Kitabı oku: «Branki w jasyrze», sayfa 9
W izbie palił się kaganek, już dawno zapadła noc. Dzieci spały w ciemnym alkierzyku. Ludmiła odprawiła obu mężczyzn i przywołała Beppa.
– Musimy się naradzić, jak mam się przebrać? – powiedziała ożywionym głosem. – Może za twego sługę, za pachołka? Włożę niezgrabne buty, gruby kożuch, ciężką czapkę.
Postanowiła natychmiast się przebrać i sprawdzić efekt. Kiedy stanęła przed kupcem, chłopiec zmarszczył brwi.
– Ubranie jest dobre, ale aksamitna cera, jedwabiste włosy…
– Czy masz nożyce? – spytała zdecydowana na wszystko Ludmiła.
Beppo, który w swoich kupieckich manatkach miał chyba wszystko, natychmiast przyniósł nożyce. Zgrzytnęły dwa razy i grube warkocze spadły na ziemię.
– A co z twarzą? Chyba się uczernię sadzami.
– Proszę zaczekać – zawołał Beppo. – Mam na to sposób. – I po chwili przyniósł kilka puszeczek z jakimiś farbkami i proszkami. – Jak się tym pomalujecie, nikt pod słońcem was nie pozna. To są nasze włoskie sztuki…
– Ale po co, mój Beppo, aż tu przywiozłeś te malowidła?
– Między barbarzyńcami trzeba nieraz użyć podstępu: przebrać się, kryć, szpiegować – opowiadał, otwierając pudełeczka i ucząc Ludmiłę włoskich sztuczek.
Podarował jej śliczne weneckie zwierciadełko, w którym dziewczyna przeglądała się i sama siebie nie mogła poznać. Nadała swej twarzy i rękom ogorzały wygląd. Uczerniła włosy, brwi i rzęsy. Kiedy wszystko było zapięte na ostatni guzik, Beppo posmutniał. Była zupełnie kimś innym.
– Teraz to chyba rodzona matka nie poznałaby was, mia donna. Jakże ja będę was nazywał?
– Mam wybrać imię? – zastanowiła się i westchnęła. – Niech będzie Michał.
– Michele. A więc signor Michele…
– Nie żaden signor, po prostu Michele, i to dość surowo. Przecież jestem służącym, powinieneś mnie nawet nieraz złajać. – Ludmiła podniecona nadzieją ocalenia Elżbiety przybrała ton nieco figlarny i dobroduszny, który od razu niezmiernie ułatwił wzajemny kontakt.
– No, a teraz, mój panie, racz swego pokornego służącego nauczyć jeszcze jednej rzeczy. Co mam zrobić z głosem? Czy mam udawać niemego?
– Nie, Michele, nie można. To aż nadto znany wybieg. Lepiej udawaj jąkałę.
Ludmiła zaczęła się jąkać, ale nie była to łatwa rzecz. Próby szły nieudolnie. Beppo, który widocznie umiał wszystko, podsunął jej kilka rad, prosząc, by się nie zniechęcała. Po godzinie ćwiczeń Ludmiła jąkała się jak urodzona kaleka.
Wstał dzień. Kupcy rozliczyli się z gospodarzem czardy i zaczęli zbierać się do drogi. Uchodźcy polscy z nie ukrywanym podziwem obserwowali cudzoziemców.
Ludmiła zakradła się do izdebki, w której spały dzieci. Ostrożnie podniosła Jasia z pościeli i oddała go Rafałowi.
– Oddaję ci mój największy skarb. Jak ty sobie z nim poradzisz w drodze? Na pewno będzie płakał…
– Poradzę sobie, poradzę. A gdybym nie znalazł pana z Żegnańca, gdyby było prawdą, że go ubili pod Chmielnikiem? Co mam wtedy robić?
– Zawieź go do księdza Macieja. To brat pani Elżbiety, człowiek zacny i mądry. Znajdziesz go we Wrocławiu, przynajmniej dawniej, przed wojną, tam mieszkał, a teraz sama nie wiem. No, jakoś się o niego dopytasz.
– A gdyby księdza Macieja zabrakło na świecie? – służący chciał znać wszystkie możliwości.
– Wtedy… zawieź go do królowej. Księżna Kinga ulituje się nad sierotą. W każdym razie, czy będzie przy wuju, czy przy królu, ty go, mój Rafale, nie odstępuj aż do naszego powrotu. Przed Bogiem odpowiesz za to dziecko. A gdybyśmy nie wróciły, nie odstępuj go aż do śmierci.
Za drzwiami zabrzmiał niecierpliwie głos Beppa:
– Michele! Per Bacco! Chodźże, ty gamoniu!
Ludmiła drgnęła. Raz jeszcze ciepłym spojrzeniem pożegnała dziecko i wybiegła na dziedziniec. Usłyszała, jak Beppo mówi do Bartolommea:
– Wiesz, stryjaszku, nająłem jeszcze jednego chłopca do koni. Jest ich za mało, nie mogę sobie dać rady. Biedak umierał z głodu; obiecał, że będzie służył za darmo, jedynie za łyżkę strawy.
Bartolommeo miał za wiele kłopotów na głowie, by długo myśleć o podobnej drobnostce. Dał znak do wyjazdu i karawana wyruszyła, z białą chorągwią na czele.
Podróż trwała bez porównania krócej niż pierwsza. Wówczas Wasynga i Ludmiła mieli tylko dwa konie, trzeba je było oszczędzać, często i długo popasać. Tracili też wiele czasu na przyrządzanie posiłków i wypoczynek dzieci. Tutaj wszystko szło sprawnie. Kupcy prowadzili mnóstwo koni, które często wymieniali. Mieli namioty, kobierce, zapasy żywności, służbę, a nawet kucharza, Murzyna, kupionego na galerach egipskich.
Ludmiła, podróżująca w głębi krytej telegi, za Prutem zaczęła się wychylać. Serce biło jej coraz mocniej.
– Już blisko… Tam, za linią widnokręgu, stoi namiot Arguny. Elżbieta pewnie płacze i nawet się nie spodziewa, że po nią jadę – szepnęła, uśmiechając się do swoich myśli.
Na uboczu, niedaleko drogi, rozpoznała jar, który stał się grobem dla Kozaka. Echo śmiertelnego krzyku zabrzmiało raz jeszcze w jej uszach. W tej samej chwili rozpaczliwy krzyk rozległ się nad brzegiem jaru. Zadrżała… Czyżby to duch strąconego Raguna upominał się o swoją krzywdę? Nie był to jednak duch, ale żyjący człowiek. Wlókł się i wyciągał ku podróżnym ręce podobne do piszczeli szkieletu. Ludmiła przez chwilę zatrzymała na nim wzrok i przerażona cofnęła się w głąb wózka. Był to dziadzia Szymon.
– Chleba! Miłosierni ludzie, dajcie mi choć kawałeczek! I tak umrę, ale pragnę choć raz jeszcze pokosztować chleba.
Beppo zbliżył się do jęczącego.
– Co wy za jedni i skąd?
– Byłem w niewoli u Tatarów. Z początku dostawałem okruchy od niewolników. Jak wszyscy odjechali, tak i ten ostatni ratunek przepadł. Dzień jeden i drugi jeszcze się wlokłem za nimi. Co się który Tatar obejrzał, to mnie biczem okładał i krzyczał: „A ty tu po co? Wracaj do domu”. Jak tu wracać? Wszędzie pustkowie jak na cmentarzu. No, szedł ja, szedł, ale już dalej nie mogę…
– Więc Tatarzy odjechali? – dociekał Beppo. – Czemu odjechali?
– Jak zawdy, przenieśli się na inne pastwiska.
– Daleko poszli?
– O, daleko, daleko. Gadali, że rozłożą się gdzieś u Dniepru.
Co za szyderstwo losu! – pomyślała Ludmiła. Chwila spotkania zdawała się tak bliska. Teraz została niepewność. Gdzie ja ją znajdę, czy w ogóle ją znajdę – dręczyła się dziewczyna, tknięta niedobrymi przeczuciami.
Dojechali do rozdroża, z którego prowadził czarny szlak. Karawana skręciła w prawo.
– Ta droga była mi przeznaczona! – westchnęła Ludmiła i wychyliwszy głowę, obserwowała miejsce, gdzie niegdyś leżał obóz.
Step był pusty, jednostajny, poszarzały, otulony tajemniczością nocy. Nie oświetlony księżycem szlak wschodni czerniał bez końca. Posępne, ciężkie od chmur niebo opuszczało się nisko. Taka jest moja przyszłość, pomyślała Ludmiła, patrząc w górę. Na wschodnim krańcu firmamentu wypatrzyła jedyną bladą gwiazdkę i powiedziała do siebie:
– Nazwę ją gwiazdą przyjaźni; dopóki ona tam świeci, nie stracę nadziei na spotkanie z Elżbietą.
Dzień drogi za Bohem64 kraj zmienił się nie do poznania. Zaroił się tysiącami ludzi i koni; w powietrzu majaczył las dzid i buńczuków. Okazało się, że wojsko tatarskie wyprawia się na Węgry. Oddziały pod przywództwem Batu-chana65 pojechały przez tak zwaną „Ruską bramę”, czyli przez ziemię Halicką. Te, którymi dowodził Peta, zakreśliły półkole aż przez Małopolskę i Morawy. Trzecie, pod Kajdanem66, miały jechać przez Kumanię, aby w samym sercu Węgier połączyć się z pozostałymi.
Ludmiła zadrżała na taką wiadomość. Wszak zaręczano, że Tatarzy uciekli, opuścili i Polskę, i Węgry. W obliczu na nowo zagrażającego niebezpieczeństwa pomyślała o Jasiu. Tatarzy jeszcze daleko, pocieszała się. Nim do Węgier dojdą, Rafał na pewno znajdzie Sulisława. Będą mieli dosyć czasu, aby zastanowić się nad bezpiecznym schronieniem. A może Tatarzy jeszcze nie wiedzą o porażce pod Ołomuńcem? Gdy poznają rozmiary swojej klęski, może stracą wiarę w zwycięstwo i zawrócą z drogi?
Tymczasem jednak wcale nie wyglądali na ludzi, którzy mają „tracić wiarę”. Biegali jak psy węszące obfitą zwierzynę. Śmiejąc się, wyprawiali szalone harce i wyścigi. Szaty książąt kapały od złota i drogich kamieni. Konie, dobierane ze wszystkich stron świata, były droższe niż owe klejnoty. Nad jednym z książąt niesiono okrągłą sztukę jedwabnej żółtej tkaniny, rozpiętą na prętach i zatkniętą na żółtym kiju. Był to parasol, jeden z elementów chińskiego ceremoniału, który coraz wszechwładniej panował na dworach chanów mongolskich.
– Cóż to za wódz? – Ludmiła zwróciła się do Beppa. – Ten, którego osłania niewolnik.
– To właśnie Kujuk67, syn samego wielkiego chana Ogotaja. Parasol jest oznaką jego dostojeństwa.
– Będzie następcą tronu? – zainteresowała się dziewczyna.
– Jeszcze nie wiadomo. Tu rzecz idzie nie według starszeństwa, lecz według żądania ojca i całej rodziny. Ogotaj ma kilku synów i podobno już innemu przeznaczył po sobie panowanie.
– A ten gruby, kto to taki?
– To Kajdan, główny wódz, także wnuk Dżyngis-chana. Podobno bardzo srogi.
– A po prawej stronie Kujuka, ten przystojny i barczysty?
– Doprawdy nie wiem, kim on jest, ale na pewno nie pochodzi z rodziny chańskiej, bo ma ciemne włosy. Cechą rodziny Dżyngis-chana są szarożółte włosy, dziedziczone przez potomków. Jaki ma piękny pas! Ach, per Bacco!68 Same turkusy! Taki pas pewnie wart… No, mój stryj dałby za niego trzysta… może czterysta florenów69.
Beppo nie znał wodza w turkusowym pasie, a był to największy wojownik Mongolii, najsławniejszy spośród behadyrów, Subutaj70, zdobywca Chin, który rozsiawszy postrach nad żółtym Hoang-ho, jechał po nowe wieńce na drugi koniec świata, nad Cisę i Wisłę.
Wkrótce wojsko ruszyło w swoją stronę, kupcy w swoją. Trzeciego dnia, przy iskrzącym zachodzie słońca, na widnokręgu zajaśniał olbrzymi liman71 dnieprowy. Ujście Dniepru i zatoka Morza Czarnego, pocięte wyspami, pokręcone w odnogi, były potężne i spokojne jak lew, gdy usypia. Nad wodą czerniały poszczerbione i okopcone zgliszcza jakiejś kumańskiej warowni, która zbudowana na gruzach starych scytyjskich szańców dziś razem z nimi się rozsypywała. Przy niej rozpościerał się leniwie obóz tatarski.
Targ
Zmrok już zapadł, kiedy kupcy wjechali do obozu; jego zasłona lepiej zabezpieczała niż wszelkie przebrania. Ludmiła bez obawy krążyła po wąskich, wytkniętych pomiędzy jurtami uliczkach i rozpoznawała znajome twarze. Szczęśliwy przypadek czy przeczucie zaprowadziły ją wkrótce do celu. Spostrzegła Ajdara. Stał u wejścia obszernej jurty w zielonym kaftanie, ze złożonymi na piersiach rękami i ze spuszczoną smutnie głową. Był zadumany. Jeśli on tu mieszka, pomyślała Ludmiła, to gdzieś blisko musi być Toktysz z całym swoim dworem.
Istotnie, o kilkadziesiąt kroków dalej spostrzegła gromadkę namiotów nieco odosobnioną, a przy jednym z nich, na ziemi, u samego wejścia do jurty, siedziała Elżbieta. Ogień palący się w namiocie oświetlał ją z tyłu i mocno rysował chudy, wyciągnięty profil. Była odziana w ubiór prostych sług tatarskich; granatowy chałat z grubej wełny, przewiązany czerwoną taśmą, a na głowie miała spiczasty kołpaczek z czarnej pilśni. Na kolanach trzymała chłopczyka, dużo większego od Jasia, z czarnym potarganym łebkiem, z twarzą płaską, wklęsłym nosem i z ustami od ucha do ucha, które na domiar brzydoty w czasie snu nieco otworzył. Elżbieta kołysała go, śpiewając piosenkę polskich matek i piastunek. Jej szklane oczy utkwione były w jakąś nieuchwytną dal.
W jurcie kręciły się dwie niewiasty. Jedna, stara Ujgurka, z czarną chustą na głowie, warzyła coś w kociołku. Druga, młoda Mordwinka, grzała się przy ogniu. Miała na głowie blaszany diadem, z którego zwieszała się aż do kostek wielka końska grzywa pomalowana na zielono, tworząc na plecach ruchomy trawiasty płaszcz.
Ludmiła nie wiedziała, co ma robić. Nie mogła stać w miejscu i wpatrywać się w przyjaciółkę, więc przechadzała się tam i z powrotem, oglądając się i próbując przyciągnąć jej uwagę. Uporczywa przechadzka w końcu zainteresowała Elżbietę. Podniosła oczy i, mimo przebrania, w rysach i ruchach przechodnia dostrzegła coś znajomego. Uśmiechnęła się do swego złudzenia. Chwała Bogu, pomyślała, że ona już daleko.
Kobiety w głębi jurty znikły między skrzyniami, z których dobywały jakieś paczki, futra i posłania. Ludmiła natychmiast wykorzystała ten moment i podeszła do Elżbiety. Nie zwracając głowy w jej stronę, powiedziała przyciszonym głosem:
– Jaś uratowany. – I poszła dalej.
Na dźwięk polskiej mowy Elżbieta krzyknęła, a potem zerwała się i pobiegła za nieznajomym. Mały Kałga obudził się rozgniewany, że niewolnica ośmiela się przerywać jego pański sen; zaczął wrzeszczeć, kopać ją i bić piąstkami po twarzy. Wnet obie niewiasty wybiegły z namiotu. Starsza zaczęła łajać Elżbietę, a młodsza chwyciła ją za ramiona i gradem szturchańców zapędziła do jurty. Dzieciak rzucał się i wrzeszczał coraz bardziej. Ludmiła, ukryta za namiotem, zaciskała ręce rozpaczliwie, a kiedy wreszcie krzyki ucichły, odeszła powoli przybita i roztrzęsiona.
– O, jakie szczęście, że tu wróciłam! Trzeba koniecznie wyrwać ją z tego piekła.
Nazajutrz Beppo wybrał ze wszystkich kosztowności dwie sztuki, ale według niego, nieoszacowane: sznur grubych i równych pereł oraz kanak72 przepysznej bizantyjskiej roboty, wysadzany szafirami i rubinami.
– Aż przykro pomyśleć, że ta szkaradna baba ma nosić takie cuda – wzdychał chłopak.
– Ach, mój Beppo, nie żałuj tych martwych kamieni. Weź jeszcze więcej, weź wszystko, byle targu dobić.
– Nie, signora, po co przepłacać. Moim zdaniem, te rzadkości to aż za wiele. Trzeba coś zostawić na drogę; gdybyśmy wszystko rozdali, przyszłoby nam wracać o żebranym chlebie, a droga trudna, wśród nieprzyjaciół, których może nieraz jeszcze wypadnie przekupić.
Po godzinie wrócił z jakimś dziwnym wyrazem twarzy.
– Ta sprawa potrwa dłużej, niż sądziliśmy. Ciężka przeprawa z tą Arguną. Zamówiłem się do niej pod pozorem, że mam na sprzedaż piękne, tanie towary. Kiedy wpuszczono mnie do jurty, powiedziałem jej w cztery oczy: zacna pani, tu chodzi o inny rodzaj targu. W Hungarii spotkałem małżonka niewiasty, która jest piastunką waszego dziecka. Jej mąż to wielki polski pan, wielki bogacz. Chciałby żonę wykupić i wybrał mnie za pośrednika. Przywiozłem okup, proszę zobaczyć, prawdziwie królewski. Arguna roześmiała się twardo i oświadczyła, że niańki za żaden okup, nawet królewski, nie odda. Czemu? – zapytałem zdziwiony. Przez chwilę zamyśliła się, potem rzekła, cedząc każde słowo: „Mam ważne powody, dla których nigdy nie pozbędę się tej niewolnicy”.
Chcąc ją skusić, wyjąłem sznury pereł, ale ona znów się roześmiała i powiada: „Co mi po tym? Pereł mi nie brakuje”.
Dopiero gdy wyjąłem kanak, oczy jej zabłysły, a ręce zaczęły drżeć. Chwyciła go pożądliwie i nie mogła oderwać wzroku. „Zostawcie mi naszyjnik” – rzekła po jakimś czasie, odzyskawszy spokój. „Namyślę się. Mąż mój wyjechał, za kilka dni powróci, muszę się go poradzić…” Chciałem zabrać klejnoty, ale spojrzała na mnie krzywo: „Nie boisz się chyba, że ci tu zginą? Jeśli nie chcesz zostawić, to idź sobie precz i nie wracaj. Nie chcę słyszeć o żadnym okupie”. Poczuła się strasznie urażona. Nie śmiałem nalegać. W progu skłoniłem się nisko i spróbowałem udobruchać Argunę: zacna matko, czy pozwolisz mi widzieć swego syneczka, dla którego z dalekich krajów przywiozłem upominek? Ten magiczny wyraz otwiera u Tatarów wszystkie jurty. Zaraz wpuszczono mnie do namiotu panicza. O signora! Teraz się nie dziwię, dlaczego tak się poświęcacie dla swej rodaczki. To anioł, nie kobieta!
Ofiarowałem chłopcu srebrne, koralikami nabijane brzękadełko. Kiedy dziecko i niewiasty oglądały zabawkę, zbliżyłem się do Elżbiety i przekazałem jej najważniejsze informacje. Na wieść o tym, że signora tu jest, zbladła. Najgorsze jest to, że ona nie wierzy, abyśmy ją mogli wykupić. Przy świadkach nie można było swobodnie rozmawiać. Nalegałem, aby powiedziała, gdzie możemy ją spotkać. Po chwili namysłu rzekła: „Do namiotu nie przychodźcie, bo Arguna nie lubi, jak obcy się tu kręcą. Prawie co dzień przechadzam się z dzieckiem nad limanem. Tam przecie każdemu wolno chodzić…”
Przed zachodem słońca Ludmiła i Beppo wybrali się nad liman pod pozorem dostarczenia towaru rybakom. Kiedy stanęli nad wodą, owiało ich morskie słonawe powietrze przepełnione czymś bardzo niemiłym. Ludmiła zapadła w milczącą zadumę. Oczy jej błyszczały z podniecenia. Cały czas wpatrywała się w drogę wdzierającą się w obóz.
– Idzie! – krzyknęła i chwyciła Beppa za rękę.
Istotnie, na końcu mrocznej drogi zamajaczyła postać Elżbiety. Nie była sama; syn Toktysza i Arguny nie mógł się ruszyć bez pańskiego orszaku. Trzymała za rękę Kałgę i szła w ich kierunku. Gdy chłopiec dostrzegł kupca, który podarował mu brzękadełko, natychmiast wyrwał się z uścisku Elżbiety, podbiegł do niego i spytał, czy nie ma nowych cacek. Beppo z wolna obmacywał płaszcz i wydobywał różne drobnostki, starając się jak najdłużej zabawić dziecko. Elżbieta i Ludmiła nie mogły nawet serdecznie się przywitać. Spojrzały sobie głęboko w oczy, jakby w ten sposób chciały powiedzieć wszystko, co kryło się w duszy.
– Dlaczego wtedy nie przyszłaś? Co się stało? Wypadek? – pytała chaotycznie Ludmiła.
– Nie, przeszkoda była na pozór mała. Kałga, jakby na złość, nie chciał zasnąć. Kiedy myślałam, że śpi i wstałam, chcąc się wymknąć, on podniósł głowę i pociągnął mnie za suknię. Powiedziałam, że za chwilę wrócę. „Całą noc masz przy mnie siedzieć” – wrzeszczał. Potem udał, że zasypia i kiedy znowu wstałam, chwycił mnie, ugryzł w rękę i narobił okropnego krzyku. Zleciała się cała służba, przybiegła także Arguna, sądząc, że jakaś krzywda stała się jej dziecku. Możesz sobie wyobrazić, co się działo. Pozwolono mi wyjść z namiotu, żeby zatamować krew; dwie kobiety mnie pilnowały. Przed namiotem spostrzegłam dziadzię Szymona i przyszedł mi do głowy pomysł; na białej chuście, którą dostałam od Ujgurki na opatrunek, napisałam do ciebie list. Ujgurce zaś wytłumaczyłam, że jest to błogosławieństwo dla mojego dziecka i że w naszym kraju panuje taki zwyczaj przy pożegnaniu. Przez całą noc truchlałam. Nie wiedziałam, czy stary was odnalazł i czy udało ci się odczytać to, co napisałam. Rano wysłałam drugiego jeńca na zwiady. Wrócił z wiadomością: „wyjechali”. Wtedy złożyłam przysięgę, że będę wszystko znosiła cierpliwie na intencję waszego ocalenia. I Bóg mnie wysłuchał.
Przechadzki nad limanem nie trwały długo; los nie był dla nich łaskawy, odebrał im nawet tę jedyną pociechę. Kałga zachorował i Arguna wpadła w rozpacz. Elżbieta musiała dzień i noc siedzieć przy dziecku. Nikt nie mógł wchodzić do namiotu panicza, tylko służba i szamani.
Kiedy w kilka dni później Beppo przyszedł, by dowiedzieć się, jaką decyzję podjęła Arguna, wypchnięto go ze słowami:
– Pani przy dziecku, nie ma głowy ani czasu na myślenie o zakupach.
Tymczasem w obozie zawrzało.
– Gdzie jest książę Kujuk? – wołał tubalnym głosem zdyszany Kargan. – Prowadźcie mnie do księcia Kujuka! Chan Ogotaj umarł! Wielki chan nie żyje!
Powstało niesłychane zamieszanie. Tatarzy cisnęli się dokoła posłańca.
– Skąd wiesz, Karganie? Czy to możliwe? Nieszczęście! – krzyżowało się tysiące skarg i pytań, a on sam nie wiedział komu odpowiadać.
Wiadomość o śmierci chańskiej spotkała go na wpół drogi do Karakorum, w chwili gdy opuszczał stare ujgurskie miasto Ałmałyk. Natychmiast zmienił postanowienie: cały zastęp niewolnic w żółtych zasłonach, które w tej chwili już nie miały do kogo jechać, zostawił pod pewną strażą. Sam zaś, dosiadłszy najlepszego konia, wyprzedził wszystkich gońców i pędził w nadziei, że on pierwszy przekaże tę wiadomość Kujukowi. A nadzieja uśmiechała się sutą nagrodą, może wielkim w przyszłości wyniesieniem, bo synów chańskich było kilku, a ten, który zdoła braci wyprzedzić, prawdopodobnie osiągnie tron.
Toteż kiedy Karganowi powiedziano, że Kujuka nie ma już w obozie, wódz aż pozieleniał ze zgryzoty. Poprosił o czarę kumysu i chciał bez popasania konia gonić księcia, choćby do Baszkirii. Ale mu nie pozwolono. Wódz ostatniego tumanu sam wolał wykorzystać tak wyborną sposobność, by wkraść się w książęce łaski i posłał własnego syna. Rozczarowany Kargan został w obozie. Nie chciało mu się wracać do Ałmałyku73 z pustymi rękami. Pomyślał, że dopiero wyruszy w drogę, jak nadejdzie nowy towar. Nie mógł się doczekać dnia, w którym się pojawią od dawna oczekiwane i tak bardzo zachwalane węgierskie niewolnice. Tymczasem zły na siebie i na cały świat chodził od jurty do jurty, od znajomych do znajomych, popijając, klnąc i narzekając, że od jakiegoś czasu mu się nie wiedzie.
Ludmiła wiedziała, że przyjechał posłaniec z wiadomością o śmierci chana, ale nie przypuszczała, że tym posłańcem jest Kargan. Krążyła śmiało po obozie, przekonana, że nikt jej tu nie zna. Aż któregoś dnia spotkała się z Karganem oko w oko. Natychmiast spuściła głowę i przeszła obok niego bardzo szybko. Na zakręcie uliczki obejrzała się nieco, by kątem oka sprawdzić, czy to naprawdę on. Mężczyzna przystanął i także gapił się na nią. Znikła niezwłocznie, ale Kargan, najwytrawniejszy znawca kobiecych kształtów, od razu zwietrzył podstęp. Rysy twarzy przechodnia i cała sylwetka przypomniały mu znajomą niewolnicę. Nadzieja odnalezienia nieodżałowanej zguby nadała cel jego bezczynnym dniom, toteż chodził po całym obozie, szukając jej gorączkowo.
Minęło kilka dni. Karawana kupiecka miała w najbliższym czasie wyruszyć z powrotem do Tany, i sprawa wykupu nie posunęła się naprzód, Ludmiła nie mogła ani jeść, ani spać. Z obawy przed Karganem nie śmiała już nigdzie wychodzić, i przez to i spotkania z Elżbietą stały się niemożliwe.
Zniecierpliwiony Beppo, nie otrzymawszy żadnej wieści od Arguny, stanął u namiotów Toktysza i jego małżonki. Przywitała go stara Ujgurka i po chwili zakłopotania rzekła:
– Pani odmieniła zdanie. Już nie chce waszych klejnotów. Powiada, że woli piastunkę i za żaden okup jej nie odda.
Beppo stanął porażony. Kiedy odzyskał trzeźwość umysłu, pomyślał, że nie może tak odejść, że musi jeszcze próbować namowy, próśb, schlebiania, wszystkich dróg serca i rozumu.
– Moja zacna, mądra i miłosierna niewiasto, wy macie wielki wpływ na swoją panią. Ulitujcie się nad biedną matką, szepnijcie parę słówek pani, a ręczę, że da się namówić. Potrafię się odwdzięczyć. Dobre wstawiennictwo także warte okupu… warte pereł i złota.
Ujgurka wciąż kręciła głową. Przy ostatnich słowach jeszcze wyraźniej posmutniała.
– Mój chłopcze, nie rań mi serca próżnymi obietnicami. Gdyby to u mojej pani był zwyczajny ludzki upór, spróbowałabym. I kto wie, może by się udało. Ale to rzecz nadludzka. Szamanowie74 najwyraźniej zakazali.
– Jakim prawem oni będą zakazywać! – zawołał gwałtownie Beppo.
– Oj, chłopcze, nie gadaj bezbożności. Szamanowie powiedzieli, że ten wykup sprzeciwia się woli wielkich duchów. Ty wiesz przecie, że woli wielkich duchów nie można się sprzeciwiać, to przynosi nieszczęście. Skończona rzecz, nie ma co gadać. – Odwróciła się i chciała zapuścić wojłokowe drzwi jurty.
Beppo skoczył za nią i przytrzymał za rękę.
– Niech przynajmniej Arguna odda te klejnoty, które jej zostawiłem!
– A jakże? Już odesłała.
– Komu? Gdzie?
– A no jej wysłaniec zaniósł do waszych namiotów. Nie mogła się ciebie doczekać, więc odesłała razem z odpowiedzią.
– I któż je odebrał?
– Albo ja wiem? Któryś z kupców czy też sług. Idź tam, a na pewno znajdziesz – powiedziała i znikła za wojłokiem.
