy. Trzeba się było, wedle ogłoszenia, zgłosić do niejakiej pani Crupp, na pierwszym piętrze. Zadzwoniliśmy raz, drugi, trzeci. Zjawiła się wreszcie i otworzyła nam starsza kobieta we flanelowym kaftanie i perkalowej spódnicy.

– Chcieliśmy obejrzeć mieszkanie – rzekła ciotka.

– Dla tego pana? – spytała, sięgając po klucze za pasem.

– Tak, dla mego siostrzeńca.

– Mieszkanie cacko! – zawołała pani Crupp.

Weszliśmy na schody. Właściwie mówiąc, było to poddasze, co wszelako ze względów pożarowych podobało się raczej ciotce. Niskie drzwiczki, ciemny przedpokoik i dwa mikroskopijne pokoiki. Meble stare, ale dla mnie dostateczne. Gdzieś tam, w oddali, za murem, musiała istotnie być rzeka.

Wszystko to zachwycało mnie. Wyobrażałem sobie rozkosze mieszkania w podobnym lokalu, podczas gdy ciotka umawiała się o cenę. Po niejakim czasie rzecz wydała mi się załatwiona.

– Czy te meble pozostały po ostatnim lokatorze? – spytała ciotka.

– Oczywiście, pani – odrzekła gospodyni.

– Cóż się z nim stało? – pytała znów ciotka.

Pani Crupp zakaszlała się.

– Chorował – bełkotała – ano… tak… niby… umarł!

– Z czego? – zawołała ciotka.

– A tak… niby… z pijaństwa i… od dymu, wiadomo.

– Z komina! – zawołała ciotka.

– Nie, pani, od cygar i fajki.

– To to w każdym razie niezaraźliwe – rzekła, zwracając się ku mnie, znacznie uspokojona.

– Na pewno niezaraźliwe – potwierdziłem.

Słowem, ciotka, widząc, jak mi się mieszkanko podoba, wynajęła je na miesiąc, z tym warunkiem, że po upływie miesiąca możemy je zatrzymać do końca roku. Stół i opranie miało należeć do gospodyni, która zobowiązała się solennie czuwać nade mną jak nad rodzonym synem. W posiadanie lokalu wejść miałem za parę dni, a pani Crupp dziękowała Niebu, że znalazła lokatora, którego mogła otoczyć macierzyńskim staraniem.

Po powrocie ciotka upewniła mnie, że jest teraz spokojna co do mej przyszłości, bylebym sam umiał być stały, rozważny i energiczny. Powtórzyła to niejednokrotnie w trakcie omawiania sprawy przesłania mi pozostawionych u pana Wickfielda książek i rzeczy. W tym celu napisałem długi list do Agnieszki, który ciotka miała wręczyć jej nazajutrz. Hojnie też zajęła się moją wyprawą i zapewnieniem mi wygód na ten próbny miesiąc. Żałowałem tylko nieskończenie, że się Steerforth tak opóźnia i że nie będę mógł przedstawić jej mego przyjaciela. Odprowadziłem ją do dyliżansu, w którym, zajmując miejsce wraz z Janet, przewidywała szkody, jakie w nieobecności jej na trawniku wyrządzić mogły osły. Gdy odjechała, wróciłem do Adelphi, rozmyślając o dawnych czasach, gdym się włóczył, nieszczęsny, głodny nieraz, opuszczony, pod niskimi sklepieniami bram tych i zaułków. A teraz? Z sercem przepełnionym wdzięcznością dziękowałem Niebu za zmianę, dzięki której z tych mętów życia wypłynąłem na wierzch.

243.dostać (daw.) – tu: wydostać, wydobyć, wyciągnąć. [przypis edytorski]
244.Doctors’ Commons a. College of Civilians – działające w Londynie stowarzyszenie prawników (którego historia sięgała co najmniej 1511 r.) zajmujących się prawem cywilnym, zwyczajowym i kanonicznym; posiadało ono budynki (od 1567, w pobliżu Katedry Św. Pawła oraz przy Paternoster Row), w których członkowie stowarzyszenia mieszkali i pracowali, a także mogli korzystać z ogromnej biblioteki; tam też odbywały się sprawy sądowe. Członkami stowarzyszenia mogły zostać osoby, które uzyskały tytuł doktora prawa cywilnego na Uniwersytecie w Oksfordzie lub Cambridge i zostały dopuszczone do adwokatury przez Dziekana Arches (urzędnika Sądu Apelacyjnego podlegającego arcybiskupowi Canterbury); członkami zarządu (fellows) mogli zostać czynni już adwokaci-członkowie zarekomendowani oraz wybrani przez aktualnych członków Doctors’ Commons; członkowie stowarzyszenia praktykowali w sądach kościelnych, Trybunale Duchownym oraz Sądzie Admiralicji, uczestniczyli także w sądach arbitrażowych dotyczących prawa międzynarodowego. Możliwość funkcjonowania tego rodzaju ciała wynikała stąd, że angielskie prawo zwyczajowe rozwijało się w zasadzie niezależnie od prawa rzymskiego (a więc inaczej niż w państwach kontynentalnych Europy), lecz niektóre wyspecjalizowane sądy stosowały prawo cywilne bazujące na prawodawstwie rzymskim: miało to zastosowanie m.in. do sądów kościelnych, których praktyka nie zmieniła się nawet po zwycięstwie angielskiej reformacji (obowiązującym pozostało prawo kanoniczne kościoła katolickiego), ale także do sądów admiralicji. Adwokaci przygotowujący się do praktyki w tych sądach uczyli się prawa kanonicznego przed reformacją i prawa rzymskiego po reformacji właśnie na Oksfordzie i w Cambridge, a praktyka sądownicza i adwokacka była podzielona podobnie jak samo prawo zwyczajowe. Od 1768 stowarzyszenie zajmowało się także nauczaniem prawa (jako College of Doctors of Law); przy koledżu funkcjonowało także trzydziestu czterech „proktorów”, których obowiązki przypominały te właściwe radcom prawnym. Stowarzyszenie zostało rozwiązane w 1858 r. w konsekwencji uchwalenia ogólnokrajowych aktów prawnych dotyczących urzędowego uwierzytelniania testamentów oraz spraw matrymonialnych, poprzedzających Judicare Act z 1873 r. ustanawiający jeden sąd najwyższy dla wszystkich wcześniejszych rodzajów prawodawstwa. Ostatni budynek pozostający w posiadaniu Doctors’ Commons, znajdujący się w pobliżu Knightrider Street, został sprzedany w 1865 r. [przypis edytorski]
245.czasy Edwardów – obejmujący XIII i XIV w. okres panowania: Edwarda I (lata 1272–1307), reformatora administracji królewskiej i prawa zwyczajowego (common law), które zostało skodyfikowane w statutach z 1275 i 1285 r., Edwarda II, pod którego rządami (1307–1327) nastąpił rozwój instytucji parlamentarnych oraz Edward III, króla Anglii w latach 1327–1377, inicjatora wojny stuletniej, który kontynuował reformy prawodawstwa i systemu rządzenia. [przypis edytorski]
246.kontrowersja (daw.) – różnica zdań, rozbieżność stanowisk a. sądów; polemika, spór, dyskusja. [przypis edytorski]
247.w razie pożaru – aluzja do wielkiego pożaru, który w dniach od 2 do 5 września 1666 r. strawił znaczną część Londynu, między innymi Katedrę Św. Pawła, i był przyczyną gruntownej przebudowy miasta. [przypis edytorski]
248.możeś się (…) nie zastanowił – inaczej: może się nie zastanowiłeś (przykład konstrukcji z ruchomą końcówką czasownika). [przypis edytorski]
249.wieleśmy (…) rozprawiali – inaczej: wiele rozprawialiśmy (przykład konstrukcji z ruchomą końcówką czasownika). [przypis edytorski]
250.święty Dunstan a. Dunstan z Canterbury (909–988) – arcybiskup Canterbury (960-988), święty kościoła katolickiego, patron kowali, złotników, ślusarzy oraz muzyków. Gotycki kościół św. Dunstana został wybudowany w 1100 r. przy Fleet Street w londyńskim City, w znacznym stopniu zniszczył go następnie wielki pożar w 1666 r., a po odrestaurowaniu dobudowano doń wysoką na 125 m wieżę w stylu gotyckim wg projektu Christophera Wrena, architekta zajmującego się odbudową Londynu. Po ponownym zniszczeniu w czasie nalotów w okresie II wojny światowej zdecydowano nie odbudowywać kościoła św. Dunstana; dziś jego ruiny znajdują się w specjalnie zaprojektowanym ogrodzie miejskim. [przypis edytorski]
251.cmentarz św. Pawła – cmentarz parafialny przy Katedrze św. Pawła w Londynie; już podczas epidemii dżumy w 1582 r. nakazano ograniczenie pochówków z powodu przepełnienia nekropolii i związanej z tym groźby dalszego szerzenia się zarazy. [przypis edytorski]
252.mię – daw. forma zaimka osobowego w pozycji nieakcentowanej w zdaniu; dziś jednolita forma: mnie. [przypis edytorski]
253.trybunałów i miejsc podobnych, które (…) wysadzone być mogą w powietrze – aluzja do udaremnionego Spisku Prochowego (Gunpowder Plot) zorganizowanego przez ang. katolików i mającego na celu zabicie króla Anglii i Szkocji Jakuba I; jeden ze spiskowców, Guy Fawkes, został aresztowany w nocy z 4 na 5 listopada 1605 r. pod zarzutem próby wysadzenia gmachu Parlamentu przez podpalenie 36 beczek prochu zgromadzonych w piwnicach budynku pod Izbą Lordów; został on wraz innymi siedmioma niedoszłymi zamachowcami skazany na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie, wyrok wykonano 30 stycznia 1606 r. [przypis edytorski]
254.jakem się (…) dowiedział – inaczej: jak się dowiedziałem (przykład konstrukcji z ruchomą końcówką czasownika). [przypis edytorski]
255.bramowany – o brzegach obszytych ozdobną lamówką, pasem futra itp. [przypis edytorski]
256.jam nie zapomniał – inaczej: ja nie zapomniałem (przykład konstrukcji z ruchomą końcówką czasownika). [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
1030 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: