Kitabı oku: «Dawid Copperfield», sayfa 23
Rozdział XXIV. Rozpraszam się
Rozkosz to była nie lada posiadać własny kącik i wiedzieć, że jak Robinson Crusoe ze swą fortecą, tak i ja, raz drzwi zamknąwszy, byłem nietykalny.
Rozkosz to była, idąc przez miasto, czuć w kieszeni klucze od własnego mieszkania i wiedzieć, że mogę zaprosić każdego, kto mi się podoba, nie oglądając się na nikogo, własnych tylko radząc się chęci. Rozkosz to była wychodzić i wracać, nie opowiadając się nikomu i wchodząc dzwonić i spoglądać w górę, aż się spodoba pani Crupp zejść i otworzyć. Wszystko to rozkoszne było, chociaż, wyznać to muszę, czasem nieco straszne.
Z rana, jeżeli w dodatku ranek był pogodny, wszystko to wprawiało mnie w zachwyt. Przy dziennym świetle, w słonecznych promieniach wszystko nabierało jakiejś rozkosznej świeżości i swobody. W miarę jednak, jak się dzień chylił ku wieczorowi, ciemniejsze też na wszystko padały barwy i nie wiem dlaczego, wszystko oblekało się już zupełnie ponurym odcieniem przy świetle świecy. Brakowało mi towarzystwa, rozmowy. Brakowało mi zwłaszcza Agnieszki, zwierzań się, i nic mi tej pustki wypełnić nie mogło. Pani Crupp wychodziła często, często też myślałem o ostatnim lokatorze, zmarłym z pijaństwa i dymu, i żałowałem, że nie ma go, aby dotrzymywał mi towarzystwa.
Po paru dniach zdawało mi się, żem już tak przeżył lata całe, lat mi jednak nie przybyło i młodość ciążyła mi nadal.
Steerforth nie zjawiał się. Niespokojny byłem, czy nie zachorował czasem, toteż na trzeci dzień wyszedłem wcześniej z Commons z zamiarem udania się do Highgate. Pani Steerforth przyjęła mnie bardzo uprzejmie, mówiąc, że syn wyjechał z jednym ze swych przyjaciół z Oksfordu w odwiedziny do drugiego przyjaciela na wieś w pobliżu St. Albans, lecz że wróci nazajutrz. Uczułem w sercu coś na kształt zazdrości. Pani Steerforth zatrzymała mnie na obiad. Cały czas rozmawialiśmy o nim. Opowiadałem jej, jak miłym był towarzyszem podróży i jak zjednywał sobie wszystkie serca. Panna Dartle cała była w zapytaniach i poddawaniu różnych myśli, lecz słuchała opowiadań moich z zajęciem, przerywając częstym: „tak to zatem było?” i wydobywając tym ze mnie wszystko, co wiedzieć pragnęła. Wyglądała najzupełniej tak samo, jak kiedym ją po raz pierwszy widział, lecz towarzystwo obu pań tak było przyjemne, żem się niemal w niej tym razem zakochał i, wracając do domu, mimo woli myślałem, jak miłą byłaby towarzyszką na Buckingham Street.
Piłem właśnie z rana, przed odejściem do konsystorza257, kawę, rozmyślając nad tym, jak dziwnie napój ten jest słaby, mimo że pani Crupp zużyła do niego tyle kawy, gdy nagle zjawił się Steerfort we własnej osobie.
– Mój kochany! – zawołałem uszczęśliwiony. – Sądziłem, żeś już dla mnie stracony!
– Porwano mię gwałtem zaraz nazajutrz po naszym przyjeździe – rzekł. – Oho! Davy! Wyglądasz mi tu jak stary kawaler! Co za wygody!
Pokazałem mu całe moje mieszkanko, podobało mu się.
– Wiesz co, stary! – mówił. – Mam ochotę wprost tu zjeżdżać, bywając w mieście. Co, przyjąłbyś mnie? Nie wyrzuciłbyś?
Byłem uszczęśliwiony. Jeśli będzie czekał, aż go wyrzucę, to doczeka chyba dnia sądnego.
– Ale nie jadłeś śniadania! – zawołałem. – Gospodyni moja zgotuje kawy, ja zaś na mym kawalerskim piecyku usmażę ci boczku.
– Nie! Nie! – powstrzymał mnie. – Nie dzwoń. Obiecałem właśnie zjeść śniadanie z jednym z mych towarzyszy w hotelu Piazza w Covent Garden.
– To wróć na obiad.
– Nie mogę. Chciałbym z duszy, lecz obiecałem towarzyszom spędzić dzień cały z nimi i wieczór, do jutra rana.
– To przyjdźcie tu wszyscy: namów towarzyszy.
– Ale gdzie tam! Ty to lepiej przyjdź do nas.
Nie zgodziłem się. Owszem, dumny byłem z mojego mieszkania, chciałem ugościć przyjaciela i wymogłem przyrzeczenie, że o samej szóstej zjawi się ze swymi towarzyszami.
Gdy odszedł, zadzwoniłem na gospodynię i oznajmiłem jej, że będę miał gości na obiedzie. Pani Crupp oświadczyła gotowość zajęcia się wszystkim, lecz dodała też, że będzie potrzebowała pomocy i właśnie zna „sprytnego” chłopaka, który podejmie się pomagać za pięć szylingów. Zgodziłem się na to. Następnie pani Crupp oświadczyła, że nie podobna258 jej będzie rozerwać się (miała słuszność) i potrzebuje pomocnicy, która przy lampie w przedpokoiku będzie zmywać talerze. Spytałem, ile pomoc ta kosztować będzie. Z osiemnaście pensów. I na to zgoda. A teraz co do obiadu.
Piec kuchenny u pani Crupp tak był właśnie zbudowany, że można tylko było smażyć na nim kotlety i kartofle. O rybie ani myśleć. Mogłem się naocznie przekonać, gotowa mi była pokazać. Wiedząc, jak mało posiadam w tej mierze doświadczenia, wolałem się naocznie nie przekonywać i wyrzekłem się ryby. Pani Crupp wymieniła ostrygi. Zgoda na ostrygi. Pani Crupp pozwoliła sobie zauważyć, że zadysponowałaby, jeśliby ją o to pytano, jak następuje:
Parę pieczonych kaczek na gorąco – tuż na rogu była dobra restauracja – rostbef z jarzynami z restauracji, pasztet i cynadry też z restauracji, wreszcie tort lub galareta do wyboru – z cukierni. W domu zaś ugotowałoby się kartofle i pani Crupp zajęłaby się starannie trunkami i serem.
Zgodziłem się w zupełności na poddaną mi myśl i poszedłem do restauracji zamówić obiad na szóstą. Przechodząc, dostrzegłem na wystawie jakąś masę podobną do kawałka marmuru, przy niej kartkę z napisem: „zupa żółwiowa”. Kupiłem całą tabliczkę, która, jak się później dowiedziałem, starczyć mogła na piętnaście osób. Zupę tę po niejakich trudnościach pani Crupp zgodziła się nam ugotować, ale po ugotowaniu ubyło zupy tak dalece, że nie było się czym obdzielić!
Kupiłem na rynku owoców na deser i zamówiłem wino. Wróciwszy po południu do domu, zastałem w przedpokoju cały szereg butelek, Brakowało dwóch wprawdzie, na co się głośno uskarżała gospodyni, lecz i to, co zostało, wydawało mi się więcej niż dostateczne.
Jeden z towarzyszy Steerfortha nazywał się Grainger, drugi Markham. Obaj byli weseli i żwawi. Pierwszy nieco starszy od Steerfortha, drugi młodszy, zaledwie dwudziestoletni. Mówiąc, nie używał nigdy zaimka w pierwszej osobie, zastępując go wyrażeniem „człowiek”.
– Człowiekowi miło by tu było mieszkać, panie Copperfield – rzekł, rozglądając się po moim mieszkanku i mając samego siebie na myśli.
– Istotnie – rzekłem – zadowolony jestem z mego położenia, mieszkanko przyjemne.
– Spodziewam się, że jesteście przy apetycie – zauważył Steerforth.
– Na honor! – odrzekł Markham. – Miasto pobudza wilczy apetyt. Człowiek jadłby od rana do nocy.
Będąc nieco zaambarasowanym i poczuwając się za młodym do tego, uprosiłem Steerfortha, aby raczył zająć pierwsze u stołu miejsce i czynił honory, sam zaś usiadłem naprzeciw niego. Wszystko szło dobrze. Nie szczędziliśmy wina, a Steerforth tak był ożywiony, świetny, że uczta szła wybornym trybem, ja tylko nie oddawałem się wesołości z zupełną, jak tego pragnąłem, swobodą, gdyż siedząc naprzeciw drzwi, widziałem, że „sprytny”, jak go gospodyni rekomendowała, chłopak ginął co chwila, a na ścianie przedpokoju cień jego zarysowywał się z przyłożoną do ust butelką. Co do „pomocnicy”, ta przejawiała niejakie roztargnienie, nie dlatego, że bardzo niestarannie zmywała talerze, ale że je tłukła niemiłosiernie. Ciekawa była przy tym i wszędobylska, zamiast oddawać się myciu naczynia, zaglądała ustawicznie do bawialnego pokoju, drepcąc po szczątkach pobitych naczyń.
Była to wprawdzie odwrotna strona medalu, lecz na ogół bawiliśmy się wybornie. Gdy zdjęto obrus i podano deser, „sprytny chłopak” nie mógł już języka obrócić w gębie. Odprawiwszy go wraz z „pomocnicą” do pani Crupp, oddałem się bez reszty towarzystwu.
Wesół byłem, z lekkim sercem. Przypominało mi się tysiące na wpół zapomnianych, teraz na usta cisnących się rzeczy. Rozgadałem się na dobre. Sam się śmiałem z własnych dowcipów, a inni wtórowali mi. Zalecałem Steerforthowi, aby dolewał towarzyszom wina, obiecywałem przybyć do Oksfordu i wydawać co tydzień, regularnie co tydzień podobne temu obiady. Zapaliłem nawet podane mi przez Graingera cygaro, co w krótkim czasie zmusiło mnie do opuszczenia na czas jakiś towarzystwa. Odkorkowywałem butelki, zanim uprzednie były wypróżnione. Wzniosłem toast na cześć Steerfortha. Był on moim najlepszym, najukochańszym przyjacielem, podporą lat dziecięcych, szkolnym towarzyszem. Miło mi było pić za jego zdrowie. Wyznawałem, żem mu winien więcej wdzięczności, niż wyrazić zdołam. Uwielbienie moje dla niego nie znało granic. Skończyłem wołając: „Niech żyje Steerforth! Niech żyje!”.
Uściskaliśmy się raz, drugi i trzeci. Trącając się kieliszkami, zbiłem swój i wylałem wino. Język mi się plątał.
Ktoś śpiewał? Aha! Markham: „Gdy serce boli, gdy boli!”. Skończywszy piosenkę, zadecydował, że pora dać coś i „kobiecie”. Oparłem się. Nie chciałem wnosić259 tego nie dość rycerskiego toastu, chciałem, aby pod moim dachem każdy ułamek płci słabej uczczony był mianem „damy”. Podnosiłem głos. Zachęcały mnie uśmiechy Steerfortha i Graingera. Markham oburzył się. Nie, nie pozwoli człowiek dawać sobie lekcji, człowiek wyszedł ze szkół, człowiek nie może znosić podobnego despotyzmu. Odpowiedziałem, że musi znosić, na co on znów odrzekł, że człowiek nie pozwoli sobie ubliżać. Przyznałem, że ma słuszność, przypomniałem sobie, że się znajduje pod mym dachem i wezwałem na świadków mej gościnności wszystkie starożytnym i nowożytnym ludom znane domowe bogi. Odrzekł mi na to, że człowiek zmuszony jest przyznać, żem poczciwy z kośćmi chłopak. Trąciliśmy się kieliszkami.
Ktoś zapalił cygaro. Próbowałem znów palić, wzdrygając się cały. Steerforth wniósł moje zdrowie i palnął mówkę, która mnie do łez rozczuliła. Dziękowałem, wyrażając błogą nadzieję, że przezacne towarzystwo raczy nazajutrz przyjąć znów u mnie obiadek. Czemu tylko nazajutrz? Czemu nie co dzień, co dzień o piątej, żeby mieć więcej czasu na miłą poobiednią gawędkę. Gdy mnie spytano, a może i nie spytano, kogo mógłbym zacytować jako wzór wszystkich niewieścich doskonałości, wymieniłem bez wahania ciotkę swą – pannę Betsey Trotwood.
Pamiętam, że ktoś chłodził rozpalone czoło u okna w moim sypialnym pokoiku. Czy to nie ja sam byłem czasem? Mówiłem sam do siebie, nazywając się po nazwisku: „Copperfieldzie, chciało ci się palić, niby nie wiesz, że ci to szkodzi”. Ktoś tam znów nie mógł poznać sam siebie w lustrze. Czy to nie ja sam byłem czasem? Byłem blady jak trup, oczy mi błyszczały i tylko włosy, same włosy tylko musiały podpić.
Ktoś zaproponował: „jedźmy do teatru”. Nie, nie byłem w sypialnym swym pokoju, lecz za stołem z butelkami i kieliszkami. Lampa paliła się jasno. Po prawej ręce siedział Grainger, Markham po lewej, Steerforth naprzeciw, gdzieś w oddaleniu, lecz wszystko było w porządku. Do teatru! Myśl wyborna! Jedźmy. Wyjdę ostatni i zgaszę lampę… wiecie… pożary.
Po ciemku drzwi niełatwo dały się znaleźć. Uchylałem ciągle firanki u okna, aż wreszcie Steerforth ujął mię260 pod ramię i wywiódł261. Schodziliśmy tak ze schodów jeden za drugim. Na dole już prawie ktoś się potknął, stoczył się. Ktoś inny zauważył, że to pewno Copperfield. Rozgniewałem się za oszczerstwo, lecz czując, że leżę na ziemi, zacząłem przypuszczać, że jest w tym może nieco prawdy.
Noc była mglista. Wielkie tęczowe koła wokół lamp. Jedni utrzymywali, że deszcz pada, co do mnie – gotów byłem przysiąc, że jest mróz. Pod latarnią kochany Steerforth poprawił mi kapelusz i przygładził włosy, mówiąc: „teraz już dobrze”. Dziękowałem mu, bełkocąc.
Człowiek jakiś, zamknięty w klatce, wyłonił się z mgły, prosząc o zapłatę i pytając z pewnym powątpiewaniem, czy i mnie ma wydać bilet. Najpewniej. Znaleźliśmy się w teatrze. Duszno było, gorąco jak w łaźni, lampy wydały mi się zadymione i w dymie tym, pomimo że było bardzo jasno, nie podobna262 było rozróżnić natłoczonych ludzkich twarzy. Na scenie mówiono coś, krzyczano, śmiano się. Wszystko to zlewało się w niewyraźne szmery. Muzyka grzmiała, a loże wypełnione były damami. Zdawało mi się pomimo to, że gmach cały kołysze się, pływa wraz ze mną. Próżno usiłowałem zatrzymać się w miejscu.
Ktoś zaproponował, abyśmy wyszli na korytarz, na który wychodziły loże. Ujrzałem kogoś na sofie z lornetką w ręku, a potem moją własną postać odbiło zwierciadło. Nie wiem już, jak i dlaczego wszedłem do jednej z lóż, bełkocąc coś niewyraźnie. Ktoś zawołał: „ciszej!”. Panie obejrzały się zdziwione, wystraszone i… o nieba! Ujrzałem Agnieszkę, w tejże samej właśnie, do której wszedłem, loży siedzącą pomiędzy niemłodą damą i nieznanym mi dżentelmenem. Patrzała na mnie – widzę to teraz lepiej zapewne, niż widziałem wtedy – ze smutnym zdumieniem.
– Agnieszko! – wybełkotałem. – Jak Boga kocham…
– Ciszej! – odrzekła poważnie. – Zwracasz na siebie uwagę. Patrz na scenę.
Starałem się zastosować do jej żądania, skupić uwagę. Próżno. Głowa mi opadała. Zauważyłem, że Agnieszka cofa się w sam kącik loży i dłoń w rękawiczce podnosi do czoła.
– Agnieszko! – bełkotałem. – Możem cię prze… a… stra… szył… aszy…
– Tak, tak – odrzekła szybko – ale nie o mnie tu idzie, Trot. Wyjdź lepiej.
– Wyjdź… dź… piej… le…
– O tak.
Chciałem powiedzieć, że zaczekam na nią w korytarzu, i musiałem coś podobnego bełkotać, bo popatrzała na mnie i cicho uprzednią ponowiła prośbę.
– Wiem, że mię posłuchasz, kochany Trot! – mówiła. – Wyjdź stąd i jeśli mię lubisz, poproś przyjaciół, którzy cię tu przywiedli, by cię odwieźli do domu.
Tak wielką miała nade mną przewagę, że chociaż rozgniewany byłem w tej chwili, pożegnałem ją natychmiast i wyszedłem z loży. Wkrótce znalazłem się we własnym swym sypialnym pokoju. Steerforth sam został ze mną i pomagał mi rozebrać się, a ja tymczasem zaklinałem się na wszystkie bogi, że Agnieszka jest moją siostrą i szukałem grajcara263, by nowe odkorkować butelki.
Teraz ktoś leżał w moim łóżku noc całą, majacząc pomiędzy gorączkowym snem i gorączkowym czuwaniem. Pomału, pomału ów ktoś zamieniał się we mnie samego. Zdawało mi się, że fale podrzucają mnie wraz z pościelą. Skóra moja wydała mi się twarda i spieczona, język ciężki jak serce rozbitego dzwonu. Rozpalone do czerwoności dłonie nie dałyby się ostudzić nawet lodem, wydawały mi się rozżarzonymi płytami żelaza.
Wszystko to niczym jednak w porównaniu z rozpaczą, wstydem, wyrzutami sumienia, jakie mnie ogarnęły nazajutrz.
Brzydziłem się sobą i tymi bezeceństwami, które popełnić musiałem, a których nie pamiętałem nawet i odwołać nie mogłem. A to spojrzenie Agnieszki! I nie mogłem się nawet z nią zobaczyć, przeprosić jej, przebłagać. Takie ze mnie było bydlę, żem nawet jej nie spytał, kiedy przybyła do Londynu i gdzie zamieszkała! Ohydnymi wydały mi się pokoje, w których wczoraj bankietowaliśmy tak wesoło. W głowie mi się kręciło jeszcze, powietrze nasiąkło dymem cygar, po stołach i podłodze walały się resztki biesiady. Ani wyjść, ani podnieść się z łóżka! Dzień to był piekielny.
A wieczór! Smętnie spożywałem zastygły w swym tłuszczu barani kotlet, rozmyślając, czy tak jak były lokator smutnego tego mieszkanka mam skończyć marnie. Lepiej może byłoby udać się wprost do Dover i wszystko wyznać ciotce? Co za wieczór! Gdy pani Crupp, przyszedłszy po półmisek, przyniosła nerkę na talerzyku od sera, jako całą pozostałość wczorajszego bankietu, była chwila, żem o mało nie rzucił się jej na szyję, wołając z płaczem: „Pani Crupp! O, pani Crupp! Zapomnij o tym bezeceństwie”. Tylko że w tym wielkim nawet rozżaleniu powątpiewałem, czy gospodyni nie zawiedzie mego zaufania.
Rozdział XXV. Dobre i złe anioły
Nazajutrz rano po tym okropnym dniu wstydu, wyrzutów sumienia i bólu głowy wychodziłem właśnie z domu, z niejasnym wspomnieniem owego nieszczęsnego bankietu – zdawało mi się bowiem, jakoby wojsko tytanów dzień ten usunęło było w odległą gdzieś przeszłość – gdym u drzwi spotkał posłańca z listem w ręku. Wchodził leniwo na schody i dopiero zobaczywszy mnie, przyśpieszył kroku.
– T. Copperfield, Esquire264? – rzekł, dotykając kapelusza.
Pewien byłem, że to jest list od Agnieszki. Wyciągnąłem rękę, oddał mi go, mówiąc, że kazano przynieść odpowiedź. Zostawiłem posłańca na schodach, sam zaś wróciłem do swego pokoju, lecz tak byłem wzruszony, że upłynęło chwil kilka, zanim mogłem list odpieczętować.
Była to przyjacielska kartka bez najlżejszej wzmianki o onegdajszym265 spotkaniu w teatrze. Oto jak brzmiała:
Kochany Trotwood!
Jestem w Londynie, w domu pełnomocnika mego ojca, pana Waterbrook, Ely Place, Holborn. Może byś mnie dziś odwiedził, czekać cię będę dzień cały.
Szczerze cię kochająca Agnieszka.
Tyle mi czasu zabrała odpowiedź na tę kartkę, że nie wiem, co sobie o tym myślał posłaniec. Zapewne posądzić mnie musiał, że się dopiero uczę pisać. Zaczynałem ze sześć razy i ze sześć podarłem listów. Raz zacząłem: „Czy potrafią kiedy, droga moja Agnieszko, zatrzeć z twej pamięci wrażenie…”. Po chwili podarłem ćwiartkę papieru z tym początkiem i zacząłem na nowo: „Shakespeare zauważył już, jak często człowiek własnym bywa wrogiem…”. I to mnie nie zadowoliło. Próbowałem nawet wiązanej bogów mowy: „Wykreśl z pamięci i serca!!…”. Nie, nie szło mi jakoś. Po wielu próbach oto na co się zdobyłem:
Droga Agnieszko!
List Twój godny Ciebie, większą pochwałą obdarzyć go nie mogę. Więcej ci powiedzieć nie mogę. Przyjdę o czwartej.
Przywiązany i zawstydzony T. C.
Tę to kartkę – o mało żem go z ulicy nie odwołał – posłaniec poniósł: Ely Place, Holborn.
Jeśli był jeszcze ktoś dnia tego w Commons, komu się czas o połowę wydawał tak długi jak mnie, żałuję go serdecznie. Chociaż wyszedłem już o wpół do trzeciej i szybkim krokiem zbliżałem się do Ely Place, czwarta wybiła dawno na zegarze św. Andrzeja, zanim zdecydowałem się zadzwonić do drzwi mieszkania pana Waterbrook.
Kancelaria pana Waterbrook znajdowała się na dole, prywatne zaś jego mieszkanie na piętrze. Wprowadzono mnie do eleganckiego, lecz małego saloniku. Zastałem tam Agnieszkę z robótką w ręku.
Była tak dobra, szczera i pobłażliwa, tak mi się żywo przypomniały szkolne czasy, kilka lat spędzonych pod jednym z nią dachem, taki mnie ogarnął wstyd i żal, żem się po prostu rozpłakał i po dziś dzień nie potrafiłbym powiedzieć, czym się z trudnego zadania wywiązał w ten sposób najrozumniej czy najśmieszniej.
– Gdyby mnie widział w tym opłakanym stanie kto inny – mówiłem, odwracając głowę – mniej by to mnie bolało, ale ty właśnie! Wolałbym umrzeć!
Położyła dłoń na mym ramieniu. Dotknięcie jej inne było niż wszystkie inne dotknięcia. Taka mię przepełniała wdzięczność, że ująłem jej rękę i do ust podniosłem.
– Usiądź i uspokój się – mówiła łagodnie. – Komu zaufasz, jeśli nie mnie?
– Ach! Agnieszko! – odrzekłem. – Jesteś moim dobrym aniołem.
Uśmiechnęła się smętnie i potrząsnęła głową.
– Tak, Agnieszko, dobrym moim aniołem, aniołem stróżem.
– Jeśliby tak było istotnie – rzekła – chciałabym wymóc na tobie rzecz jedną.
Spojrzałem na nią pytająco, chociaż domyślałem się, o co idzie.
– Ostrzegłabym cię – mówiła z powagą – przeciw twemu złemu duchowi.
– Jeśli rozumiesz przez to Steerfortha… – zacząłem.
– Nie inaczej – potwierdziła.
– Nie znasz go i krzywdzisz srodze! Moim lub czyimkolwiek złym duchem, on, przyjaciel mój, podpora, przewodnik! Pomyśl tylko, kochana Agnieszko, czy możesz w swej szlachetności potępiać go tylko na podstawie mego onegdajszego bezeceństwa.
– Nie na tym też tylko zdanie me opieram – odrzekła spokojnie.
– Na czym więc?
– Na wielu, drobnych z pozoru, spostrzeżeniach, które razem wzięte wcale niepochlebne na niego rzucają światło. Po części na tym, coś mi sam niejednokrotnie o nim opowiadał, po części na własnym twym charakterze, wpływie, jaki na ciebie wywiera.
W głosie jej było zawsze coś, co mnie wzruszało i zdawało się wywoływać w głębi duszy zawsze gotowe odpowiedzieć jej echo. Patrzałem na nią. Oczy miała spuszczone nad robotą. Patrzałem na nią i słuchałem, chociaż przestała już mówić, a Steerforth, pomimo całego mego przywiązania, bladł mi i ciemniał w sercu i myśli.
– Może to zbyt zuchwale z mej strony – ciągnęła, podnosząc oczy. – Żyłam dotąd tak na ustroniu, tak mało miałam sposobności, by poznać świat i ludzi, że nie mam może prawa ostrzegać cię i wypowiadać tak stanowczo mego zdania. Ale to wypływa, Trot, z mojej przyjaźni dla ciebie, z tego, żeśmy wzrośli, wychowali się razem, i nic z tego, co ciebie dotyczy, nie może mi być obojętne. To mnie ośmiela. Zresztą pewna jestem tym razem, że mam słuszność. Najbardziej pewna. Coś mi mówi, że obowiązkiem moim jest ostrzec cię przed niebezpieczeństwem tej przyjaźni.
Znów spojrzałem na nią, słuchając, gdy już mówić przestała, i znów obraz przyjaciela bladł mi i ciemniał w duszy.
– Nie, nie jestem tak nierozsądna – rzekła po chwili – aby się spodziewać, że za lada moim ostrzeżeniem wyrwiesz z serca uczucia wypływające z twej kochającej, ufnej natury. Nie chciałabym nawet, aby tak być mogło! Proszę cię tylko i zaklinam, abyś, jeśli kiedy pomyślisz o mnie…
Uśmiechnęła się, gdyż wyczytała z moich oczu, czym chcę jej przerwać.
– …jeśli kiedy lub raczej za każdym razem, gdy pomyślisz o mnie – ciągnęła – przypomniał sobie, co ci dopiero mówiłam. Wszak mi to przebaczasz?
– Przebaczę ci, droga Agnieszko, gdy wymierzysz sprawiedliwość Steerforthowi i ocenisz go tak, jak ja go cenię i jak na to w zupełności zasługuje.
– Wówczas dopiero? – rzekła.
Zdawało mi się, że po czole jej jakaś przemknęła chmurka, lecz na uśmiech mój odpowiedziała uśmiechem i czułem, że wróciło między nas całe nasze dawne obopólne zaufanie.
– A kiedy ty mi, droga moja, przebaczysz onegdajszy wieczór? – spytałem.
– Gdy go sobie przypomnę – odrzekła.
Wymijała rozmowę o tym, lecz sprawa ta cała bardzo ciążyła mi na sercu, opowiedziałem jej więc długo i szeroko, co i jak spowodowało straszny i hańbiący ten mój upadek. Spowiedź przynosiła mi pewną ulgę, dozwalając nadto wystawić w całym świetle dobroć Steerfortha, starania, jakimi mnie otoczył, gdym stracił był przytomność.
– A czy pamiętasz, Trot – spytała wesoło, zmieniając przedmiot rozmowy – żeś mi obiecał spowiedź nie tylko ze swych zmartwień i upadków, lecz i ze spraw serdecznych? Kto zastąpił w twym sercu pannę Larkins?
– Nikt, Agnieszko!
– O, nie oszukasz mię!
– Zapewniam cię, że nikt. Jest wprawdzie osoba, mieszka u pani Steerforth, z którą lubię rozmawiać niesłychanie, nie jestem jednak zakochany w pannie Dartle.
Agnieszka śmiała się i chwaliła swą przenikliwość, utrzymując, że jeśli pozostanę wierny danemu jej słowu i zwierzać się będę ze wszystkich swych słabostek, to wkrótce ich spis urośnie do niebywałych rozmiarów. Z kolei spytała mnie, czy widuję Uriaha.
– Uriaha Heep? – spytałem. – Nie widziałem go. Czyżby był w Londynie?
– Przybył tu na tydzień przede mną, codziennie przychodzi na dół, do kancelarii pana Waterbrooka – mówiła Agnieszka. – Jestem niespokojna o niektóre interesy ojca – dodała po chwili.
– Cóż by to być mogło? – spytałem.
Odłożyła na bok robotę i składając na kolanach ręce, zwróciła na mnie piękne swe, zadumane oczy.
– Sądzę – rzekła powoli – że Uriah zamierza wstąpić do spółki z mym ojcem.
– Co?! Uriah?! – zawołałem oburzony. – Jakimż266 pochlebstwem, jaką nikczemnością mógł się wśliznąć na podobne stanowisko? Czyś się nie starała przekonać ojca? Opłakane mogą wyjść z tego następstwa! Nie powinnaś do tego dopuścić, musisz zapobiec, dopóki czas jeszcze!
Patrzyła na mnie smutno, kiwając głową, z cichym jakimś i cierpliwym uśmiechem.
– Pamiętasz – rzekła – naszą ostatnią rozmowę o ojcu? Wkrótce jakoś potem, we dwa, trzy dni może, po raz pierwszy nadmienił mi coś o tym. Boleśnie było patrzeć na widoczną walkę, jaką w sobie staczał, chcąc przedstawić mi rzecz tę jako wynik własnego wyboru, gdy wszystko wskazywało, że ojciec ulega raczej jakiejś konieczności.
Zasmuciłem się bardzo.
– Konieczności, mówisz? Któż go mógł przymuszać?
– Kto? Uriah! – odrzekła ciszej, po chwili wahania. – Stał się niezbędnie ojcu potrzebny. O! Sprytny, baczny, opanował słabe strony ojca, wyzyskał je, stał się panem sytuacji. Wiesz, co ci powiem, Trot? Ojciec boi się go.
Było w tym więcej prawdy, niż przypuszczać mogła. Wiedziałem o tym, domyślałem się, w czym rzecz, i nie chciałem jej zasmucać pytaniami. Wiedziałem, że pragnie oszczędzać ojca. Od dawna wiedziałem, na co się zanosi. Milczałem.
– Wpływ jego na ojca – ciągnęła Agnieszka – jest ogromny. Udaje pokorę i wdzięczność, wdzięczny jest może istotnie, nie chcę go posądzać o podobną przewrotność, a w rzeczy samej dzierży władzę i nadużywa swego wpływu.
Psem go nazwałem dla ulżenia sobie.
– W czasie, o którym wspomniałam dopiero – ciągnęła Agnieszka – wówczas kiedy mi ojciec po raz pierwszy o tym nadmienił, utrzymywał, że odejdzie od nas z bólem serca, zmuszony lepszymi widokami, które mu się przedstawiają. Zmartwiło to ojca niesłychanie. Nie uwierzysz, jak był przybity, pocieszył się dopiero tym projektem spółki, chociaż z początku zdawał się być nim zdziwiony i upokorzony!
– I cóż ty na to, Agnieszko!? – spytałem.
– Robiłam, co mi się zdawało moim obowiązkiem, uważając, że to uspokaja ojca, zachęcałam go do tego kroku, uważałam, że mu to ujmie pracy i mnie pozwoli być z nim częściej i dłużej, ale… O! Trotwood! Teraz mi się zdaje, żem niechcący namawiała ojca na zgubę, ja, rodzone jego, ukochane dziecię! Wiem, jak mnie kocha. Widzi we mnie jedyną swą pociechę, jedyny cel życia. Wiem, jak wiele rzeczy skrywa przede mną, na bok uchyla, nie chcąc mnie smucić. Wiem, że troska o mnie zachmurza mu często czoło, osłabia energię, denerwuje. O, gdybym go mogła podtrzymać! A tymczasem niechcący doprowadziłam go do tego wszystkiego.
Po raz pierwszy widziałem Agnieszkę płaczącą. Wprawdzie kręciły się jej łzy w oczach, gdy przynosiłem nagrody i pochwały ze szkoły, gdyśmy mówili o jej ojcu, gdyśmy się na czas dłuższy rozstawali, lecz takiego wybuchu żalu, rozpaczy niemal, nie widziałem nigdy, toteż zmartwiony, nie wiedząc, jak ją pocieszyć, powtarzałem tylko:
– Nie płacz, Agnieszko! Kochana moja siostrzyczko!
Tak dalece górowała nade mną charakterem i silną wolą, że nie potrzebowała długich pociech. Opanowała gwałtowny wybuch żalu. Po kilku chwilach wrócił jej spokój, którym się odznaczała. Zdawało się, jakoby po przelotnej chmurce niebo się znów wypogodziło.
– Niedługo już zapewne będziemy tak sami z sobą – rzekła – a póki mam czas, chcę cię prosić, abyś był życzliwy dla Uriaha. Nie odpychaj go, nie odtrącaj dlatego, że wasze wrodzone skłonności są tak odmienne. Kto wie, może na to nie zasłużył, może wstręt nasz jest niesłuszny. Nie złowiliśmy go przecie dotąd na żadnym złym uczynku. Bądź dla niego pobłażliwszy przez wzgląd na ojca i na mnie.
Zaledwie to wyrzekła, wtoczyła się do pokoju pani Waterbrook, szeroka czy tylko w szeroką suknię ubrana, nie potrafię tego powiedzieć, gdyż nie umiałem wówczas odróżnić sukni od kobiety, pamiętałem tylko niejasno, niby w jakimś kalejdoskopie, żem ją był widział w teatrze. Co do niej, zdawała się przypominać mnie sobie doskonale i posądzać, żem jeszcze nie wytrzeźwiał. Przekonawszy się jednak, że jestem trzeźwym i – tak sobie tuszę – nader skromnym młodzieńcem, udobruchała się, pytając po pierwsze, czy uczęszczam na spacery, po wtóre, czy bywam w towarzystwie. Negatywna moja odpowiedź na oba te pytania zachwiała znów dobre jej o mnie mniemanie. Nie okazała mi jednak tego, owszem, zaprosiła mnie uprzejmie na obiad na dzień następny. Podziękowałem i pożegnałem obie panie. Przechodząc, wstąpiłem do kancelarii na dole, pytając o Uriaha. Nie zastawszy go, zostawiłem bilet.
Gdym przyszedł nazajutrz na obiad, taki mnie z otwartych drzwi do kuchni uderzył zapach baraniny, żem się domyślił, iż nie sam tylko jestem zaproszony. W przedpokoju spotkał mnie i zaanonsował przebrany za lokaja posłaniec. Wyglądał, jak gdyby widział mnie dopiero pierwszy raz w życiu, poznał mnie jednak niewątpliwie, tak jak ja go poznałem od razu. Żaden jednak z nas tego po sobie nie pokazał.
Pan Waterbrook był to dżentelmen w średnim wieku, z krótką szyją wyłaniającą się z szerokiego białego kołnierza, a brakowało mu tylko czarnego nosa i łebka dla skończonego podobieństwa z mopsem. Powiedział mi, że się czuje nader zaszczycony poznaniem mnie, a gdym powitał pana Waterbrook, przedstawił mnie pysznej jakiejś damie w czarnej aksamitnej sukni i czarnym czepcu, należącej niewątpliwie do rodziny nieboszczyka Hamleta267; mogła być jego ciotką.
Dama ta, pani Spiker z nazwiska, była żoną człowieka tak chłodnego, że siwa jego głowa zdawała się być obsypana szronem. Wszyscy mu okazywali niesłychane uszanowanie. Agnieszka mówiła, że był prokuratorem, nie wiem już gdzie, Skarbu, zdaje mi się.
Pomiędzy zaproszonymi zastałem Uriaha Heep. W czarnym fraku, pokorniejszy zdawał się być niż kiedy bądź. Dziękował mi, gdym go witał, za pamięć łaskawą, zapewniając o swej wdzięczności za taką względność268. Wdzięcznością tą prześladował mnie wieczór cały i za każdym razem, gdym się zbliżał do Agnieszki, pewien byłem, że dostrzegę cień jego za naszymi plecami.
Było jeszcze więcej gości, wszyscy sztywni i chłodni jak zamrożony szampan. Jeden zwrócił szczególną mą uwagę, zanim wszedł jeszcze i skorom usłyszał jego nazwisko: „Traddles!”.
Żywo mi się przypomniała szkoła w Salem House. Czyżby to był Tomcio, autor diabełków i kościotrupów?
Patrzałem na wchodzącego z niezwykłym zajęciem. Poważny i nieśmiały młodzieniec, z olbrzymią czupryną i szeroko roztwartymi oczyma, zaszył się w najciemniejszy kąt, tak, żem się nie mógł mu z początku dobrze przypatrzyć. Gdy mi się to udało, nie wątpiłem, że jest to istotnie Tomcio.
Poszedłem do pana Waterbrook, mówiąc mu, żem spotkał pod jego dachem szkolnego towarzysza.
– Doprawdy! – zawołał zdziwiony. – Byłeś pan w szkołach z panem Henrym Spikerem?
– Bynajmniej – odrzekłem. – Nie jego to mam na myśli, lecz dżentelmena nazwiskiem Traddles.
– Tak! Tak! – rzekł o wiele obojętniej gospodarz. – Bardzo być może.
– Jeśli się nie mylę – mówiłem, spoglądając na Tomcia – byliśmy razem w Salem House. Poczciwy to był chłopak.
– Zapewne – mówił, potakując obojętnie głową, gospodarz domu – zapewne, poczciwy chłopak!
– Ciekawe doprawdy spotkanie – zauważyłem.
– Zapewne, ciekawe wydarzenie, że się tu właśnie znalazł dziś Traddles, zaproszony dopiero przed kilku godzinami, dla zajęcia miejsca brata pani Spiker, który właśnie zasłabł. Niepospolity to człowiek brat pani Spiker, upewnić o tym pana mogę, panie Copperfield.
