Kitabı oku: «Branki w jasyrze», sayfa 8

Yazı tipi:

Uratowany skarb

Przemierzali olbrzymie połacie lasów bukowych, które szumiały i śpiewały wszystkimi czarami czerwcowego rozkwitu. Czasem pomiędzy ciemną puszczą roztwierały się pola tłuste, czarnoziemne, na których pracowali ociężali, ale dość gościnni ludzie.

Wasynga, który tyle lat spędził między Mongołami, przywykł do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Zachowywał się z niezwykłą przezornością. Jej owoce wkrótce zaczęli zbierać. Na pozór oddał wszystkie skarby wioślarzom, ale pod grubym tułubem ukrywał nie tylko monety, ale i złoto. Dżjafirka pod gorsetem i we włosach miała pełno drogocennych rzeczy, a wory z jadłem skrywały także swoje tajemnice. Nieraz po drodze przydawały im się te zasoby. Czasem nocleg wypadł u ludzi chciwych, którzy udawali, że nic w domu nie mają, dopóki podróżny nie zaświecił krążkiem srebra lub jakim czerwonym kamyczkiem. Kilkakrotnie też za sztukę złota kupili sobie barana, bo Wasynga, przyzwyczajony do strawy tatarskiej, tęsknił za ostrym mięsem leśnej dziczy. Niestety, o koninie nie można było marzyć, ale i na widok pasących się owiec głód skręcał mu kiszki. Chociaż z bólem serca, jednakże kilka razy pozbył się cząstki swego bogactwa, by wyprawić sobie wschodnią ucztę. Smakował baraninę, ledwie nadpieczoną, i podlewał ją pleśniejącymi resztkami kumysu.

Dżjafirka, zaprawiona niemal od kołyski do życia koczowniczego, czuła się dobrze. Nie patrzyła już na okropności wojny, oddychała balsamicznym powietrzem i zaczęła rozbudzać się do nowego życia. Z Jasiem były większe kłopoty. Tęsknota za matką rosła z dnia na dzień. Ludmiła opiekowała się nim z prawdziwie macierzyńską troskliwością.

– Matunia jedzie za nami, jutro ją zobaczysz – pocieszała dziecko.

Ale takie zwodnicze „jutro” powtarzało się wielokrotnie; ręce jej opadły i zamiast okłamywać Jasia, całowała go i tuliła do siebie. Dziecko posępniało, było coraz bardziej markotne, blade i chude. Ludmiła patrzyła na nie i serce jej krwawiło. Sama podróż nie była uciążliwa. Rozmiłowana w łowach, uwielbiała przygody i na pewno potrafiłaby się cieszyć z noclegów w puszczy, zachwycać się pięknym krajobrazem, gdyby nie troska o Jasia.

Wasynga nie mógł zrozumieć tej dziewczyny. Przez pierwszych parę dni była ponura, milcząca, prawie na wszystko znieczulona, więc powiedział sam do siebie:

– Nic dziwnego, pewnie myśli o Elżbiecie.

Ale po kilku dniach, jakby pod wpływem jakiegoś obłędu, nagle się zmieniła. Stała się gwałtownie ożywiona, gorączkowo ciekawa, cały dzień mogłaby rozmawiać o Tatarach, o niczym, tylko o Tatarach. Wasynga miał tego dość, chciał porozmawiać o zamku, o koniach i sforach, które zostały mu obiecane.

– Czy Toktysz jest dobrym człowiekiem? – spytała niespodziewanie Ludmiła.

– Ani zły, ani dobry, to zależy, jak mu poradzi żona – odpowiedział flegmatycznie Wasynga. – On tylko słucha najstarszej ze swoich żon, Arguny.

– Więc ma ich kilka?

– A jakże. Każdy bogaty Tatar ma przynajmniej kilka żon. To dowód bogactwa. One mają osobne namioty, trzodę i służbę. Toktysz ma jedenaście żon.

– A ten twój behadyr, Ajdar, ile ma żon?

– Tylko trzy. Ale za to niewolnic bez liku.

– Ładny los mnie czekał. No, teraz już mniejsza o niego. Powiedz, jaka jest Arguna? Nie ma w niej nic ludzkiego? Czy ona nikogo na świecie nie kocha?

– Aż nadto! Ubóstwia swego Kałgę. Dla tego dzieciaka zabiłaby pół świata, a doprawdy nie ma dla kogo, bo to i szpetne, i naprzykrzone jak szczenię, a złe jak żmija.

– Mój Boże – jęknęła Ludmiła. – I Elżunia zamiast Jasia musi piastować takie straszydło.

Dotąd Wasynga rozumiał jej ciekawość. Nic dziwnego, mówił sobie, chce wiedzieć, pośród jakich ludzi przebywa jej przyjaciółka.

Ale przychodziły też pytania, które nie miały żadnego związku z losami Elżbiety: Jakie narody Tatarzy podbili? Czy są w ich kraju drogi? Czy jest handel? Niejednym zagadnieniem wprowadzała go w niesłychane zakłopotanie.

– Wytłumacz mi, dlaczego Ajdar ma cześć dla krzyża? Kiedy kapelan w Iłży podniósł go w górę, sama widziałam, jak Ajdar bił czołem, a potem całował krzyż z nabożeństwem.

– Tatarzy często całują krzyż. Taki u nich zwyczaj.

– Ale ci, którzy to robią, muszą być chyba chrześcijanami?

– Może… Jednak nie, chyba nie, bo modlą się także z szamanami. Ja, prosty człowiek, takich uczonych rzeczy nie rozumiem, ale to istotnie dziwne… Mówiono mi, że nawet sam wielki chan kilka razy do roku kłania się przed krzyżem.

– Co ty mówisz, Wasynga, ten straszliwy Dżyngis-chan52?

– A gdzież tam! Przecież Dżyngis-chan już dawno zmarł.

– A ja ciągle myślałam, że to on napadł na nasze ziemie. Więc któż teraz u Tatarów panuje?

– Rodzony syn Dżyngis-chana, chan Ogotaj53.

– Osobliwe imię! Więc to Ogotaj sprowadził wojsko…

– Nie. A po co jemu się trudzić. Wojskami dowodzą młodsi, wnukowie Dżyngis-chana: Baty, Peta, Bajdar i jeszcze kilku innych, wszyscy wielcy behadyrowie, co już świat podbili. Wielki chan nie miesza się do wojny, siedzi sobie w stolicy, w Karakorum54.

– Gdzie? – dopytywała się Ludmiła.

– W Ka-ra-ko-rum.

– Ach, co to za nazwa!

– To ma znaczyć Czarny Gród.

– U nich wszystko czarne.

– Tak, Tatarzy kochają się w takich nazwach. Gdziekolwiek przejdą, wszędzie zostawiają „Czarne wody”, „Czarne lasy”, „Czarne szlaki”.

– Widocznie wiedzą, że przez nich po całym świecie rozchodzi się żałoba – stwierdziła Ludmiła i dopytywała się dalej. – A jak jest w tym Czarnym Grodzie? Czy ty tam kiedy byłeś?

– Nie, nie byłem. To okropnie daleko. Gadają, że od Kijowa rok drogi. Właśnie miałem tam jechać, wszyscy mieli jechać, z Karganem.

– Więc to tam, o rok drogi… Ładna mi podróż!

– Pani Ludmiła wolała do Ugrów. – uśmiechnął się Wasynga. – I ja wolę najlichszy zameczek u Lachów niż wszystkie stolice chana. No, może niekoniecznie najlichszy…

Przeprawiwszy się na czółnach rybackich przez wody Seretu, przebrnąwszy z trudem ostatnie łańcuchy Karpat, wjechali na ziemię węgierską. Trawy rosły wysoko niczym zboża. Pasły się na nich grube woły, z rogami podobnymi do rogów żubra. Na koniach, obwieszonych iskrzącymi trzęsidłami i brzękadłami, harcowali pasterze, dumni jak panowie. A panowie – pyszni jak króle. Madziary55, przed czterystu laty osiadłe w Europie, przechowywały jeszcze wspaniałości Azjatów i hardość koczowników, a już z wolna przesiąkały gospodarczością i wykwintem Zachodu.

Wasynga, który nigdy nie widział szczęśliwego kraju, dosłownie zachodził w głowę. Zachwycał się wszystkim: ziemią, bydłem, ludźmi.

– Dobrze wy mi poradzili, pani Ludmiło. Święta rada! Człowiek tyle ciężkich lat, krwawych lat, przemęczył i ani się domyślał, że na tym świecie może być tak pięknie.

Mijali ludne, gwarne i zamożne wsie, szumiące od śliwowych sadów. Nad nimi gdzieniegdzie na górze, wśród winnic, siedziały groźne madziarskie kasztele. Wasynga stawał z otwartymi ustami, podziwiając mosty nad przepaściami, baszty w obłokach, połyskujące złotem kawalkady, które wyjeżdżały z bram przy grzmocie trąb i kotłów. Za każdym razem pytał:

– Czy i w Lechii56 tak samo? Zamki równie bogate? Czy jest tak ciepło?

Ludmiła miała ochotę zawołać: O, u nas jest pięknie, może jeszcze piękniej! Miłość do rodzinnej ziemi podszeptywała pochwały, a nawet przechwałki, ale rozum kazał odpowiadać inaczej. Dawno już dręczyła ją obawa, czy obietnice nie zostały rzucone zbyt lekkomyślnie. Kto wie? – pomyślała. Może Tatarzy zniszczyli wszystkie moje włości, podpalili zamki, ludzi wzięli w niewolę? Ale ziemi przecież nie wzięli, więc dam mu jej dwa razy więcej, niż miałam dać, i rachunek się wyrówna.

Najgorsze było to, że Wasynga często się przechwalał, jak to on będzie rządził włościami, nakreślał obraz przyszłej swej pańskości. Po szkole przebytej u Tatarów można było sobie wyobrazić, jak pojmował obchodzenie się z ludźmi, okazywanie władzy i ściąganie dochodów. Sumienie nie dawało jej spokoju. Zaczęła zastanawiać się, czy się godzi oddawać swoich włościan takiemu panu… Te wszystkie wątpliwości sprawiły, że westchnęła i odparła smutnym głosem:

– Ach, mój Wasyngo, przykro mi, ale muszę ci to wyznać. U nas brzydko, zimno, prawie tak, jak w Kumanii. – spojrzał na nią zmartwiony. – Czy wiesz, co ja bym zrobiła na twoim miejscu?

– No cóż? Jestem ciekaw…

– Dostawszy zamek i ziemię w Polsce, wszystko bym sprzedała, wzięła kupę złota i srebra, i kupiła sobie taki lub jeszcze piękniejszy zamek w Baszkirii albo gdzieś pod Carogrodem.

– A czemu pani Ludmiła nie zrobiła tego dawniej?

– Ja się tam urodziłam, to moja własna ziemia. Zawsze co swoje, to najmilsze.

– Może to i rozumna rada… Ja na waszych radach dobrze wychodzę. No, niech tylko dostanę, co mam dostać, a potem zobaczymy…

Na każdym rozdrożu zastanawiali się, który gościniec wybrać. W pierwszych tygodniach drogi mieli jedyny, jasno wytknięty cel: przedostać się do granicy Węgier. Ale kiedy już przeszli granicę, trzeba było coś postanowić. Wasynga z pokorą pytał: „Gdzie pani Ludmiła każe jechać?” Dziewczyna nie śmiała się przyznać, że sama nie wie.

– Może pojedziemy prosto na dwór króla Andrzeja? – zastanawiała się głośno. – Wszak to ojciec księżnej Kingi. Tam przynajmniej znajdziemy schronienie ze względu na koronną znajomość, w imię której można poprosić o pomoc i opiekę.

Pomysł Ludmiły zachwycił, a zarazem przestraszył jej towarzysza. Jak to? On, Wasynga, pojedzie na dwór królewski? Pozna się z królem Baszkirów? Po jakiemu z nimi będzie gadał? Przecie w podróżnym tułubie nie wejdzie na sale. Póki nic to nic, choćbyś kamień gryzł, a jak szczęście zacznie się walić, to mało człowieka nie zadusi.

Na gościńcach było coraz ludniej. Górnicy szli obok wozów pełnych soli, kruszców i niezliczonych bogactw. Czasem twardo łomocąc, wlókł się mały wózek, zamknięty i zabity jak trumna, zewsząd otoczony zbrojnymi strażami; był ciężki i drogi, pełen złota. Niekiedy długim, kolorowym orszakiem toczyła się karawana kupców cudzoziemskich, którzy przypominali zapustnych57 przebierańców i gadali wszystkimi językami świata. Im bliżej Cisy58, tym szerzej ciągnęły się puszty – olbrzymie stepy węgierskie. Niebieskie, żółte, różowe od kwiecia, pachnące jak sale na Wawelu, rozśpiewane wpółdziką pieśnią pasterzy konno śmigających za swymi stadami.

W powietrzu czuło się już pierwsze podmuchy burzy. Ludność północnych Węgier schodziła coraz tłumniej na południe, gnana pędzącą spoza Karpat nawałą. Tu panował jeszcze spokój, ale przybysze nieśli trwogę i złe wieści. Między nimi było niemało polskich tułaczy. Rodziny, często mieszkańcy całych wsi przebijali się przez góry i uciekali, sami nie wiedząc gdzie, byle dalej!

Ludmiła upatrywała znajomych, ciągle się dopytywała o Sulisława. Niestety, nikt nie umiał odpowiedzieć, czy żyje. W niedzielę, w gorące popołudnie, odmówiwszy dłuższe niż co dzień pacierze, zaczęła się rozglądać po okolicy. Stała przy drodze. Podniosła rękę do góry, by zasłonić oczy przed ostrym słońcem. Wtem spostrzegła tumany kurzu.

– Pewno Lachy – rzekł Wasynga.

Rzeczywiście, była to gromada polskich uchodźców. Gwarna ciżba przeciągała konno, pieszo, z wózkami. Na samym już prawie końcu, na dudniącym, ciężko wyładowanym wozie, siedział człowiek z długimi białymi wąsami. Ludmiła rozpoznała Rafała. Był to stary domownik, najwierniejszy ze sług, który towarzyszył jej w ucieczce przed Zyndramem i odwoził do Witowa. Wyskoczył z wozu, padł jej do nóg i zaniósł się od płaczu.

– Jaki to Pan Bóg dobry! Więc to nieprawda, że was wzięto do niewoli. Ludzie nie po próżnicy gadali, że uciekłyście z Żegnańca. A gdzież pani Elżbieta i panicz? – pytał rozglądając się wokół.

– Nie, mój Rafale, myśmy nie uciekły. Tatarzy nas wzięli, zagnali daleko! Właśnie wracam z niewoli.

Mężczyzna zwiesił głowę. Stał, jakby wrósł w ziemię, a Ludmiła krótkimi, lapidarnymi, urywanymi zdaniami opowiadała o niewoli, o ucieczce, o wszystkim, co przeszła.

– Ach, Rafale – rzekła w końcu. – Ty jesteś dla mnie jak wskrzeszony. Już cię opłakałam. To cud, że cię nie zabili w Witowie.

Słońce się nieco opuściło, upał zelżał. Gromada znów ruszyła w drogę.

– Pani – nieśmiało odezwał się Rafał – proszę przesiąść się na mój wózek. Chciałbym wam powiedzieć coś bardzo ciekawego, a nie chcę, żeby kto nadstawiał ucha…

Ludmiła chętnie spełniła prośbę. Obok siebie posadziła Jasia i Dżjafirkę. Dzieci niezmiernie się ucieszyły z tej odmiany. Zaczęły szczebiotać i rzucać w siebie źdźbłami słomy, wyciąganymi z grubej podściółki. Rafał, niby zajęty powożeniem, to trzaskał z bicza, to gadał z końmi, ale od czasu do czasu przechylał się ku Ludmile i szeptał:

– Czy pani wie, dlaczego wózek taki ciężki? Proszę nie myśleć, że ja wiozę tylko swój dobytek. Mam tu skarby po nieboszczyku panu.

– Jakie skarby? Nic nie wiem o żadnych skarbach.

– A tak, pani nie wie, i nikt nie wie. Ja jeden pod słońcem wiem. Kiedy pan zachorował, zawołał mnie do siebie i rzekł: „Źle ze mną, Rafale, trzeba się szykować na tamten świat. Martwię się, że Ludmiła zostanie pod opieką moich braciszków paliwodów, co nigdy najeść się nie mogą, chociażby im cały Olkusz postawił na misie. Kasztelów i ziemi tak łatwo nie połkną, bo je w testamencie spętałem jak pająk muchę. Ale skarbczyk rozdrapią. Nim dziewczyna dorośnie, wszystko złodzieje powynoszą”.

Nazajutrz zwlókł się z posłania, zaprowadził mnie do podziemi, pokazał skrzynię i rzekł: „Patrz, Rafale, ta jedna skrzynia tyle warta, co mój największy zamek z polami, lasami i stawami”. Wszyściutko mi pokazał, potem oddał klucze i powiedział uroczystym głosem: „Chowaj je u siebie, strzeż ich jak oka w głowie i nie gadaj nikomu o tych skarbach, dopóki moja dziewka nie dorośnie”. Pan wkrótce umarł. Od tamtego czasu milczałem jak grób. Najpierw ze strachu przed Zyndramem, co był gotów i votum ściągnąć Panu Jezusowi z ołtarza. Nieraz myślałem sobie, powiedzieć już czy nie powiedzieć, a tu zwaliła się tatarszczyzna i nastały te wszystkie okropności. Włożyłem skrzynię na wóz, no i jestem.

– A ze swoich rzeczy uratowałeś coś, Rafale?

– Mniejsza tam o moje rupiecie. – machnął ręką pogardliwie. – Już nie było ani czasu, ani głowy…

– Zacny z ciebie człowiek, Rafale.

– Niechże pani nie drwi sobie ze sługi. Spełnić wolę umierającego, wielka rzecz! I nie ma o czym gadać.

– Było wiele nieszczęść, ale dzisiaj jest za co dziękować Bogu. Przede wszystkim za to, że nasz skarb uratowany – powiedziała Ludmiła i przygarnęła do siebie Jasia.

Rafał spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem. Cieszył się, że jego przysługa jest tak wysoko oceniona, ale zarazem dziwił się, że pani, zawsze taka bezinteresowną, ceniła sobie skrzynię bardziej, niż odzyskanie wolności. Nie śmiał robić uwag, dodał tylko:

– Tak, to szczęście, że mi go w drodze nie zabrali, w górach tyle rabusiów…

– Nie zrozumiałeś mnie, Rafale. Skarbem nazwałam dziecko. Bóg jeszcze nie pozwolił, aby pani Elżbieta z nami wróciła, ale Jaś to prawdziwy skarb, przy którym wszystkie kamienie i złoto są tylko marnym prochem. A jednak i ten proch się przyda. Dzisiaj może bardziej niż przez całą resztę życia, bo może nam pomóc uratować Elżbietę.

– Jak pani chce to zrobić?

– Kiedy byłam w niewoli tatarskiej, widziałam, że u nich wszystko da się kupić, wszystko.

– Więc można wykupić panią Elżbietę?

– Rafale, przynosisz mi zbawienie. Ta skrzynia to gotowy okup. Tatarzy wolą klejnoty niż pieniądze. Jeśli jest ich tak dużo, jak mówisz, to wystarczy choćby dla najchciwszego poganina.

Rafał spojrzał na nią ze smutkiem:

– To szczere chęci, anioł by lepiej nie chciał…

– Wiem, co masz na myśli. Zastanawiasz się, kto to zrobi? Trzeba koniecznie znaleźć uczciwego człowieka, śmiałego, mądrego, który potrafiłby zrobić trzy rzeczy: najpierw zawieźć w skrzynię bezpiecznie na miejsce, potem dobić targu z Tatarami, a na koniec przyprowadzić do nas panią Elżbietę – powiedziała, patrząc Rafałowi prosto w oczy.

– Takiego człowieka pani nie znajdzie. Jeśli się kto ofiaruje, to będzie oszust; skarb weźmie i przepadnie jak kamień w wodę. Uczciwy człowiek nie powie: zrobię to, bo nie zrobi. Niech tylko Tatarzyska zwąchają, że poseł wiezie drogie rzeczy, złupią go i zabiją. Ja skoczyłbym dla pani w ogień, poszedłbym, jak stoję, bez oszczepu między wilki i niedźwiedzie, ale do Tatarów, nigdy! Takiej ofiarności nawet Bóg by nie wymagał!

Oboje zamilkli.

Po chwili wszystkie oczy zwróciły się w stronę kilku czykosów59 harcujących w głębi puszty. Był to taniec tryumfalny. Rozpędzając konie skośnymi kręgami, zbliżali je na powrót ku środkowi koła, rzucali czapki w górę, ściskali się i krzyczeli, jakby potracili głowy.

– Czy już wiecie? Pod Ołomuńcem60 Tatarzy pobici61! – doniósł pierwszy.

– Ich wódz, Peta, zabity!

– Ołomuniec oswobodzony! – krzyczeli jeden przez drugiego.

– Tatarzy uciekli! Już ich nie ma! Nigdzie nie ma! W Polsce też ich nie ma! Bóg zwyciężył!

– Możecie wracać do swoich!

– Eljen62!

Krzyki rosły, aż zmieniły się w jedną ogłuszającą wrzawę, podczas której Węgrzy i Polacy, znajomi i nieznajomi, starzy i dzieci ściskali się z uniesieniem podobnym do szału. Tylko Ludmiła stała na uboczu. Wszyscy się cieszą, pomyślała, a ona tam sama jedna, bez dziecka, beze mnie, bez jednej przyjaznej duszy, pod batogiem na pustyni! Czyżby ci ludzie już zapomnieli o siostrach i braciach płaczących w niewoli?

Do Dniepru

Tułacze nie mogli się nacieszyć dobrą wieścią. Zastanawiali się nad wyborem drogi powrotnej, przede wszystkim zaś byli spragnieni wypoczynku. Czykosowie skierowali ich na południe, gdzie po trzech godzinach drogi mieli znaleźć lasek ze źródłami, i na jego krańcu wygodną pasterską gospodę. Czym prędzej ruszyli w drogę, podśpiewując radośnie.

Jeszcze przed zachodem słońca przed oczami podróżnych stanęła oczekiwana czarda. Był to wielki szałas podzielony na kilka izb, z ogromnym, ogrodzonym parkanem, dziedzińcem dla bydła. Skierowali się ku gościnnie otwartej bramie, ale gospoda i dziedziniec były już zajęte. Jak okiem sięgnąć, wszędzie pełno było wozów, koni, paczek, i wśród tego kręciła się niezliczona służba.

Podróżni wyglądali niezwykle. Mieli posągowe twarze, kruczoczarne włosy i oczy żarzące się na kształt węgli. Otulały ich bogate płaszcze, zielone lub czerwone, z pomarszczonymi kapturami. Jeden z mężczyzn jaśniał białą twarzą, delikatną jak u niewiasty, miał różowe policzki i rude włosy.

Najbardziej zdumiewające było to, że przed drzwiami czardy tkwiła w ziemi biała chorągiew. Rafał wszedł do środka, chcąc dla swej pani zdobyć choćby najmniejszą izdebkę. Wasynga, ośmielony swoją przyszłą pańskością, wszedł między biesiadników z podniesioną głową. Po chwili wrócił z dziwnym wyrazem twarzy.

– To są kupcy, Italczyki. Nieraz ich spotkałem na kapczackich stepach, gotowi mnie poznać…

– Czy są między nimi Tatarzy? – spytała zatrwożona Ludmiła.

– Nie, Tatarów nie widzę.

– A ci kupcy to chrześcijanie?

– A no tak, Genueńczyki63, mieszkają w Tanie i handlują po całym świecie.

– Więc dlaczego się ich boisz?

– Jak będą wracali do Tany, gotowi powiedzieć, że mnie tu widzieli.

– I cóż ci to teraz przeszkadza? Zabrać nas nie zabiorą, choćby chcieli. Moi rodacy nas obronią, Węgrzy nas obronią. A przy tym trudno uwierzyć, by chrześcijanie chcieli naszej zguby…

– Wasza prawda, jak zawsze wasza prawda. Nie będę się bał. Już teraz mogę sobie drwić z Italczyków i Tatarów – rzekł Wasynga i ponownie zadarł głowę. Wszedł do czardy jak najprawdziwszy baskak.

Na progu minął się z chudziutkim, czarnym człowiekiem. Ten błysnął oczami, przystanął, a potem skoczył i zawołał:

– Vasignio! Caro Vasignio!

Chwycił Wasyngę w ramiona i zaczął mówić szybko, żywo gestykulując, trochę po słowiańsku, trochę po tatarsku, bo znał równie dobrze oba języki.

– Skąd się tu wziąłeś, Vasignio?

– A skąd ty, Beppo? – zagadnął Wasynga dyplomatycznie, odpierając pytanie pytaniem.

– Około pół roku temu wyjechaliśmy z Tany, aż na pięciu galerach. Wszystko sprzedało się w Bizancjum, tam nakupiliśmy różnych śliczności i teraz podróżujemy lądem z towarami Europy do Azji. Lepiej wracać lądem, bo na Kapczackich stepach stoją wojska tatarskie i pewnie wszystko rozkupią.

– A cóż znaczy ta biała chorągiew? Nigdy u was tego nie widziałem.

– To długa historia. Pod samą Budą spotkaliśmy angielskiego banitę, który zawsze posłuje od chana do chrześcijan. Jechał do króla Hungarii z wezwaniem, aby się poddał Tatarom i płacił daninę. Ale takie wezwania, które udają się w Azji, tu jakoś nie mają powodzenia. Król Polski wolałby pójść w świat o kiju, niż się poddać. Tutejszy odpowiedział ze śmiechem, że nie myśli płacić. Sydney zagroził ciężką zemstą i wyjechał, niby dumnie, ale z duszą na ramieniu. Choć jego poselska osoba uchodzi za nietykalną, dobrze wiedział, że posłom tatarskim nieraz się przytrafiał niemiły koniec. Ma wprawdzie orszak, ale z takich ludzi jak i on, z samych przybłędów, których nikt nie szanuje. Wzięliśmy tedy posła do siebie i odtąd razem podróżujemy. Póki jesteśmy na ziemi chrześcijańskiej, to Sydneyowi bezpieczniej z nami, a jak wjedziemy na ziemie tatarskie, to znów nam będzie bezpieczniej przy nim. On ma paiżę, tatarski list, i to nie srebrny, ale złoty, na widok którego Tatarzy biją czołem, dają konie, wozy, jadło, wszystko, chociażby własną skórę. Przy takim opiekunie możemy być pewni, że nikt na nas nie napadnie, nie okradnie. On teraz nam się kłania, później my jemu będziemy się kłaniali.

Ludmiła, dla której Rafał zdobył izbę na nocleg, kierując się z dziećmi ku gospodzie, zatrzymała się tuż za progiem i obserwowała rozmawiających ze sobą mężczyzn. Po chwili Wasynga podszedł do niej i powtórzył wszystko, czego się dowiedział od Beppa.

– Skądże się wziął Anglik między Tatarami?

– Kto zadrze ze swymi, ten idzie do obcych – wyjaśniał Wasynga. – Anglik podobno naraził się we własnym kraju, tak że go swoi precz wygnali. W żadnym cesarstwie chrześcijańskim nie mógł sobie zagrzać miejsca, więc przystał do Tatarów i tam wybornie mu się wiedzie. Zna wiele języków, zaczął tłumaczyć, potem pośredniczył w różnych trudnych sprawach, teraz jest posłem.

– Więc mówisz, Wasyngo, że z nim można śmiało jeździć między Tatarami? – dopytywała się Ludmiła.

– Z nim tak bezpiecznie, jak pod żółtą zasłoną. Jest on w ogromnych łaskach u wielkiego chana. Ale trzeba pierwej wkraść się w jego łaski, a to rzecz niełatwa…

– Dlaczego?

– Bo to człowiek zły. Choć nie Tatar, gorszy od wszystkich Tatarów.

– A jednak z tymi kupcami żyje w zgodzie.

– Bo ich potrzebuje. Zresztą, nic dziwnego, to tanajscy kupcy, ci ludzie mają kruczek na każdego.

– Widzisz, Rafale – zwróciła się do służącego – jednak są ludzie, którzy nie boją się między Tatarami jeździć i targu z nimi dobijać. I jeszcze dobrze na tym wychodzą.

– Nie rozumiem – odrzekł sługa wzruszając ramionami. – Nie rozumiem, to jakieś włoskie czary.

Tak, tylko czarami można było wytłumaczyć tę osobliwą zażyłość, która wiązała Genuę z Mongolią, naród chrześcijański, światły i wykwintny z najdzikszym państwem przemocy i barbarzyństwa. Kiedy cała Azja i pół Europy drżały przed wolą wielkich chanów, Genua miała u nich mir nienaruszony. Krocie miast chińskich, muzułmańskich i chrześcijańskich leżały w gruzach i w popiele, a Tana, rozsiadła pod rządem tatarskim, kwitła sobie w najlepsze. Genueńczycy trzymali w ręku złote klucze Wschodu; karawany ich krążyły swobodnie po tych samych stepach, gdzie wszystkie inne spotykała zagłada.

Ludmiła przez dobrą godzinę siedziała nieruchomo i rozmyślała, poruszając wszystkie struny duszy, umysłu i serca. Kiedy wreszcie uświadomiła sobie, że sama nie jest w stanie rozwiązać problemu, wezwała Wasyngę i rzekła:

– Powiedz mi, co to za człowiek ten Beppo? Uczciwy? Rozumny?

– Dosyć. Uczciwy może aż nadto. Stryj jego, który jest konsulem tej kompanii, narzeka, że Beppo ma za dużo serca, a za mało sprytu.

– Dobrze. Przyprowadź mi tego chłopca, chciałabym z nim porozmawiać w cztery oczy.

Chazar zdumiał się niepomiernie, zawahał się, ale w końcu wytłumaczył sobie:

– Przecież ona mądra, wie co robi. – pokręcił głową i poszedł spełnić jej wolę.

Kupiec zdziwił się jeszcze bardziej. Na wiadomość, że piękna pani chce się z nim rozmówić, o mało nie stracił głowy. Wszedł do izby i nieśmiało stanął przy drzwiach. Ludmile spodobała się jego pokora. Skinęła uprzejmie głową i chłopiec nieco się przybliżył.

– Pan Bóg – rzekła – nieraz doświadcza nas cierpieniem, żeby ludziom dać sposobność do miłosiernych uczynków. Oto ja, ścigana przez wielkie nieszczęścia, szukam człowieka szlachetnego, a przy tym zręcznego, który chciałby mi przyjść z pomocą w sprawie dosyć trudnej, a bardzo dla mnie ważnej. Zacny młodzieńcze, Wasynga mi o tobie opowiadał, chcesz być tym człowiekiem, tym rycerzem walczącym w obronie białogłowy?

Opowiedziała mu dzieje Elżbiety, Jasia, Wasyngi i swoje własne, w końcu otworzyła skrzynię uratowaną przez Rafała. Beppo zaczął oglądać klejnoty z biegłością prawdziwego znawcy. Jedne, choć na pozór świetne, od razu odrzucał, innym przypatrywał się z zainteresowaniem.

– Jest tutaj kilka rzeczy nieoszacowanych, za które można by nie tylko jedną, ale dziesięć branek wykupić – powiedział rzeczowo kupiec.

– Poradź mi, czy mam tę sprawę powierzyć Anglikowi? – spytała Ludmiła.

– Nigdy! – syknął Beppo. – Owszem, on złożyłby wam piękne obietnice i przyrzeczenia, zabrał klejnoty, a potem przepadł. I nigdy w życiu byście już ani o nim, ani o signorze Elisabecie nie posłyszeli.

– A gdybym ja sama pojechała z tymi skarbami, a jego tylko użyła za pośrednika? – badała Ludmiła.

Beppo spojrzał się na nią z nie ukrywanym przerażeniem.

– O, signora, to jeszcze gorzej. On by was porwał i zawiózł w podarunku wielkiemu chanowi, a klejnoty zatrzymał. To zbrodniarz gotów na wszystko!

Ludmiła przygryzła wargi.

– No, a gdyby tę całą sprawę powierzyć waszemu stryjowi?

Beppo zmieszał się mocno, spuścił oczy i długo się zastanawiał, nim zdecydował się na odpowiedź:

– Może powinienem milczeć, przecież to mój stryj. Ale sumienie każe ostrzec… Signora i tak już nieszczęśliwa… Nie mogę narażać jej na ostateczne nieszczęście. Nie, tej sprawy nie można powierzyć stryjowi. Klejnoty są nadto piękne… Bartolommeo, mój stryj, nie powinien nawet wiedzieć o ich istnieniu.

– A ty, zacny Beppo, nie podjąłbyś się tej sprawy? – spytała Ludmiła wzruszona uczciwością chłopca.

– Ja? – kupiec zaczął kręcić głową. – To rzecz bardzo trudna. Jakże znalazłbym signorę Elisabetę? Czy to jedna Elisabeta jest między brankami? A gdybym się pomylił, inną wykupił i skarby wasze zmarnował? No, przypuśćmy nawet, że ją znajdę i wykupię, oczywiście bez wiedzy stryja, który mnie okropnie pilnuje, co potem? Gdzie ja ją odwiozę, gdzie was odnajdę, signora? Szukać po dalekich krajach, jeździć przez miesiące, a może i lata, dla mnie to znaczy tyle, co stracić łaskę stryja i zniszczyć całą przyszłość, którą muszę sobie ciężką pracą budować.

– Słuchaj, a gdybym ja z wami pojechała, oczywiście w przebraniu. To by rzecz ułatwiło. Ja ją niezawodnie znajdę! Proszę tylko, byś targ z Tatarami przeprowadził, bo na to trzeba kupca, mężczyzny. Mnie przy dłuższych rozmowach zaraz rozpoznają, choćby po samym głosie. A kiedy już wszystko będzie załatwione, odprowadzisz nas do granicy chrześcijańskiej, tylko do granicy. Za trud i stratę czasu wybierzesz sobie z klejnotów, co ci się żywnie podoba…

Chłopiec gwałtownym ruchem ręki odepchnął klejnoty, a na Ludmiłę podniósł ogniste oczy:

– Waszych skarbów nie chcę, ale to dobry pomysł, by signora ze mną pojechała. Z wami wszystkiego się podejmuję, na wszystko się odważam. Tylko wymagam, żeby nikt z naszych, ani Anglik, ani mój stryj, ani żaden z kupców, nie wiedział, kim jesteście. Moja przyszłość mało mnie obchodzi. Pragnę wam służyć, signora!

– Kiedy wyjeżdżacie? – zapytała rzeczowo Ludmiła.

– Jutro przed świtem.

– Do świtu wszystko przygotujemy. A teraz przez jakiś czas chciałabym zostać sama.

Po chwili wezwała, nie bez pewnej trwogi, ojcowskiego sługę. Czuła, że tu czeka ją niełatwa przeprawa.

– Słuchaj, Rafale, jak wiesz, mieliśmy razem podróżować. Najpierw chciałam Jasia oddać w ojcowskie ręce, a dopiero potem zająć się losem jego matki. Ale właśnie dzisiaj Pan Bóg mi zsyła ludzi, którzy pomogą mi dotrzeć do Elżbiety; drugi raz w życiu nie trafi się taka szansa. Raniutko wyjeżdżam z tatarskim posłem i z kupcami. Przebiorę się, nikt mnie nie pozna, wszystko już zaplanowałam. Tobie powierzam dziecko. Zawieź Jasia do ojca. Uważam, że nic wam już po drodze nie grozi, że mogę liczyć na twoją wierność i przezorność. To największy dowód zaufania, jaki ci mogę dać, Rafale.

Mężczyzna najpierw zbladł, potem spłonął krwawym rumieńcem, na koniec upadł do nóg Ludmiły i zawołał:

– Pani! Toć to szaleństwo, gorzej – grzech. Lecieć w paszczę smoka, i to z własnej woli, to taka sama zbrodnia, jakby człek własną ręką gardło sobie podrzynał.

– Nie martw się o mnie, ja przecie będę na siebie uważać, choćby dlatego, aby Elżbiecie nie zaszkodzić. Ta podróż znów nie taka straszna, jak się wydaje tym, którzy tam nie byli…

Rafał nie chciał ustąpić, w końcu zacisnął ręce jak człowiek, który ma skoczyć w przepaść, i powiedział:

– No, kiedy tak, to i ja z wami jadę. Będzie pani miała choć jedną przyjazną duszę.

– Dziękuję ci, mój Rafale, ale jakbyś pojechał ze mną, to któż by Jasia odwiózł. Ty masz swoje zadanie, ważne i odpowiedzialne. W moich troskach to jedyna pociecha, że mogę być przynajmniej spokojna o Jasia.

– Och, nam się nic nie stanie. Drogi wolne, król niedaleko. Nam nic nie grozi, ale wy? – zaczął szlochać jak dziecko.

Na odgłos gwałtownego łkania Wasynga zajrzał do izby. Wypadało i jego wtajemniczyć. Chazar zmartwił się niezmiernie, ale jego trwoga miała inną przyczynę. Jeśli bogata pani pojedzie, gotowa nie wrócić! Któż mu dotrzyma obietnic? Zamek przepadnie! Ludmiła wyczytała w oczach Wasyngi tę obawę. Od kupców dostała pióro i pergamin. Napisała wyraźny akt donacyjny dla Wasyngi, potem list do króla Bolesława, w którym opisując zasługi Chazarczyka, prosiła o względy i opiekę dla niego, a w końcu list do Sulisława, oznajmiający powrót dziecka i obiecujący rychły powrót żony. W skrzyni znalazła ojcowski sygnet. Wycisnęła pieczęć, a kiedy wosk zastygł, wręczyła jeden pergamin Wasyndze, a dwa następne swemu słudze. Potem wzięła na bok Rafała i rzekła półgłosem:

– Gdybyś mógł go namówić, aby ten zamek sprzedał albo zamienił na jakiś kasztel w innym kraju, ucieszyłbyś mnie serdecznie, bo mi chłopów moich żal okropnie. – Opowiedziała mu o tatarskich marzeniach Wasyngi i wydała ostatnie dyspozycje. Rafał chciał zapamiętać każde jej słowo, ale mu to z trudnością przychodziło. Słuchał tego wszystkiego w milczeniu, z ciężkim sercem. Chciał coś powiedzieć na pożegnanie, ale słowa uwięzły mu w gardle.

52.Dżyngis-chan a. Czyngis-chan a. Temudżyn (1155 a. 1162–1227) – władca mongolski, twórca imperium mongolskiego. [przypis edytorski]
53.Ogotaj a. Ugudej (1186–1241) – syn Czyngis-chana, władca imperium mongolskiego w latach 1229–1241. [przypis edytorski]
54.Karakorum – stolica imperium mongolskiego w XIII w., położona w dolinie rzeki Orchon w północnej części ówczesnej Mongolii (dziś w centrum kraju), początkowo baza wojskowa Czyngis-chana, rozbudowana przez chana Ugedeja. W 1264 r. chan Kubilaj przeniósł stolicę imperium do dzisiejszego Pekinu. [przypis edytorski]
55.Madziary, przed czterystu laty osiadłe w Europie, przechowywały jeszcze wspaniałości Azjatów – (dziś popr. forma m.os.: Madziarowie… osiadli… przybyli…) Madziarowie, czyli Węgrzy, należący do grupy ludów ugrofińskich (niespokrewnionych językowo z indoeuropejską ludnością Europy), przybyli na Nizinę Panońską na przełomie IX i X w. ze stepów środkowej Azji. [przypis edytorski]
56.Lechia – tu: Polska. [przypis edytorski]
57.zapustny (daw.) – związany z zapustami, tj. hucznie i wesoło obchodzonymi ostatnimi dniami karnawału. [przypis edytorski]
58.Cisa – rzeka płynąca przez dzisiejsze terytoria Ukrainy, Węgier i Serbii, dopływ Dunaju. [przypis edytorski]
59.czykos, dziś czikos – węgierski pasterz koni. [przypis edytorski]
60.Ołomuniec (czes. Olomouc) – miasto we wsch. części dzisiejszych Czech. [przypis edytorski]
61.Pod Ołomuńcem Tatarzy pobici – wiosną 1241 r., po spustoszeniu Polski i wygranej bitwie pod Legnicą (9 kwietnia 1241), wojska tatarskie dowodzone przez Bajdara ruszyły w stronę Czech. Król Wacław I (1205–1253) starał się ich odeprzeć w okolicach Kłodzka, a następnie pokonał ich w bitwie pod Ołomuńcem. Po tej porażce Bajdar wycofał wojska i poprowadził je na południe, aby połączyć się z głównymi siłami. [przypis edytorski]
62.eljen (węg. éljen) – niech żyje. [przypis edytorski]
63.Genueńczyki – dziś popr. forma M. lmos: Genueńczycy. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
410 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: