Kitabı oku: «Branki w jasyrze», sayfa 13

Yazı tipi:

Kuryłtaj

Wiosną 1246 roku został zwołany kuryłtaj, wielki sejm elekcyjny, którego odwiecznych praw Tatarzy101 twardo strzegli. Chlubili się bardzo, że jak daleko sięgała pamięć ludzka, zawsze wolnymi głosami wybierali przywódców.

Od czasu Dżyngis-chana wybór, z uwagi na wdzięczność i księgę ustaw, zawęził się wyłącznie do jego potomstwa, jednak i tak było w czym wybierać. Liczba kandydatów, rozliczność ich zalet i zasług, czyniła wybór trudnym. Przed dwudziestokilkoma102 laty elekcja Ogotaja poszła gładko i jednomyślnie. Teraz były inne czasy. Różnice zdań, niepewność powstrzymywały bieg wydarzeń.

Kujuk103 kończył czterdziesty piąty rok życia, wielki czas na rozpoczęcie rządów. Bardzo tego pragnął, a przy tym nie mógł patrzeć na lekkomyślność regentki Turakiny, która marnotrawiła skarbiec. Księżna Ogul-Gajmisz, pierwsza żona Kujuka, też była spragniona władzy, radziła się ciągle szamanów, a ci wróżyli na dwoje, mówili, że nie widzą jasno. Kujuk jak gracz, który stawia na jedną kartę, chciał już jak najszybciej rozstrzygnąć sprawę. Poprosił matkę o zwołanie kuryłtaju. Co prawda zwoływała go już kilka razy, ale jakoś nie mógł dojść do skutku. Głównie z przyczyny księcia Batego, który od lat wymawiał się ciężkim bólem nogi. Tłumaczył się, że tak daleka podróż, od Wołgi do Bajkału, bardzo nadwyręży jego siły. A że był wielce szanowany, rodzina nie chciała bez niego podjąć żadnej decyzji. Teraz jednak cierpliwość możnowładców zaczynała się wyczerpywać.

– Trudno, przyjedzie czy nie przyjedzie, trzeba radzić! – I gońcy, ogłaszający sejm wyborczy, rozbiegli się nie tylko po Mongolii, ale i po wszystkich zawojowanych ziemiach, co stanowiło więcej niż pół świata.

Cała Azja zaroiła się tłumami podróżnych. Ciągnęli królowie, pragnący uzyskać urzędowe przyznanie prawa do korony. Ciągnęły poselstwa od królów państw wolnych, na gwałt szukające zgody z konfliktowym sąsiadem.

Oprócz urzędowych orszaków, jak okiem sięgnąć, wszędzie było widać karawany kupców. Nadciągały na sejm jak ptactwo na pole bitwy. Kupców przyciągała nadzieja, że w takim tłumie łatwo będzie sprzedać najdroższe i najrzadsze towary. Szły bez końca muły i osły objuczone skrzyniami i pakami.

Przybyli wszyscy mongolscy cesarzewicze, książęta i panowie tatarscy. Jechali, ciągnąc za sobą domy, żony, niewolników i trzodę. Karakorum nie zdołałoby pomieścić takiego napływu ludności, więc kuryłtaj zwołano w oddalonym o pół dnia od stolicy Dalan-Daba.

Na ogromnej równinie zbudowano koliste podium opasane ogrodzeniem z chińskiej plecionki. Krąg był tak ogromny, że około sześciu tysięcy osób mogło poruszać się w nim swobodnie. Na środku stał olbrzymi namiot, na dwa tysiące posłów, cały z białego aksamitu ułożonego w dekoracyjne fałdy. Draperie dźwigały kopułę, która zwieńczona była koroną.

Co dzień przybywali nowi goście. Najpóźniej stawiały się znakomitości.

– Czy jest już książę Batu – pytano nieustannie.

– Jeszcze nie, ale obiecał, że przyjedzie, tylko go patrzeć.

Tymczasem ściągali liczni bracia Batego. Przybycie każdego z potentatów budziło zainteresowanie. Ale naprawdę zawrzało, kiedy przybyła księżna Siurkukteni104. Powstał zgiełk, harmider i zamieszanie, ludzie lecieli hurmem na jej spotkanie, opowiadali sobie cuda o wspaniałości orszaku, witali jak nową królowę Sabę. Wszędzie mówiono:

– Na pewno wszystko pójdzie dobrze, kiedy jest mądra księżna. – I było to zdanie nie tylko prostaków, ale ministrów i wodzów.

Księżna Siurkukteni była piękną córką cheraickiego105 króla Ong-chana106 (legendarnego księdza Jana), o którą Temuczyn107 prowadził wojnę. Tułuj, najmłodszy syn Dżyngis-chana, spostrzegłszy w namiotach Ong-chana uroczą królewnę, wlewającą w złote czary kumys dla bohaterów, rozmiłował się bez pamięci i popchnął ojca do zuchwałej propozycji, którą niestety odrzucono. Lecz przyszedł czas, kiedy Dżyngis-chan i wzgardzony Tułuj zatryumfowali. Po zwycięstwie nad Ong-chanem dumna dziewica dostała się w ich ręce. Nie poszukiwali innej zemsty, najgorszą było przymusowe małżeństwo. Piękność i majestat królewny wkrótce rozbroiły zwycięzców.

Zaślubiny były smutne; oblubienicę wiedziono po zwaliskach rodzinnego państwa, po ziemi, na której zginął jej ojciec.

– Któż winien, jeśli nie ty sama? – mówił Tułuj. – Czemuż mnie wcześniej nie chciałaś? Dlaczego jesteś taka, że trzeba albo cię posiąść, albo świat zapalić?

Nie wiadomo, co młoda małżonka odpowiedziała w pierwszej chwili, w każdym razie, po wielu latach ukazała się uśmiechnięta, szczerze czy pozornie pogodzona ze swym losem. I choć na wyprawach wojennych zdobyta, panowała dobrocią, urokiem i rzadką mądrością. Dzięki tym cechom niezadługo stała się najbardziej ulubioną synową Dżyngis-chana. Później chan Ogotaj okazywał jej wyjątkowe poważanie, a po śmierci Tułuja wyprawił poselstwo do wdowy, prosząc o jej rękę dla syna Kujuka.

Gdyby księżnie chodziło jedynie o własne wyniesienie, zapewne poślubiłaby Kujuka, który najprawdopodobniej zapewniłby jej koronę cesarską. Ale już minęły czasy, gdy Siurkukteni myślała wyłącznie o sobie. Ze związku z Tułujem miała czterech synów i ze względu na nich odważyła się po raz drugi odmówić swej ręki mężczyźnie z rodu Dżyngis-chana.

– Bardzo mi przykro – rzekła do swatów – że nie mogę być posłuszna wielkiemu chanowi, ale wychowanie dzieci zabiera mi czas i serce.

Mimo odprawy Ogotaj pozostał nadal w przyjaznych stosunkach z księżną, a Kujuk, mimo pierwszego kosza, ciągle jeszcze żywił nadzieję, że wytrwałością ją zdobędzie.

Księżna tymczasem zajęła się troskliwym i rozumnym wychowaniem synów, z których wyrośli, w azjatyckim znaczeniu tego słowa, ludzie wielcy: Mangu, Kubilaj, Aryk-Buga i Mogaj – to z nimi związała szczęście i przyszłość mongolskiego państwa; życzyła mu wytrwania w świetności, w nadziei, że ta świetność spadnie kiedyś na dzieci. Mówiono po cichu, że księżna Siurkukteni jest główną sprężyną, prawdziwą duszą stronnictwa, które chce potomków Ogotaja pozbawić berła; mówiono, że książę Batu nie cierpi Turakiny i Kujuka, a przepada za „mądrą księżną” i specjalnie przez całe lata nie przyjeżdża, aby jej zostawić czas do namysłu i rozsądnego działania. Na spotkanie pięknej chatuny wyjechał wspaniały orszak, w którym znalazł się też Ajdar i jego żony. Ludmiła pragnęła poznać księżną, która jako córka Ong-chana była chrześcijanką. Nestoriański chrześcijanizm zostawiał dużo swobody i tolerancji, ale był bliższy Europejczykowi niż religia Wschodu. Natomiast dla mieszkańców nadbajkalskich państwo Cezarów, królestwo Franków, a zwłaszcza Stolica Apostolska były zaklętymi, gdzieś za morzem, krainami czarów i poezji.

Ajdar przedstawił księżnej swoje żony. Siurkukteni od razu zwróciła uwagę na czwartą żonę behadyra, która posiadała wdzięk i wykwintne maniery. Ledwie spojrzała na jej towarzyszki, natomiast Ludmiłę wyróżniła rozmową i względami. Ajdarowi aż serce rosło.

Następnego dnia starzy i młodzi dyplomaci zgromadzili się w namiotach księżnej, podczas gdy inni sejmikowali u rejentki108. Oczekiwano już tylko księcia kapczackiego. Ranki schodziły na mało ważnych naradach, a po południu obóz oddawał się uciechom i pijaństwu.

Wreszcie postanowiono otworzyć sejm bez księcia Batego. Dzień drugiego lipca został wyznaczony ostatecznie na rozpoczęcie kuryłtaju. W tym dniu rejentka Turakina okazała swą niezwykłą hojność. Rozsyłanie szat honorowych było zwyczajem od wieków przyjętym na Wschodzie; rozdawano je przy każdej ważnej uroczystości najwyższym dostojnikom. Turakina poszła dalej, o świcie wysłała szaty z „białej purpury” wszystkim wyborcom, bez wyjątku. Kiedy zeszli się wokół namiotu, widok był imponujący.

Wreszcie zamknięto bramy ogrodzenia. Do południa trwały narady, przemowy, przeglądanie dżyngischanowych ustaw. Po południu bramy otwarto i wybuchnął gwar biesiady. Co w tym dniu uradzono? – to pozostało tajemnicą dla tłumów.

Ajdar wrócił do domu wcześniej niż zazwyczaj. Wszedł do Ludmiły jakiś dziwnie podniecony i patrząc jej przymilnie w oczy, rzekł:

– Wiesz, jaki cię zaszczyt spotyka? Rozmawiałem z chatunami, a tu księżna Siurkukteni podchodzi do mnie i mówi: „Co się dzieje, behadyrze, z twoją piękną żoną? Szkoda, że jej tu nie ma”. Księżna Turakina słysząc to, zawołała: „Tak, tak, terchanie, cuda słyszę o twojej żonie i ja bym chciała ją poznać, i to jak najprędzej. Przyprowadź ją jutro do naszego stołu”. Jutro, jak tylko narady się skończą, przyślę po ciebie. Ubierz się pięknie, bo to nie żarty. Jak żyjesz, nie byłaś w takim zgromadzeniu.

Ludmiła uśmiechnęła się z lekkim przekąsem i rzekła:

– Przecież ja u naszych królów bywałam na ucztach!

Ajdar nieznacznie wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Cóż tam twoi królowie obok dworu chanów?”. Jednak nie wymówił tych słów. Nie chcąc ranić serca swojej gołąbki, od razu zmienił temat:

– Już w pierwszym dniu obrad zaszedł nieprzewidziany incydent – opowiadał Ajdar. – Wykreślono z liczby kandydatów małego Szyramuna, Ogotajowego wnuka. Nie pomogły gorzkie łzy matki ani rzewne przemowy jego przyjaciół. Uznano jednogłośnie, że ster wielkiego państwa potrzebuje koniecznie dojrzałej ręki. Teraz więc – ciągnął – pozostaje pytanie, czy książę Kujuk się utrzyma? Ja muszę głosować za nim, bo przysiągłem Ogotajowi. Gdyby nie ta przysięga, wolałbym syna księżnej Siurkukteni, która w małym paluszku ma więcej rozumu niż ta gęś Turakina w stu głowach perskich i tureckich.

– Księżna Siurkukteni jest chrześcijanką. Duch Święty daje jej mądrość. – Ludmiła dyplomatycznie zwróciła uwagę męża na sprawy wiary.

– Gdybym przypuszczał, że ta twoja wiara daje rozum i szczęście, to może… – wahał się Ajdar. Ale nie – dodał, wzdychając – chrześcijanie nie są mądrzejsi ani szczęśliwsi od nas, skoro się dali pobić… To najlepszy dowód! No, ale koniec z tym, lepiej pomyśl o stroju, chcę, byś wyglądała przepięknie i przyćmiła wszystkie chatuny.

Gołębie z domu

Ludmiła kazała sobie przynieść wszystkie szaty i kosztowności, aby je przejrzeć, niektóre z nich przymierzyć i stworzyć jakąś gustowną kompozycję.

Jej dom na kołach miał jedną sporą salkę i małą sień, do której wchodziło się od strony zaprzęgu. Komnata była wysłana bagdadzkim dywanem w szafirowe wzory, o włosie tak wysokim, że się uginał pod stopami. Ścianki, okryte malowaną pilśnią, od wewnątrz zostały wyłożone żółtym atłasem. Jakiś chiński tapicer ułożył go w misterne fałdy, a pod dachem udrapował półkoliste wachlarze. Przy ścianie stała niska sofa obłożona perskim kobiercem i wałkami, raz na zawsze przybita do podłogi. Nad sofą Ludmiła zawiesiła wizerunek Matki Boskiej. Była to bizantyjska robota. Ten śliczny pozłacany obrazek znalazła między łupami Ajdara i o dziwo, nikt jej go nie wydzierał z rąk. Na sofie tatarskie panie spędzały zazwyczaj nie tylko noce, ale i dnie. Ludmiła w czasie podróży też najczęściej korzystała z tego sprzętu, bo przy nieznośnym kołysaniu wszystkie nie przymocowane do podłogi przedmioty tańczyły i przewracały się jak na okręcie. Ale gdy tylko wozy stanęły na dłużej, wnet kazała wyjmować ze skrzyń rozmaite rzeczy i dekorowała pokój.

Teraz siedziała na dywanie, otoczona zwojami adamaszków, i otwierała szkatułki wypełnione po brzegi pękami zausznic, łańcuchów i sznurami pereł. Przy tym zajęciu zastała ją Elżbieta.

– Dobrze, Elżuniu, że jesteś. Mam dziś wyglądać jak chatuna – roześmiała się Ludmiła – tak chce mój małżonek. A ty zawsze każesz mi spełniać jego życzenia, więc musisz mi doradzić, co mam na siebie włożyć.

Nie wiadomo kiedy rozmowa o strojach zamieniła się w ploteczki, głównie z powodu pewnej nie sprawdzonej wieści. W obozie od kilku dni opowiadano sobie, że pomiędzy ambasadorami są jacyś „posłowie od Franków”. Na pewno ludzie z Europy. Ale z jakiego kraju? W jakim celu przysłani? Pewien Tatar opowiadał drwiąco, że to posłowie z kraju, którego nie warto podbijać, wychudli, obdarci, powrozem przepasani i w drewnianym obuwiu.

– Może to zakonnicy – zastanawiała się Ludmiła. – Może franciszkanie? Oni właśnie opasują się sznurem i noszą sandały. Ale skądże by się tu wzięli?

– Wiesz co – zaproponowała Elżbieta – wybiorę się na bazar i rozpytam o tych posłów. Postaram się wszystkiego dowiedzieć. A ty zacznij się stroić, bo robi się późno. – Po tych słowach wybiegła.

Zważywszy, że poszukiwania zabiorą pewnie dużo czasu, wolała opowiedzieć się Argunie.

– Proszę pani – rzekła – nasz panicz ma już sporo sukien, ale wszystkie strasznie zwyczajne i proste. Chciałabym zrobić coś ładniejszego, jak przystoi na dziecko pańskie. Umiem haftować złotem i jedwabiami. Teraz, kiedy już ma w czym chodzić, mogłabym popracować staranniej, bez pośpiechu. Jeśli pani pozwoli, przejdę się po bazarach i poszukam nici. Są tu różni kupcy z chrześcijańskich krajów, zajrzę do nich, tam najprędzej znajdę to, czego mi trzeba.

– A proszę – ucieszyła się Arguna – idź, gdzie chcesz. Kupuj, szukaj, a jak zrobisz coś ładnego, to dostaniesz nowy kożuszek.

Elżbieta wybiegła jak na skrzydłach. Wkrótce jednak zwolniła kroku i zaczęła się nerwowo rozglądać. Wśród namiotów i wozów było mnóstwo uliczek, ale wszystkie do siebie podobne. Panował straszny tłok i wrzawa. Zatrzymała się przy skoczkach, którzy popisywali się zręcznością, ale zaraz niewolnicy zaczęli rozpędzać pospólstwo; przejeżdżała jakaś ważna osobistość. Na szczęście nawinął się przewodnik. Był nim Filipek, syn złotnika Wilhelma, czupurny dwunastoletni chłopak. Od pięciu lat chowany między pogaństwem trochę przypominał Tatarzątko, a trochę gamina109 paryskiego. Nikt się tak nie cieszył kuryłtajem, jak ten chłopak o czarnych, rozbieganych oczkach. Wszędzie musiał nos wścibić, wszystko sprawdzić, z każdego pożartować, a przy tym oddawał tysiące usług.

W najlepsze sobie gwizdał, stojąc przed perskim straganem, kiedy zaczepiła go Elżbieta.

– Do bazaru? Najlepsza będzie inna droga – powiedział rezolutnie Filipek i już chciał dokładnie wszystko tłumaczyć, kiedy Elżbieta przerwała:

– A tędy dojść nie można?

– Można, ale dużo dalej. Trzeba iść przez obozowisko posłów.

– A puszczą nas?

– Mnie wszędzie puszczą. Niech tylko powiem, że idę od złotnika Wilhelma, to się zaraz rozstępują jak przed jakimś nojanem – przechwalał się Filipek. W pewnej chwili złapał się za głowę i krzyknął: – Dostałem polecenie od ojca, jeszcze wczoraj wieczorem, jak mi święty Dionizy miły, zapomniałem! Tyle tu rzeczy ciekawych, że człowiek o rodzonym ojcu zapomina. Chcecie, to pójdziemy razem, wracać się już nie warto.

– Dobrze. Niech też i ja zobaczę tych posłów. A słyszałeś, Filipku, że podobno są z Francji?

– Bajka, nie z Francji, ale z Rzymu. Ja ich jeszcze nie widziałem, ale Węgrzyn mi mówił, że to są księża przysłani przez samego papieża.

– Ach! – zawołała Elżbieta. – Tak bym chciała, aby to była prawda! Żeby tak można było się wyspowiadać, poradzić w trudnych sprawach! Myśmy już pięć lat nie widziały prawdziwego księdza!

Doszli do zagranicznych taborów.

– O, teraz warto spojrzeć! – zawołał Filipek.

Elżbieta podniosła wzrok i oczy jej zabłysły. Po prawej stronie drogi, w pełnym blasku słońca, stały pąsowe namioty ze złotymi kiściami i sejwanami. Pod namiotami słały się kobierce jak łąki pełne kwiatów. Wszędzie kręcili się ludzie w długich szatach obszytych najwspanialszymi futrami. Na głowach mieli turbany o tulipanowych zwojach, spięte drogocennymi broszami, spod których strzelały oczy jak czarne diamenty. U boku zwisały krzywe szable wysadzane rubinami i szafirami. Nawet szkarłatne czapraki koni kapały od pereł.

– Chyba przybyli z najbogatszego królestwa na świecie? – zastanawiała się Elżbieta.

– Nie dziwota, mateczko. To poselstwo kalifa Bagdadu. Jest na co patrzeć! Ach, ta szabla tam, widzicie? Niby tylko stal, a jakież to cudowne! Albo ta spinka ze szmaragdów, co za kamienie, co za oprawa! Mój ojciec musi tu koniecznie przyjść i zobaczyć… – Filipek stał, gapiąc się na wszystko jak dziecko i jak artysta.

– No, chodźmy już, chodźmy. – Elżbieta pociągnęła go za rękaw. – Chyba do wieczora nie zajdziemy na ten bazar.

Przechodzili przez obozy coraz to innych poselstw. Tuż za bagdadzkimi namiotami, w niejakim odosobnieniu, stało kilka wózków tatarskich i wychudłe konie, przy których kręcili się jacyś ludzie. Filip, który miał sokole oczy, od razu wypatrzył zakonników.

– Jeśli się nie mylę, to chyba posłowie z Rzymu.

– Gdzie? – spytała nerwowo Elżbieta, rozglądając się i szukając europejskich strojów.

Dopiero gdy chłopiec wskazał tabor, dostrzegła dwie chude, wysokie postaci, które miały w koło podgolone włosy i bose stopy wsunięte w sandały. Brunatne habity z kapturem wisiały na nich jak na kołku. Obaj odwróceni byli tyłem i rozmawiali z Azjatami. Od razu rozpoznała habity franciszkańskie. Podbiegła bliżej. Jeden z nich odwrócił się i wtedy dostrzegła twarz zwiędłą i żółtą jak wosk, ale tchnącą niewymownym spokojem i dobrocią. Stanęła jak wryta; chciała krzyczeć, ale głos jej uwiązł w piersiach. Złożyła tylko ręce jak do modlitwy i drżała ze wzruszenia.

Zakonnik przyglądał się jej niepewnie; nie dowierzał własnym oczom, na koniec rozkrzyżował ręce i krzyknął po polsku:

– Pani Elżbieta! Wielki Boże! Niech będzie pochwalony…

Brat Benedykt

W żółtym atłasowym pokoiku stroiła się Ludmiła. Postawiono przed nią syryjskie srebrzyste zwierciadło, wybornie wygładzone, w miedzianej kunsztownej ramie. Było zanadto ciężkie, by lakowe stoliczki albo cienkie ściany mogły je utrzymać; postawiono je więc na dywanie, trochę skośnie, a Ludmiła, chcąc się w nim przejrzeć, musiała przysiąść nisko na podłodze.

Miała na sobie dwie szaty; pod spodem wzorzystą tunikę, długą aż do ziemi, z chińskiej tkaniny. Na wierzch wdziała chałat wschodni, uszyty z mięsistego tarkułu. Wyglądał on skromnie, był biały, ale tak wspaniale przylegał do sylwetki i tak miękko się układał, że osoba weń przystrojona stawała się od razu posągiem. Toteż chałat Ludmiły, sam przez siebie piękny, nie posiadał żadnych dodatkowych ozdób. Z przodu i na bokach były rozcięcia, więc tunika spodnia wystawała zewsząd, rozweselając barwami i wzorem surową biel sukni.

Niewolnice zasznurowały małe trzewiczki i zaczęły ustawiać na głowie Ludmiły wysadzaną klejnotami bottę. Wtem niezwykły hałas przerwał toaletę. Ktoś gwałtownie wbiegł na schodki, trzasnął drzwiczkami, szarpnął zasłony; do pokoju jak huragan wpadła Elżbieta. Rzuciła się na przyjaciółkę. Serce waliło jej głośno, a twarz oblewał rumieniec.

– Jaś! Jaś! O, Boże! On go widział! – krzyczała dziwnym głosem, jakby nie swoim.

– Kto go widział? – wyjąkała zdumiona Ludmiła.

– Brat Benedykt!

Ludmiła struchlała na myśl, że niewola pomieszała zmysły biednej Elżbiecie. Bo kto mógł widzieć Jasia? Cóż to wszystko znaczy?

Elżbieta widząc strach i niedowierzanie w oczach przyjaciółki, wybuchnęła radosnym śmiechem.

– Ty nie wierzysz? A ja go widziałam przed chwilą. Tak! Naszego braciszka Benedykta! No, naprawdę go widziałam i ty go zobaczysz.

– Jak to? Więc i on w niewoli?

– Ale gdzież tam? Przyjechał tu z dobrej woli, papież go przysłał. On jest jednym z posłów, którzy przyjechali z Rzymu.

Ludmiła wreszcie zrozumiała i krew uderzyła jej do głowy.

– I ty mówisz, że on widział Jasia? Gdzie?

– A we Wrocławiu, u mojego brata!

– Więc dostał się tam? I żyje? Zdrów?

– Zdrów! Cudownie wygląda! Ciągle o nas mówi.

– O Boże! – krzyknęła Ludmiła. – Jaki Ty jesteś dobry! Ocaliłeś Jasia! Przynajmniej nie na próżno… – przerwała, ale Elżbieta za nią dokończyła:

– Tak, przynajmniej nie na próżno się poświęcałaś. Ty go uratowałaś. Dzięki tobie żyje i chowa się u wuja. Czyż to nie cud prawdziwy, że możemy o tym wiedzieć? Bóg wysłuchał naszej prośby, choć zdawała się czystym szaleństwem.

Niewiasty przeżegnały się i ukryły twarz w dłoniach. Kiedy podniosły głowy i spojrzały sobie w oczy pałające szczęściem, wybuchnęły płaczem.

– Niechże i ja go zobaczę, Elżuniu. Chodźmy tam albo tutaj go sprowadźmy…

W tej chwili zasłona się odchyliła i wbiegła niewolnica wołając:

– Pani, behadyr przysyła! Kazał powiedzieć, że czeka. Przed namiotem są konie i ludzie.

– Że też właśnie dziś musiała wypaść ta ich uczta – skarżyła się Ludmiła. – Są dni, kiedy nie wiem, co robić z czasem, a dziś, kiedy chciałabym spotkać się z bratem Benedyktem…

– Prawda, że to istna przekora… – mówiła nie mniej zmartwiona Elżbieta. – Mój Boże! Nawet w takiej chwili nie możemy się nagadać, nacieszyć! Ale cóż robić, moja Ludko? Powiem ci na pocieszenie, że braciszek Benedykt właśnie teraz, razem ze swoim towarzyszem, wybiera się do jakiegoś księcia Jarosława.

– Więc jest z nim i drugi? – zdumiała się Ludmiła, poganiając ręką służebnice, by szybciej przypinały bottę.

– Jest jakiś Włoch, wygląda jak święty. Mówili, że na pewno tam długo zabawią. Dopiero po zachodzie słońca mamy się spotkać…

– Gdzie? U kogo?

– U złotnika Kuźmy110. Kuźma prosił, aby słudzy boży wstąpili do niego, choćby późnym wieczorem. Ja przyrzekłam, że przyjdę razem z tobą. Wyszła mi zupełnie z głowy ta uczta…

– Wiesz co, Elżuniu? Może uda mi się wyrwać stamtąd. Może choć na chwilę wpadnę…

– Byłoby cudownie! Ja bez ciebie nawet się cieszyć nie potrafię. Ale przemyśl to, Ludko, zrób tak, aby się mąż nie pogniewał.

– Czego by miał się gniewać? Przecież nie mogę tam całą noc siedzieć i patrzeć na ich pijatykę? On wie, że ja tego nie znoszę…

Przed namiotami Ludmiły stał orszak, jakiego nigdy nie miała. Ajdar wysadził się na ten uroczysty dzień. Kiedy wjechali między obozy, na majdany i targowiska nabite tłumem, Ludmile wydawało się, że fale morza wkrótce ją zabiorą, ale wspaniałość orszaku torowała drogę i przyciągała oczy gapiów. Z obu stron tłoczono się i zasypywano pytaniami:

– Co to za chatuna? Czy to może małżonka którego z chanów?

– Nie – odpowiadali dobrze poinformowani – to żona sławnego i bogatego behadyra Ajdara.

– Szczęśliwy człowiek!

Na ogromnym bazarze, przy greckim straganie, Ludmiła dostrzegła baranią czapkę i wąsy Kuźmy, który targował jakieś wąskie gliniane flaszki, zapewne na przyjęcie spodziewanych gości.

I nagle azjatyckie tłumy, cały kuryłtaj, wszystko znikło. Oczami duszy widziała Jasia z rumianą, radosną twarzyczką. Uśmiechał się do niej z daleka, z Polski, wyciągał rączki do matki i do niej. Cóż, kiedy nie mógł dosięgnąć… Ramiona miłości są długie, ale droga wygnania jeszcze dłuższa.

101.Tatarzy – tu: Mongołowie; w ściślejszym znaczeniu: grupa plemion koczowniczych żyjących w średniowieczu na terenach Mongolii, siłą podporządkowanych przez Czyngis-chana. W Polsce od XIII do XVIII w. nazwa ta oznaczała koczowniczych najeźdźców ze wschodu (początkowo byli nimi Mongołowie, później Tatarzy Krymscy). [przypis edytorski]
102.dwudziestokilkoma – dziś popr. forma N. tego złożonego zaimka liczebnego brzmi: dwudziestoma kilkoma. [przypis edytorski]
103.Kujuk a. Güyük (1206–1248) – wnuk Czyngis-chana, władca imperium mongolskiego w latach 1246–1248. [przypis edytorski]
104.Siurkukteni a. Sorkaktani-beki (zm. 1252) – księżniczka mongolska, córka chana Kereitów, Ong-chana. Po klęsce ojca w bitwie z wojskami Czyngis-chana została synową zwycięzcy, żoną jego syna Tołuja (tu: Tułuja, ok. 1190–1232), po śmierci męża przez wiele lat zarządzała jego ułusem. Jej synami byli: Mongke (1209–1259), Kubilaj (1215–1294), Hulagu (1217–1265) i Aryk Böge (1219–1266) (tu: Mangu, Kubilaj, Mogaj i Aryk-Buga). [przypis edytorski]
105.cheraicki – związany z ludem Cheraitów. Cheraici, dziś Kereici a. Keraici – lud środkowoazjatycki, pochodzenia mongolskiego a. tureckiego, od XI w. wyznający nestorianizm, walczyli z Tatarami, pokonani weszli w skład imperium mongolskiego. [przypis edytorski]
106.Ong-chan, Jong-chan a. To'orił Ong-chan (zm. 1203) – władca Keraitów (tu: Cheraitów), pokonany przez Czyngis-chana. [przypis edytorski]
107.Temuczyn a. Temudżyn – imię Czyngis-chana. Czyngis-chan (1155/1162–1227) – twórca imperium mongolskiego. [przypis edytorski]
108.rejentka (daw.) – regentka. [przypis edytorski]
109.gamin (fr; wym. gamę) – chłopak, dzieciak. [przypis edytorski]
110.złotnik Kuźma – postać historyczna, wzmiankowana w relacjach z podróży posłów papieskich, Benedykta Polaka i Giovanniego da Pian del Carpine. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
410 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: