Kitabı oku: «Branki w jasyrze», sayfa 14

Yazı tipi:

Dwór cesarzowej Turakiny

W ogrodzeniu były dwie bramy. Obie na oścież otwarte. Przy jednej stały dwoma rzędami straże uzbrojone w łuki, kołczany i miecze. Tędy wchodzili wyborcy i zaproszeni goście. Druga brama, przeznaczona wyłącznie dla przyszłego wielkiego chana, nie miała żadnej warty. Nie przypuszczano, aby ktokolwiek odważył się ją przestąpić. Wyglądała jak zaklęta.

Ajdar stał tuż za ogrodzeniem i czekał na żonę; widocznie chciał się nacieszyć widokiem jej tryumfalnego wjazdu. Kiedy zsiadła z konia, zaróżowiona od bystrych, skierowanych na nią spojrzeń, serce małżonka rosło. Podszedł do niej dumny, uśmiechnięty i otoczywszy ręką jej kibić, wprowadził między zgromadzenie. W oczach Ludmiły zamigotał zachwyt. Wszyscy posłowie wyglądali tak samo; mieli na sobie honorowe szaty z czerwonej purpury. Ajdar na ich tle wyglądał wspaniale. Ludmiła przeniosła wzrok ze swego męża na szczep turecki, który jaśniał powagą i dostojeństwem. Ale i między rodowitymi Mongołami trafiały się interesujące postaci. Każdy z tych mężczyzn posiadał straszliwą dumę, pogańską zwycięską urodę, jaką nadaje poczucie wielkiej siły.

Przed namiotem, na ołtarzyku przykrytym szkarłatem, leżała złota puszka wysadzana tęczą klejnotów; z niej wywijały się jakieś skórzane wstęgi, lśniące rzędami złotych zygzaków.

– Co to jest? – zapytała Ludmiła głosem zdradzającym zainteresowanie.

– O! Tędy trzeba przechodzić z uszanowaniem – odpowiedział Ajdar. – To Jassa, księga ustaw, jaką nam zostawił Dżyngis-chan, na każdy kuryłtaj uroczyście przywożona ze skarbca i otwierana przez najstarszych książąt. Odczytują ją głośno, żeby potomkowie w każdym przedsięwzięciu kierowali się wolą największego z ludzi.

Weszli do namiotu. Wnętrze, obwieszone draperiami z białej purpury, i biała pilśniowa podłoga pływały w mlecznym świetle. Przez ogromny otwór w górze wpadały do sali promienie słońca i rozchodziły się wielkim żółtym kręgiem, tworząc sadzawkę światła. W słonecznym kręgu na podium, do którego prowadziło siedem stopni, stał biesiadny stół. Dalej, już tylko po trzech stopniach, wchodziło się na podwyższenie, na którym znajdował się pierścień miejsc drugorzędnych. Najniżej, bo już na samym pilśniowym kobiercu, ciągnęły się trzy kręgi olbrzymich ław, nakrytych obrusami z białej jedwabnej kitajki111. Lśniły naczynia, między nimi nie było żadnej misy, same czary do picia o przeróżnych kształtach. Najwyżej stały kielichy agatowe, onyksowe i złote, wysadzane kamieniami, niżej kubki srebrne z Europy, szklane z Chin i prawdziwe tatarskie, drewniane, oplecione metalową siatką.

Przy wejściach i pod ścianami trzymali straż młodzieńcy w perskich atłasowych strojach wśród lasu buńczuków112, które nie były z bawolich ogonów, ale z pięknie farbowanej na szkarłatny kolor wełny; powiewały jak pióra. Za nimi stali muzykanci z długimi surmami113, brzuchatymi miedzianymi kotłami, talerzami i chińskimi trójkątami. Nikt nie siedział. Wiele osób spoglądało ku zachodnim drzwiom; wyraźnie na kogoś czekano. Goście stali gromadami, rozmawiając, śmiejąc się i żartując. Stroje niewiast były olśniewające. Ludmiła, jak żyje, nie widziała tylu cudownych tkanin i kosztownych klejnotów. Przepych strojów gasł przy urodzie tych, które je nosiły; była to jakby prezentacja piękności i wdzięku niewiast z całego świata. Jaśniały Gruzinki o dziecięcych twarzyczkach i ogromnych zdziwionych oczach, kobiety z Azji Mniejszej o kameowym profilu i miękkich jońskich kształtach, Turczynki ospałe jak motyl, który się upił wonią kwiatów. Było kilkadziesiąt energicznych Madziarek, mnóstwo okrąglutkich Rusinek z długimi rzęsami, na koniec niezliczone Chinki, uchodzące za najpiękniejsze na świecie.

Mimo niebezpiecznego porównania z cudzoziemkami, niezwykle korzystnie wyglądały północne Azjatki, rosłe, zgrabnie zbudowane, ze świeżą cerą i dziwnie przeszywającym, figlarnym spojrzeniem skośnych oczu. Nade wszystko przyciągały uwagę usta, malinowe, zarysowane w kształt serduszka. W tym zgromadzeniu, jak łatwo się domyślić, nikt nie dorównywał im liczbą, przepychem i dostojeństwem.

Ajdar zmierzał do koronowanych głów. Przeciskając się przez tłum, dotarł do podium i z wielkimi oznakami wdzięczności przedstawił rejentce114 swoją żonę. Rejentka Turakina była gruba i zamaszysta. Szaty tak opięła, okuła blachami, pętlicami, sieciami ze złota i kamieni, że wyglądała jak rycerz w rynsztunku; ledwie mogła się ruszać. Za młodu musiała być ładna i powabna, w czasie gdy Ogotaj wyniósł ją na pierwszą małżonkę. Dziś już nie pozostało śladu piękności w zbyt czerwonej twarzy, w zwiędłych i szponiastych rękach, które tak dobrze potrafiły zgarniać skarby i korony.

Rejentka lekko skinęła głową i rzekła do Ajdara:

– Naprawdę śliczna, winszuję zdobyczy. – I wnet odwróciła głowę, by zająć się znaczniejszymi gośćmi.

Ludmiła przeniosła wzrok na postać jaśniejącą tuż obok Turakiny, wspanialszą i wyższą prawie o głowę. Była to księżna Siurkukteni115. Wyglądała na prawdziwą cesarzową. Jej strój nie był przeładowany bogactwami, skrojony trochę z europejska; czarny, wyszyty rubinami, rozchylał się na przodzie, pokazując tunikę ze złotogłowiu, a z tyłu przedłużał się powłóczyście na kształt monarszego płaszcza. Botta nie wznosiła się przesadnie wysoko; na jej czarnym tle, wśród kilku rzadkich klejnotów, błyszczał święty medalik, wyrób mistrza Wilhelma. Ludmiła wpatrywała się w księżną z zachwytem i podziwem. Niedawno powiedziano jej, że Siurkukteni ma już wnuki, tymczasem patrząc na nią, trudno było w to uwierzyć. Włosy czarne, oczy gwiaździste, majestatyczny owal twarzy, wszystko to sprawiło, że jaśniała jak wróżka, która czarami zaklina piękność, nie bojąc się ani lat, ani troski. Księżna musiała dostrzec magnetyczny wzrok Ludmiły, bo skierowała oczy w jej stronę i uśmiechnęła się ciepło i przyjaźnie. Ludmiła odpowiedziała uprzejmym ukłonem. Kiedy podniosła głowę, jej spojrzenie padło na niezwykle wystrojoną kobietę.

– Cóż to za osóbka tańczy przy księżnej Turakinie? – zwróciła się do męża.

– To księżna Ogul-Gajmisz, pierwsza żona księcia Kujuka116. Jest dziś wesoła… – Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale się powstrzymał.

– A ta smutna, w sukni obszytej łabędzim puszkiem? Chyba płakała, bo ma czerwone oczy.

– O której mówisz? – dopytywał się mąż.

– Spójrz tam, siedzi na poduszkach i bawi się włosami chłopczyka.

– A, widzę! To księżna Ananda, matka biednego Szyramuna, który został skreślony z listy kandydatów na najwyższy urząd. Cóż robić! Tylko jednego można wybrać, więc wielu musi odejść z niczym.

Ludmiła nie mogła oderwać oczu od Anandy. Wśród dumnych i tryumfatorskich postaci ta jedna przyciągała ją swym nieszczęściem. Twarzyczka małego Szyramuna, smutna i znudzona, rozrzewniła ją i przywołała wspomnienia.

W tej chwili Turakina, przechodząc obok chłopca, twardą dłonią poklepała go po policzku i rzekła do matki:

– Nie becz tak ciągle nad nim, bo rozmazgaisz chłopaka. – I poszła dalej podśpiewując.

Ananda na widok rejentki nieco się podniosła i oddała formalny ukłon. Gdy tylko Turakina znikła jej z oczu, połami szaty zaczęła wycierać twarz dziecka, jakby chciała zetrzeć dotknięcie jej ręki. Potem puściła za nią długie, jadowite spojrzenie. Po chwili jednak złagodniała, nawet nieco się rozpogodziła. Podszedł do niej młodzieniec nadzwyczaj przystojny i urodziwy. Twarz miał tak rozumną, spojrzenie tak imperatorskie, że Ludmiła nie wytrzymała i znowu zapytała męża:

– Kim jest ten człowiek, który rozmawia z księżną Anandą?

– To syn księżnej Siurkukteni, Kubilaj. Prawda, że niepodobny do innych? Wszyscy nasi książęta mają płowe głowy i zielone oczy, on jeden ma czarne włosy i oczy. Powiadają, że kiedy przyszedł na świat, wielki Dżyngis-chan nie mógł się nadziwić wnukowi. Pewnie po matce odziedziczył włosy, a trzeba przyznać, że i urodę wziął po niej.

– Czy jest chrześcijaninem?

Małżonek wzruszył ramionami i odparł:

– Któż to może wiedzieć…

Tymczasem Kubilaj, rozmawiając z Anandą, złożył powitalny pocałunek na czole Szyramuna i zaproponował matce:

– Zaprowadzę go między młodzież, rozweselimy chłopca, wszak pozwolisz, chatuno?

Matka skinęła głową; młodzian i pacholę zniknęli w tłumie.

– Patrz – Ajdar zniżył głos – obok księżnej Siurkukteni stanęli pozostali synowie. Ten barczysty, opalony to Mangu, porządny człowiek, już bił się kilka razy wybornie. Ten drugi, ryżawy, kędzierzawy i chudy to Aryk-Buga. Jeszcze młody, nie wiadomo, co z niego będzie, ale mu dobrze z oczu patrzy. Musi być sprytny, bo matka podobno jego najbardziej kocha. Innych już puściła między ludzi, a z nim nie chce się rozstać, mieszkają razem w ałtajskim ułusie.

Kiedy Ludmiła słuchała ciekawostek opowiadanych przez męża, między zgromadzonymi powstało zamieszanie; wszystkie oczy zwróciły się w stronę drzwi.

– To on, niezawodnie on – powiedział podniesionym głosem behadyr.

W tejże chwili surmy i kotły uderzyły ogłuszającym hukiem, chińskie talerze i trójkąty zaczęły podzwaniać. Wszystkie buńczuki pochylono, a pod ich purpurowym sklepieniem ukazał się Kujuk. Ubrany był w szkarłatny płaszcz, na głowie miał zakrzywiony kołpak. Rękojeść szabli błyszczała przy jego boku jak słońce. W namiocie tłum zafalował, rozstąpił się przed wchodzącym i oddał kilkakrotny pokłon.

Ludmiła niesłychanie zdziwiona tym przyjęciem zapytała prawie szeptem:

– Co to znaczy? Czy on jest już wybrany?

Ajdar mrugnął do niej znacząco i szepnął:

– Już, ale to jeszcze tajemnica.

Tymczasem trąby ucichły, tylko talerze i trójkąty drgały srebrzyście. Tolholosowie szli dwoma rzędami i całą siłą swych potężnych piersi śpiewali:

 
Witaj, mężny i wspaniały!
W bojach wartkie twoje strzały
Nigdy celu nie chybiały.
 
 
Dobra wróżba nie omyli.
Siądź wysoko! Świat się schyli.
My tymczasem będziem pili.
 
 
Będziem pili za twe zdrowie.
Niech Bóg nieba i duchowie
Błogosławią twojej głowie.
 

Kujuk znalazł się między rzędami śpiewających. Ludmiła była zaskoczona jego uprzejmością; skłaniał grzecznie głowę to w jedną, to w drugą stronę i to nawet z uśmiechem, tak rzadkim na jego marsowej twarzy.

Kiedy zaśpiewano: „Siądź wysoko! Świat się schyli”, Kujuk wszedł po siedmiu stopniach na podium i usiadł. Wtedy pochylono buńczuki, huknęły trąby i na środek namiotu wyskoczyli raźni, strojni chłopcy. Byli to młodzi cesarzewicze, przyszłe pokolenie dżyngischanidów. Wziąwszy się za ręce, rozpoczęli honorowy taniec. Mały Szyramun, znudzony długą ceremonią, skoczył także i stanął w kole. Szmer powstał na sali. Matka, znajdująca się blisko, porwała go natychmiast za rękę i pchnęła gniewnie między widzów; upokorzona i rozżalona nie mogła pozwolić, by jej syn tańczył na cześć rywala, który pozbawił go korony.

Z rytmu tryumfalnego instrumenty przeszły na żwawą, skoczną melodię. Chłopcy, kręcąc się w ogromnym kole, tupali, gromko klaskali w ręce, potem zaczęli wykonywać różne popisy, z których wiele zapożyczył późniejszy „kozak”. Przy każdej trudniejszej figurze wydawali dziki okrzyk.

Potem rozpoczęła się biesiada. Ludmiła skorzystała z zamieszania, by jeszcze raz zapytać męża:

– Powiedz mi, dlaczego ten wybór ma być tajemnicą?

– Bo widzisz, dziś rano książę Kujuk został wybrany większością głosów. Ale według zwyczaju przyjętego między nami, wybrany władca musi długo wymawiać się od zaszczytu i odstępować go kolejno wszystkim starszym lub równym sobie. Szczerze czy nieszczerze, ale tak nakazuje skromność. Książę Kujuk odmawiał, ustępował tronu różnym książętom, którzy, ma się rozumieć, go nie przyjęli. Na koniec wymamrotał pytanie, czy nie wypadałoby poczekać jeszcze na księcia Batu. Sądzę, że przedstawił tę propozycję tylko dla zwyczaju, tymczasem niespodziewanie mnóstwo głosów uznało uwagę za słuszną. Zdaje mi się, że to robota księżnej Siurkukteni i jej przyjaciół, dla których ta zwłoka jest ostatnią strzałą w kołczanie. Mądry Batu może lada chwila przyjechać i wszystko zmienić. W każdym razie, jak widzisz, nic jeszcze nie postanowiono. Toteż pamiętaj, by o tym nikomu nie mówić.

Tymczasem dostojnicy siedli do stołu. Kujuk, nie posiadając jeszcze korony, nie mógł wyraźnie zabrać pierwszego miejsca; siedział między rejentką a księżną Siurkukteni. Ogul-Gajmisz siedziała nieco dalej, przy niej Ananda, a potem różne starsze głowy, tak że przy najwyższym stole błyszczały same brylanty pierwszej wody.

Ajdar, chcąc zrobić przyjemność żonie, upatrzył dla niej miejsce obok siedmioletniej dziewczynki, która siedziała na porcelanowej baryłce i machała nóżkami.

– Myślę, że tu będzie ci dobrze. To jest księżniczka Cyryna, córka księcia Mangu, a wnuczka księżnej Siurkukteni. – Ajdar dokonał prezentacji.

– Skąd krzyżyk na jej szyi?

– Bo jej matka także modli się do krzyża. O, patrz, to ta piękna niewiasta, która siedzi tam wysoko. Książę Mangu niezmiernie ją kocha, tak jak ja ciebie.

Ludmiła uśmiechnęła się ciepło do męża, a potem zatrzymała wzrok na sąsiadeczce. Cyryna miała mnóstwo drobnych warkoczyków, na których wisiały srebrne i złote bąbelki. Była ciekawa, czy dziewczynka ma jakieś religijne wiadomości, czy słyszała o Jezusie, który kochał małe dzieci? Niezwykle taktownie i delikatnie skierowała rozmowę na ten temat. Cyryna milczała i wytrzeszczała na nią skośne oczęta. Na koniec rzekła:

– Daj mi spokój, mnie się okropnie chce jeść. Dobrze, że już wnoszą! – I klasnęła w rączki.

Rzeczywiście wnoszono misy, a na nich końskie mięso pokrajane w cieniutkie paski. Stawiano jedną misę na kilkadziesiąt osób, z których każda brała tylko jeden kawałek i długo delektowała smak potrawy. Ludmiła nie wyciągnęła ręki do misy. Nie smakowało jej to mdłe, ledwie podpieczone i niesłone mięso. A przy tym jakże tu jeść bez noża i serwety? Wprawdzie przy najwyższym stole były małe szpikulczyki, którymi głowy koronne nadziewały mięso, ale tu, gdzie siedziała Ludmiła, nikt nie bawił się w podobne sztuki. Wszyscy na wyścigi chwytali pasy mięsa, ciągnęli je, rwali w zębach, a ręce wycierali, gdzie się dało.

Ludmiła nie patrzyła na tę wilczą biesiadę. Przymrużyła oczy i myślami odbiegła daleko. Duszą była przy Elżbiecie i benedyktynach. Wiadomość o ich przyjeździe, myśl, że ich niedługo zobaczy, napełniała ją wielkim szczęściem, które kipiało w niej i promieniowało z twarzy i ruchów. Od czasu wzięcia w jasyr nigdy jeszcze nie zachowywała się równie wesoło i swobodnie.

Ajdar inaczej tłumaczył sobie radość żony. Siedział naprzeciwko i nie spuszczał z niej oka.

– Cieszy mnie to – mówił z dumą w głosie – że doceniłaś łaskę chatun i czujesz się zaszczycona tym zaproszeniem. No, przyznaj sama, wszak nigdy nie widziałaś czegoś podobnego?

– Mylisz się, Ajdarze – obruszyła się Ludmiła. – W tej chwili wcale nie myślałam ani o kuryłtaju, ani o chatunach. Inny jest powód mojej radości. Dowiedziałam się, że przyjechali posłowie z naszych stron, a między nimi jest kapłan z mojego kraju, dawny znajomy, który widział drogie mi osoby.

Ajdar zmarszczył brwi i spojrzał na nią wzrokiem, który wyrażał niepomierne zdziwienie. Nie pojmował, jak istota, która ma szczęście znajdować się między panami świata, i to w najbardziej uroczystej chwili, może myśleć o czymś innym? Jak istota, która ma zaszczyt być jego małżonką, może tęsknić za kimś innym? Zachmurzył się i zobojętniał. W innych okolicznościach Ludmiła pewnie nie zważałaby na tę chmurę, pewna, że jak tylko zechce, przywróci pogodę. Ale dziś trwożył ją najmniejszy obłoczek, bo właśnie dziś miała zrealizować swój plan…

– No, jednak – rzekła przymilnym głosem – muszę przyznać, że kuryłtaj przepyszny. Byłabym ślepa, gdybym nie dostrzegła tego bogactwa i wspaniałości możnowładców. Ale gdybyś mnie spytał, kto mi się najbardziej podoba, to bym ci nie odpowiedziała…

– Kto? Kto taki? – podchwycił zaciekawiony i chyba trochę zazdrosny mąż. – Chyba mi powiesz?

– Chcesz koniecznie? Więc powiem: behadyr Ajdar.

– Doprawdy? Doprawdy? – zawołał zmieszany, zaskoczony, ale szczęśliwy małżonek.

Ludmiła zapłonęła rumieńcem, wstydząc się słów, które zakrawały na obłudę. Jednak nie były fałszem; w tym towarzystwie on jeden się wyróżniał. Jej zdaniem, był najwspanialszy!

Z kłopotliwego milczenia, jakie między nimi nastało, wybawiła ją zaczepka sąsiadki. Cyryna długo gryzła z rozkoszą swój stepowy befsztyk, a ten widocznie przywrócił jej dobry humor, bo ledwie skończyła, wytarła rączki o jedwabny obrus i zaraz potem chwyciła suknię Ludmiły.

– A z czego to zrobione? Gdzie kupione? A może z wojny? – szczebiotała dziewczynka. Zdawało się, że nie będzie końca natrętnym pytaniom, ale Cyryna nagle umilkła, zdziwiona ciszą, która zapanowała w namiocie.

Ustały rozmowy, wszyscy nasłuchiwali. Z daleka brzmiał religijny, chóralny śpiew. W oczach gości zamigotało podniecenie.

– Już idą! Już idą! – szeptali, czekając niecierpliwie na chwilę, która miała nadejść.

Kilku podczaszych rozsunęło w namiocie zapony117 i ukazał się rodzaj ogromnej alkowy, w której stały stągwie, kociołki i konwie, wszystkie napełnione kumysem. Wschodnimi drzwiami weszli nestoriańscy księża w złocistych, powiewających szatach. Za nimi szli diakoni z księgami. Otworzyli je tuż przed alkową i zaczęli śpiewać po syryjsku, wyciągając ręce i błogosławiąc stągwie, kociołki i konwie.

Zgromadzeni wyznania nestoriańskiego upadli na ziemię. Księżna Siurkukteni, uwięziona w swojej ciasnej sofie, z wielką skruchą uderzała czołem o stół, a Cyryna biła główką o kobierzec tak zawzięcie, że dźwięczały wszystkie bąbelki na jej warkoczykach. Po błogosławieństwie kapłani siedli za stołem. Za chwilę weszło grono duchownych mahometańskich z księgami na głowie i pantoflami w ręku; ci najkrócej się modlili. Podczas błogosławieństwa muzułmanie stali złamani w pół, z rękami złożonymi na piersiach, po czym podczaszy zaprosił imamów do uczty. Jeszcze nie zdążyli usiąść, a już do namiotu wpełznął długi, jasny szereg lamów. W ręku mieli sznury z węzełkami, podobne do różańców, a na głowach złote mitry, przypominające biskupie infuły. Lamowie, siadłszy na ziemi przed alkową, z małych książeczek szeptali modlitwę w niezrozumiałym języku. Tymczasem wszyscy buddyści w namiocie klękli i powtarzali głośno i nabożnie jakieś dziwne wyrazy. Kiedy lamowie skończyli, na ich twarzach, dotąd pełnych namaszczenia, pojawił się towarzyski uśmiech. Jednak podczas modlitwy panowały w namiocie skupienie i powaga. Zwłaszcza rodowici Mongołowie wzdychali żarliwie. Sam Kujuk przy każdym błogosławieństwie schylał głowę z uszanowaniem.

Teraz dopiero zaczęła się prawdziwa uczta. Najstarszy podczaszy wziął złoty dzbanek, zaczerpnął kumysu, wszedł na wzniesienie i napełniwszy agatową czarę, podał ją na klęczkach Kujukowi. Kiedy książę podniósł ją do ust, trąby zagrzmiały tryumfalną fanfarę, a podczas gdy powoli popijał, jeden z tolholosów siadł na stopniach estrady i zaczął śpiewać pieśń hardą, porywającą o zwycięskich wojnach, w których Kujuk odznaczył się odwagą i bohaterstwem. Gdy się skończyła pieśń, rozpoczęło się podawanie kumysu, tarassunu, araki i wina. Wnet goście się rozruszali, rozwiązały się usta.

Przy stole księcia Kubilaja wszystkie miejsca zajmowali Chińczycy, bo Kubilaj był rozkochany w chińskiej kulturze; wstydził się ciemnoty Mongołów i marzył o ich oświeceniu. Tatarzy oskarżali go po cichu, że jest całą duszą Chińczykiem, a mandarynowie garnęli się do niego jak do gwiazdy zbawienia. Kubilaj, zawsze otoczony uczonymi, kształcił swój umysł, przeznaczając czas na rozmowy z nimi i na czytanie ksiąg. Teraz oto siedział nie na sofie, ale na krześle, pod które co chwila, mimo woli, podwijał nogi. Do jego stołu podawano śliczne, malowane miseczki pełne białych podłużnych ziarenek, które Chińczycy z niepojętą zręcznością wyławiali kościanymi pałeczkami.

– Co oni tam jedzą? – zapytała Ludmiła.

– Ryż.

– Czy to jest dobre?

– Takie sobie, trochę lepsze od piasku. Może chcesz skosztować? Ty zupełnie jak ptaszek, nie jesz, nie pijesz, może jak ptaszkowi potrzeba ci ziarenek?

– Ach, nie rób sobie kłopotu! – zawołała Ludmiła, ale Ajdar już stał przy stole Kubilaja.

Jeden z mandarynów, uradowany, że może komuś służyć narodową potrawą, podszedł do Ludmiły i po pięciu ukłonach ofiarował miseczkę i patyczki. Nie potrafiła z nich korzystać, ale na szczęście miała przy sobie złotą europejską łyżeczkę znalezioną między łupami Ajdara, którą przezornie zawsze nosiła na tatarskie uczty. Ryż był wyborny, dobrze przyprawiony i okraszony baranim tłuszczem. Miała ochotę poczęstować sąsiadeczkę, ale gdy się obejrzała, już jej nie było. Dziecko znużone długim siedzeniem wyruszyło na wędrówkę po namiocie i jak czółenko tkackie biegało nieustannie od matki do babki.

Tymczasem czary były coraz częściej napełniane. Ile razy książę wypijał nowy puchar, tyle razy trąby się odzywały i śpiewak występował z pieśnią, która wysławiała to Kujuka, to wspaniałość i hojność Turakiny, inny wspomniał zasługi Ogotaja, wreszcie zaczęto śpiewać stare pieśni mongolskie, coraz dziksze, coraz bardziej osobliwe. Po każdej z nich rozlegały się pioruny oklasków i okrzyków; patriotyzm tatarski wybuchał z wielką siłą. Ach, jakże się dziwić? Prawie cały świat leżał u ich stóp.

Branka właśnie kończyła ostatnie ziarna ryżu, kiedy do stołu podszedł jeden z tolholosów i pozdrowił Ajdara:

– Wszelkiego szczęścia, behadyrze!

– I tobie także! A dlaczegóż to dziś nie śpiewałeś? Przecie jesteś najlepszy; ludzie o tym wiedzą od gór karakorumskich do ałtajskich.

– O czym tu śpiewać? – odrzekł poeta, który miał twarz myślącą i wrażliwą, a przy tym niezmiernie ruchliwą, jak żywe srebro. – Już wszystko wyśpiewane. Step, wojna, zwycięstwo i znowu zwycięstwo, wojna i step, zawsze to samo, jak w modlitwie lamów.

Ajdar zdziwiony tą skargą łamał sobie głowę nad jakąś mądrą odpowiedzią, gdy w tej samej chwili raźnym krokiem podszedł do niego stary generał Czebe. Położył mu ogromne ręce na ramionach i wrzasnął:

– Wreszcie cię znalazłem, terchanie! Ty tu siedzisz między niewiastami, a my cię szukamy i szukamy. Chodźże do stołu wodzów. Subutaj118 rozesłał niewolników za tobą i zapowiedział, że każe im oczy wyłupić, jak cię nie znajdą.

– Dobrze, idę już, idę, – rzekł śmiejąc się Ajdar. Wstał i szepnął do ucha Ludmiły: – Baw się dobrze, zaraz wrócę. – I zginął w tłumie.

Niełatwo „bawić się” osobie pozbawionej z obu stron towarzystwa, ale Ludmiła bardzo prędko je znalazła. Na miejscu opuszczonym przez Ajdara siadł tolholos.

– Chatuna nietutejsza? – zagadał.

– Moim mężem jest behadyr Ajdar, a ja pochodzę z bardzo dalekich stron, jak mówicie, „spod zachodniego nieba”.

– Doprawdy? I jakże tam jest pod tym niebem? – oczy tolholosa się zaiskrzyły. Jak prawdziwy poeta, chętnie słuchał opowieści o rzeczach dziwnych, tajemniczych, które działały na jego wyobraźnię.

Branka zaczęła opowiadać o cudach nieba zachodniego, o katedrach z tęczowymi oknami, w których modlą się jasnowłose królowe, o zamkach z wieżami, gdzie siedzą rycerze okuci w srebrną łuskę, o cudownych procesjach i pysznych turniejach, a choć jeszcze z niejaką trudnością wyrażała się po mongolsku, tak ją porywały drogie sercu wspomnienia, że słowa same cisnęły się na usta. Na twarzy słuchacza malował się podziw, czasem niedowierzanie.

– Ale tolholosów to pewno nie macie?

– A jakże, i to jakich…

– Doprawdy? I chodzą z bałabajką?

– Nie, u nas noszą lutnie. Bałabajka ma tylko trzy struny, lutnia dużo więcej i dźwięk ma piękniejszy.

– A o czym u was śpiewają?

– Prawie zawsze o piękności i cnotach niewiast lub o stałości rycerzy, którzy ślubują wiarę jednej, tylko jednej!

Tolholos zadumał się. Potem podniósł wzrok na Ludmiłę i stwierdził:

– Ale u nas lepiej?

– O, nie! Przynajmniej nie dla mnie. Wszystko najdroższe sercu człowieka jest tam, gdzie się urodził. Wy tego nie rozumiecie…

– Owszem, rozumiem. I mnie byłoby smutno, gdyby mi kazano żyć w waszych kamiennych miastach. Tu się oddycha pełną piersią. I chatuna to kiedyś zrozumie, jak przywyknie…

W tej chwili zdyszana Cyrynka stanęła przed Ludmiłą wołając:

– Chodź, chodź, babka cię woła! – I szarpnęła ją za suknię.

Po chwili wahania Ludmiła wstała i poszła za dzieckiem, które najpierw wiodło ją między stołami, a potem pociągnęło w kierunku schodów wysłanych błamami gronostajów, prowadząc na podium. Stanęła na szczycie przed księżną Siurkukteni. Ta, zwracając do niej uśmiechnięte oblicze i własną ręką podając kubeczek tarassunu, rzekła:

– Jesteś, moja śliczna. Weź to i wypij na dowód przyjaźni.

Ludmiła, wziąwszy kubek, skłoniła się głęboko i już chciała wrócić na miejsce, ale księżna ujęła ją za ramię i poprosiła:

– Zostań tu ze mną, tak lubię z tobą rozmawiać. – I zaczęła się wypytywać o biesiady królów chrześcijańskich.

Kujuk niedługo pozwolił im się cieszyć swoim towarzystwem. Chciał sam jeden zagarnąć czas i uwagę „mądrej księżnej” i niecierpliwił się, ilekroć rozmawiała z kimś innym. Było w tym niezawodnie dużo politycznego wyrachowania, ale było też sporo prawdziwego uczucia skłaniającego do zazdrości. Czasami gniewał się na swoją słabość. Dobrze pamiętał, że Siurkukteni mu odmówiła. Domyślał się, że w kuryłtaju porusza przeciw niemu niebo i ziemię, a jednak ulegał jej czarowi i wciąż jeszcze krzepił się nadzieją tryumfu. Wszystkie inne kobiety go nudziły, bo wiedział, że na pierwsze jego skinienie staną posłuszne. Ona jedna, nieosiągalna, trudna do zdobycia, miała dla niego prawdziwą wartość i nieustannie przyciągała go swym czarem. Te cesarskie zaloty były tak widoczne, że księżna Ogul-Gajmisz gryzła wargi i trącając siedzącą obok siebie Anandę, mówiła:

– Patrz, jak go zawojowała! A to tylko branka, wzięta na wojnie razem z pięknymi końmi i kobiercami… Ta dzisiaj zajmuje pierwsze miejsce, moje miejsce!

– A tamta? – Ananda wskazała rejentkę119. – Jego matunia lepsza? Jeszcze mniej warta. Ona nie wyszła nawet z królewskiego domu, a teraz wszystkich dusi, podczas gdy my, czystej krwi Mongołki, musimy połykać łzy upokorzenia. Gdyby władza była w moich rękach, wszystko by się zmieniło. Wydałabym prawo, że nie wolno branki wojennej brać za żonę ani sadzać na tronie. Wszystkie mają być niewolnicami, służyć, i nic więcej.

Gajmisz uśmiechnęła się z zadowoleniem, a po chwili spytała:

– Ale cóż zrobić z tymi, które już zaszły wysoko?

– Wyrzucić. Potopić.

– Dobrze mówisz, Anando, potopić. Zaszyć w worek albo zawinąć w czarny wojłok i wrzucić do Orchonu. – Niewiasty, nienawidzące się nie bez powodu (Gajmisz wydarła berło Anandzie), chwilowo się zgadzały, a zapalczywość uniosła je tak daleko, że gadały i śmiały się coraz głośniej.

Ludmiła odsunęła się z bojaźnią i spojrzała na księżnę Siurkukteni, chcąc wyczytać z jej twarzy wrażenie, jakie zrobiła na niej przypadkowo podsłuchana rozmowa. Ale księżna patrzyła bez emocji i jak zawsze uśmiechała się łagodnie. Za to książę Mangu, który podszedł do niej z jakąś ważną informacją, pobladł i szepnął:

– Słyszysz, matko? Jeśli kiedy dojdę do władzy, zapamiętam tę rozmowę.

Z tłumu wyszedł tolholos i siadł na gronostajach. Promienie zachodzącego słońca przedzierające się przez zachodnie drzwi otoczyły go czerwonym światłem. Chwilę się namyślał, naciągał czarne, długie struny bałabajki i na koniec zaśpiewał pieśń, której melodia wydała się Ludmile dziwna, ale słowa jasne i zrozumiałe:

 
Czarny chan, mocny pan,
Ręce miał krzepkie jak łapy niedźwiedzie.
Głos łomocący jak wóz,
Jak wóz tatarski, który jedzie
Przez miast popalonych gruz.
 
 
Branki mu sprowadzono
Z czterech krańców ziemi.
Przerażone, piękniejsze od bagdadzkich róż.
Czarę mu podawały rękoma drżącymi.
On spojrzał raz na każdą i nie patrzył już.
 
 
Miał sto królestw, miał sto żon,
Szczeroturkusowy tron,
Ludzie przed nim bili czołem,
Bo był chanem, był Mongołem…
 

Tolholos umilkł. Nastała cisza.

– To mi dopiero śpiew! – zawołał Kujuk i klasnął w ręce.

Na ten znak, dany z góry, zagrzmiały oklaski; wszyscy zaczęli się tłoczyć wokół poety, chwaląc go i prosząc o powtórzenie pieśni.

Uczta trwała już kilka godzin. Słońce zaszło i choć na dworze było jeszcze w miarę jasno, w namiocie zapanował mrok. Pachołcy zaczęli wnosić pochodnie. Za nimi jak senne widziadła snuły się nadobne niewolnice w przejrzystych szatach. Jedne trzymały w dłoniach miedziane misy, w których palił się ogień strzelający wonnymi iskrami, inne dźwigały kamienne urny z unoszącym się błękitnawym płomieniem palącego się arjaszu. Płonące misy i urny ustawiano na stołach. Nastrojowe oświetlenie stworzyło zupełnie inną atmosferę. Pańskość i dworskość znikły, ustępując miejsca frywolności i swawoli. Muzyka zabrzmiała, ale już inna, mniej uroczysta. Bębenki i piszczałki nadawały rytm zabawie; coraz częściej sypały się grube żarty, coraz bardziej szkliły się oczy.

Otyli wodzowie i ministrowie, zwykle nadęci i poważni, teraz w najlepsze błaznowali. Młodzi byli mniej gadatliwi, za to tłukli kosztowne szklane kubki i japońskie wazony, a po każdej szkodzie przepraszali rejentkę, śmiejąc się i pokazując białe zęby. Stara cesarzowa wcale się nie gniewała, sama lubiła rubaszne żarty i dziką wesołość. Księżna Ananda także nie odsunęła czary, ale kumys120 był dla niej milczący i ponury. Za to księżna Ogul-Gajmisz, wziąwszy się zgrabnie pod boki, pląsała drobnymi kroczkami; bo jeśli po trzeźwemu taniec nie uchodził chatunom, w drugiej połowie uczty uchodziło wszystko. Jeśli taki jest początek, to co będzie dalej, pomyślała Ludmiła i spojrzała w stronę podium. Księżna Siurkukteni siedziała uśmiechnięta i cicha. Nagle się podniosła. Kujuk chwycił połę jej rękawa i przytrzymał.

– Chatuno, nie odchodź… nie będę już pił, tylko nie odchodź…

– Ależ ja schodzę, aby…

– …aby nie wrócić. Ja wiem, że ty nie lubisz zakończenia biesiady.

Siurkukteni popatrzyła na niego wzrokiem, który zawierał prośbę i zarazem rozkaz, po czym oddała pokłon rejentce i ruszyła w kierunku schodów. Zstępowała po nich majestatycznie jak królowa, a spostrzegłszy Ludmiłę, szepnęła:

– Już wyjeżdżam i tobie radzę to samo, wyjedź… tu będą się działy okropności…

Ludmiła podeszła do stołu wodzów, pochyliła się nad mężem i szepnęła:

– Jeżeli pozwolisz, to się pożegnam. Księżna Siurkukteni chce mnie zabrać…

Ajdar, którego błędne oczy ledwie ją rozpoznawały, zawołał półprzytomnie:

– Już? – Mówienie kosztowało go dużo wysiłku, więc tylko westchnął: – Trudno, nie można się sprzeciwiać księżnej… Wracasz do domu? – upewnił się na koniec.

– Nie, pojadę jeszcze do znajomych.

– Oj, to, to – pogroził jej figlarnie palcem – raz się ładnie ubrała i chce się wszystkim znajomym pokazać – powiedział i chwiejnym krokiem odprowadził żonę do wyjścia.

111.kitajka (daw.) – jedwabna tkanina a. chusteczka. [przypis edytorski]
112.buńczuk – drzewce ozdobione końskim włosiem; symbol władzy w wojskach tatarskich, kozackich i tureckich. [przypis edytorski]
113.surma – daw. trąba bojowa. [przypis edytorski]
114.rejentka (daw.) – regentka. [przypis edytorski]
115.Siurkukteni a. Sorkaktani-beki (zm. 1252) – księżniczka mongolska, córka chana Kereitów, Ong-chana. Po klęsce ojca w bitwie z wojskami Czyngis-chana została synową zwycięzcy, żoną jego syna Tołuja (tu: Tułuja, ok. 1190–1232), po śmierci męża przez wiele lat zarządzała jego ułusem. Jej synami byli: Mongke (1209–1259), Kubilaj (1215–1294), Hulagu (1217–1265) i Aryk Böge (1219–1266) (tu: Mangu, Kubilaj, Mogaj i Aryk-Buga). [przypis edytorski]
116.Kujuk a. Güyük (1206–1248) – wnuk Czyngis-chana, władca imperium mongolskiego w latach 1246–1248. [przypis edytorski]
117.zapona (daw.) – zasłona. [przypis edytorski]
118.Subutaj a. Subedej-bagaatur (ok. 1175–1248) – doradca Batu-chana podczas pierwszej inwazji mongolskiej na Europę, prawdopodobnie był także faktycznym wodzem tej wyprawy. [przypis edytorski]
119.rejentka (daw.) – regentka. [przypis edytorski]
120.kumys – musujący napój ze sfermentowanego mleka końskiego, zawierający od 1% do 3% alkoholu. Ważny element kultury wielu ludów centralnej Azji. W XIX w. w Europie był nazywany mlecznym szampanem. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
410 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: