Kitabı oku: «Germinal», sayfa 15

Yazı tipi:

II

Dzień przedtem Stefan i kilku górników uchwalili na zgromadzeniu u Rasseneura wysłać deputację do dyrekcji i wybrać jej członków. Maheude, dowiedziawszy się wieczorem, że mąż wszedł w skład deputacji, poczęła lamentować i wyrzekać, że pewnie chce, by ich wygnali wszystkich z mieszkania. Sam Maheu opierał się wyborowi. Oboje, mimo oburzenia na niesprawiedliwość, w chwili czynu popadli znowu w służalczość wrodzoną i woleliby byli raczej wyrzec się wszystkiego i ograniczyć jeszcze bardziej. Maheu słuchający zazwyczaj w sprawach ważnych rad żony na jej lamenty wpadł tym razem w złość, tym więcej, że podzielał jej obawy.

– Daj mi spokój! – rzekł kładąc się w łóżko obrócony do niej tyłem. – Pięknie by było opuszczać kolegów… Spełnię swój obowiązek.

Maheude położyła się też i długo milczeli oboje, aż wreszcie kobieta przemówiła.

– Masz słuszność… idź! Ale wiedz, mój stary, że już po nas.

Obiad jedzono w samo południe, gdyż o pierwszej miano się zgromadzić u Rasseneura i stamtąd ruszyć do pana Hennebeau. Obiad składał się z ziemniaków. Został tylko mały kawałek masła, więc nikt go nie tknął. Pocieszano się, że wieczorem będzie chleb z masłem.

– Pamiętaj – rzekł Stefan do Maheua – liczymy na ciebie, że przemówisz.

Maheu zdumiał się i głosu mu nie stało.

– O nie, tego już za wiele! – krzyknęła Maheude. – Niech idzie, ale zabraniam mu, by występował w roli przywódcy. Niech mówi inny, czemuż to na niego zwalacie?

Stefan wymownie i z zapałem powiedział jej powody. Oto Maheu jest najlepszym górnikiem kopalni, najbardziej lubianym i z powodu swej rozwagi i zdrowego rozsądku stawianym za przykład. Dlatego zażalenie robotników nabierze wagi, gdy je wniesie on, a nie kto inny. Rozpocząłby sam, ale niedawno tu jest, chętnie będzie dyrektor słuchał górnika, którego przodkowie już pracowali w kopalni. Wreszcie robotnicy powierzają obronę swych interesów najgodniejszemu i byłoby tchórzostwem odmawiać.

Maheude machnęła ręką rozpaczliwie i odparła:

– Idź, mów, przepadnij, poświęć się za innych. Zgadzam się.

– Ale nie umiem mówić! Będę plótł głupstwa – bąkał Maheu.

Stefan, uszczęśliwiony, że go przekonał, uderzył go w plecy.

– Powiesz, co czujesz, i to będzie znakomite.

Dziadek Bonnemort słuchał z ustami napchanymi ziemniakami. Czuł się nieco lepiej. Dzieci, najadłszy się, nie hałasowały. Cisza się zrobiła. Wreszcie Bonnemort przełknął ziemniaki, potrząsł głową i począł bełkotać powoli.

– Powiedz, co chcesz, a będzie, jakbyś nie rzekł nic. Doświadczyłem różności… oj, doświadczyłem! Przed czterdziestu laty wygnali nas z dyrekcji szablami. Dziś inaczej… przyjmą pewnie… ale gadaj do ściany! Psiakrew! Mają złoto, to cóż im tam ludzie!

Znowu nastała cisza. Maheu i Stefan wstali i wyszli, zostawiając resztę nad pustymi talerzami. Po drodze zabrali ze sobą Pierrona i Levaque'a i niebawem znaleźli się w gospodzie, gdzie już czekali delegaci innych kolonii. Gdy się zebrało wszystkich dwudziestu, określono raz jeszcze warunki płacy, które miano przeciwstawić nowej taryfie Kompanii, i udano się do Montsou. Wybiła druga, gdy przybyli na miejsce.

Przede wszystkim lokaj kazał im czekać i zamknął im przed nosem drzwi na klucz. Potem wrócił, zaprowadził ich do salonu i odsłonił firanki. Pokój zalało światło słoneczne wpadające przez jedwabne przysłonki u okien. Pozostawszy sami, górnicy uczuli się zakłopotani. Mimo że czysto ubrani, świeżo ogoleni i uczesani, nie śmieli usiąść. Stali, obracali czapki w rękach i skośnymi spojrzeniami obrzucali meble różnorakich stylów, którymi bez odrobiny smaku, wedle mody panującej u burżuazji zbogaconej, pani Hennebeau oszpeciła pokój. Były tam fotele w stylu Henryka II, krzesła Ludwika XV, stała włoska serwantka z XVII wieku, jakiś mebel hiszpański z wieku XV, stara kapa z ołtarza zwieszała się z gzymsu kominka a brzegi portier obszyte były frędzlą szat liturgicznych. Stare złoto, matowe, wypłowiałe brokaty nadawały temu bazarowi wygląd kaplicy i napełniały szacunkiem biedaków, których nogi grzęzły w wysoko strzyżonych dywanach wschodnich. Ale najbardziej dokuczało im gorąco tropikalne. Odurzyło ich po prostu, tym więcej, że przyszli wprost z mrozu i twarze mieli jeszcze od wiatru zaczerwienione. Minęło jeszcze z pięć minut, w ciągu których wzrastało ciągle pomieszanie delegatów.

Wreszcie wszedł pan Hennabeau, w zapiętym po wojskowemu surducie z wstążeczką orderową w butonierce. Przemówił pierwszy.

– A, przyszliście? Słyszałem, że zaczynacie rewolucję… co?

Urwał i z zimną grzecznością wskazując fotele rzekł:

– Siadajcież, właśnie chciałem z wami pomówić.

Górnicy obejrzeli kosztowne fotele. Kilku usiadło, inni przerażeni widokiem obić jedwabnych pokrytych haftem woleli stać.

Zapanowała cisza. Pan Hennebeau zanurzył się w fotel pod kominkiem stojący, szybko przeliczył górników, starając się sobie przy tym zapamiętać ich twarze. Poznał naprzód Pierrona kulącego się z tyłu, a potem zawisł wzrokiem na twarzy Stefana, który siedział naprzeciw niego.

– No i cóż mi powiecie? – spytał.

Był pewny, że Stefan pocznie przemowę, i zdziwił się widząc, że naprzód występuje Maheu. Nie mógł się powstrzymać i rzekł:

– Jak to? To wy, Maheu… wy, najlepszy robotnik, człek rozumny i rozważny, weteran Montsou, którego rodzina pracuje od czasu pierwszego ruszenia kilofem. O, to mnie martwi, bardzo martwi, że wy stajecie na czele niezadowolonych.

Maheu słuchał, patrząc w ziemię, potem zaczął mówić głucho, jąkając się:

– Panie dyrektorze! Właśnie dlatego, że jestem człowiekiem uczciwym i spokojnym, wybrali mnie koledzy, bym przemawiał. To panu dyrektorowi powinno być dowodem, że nie idzie nam o bunt ani nieporządki, jakie wzniecają ludzie źli, by wywołać rozruchy. Chcemy tylko sprawiedliwości, znużył nas ciągły głód i wydaje się nam, że przyszedł czas przedsięwzięcia czegoś, co by nam zapewniło choćby chleb powszedni.

Głos jego stał się pewniejszy. Podniósł głowę i patrząc w oczy dyrektorowi ciągnął dalej.

– Wie pan zapewne już, że nie przystajemy na nowy system płacy. Obwiniają nas, że źle stemplujemy. To prawda, że nie poświęcamy na tę robotę dość czasu, ale gdybyśmy to uczynili, to zarobek nasz wyniósłby jeszcze mniej, a że i teraz nie wystarcza na wyżywienie, więc byłby to już koniec naszej nędzy i poginęlibyśmy głodową śmiercią wszyscy do jednego… Niech nam lepiej płacą, a będziemy lepiej stemplowali, poświęcimy na to czas i nie będziemy tylko myśleli o ładowaniu jak największej ilości wózków, co nam jeszcze coś przynosi. Inaczej zapobiec się temu nie uda. Za pracę należy się zapłata… a cóżeście to panowie miast tego obmyślili? Coś, czego nie możemy ani rusz pojąć… widzi pan dyrektor! Zniżyliście panowie płacę od wózka i wmawiacie, że to się wyrówna z zapłatą za stemplowanie. Gdyby nawet tak było, to i tak byśmy stracili, bo stemplowanie zabiera więcej czasu. Ale oburzenie nas ogarnia największe na to, że o wyrównaniu ani mowy nie ma. Kompania nie wyrównuje nam zarobków do kwoty dawniejszej, ale chowa po prostu po dwa cemtimy od każdego wózka do kieszeni.

– Tak, tak, to prawda – zamruczeli inni, widząc, że pan Hennebeau zrobił gest gwałtowny, jakby chciał przerwać mówcy.

Maheu zresztą nie dał mu przyjść do słowa. Rozmachał się i słowa płynęły gładko z ust jego. Chwilami zdumienie go ogarniało, zdawało mu się, że to ktoś inny za niego mówi. Nagłe, gwałtowne wzruszenie wyzwoliło z jego duszy wszystko, co gromadziło się tam od dawna, choć o tym nie wiedział. Mówił o ogólnej nędzy, ciężkiej pracy katorżniczej, marnym życiu, mówił o kobietach i dzieciach płaczących z głodu, wspomniał o dniach wypłaty, kiedy to robotnik przynosi do domu jak na drwiny resztki zarobku pozostałe po strąceniu kar dowolnie wymierzanych i dniach przymusowego, a równie dowolnego bezrobocia. Czyż postanowiono ich zamorzyć głodem?

– Więc też – konkludował – przyszliśmy tutaj, by panu oznajmić, że jeśli już mamy paść z głodu, to wolimy umierać nie pracując. Przynajmniej się człek nie namęczy… Opuściliśmy kopalnie i nie zjedziemy pierwej, aż Kompania przyjmie nasze warunki. Kompania chce zniżyć płacę za wózek i płacić osobno za robotę ciesielską, my zaś chcemy, by zostało przy dawnym, z tym jednak, by nam podniesiono płacę o pięć centimów od wózka. Teraz na panów kolej pokazać, czy stoicie po stronie sprawiedliwości i robotników, czy nie.

Pośród górników podniosły się głosy.

– Tak, tak! Powiedział to, czego domagamy się wszyscy. Niczego niemożliwego nie żądamy.

Niektórzy kiwali bez słowa głowami na znak solidarności.

Znikł im sprzed oczu zbytkownie umeblowany salon, nie widzieli ni starej, ni nowej tandety, haftów, ni złota, ni dywanu wschodniego, który miażdżyli ciężkim obuwiem.

– Dajcież mi przyjść do słowa! – zawołał wreszcie rozgniewany dyrektor. – Przede wszystkim nie jest prawdą, jakoby Kompania chowała do kieszeni różnicę dwu centimów… to łatwo policzyć…

Rozpoczęła się chaotyczna dysputa. Dyrektor, by wywołać rozdwojenie wśród górników, wywołał naprzód Pierrona kryjącego się po kątach, ale górnik dygotał, natomiast wydzierał się na czoło Levaque, perorował i mącił sprawę, wygadując niestworzone rzeczy. Gwar zmieszanych głosów głuszyły firanki i upalne ciężkie powietrze salonu.

– Nigdy się nie porozumiemy, gdy będziecie mówili wszyscy naraz! – zawołał ze złością dyrektor.

Zapanował już nad podnieceniem. Był teraz znowu grzecznym, chłodnym urzędnikiem, który otrzymał instrukcję i potrafi wymusić poszanowanie dla niej. Od pierwszej chwili nie spuścił oczu ze Stefana i starał się wszelkimi sposobami skłonić go do przemówienia. W tym celu porzucił spór o dwa centimy i nadał rozmowie zwrot ogólniejszy.

– Przyznajcie jedno, moi drodzy. Słuchacie złych podszeptów wichrzycieli. Zaraza jakaś powiała wśród robotników i ogarnęła nawet najlepszych. O, nie potrzebuję nawet, byście się przyznawali. Odmieniło coś was, do niedawna tak spokojnych. Prawda, obiecano wam miast chleba z masłem, masło z chlebem, powiedziano, że teraz na was przyszła kolej zabawić się w panów! I wichrzyciele ci werbują was do Międzynarodówki, owej szajki rozbójników, którzy marzą o obaleniu porządku społecznego…

Przerwał mu Stefan.

– Myli się pan, panie dyrektorze. Do tej pory nie należy do Międzynarodówki ni jeden górnik z Montsou, ale zdaje mi się, że przy takim poparciu Kompanii niezadługo przystąpią do niej wszyscy górnicy Zagłębia. To zależy od was, panowie.

Od tej chwili rozpoczął się pojedynek pana Hennebeau ze Stefanem, reszta górników przestała istnieć.

– Kompania jest dla was Opatrznością i dopuszczacie się nadużycia, atakując ją. W tym roku wydano przeszło 300.000 franków na samą budowę mieszkań tanich, a kwota ta nie przynosi ani dwu procent. Nie mówię już o pensjach32 wypłacanych na starość, o węglu i lekach. Pan, który zdajesz się inteligentny i zdołałeś w ciągu kilkunastu zaledwie miesięcy zostać najlepszym robotnikiem kopalni, powinien byś raczej szerzyć uznanie dla Kompanii, jak rujnować swą przyszłość i wdawać się z ludźmi złymi… mam na myśli takiego Rasseneura, któregośmy oddalić musieli, by ochronić kopalnie od zarazy socjalistycznej. Przesiadujesz pan ciągle u niego i on to oczywiście podmówił, podmówił pana do założenia owej kasy wsparć, którą tolerowalibyśmy wreszcie, gdyby była zwyczajną kasą oszczędności, a nie kasą wojenną, gromadzącą kapitały dla prowadzenia przeciw nam wojny. Przy sposobności dodaję, że o ile kasa ma istnieć, Kompania wymaga, by miała kontrolę nad pieniędzmi tam składanymi.

Stefan nie przerywał, patrzył dyrektorowi prosto w oczy i tylko kąty ust drgały mu nerwowo. Uśmiechnął się na ostatnie słowa i odparł:

– A więc jest to nowe żądanie, bo do tej pory nie domagał się pan dyrektor kontroli. Naszym jednak żądaniem jest, by Kompania raczyła mniej się nami opiekować i miast uzurpować sobie szczytną rolę Opatrzności, zadość uczyniła najpierwszym zasadom uczciwości i sprawiedliwości, to jest dała to, co się nam należy, nasz zarobek, miast tuczyć nim akcjonariuszów. Czyż to uczciwie, by miast ratować w porze kryzysu robotnika od śmierci głodowej, sztucznie bronić się od spadku dywidendy? Pan dyrektor może mówić co chce, ale nowa taryfa jest ukrytym sposobem obniżania płac i to nas właśnie oburza. Jeśli Kompania musi oszczędzać, to niech szuka dróg innych, a nie zwala całego ciężaru na robotników.

– Nareszcie doszliśmy do jądra kwestii – wykrzyknął pan Hennebeau. – Spodziewałem się tego oskarżenia, że ogładzamy robotnika i żyjemy z jego krwi i potu. Jakże pan możesz takie brednie pleść, pan, który powinieneś wiedzieć, na jak szalone ryzyko wystawiony jest kapitał w przemyśle górniczym zwłaszcza! Urządzenie kopalni kosztuje dziś półtora do dwu milionów, więc jakichże potrzeba wysiłków, by suma dała choćby skromny procent! Prawie połowa spółek akcyjnych węglowych we Francji ogłosiła upadłość… i głupstwem jest oskarżać tych, co się jeszcze trzymają, o okrucieństwo. Jeśli robotnicy cierpią niedostatek, to nie nasza wina. My sami narażeni jesteśmy przy obecnym kryzysie na olbrzymie straty. Uregulowanie płac nie leży w naszym ręku, gdyż my, nie chcąc się zrujnować, musimy poddać się warunkom stworzonym przez konkurencję. Obwiniajcie te warunki, nie nas… Ale wy nie chcecie niczego słuchać… nic pojąć…

– Owszem – odparł Stefan – pojmujemy bardzo dobrze, że nie ma dla nas wyzwolenia z katorgi, dopóki trwa obecny stan rzeczy, i dlatego niedaleki już czas, w którym postarają się robotnicy, by było inaczej.

Oświadczenie to było wypowiedziane półgłosem i w formie bardzo umiarkowanej, jednakże tonem przekonania, który brzmiał jak pogróżka.

Nastała cisza. Dreszcz jakiś przebiegł po salonie. Robotnicy nie zrozumieli, przeczuli jednak instynktownie, że Stefan upomina się o udział w bogactwach tego świata, więc poczęli skośnymi spojrzeniami obrzucać urządzenie pokoju, firanki i fotele, z których najtańszy wystarczyłby po sprzedaniu dla każdego na całomiesięczne utrzymanie.

Wreszcie zbudził się z zamyślenia pan Hennebeau i wstał na znak, że posłuchanie skończone. Wszyscy poszli za jego przykładem. Stefan trącił Maheua łokciem, a stary począł znowu, jąkając się:

– Więc to cała odpowiedź pańska, panie dyrektorze? Musimy chyba powiedzieć tym, którzy nas wysłali, że pan odrzuca nasze warunki.

– Ja, mój stary, niczego nie odrzucam! – wykrzyknął dyrektor. – Jestem urzędnikiem i nie mam więcej praw tutaj, jak najmłodszy z przesuwaczy w kopalni. Dostaję rozkazy i spełniam je, co jest moim obowiązkiem. Powiedziałem wam, com uważał za potrzebne, ale rozstrzygać?… Nie, ja nie mogę rozstrzygać! Przynosicie mi swe żądania, powiadomię o tym zarząd Kompanii i odpowiedź wam dam.

Mówił tonem zimnym wzorowego urzędnika, który spełnia swój obowiązek, nie dając się unieść temperamentowi, który sam jest tylko narzędziem potęgi wyższej i winien jej ślepe posłuszeństwo. Robotnicy poczęli nań spoglądać podejrzliwie, zadając sobie pytanie, kim jest ten człowiek, czemu ma interes mówić kłamstwa i dlaczego zależy mu na stawaniu pomiędzy nimi a istotnymi posiadaczami kopalń. Może to jest intrygant żyjący dostatnio, bo przekupiony?

Stefan podniósł jeszcze jeden zarzut.

– Widzi pan, panie dyrektorze, bardzo to smutne, że nie możemy bronić naszej sprawy osobiście. Wiele rzeczy objaśnilibyśmy, wiele udowodnić by się dało, gdybyśmy wiedzieli, do kogo się zwrócić.

Pan Hennebeau nie rozgniewał się, uśmiechnął się nawet.

– Ha, jeśli do mnie nie macie zaufania, to, przyznaję, sprawę powikłać może… Ha, w takim razie zwróćcie się sami tam…

Wskazał ręką na okno, a spojrzenia delegatów poszły w tym kierunku.

Cóż znaczyło to: tam? Paryż zapewne. Nie znali go, leżał dla nich gdzieś w bezmiernej dali niedostępnej, święty, kryjąc w swym wnętrzu owo tajemnicze, straszne bóstwo. Nie ujrzą go nigdy pewnie, tylko ucisk jego łap strasznych czuć będą przez wieki całe jeszcze ogromne rzesze robotnicze Montsou. Gdy dyrektor mówił, stało za nim to niewidzialne bóstwo i przez jego usta głosiło swe wyrocznie.

Zwątpili we wszystko, Stefan też wzruszył ramionami, jakby chcąc powiedzieć, że należy się wynosić. Pan Hennebeau poklepał przyjaźnie po plecach Maheua i spytał, jak się ma Jeanlin.

– Straszna to była nauczka… a wy, Maheu, bronicie jeszcze złego stemplowania? No, moi przyjaciele, myślę, że rozważycie i namyślicie się. Strajk byłby dla stron obu nieszczęściem. Nim minie tydzień, głód was wielki przyciśnie. Cóż poczniecie wówczas? Ale ufam waszemu rozsądkowi i pewny jestem, że najpóźniej w poniedziałek rozpocznie się regularna praca.

Wyszli, tłocząc się we drzwiach salonu jak trzoda. Pochyleni, biegli niemal, nic nie odrzekłszy na wyrażoną przez dyrektora nadzieję, że się poddadzą. Pan Hennebeau wyprowadzając ich uznał za potrzebne zreasumować rezultat rozmowy. Kompania ze swej strony proponuje nową taryfę, robotnicy zaś żądają podwyższenia płacy od wózka o pięć centimów. Nie chcąc, by się łudzili, ze swej strony czuje obowiązek uprzedzenia ich, że warunki zostaną niewątpliwie przez zarząd odrzucone.

– Namyślcie się, nim wejdziecie na złą drogę! – powtarzał zaniepokojony ich milczeniem. W przedsionku skłonił się Pierron bardzo głęboko, a Levaque przeciwnie ostentacyjnie włożył czapkę na głowę. Maheu dumał nad tym, jakby się pożegnać z dyrektorem i począł coś bąkać, ale Stefan trącił go łokciem. Wyszli w milczeniu pełnym groźby i ciszę zmącił tylko łoskot drzwi zamykanych na klucz poza ich plecami.

Gdy pan Hennebeau wrócił do jadalni, zastał gości milczących i siedzących bez poruszenia nad kieliszkami z likierem. W kilku słowach powiadomił Deneulina o tym, co zaszło, a twarz jego zasępiła się jeszcze bardziej. Pan Hennebeau popijał zimną kawę i usiłował mówić o czymś innym. Ale sami Gregoire'owie wrócili do strajku i wyrazili zdumienie, że nie ma ustaw zabraniających robotnikom przerywania pracy. Paweł uspokajał Cecylkę, powiadamiając ją, że lada chwila nadejdą żandarmi.

Wreszcie pani Hennebeau ozwała się do lokaja.

– Hipolicie, zanim przejdziemy do salonu, trzeba pootwierać tam okna i wywietrzyć.

III

Minęły dwa tygodnie, a w poniedziałek tygodnia trzeciego przekonał się pan Hennebeau z nadesłanych mu arkuszy kontrolnych, że liczba pracujących górników zmniejszyła się jeszcze. Liczono na to, że dziś rozpocznie się robota, ale opór zarządu drażnił robotników. Już teraz strajkowały nie tylko Voreux, Crèvecoeur, Mirou i Madeleine, także w Victoire i Feutry-Cantel stawiła się do pracy ledwo czwarta część górników, a zaraza objęła także kopalnię Saint-Thomas. Strajk stawał się powoli ogólny.

Voreux była cicha, wymarła, wielkie place puste, praca spoczywała.

Na tle szarego grudniowego nieba czarno rysowało się w górze na pomoście kilka zapomnianych wózków. W dole, wśród sieci drewnianych rusztowań topniał z dniem każdym zapas węgla, poczęła już przeglądać tu i ówdzie czarna ziemia, a przeciwnie, zapas bierwion służących do stemplowania gnił na deszczu. U przystani w kanale stał do połowy naładowany statek węglowy i spał w mętnej wodzie, tylko ze zsypiska mimo słoty kurzyło się, a u stóp jego stał próżny wóz z dyszlem zadartym melancholijnie do góry. Budynki zwłaszcza zdawały się spoczywać snem głębokim, sortownie o pozapuszczanych żaluzjach, wieża szachtowa, w której przestały dudnić wózki, wić się pasy lin, znikać i ukazywać klatki, kotły oziębły, snuł się tylko cienki pas dymu z wysokiego komina. Puszczano maszynę w ruch rano tylko, by spuścić stajennych, którzy dostarczali żywności koniom, i dozorców, którzy zamienili się teraz w górników i pilnowali sklepień, które zawalały się codziennie pozostawione bez ciągłych naprawek. Począwszy od dziewiątej komunikacja odbywała się tylko za pomocą drabin. Ciszę przerywało tylko głuche ociężałe sapanie pompy, jedynie funkcjonującej jeszcze, bez czego woda zalałaby kopalnię w ciągu dni paru.

Kolonia robotnicza na wzgórzu leżała także w odrętwieniu. Prefekt z Lille zjawił się natychmiast, żandarmi wałęsali się po całym zagłębiu, ale widząc, że wszędzie panuje wzorowy spokój, namyślili się, że nie mają tu nic do roboty, i wrócili do domu. Nigdy jeszcze nie zachowywano się w kolonii tak wzorowo. Mężczyźni nie zaglądali do szynków i spali po dniach całych, kobiety ograniczały się w konsumowaniu kawy i stały rozważniejsze, mniej gadając i plotkując, a wydawało się, że i dzieci pojmują położenie, gdyż zaprzestały wrzasków i chodziły boso, by nie robić hałasu, a jeśli się biły nawet, to w milczeniu. Z ust do ust podawano sobie hasło: Zachowywać się spokojnie.

Ale w mieszkaniu Maheuów drzwi się nie zamykały. Stefan, jako sekretarz kasy, rozdzielił trzy tysiące franków pomiędzy dotkniętych nędzą, a prócz tego jeszcze zebrane drogą subskrypcji i składek paręset franków. Dziś jednakże wyczerpały się już pieniądze, górnicy nie mieli za co żyć i strajkować dalej, głód począł zaglądać przez szyby do mieszkań. Maigrat obiecał kredyt czterotygodniowy, ale po tygodniu rozmyślił się już i przestał dostarczać żywności. Zazwyczaj powodował się rozkazami Kompanii, która teraz widocznie umyśliła zagłodzić górników i złamać w ten sposób ich opór. Maigrat postępował teraz jak kapryśny tyran, dawał chleb lub odmawiał go, stosownie do tego, czy mu się podobała dziewczyna wysłana przez rodziców po żywność, czy nie. Przed Maheudą stanowczo zamknął drzwi, był nieubłagany. Chciał w ten sposób zemścić się za figla spłatanego mu z Katarzyną.

Miarę klęski dopełniły jeszcze mrozy, które ścisnęły nagle, a kobiety z trwogą spoglądały na znikające zapasy węgla, pewne, że nie wydadzą im paliwa w kopalni, jak długo mężczyźni strajkować nie przestaną. Więc nie dość, że mają ginąć z głodu, trzeba będzie nacierpieć się jeszcze przedtem z powodu zimna.

U Maheuów zabrakło już wszystkiego, Levaque'owie żyli z dwudziestu franków pożyczonych od Bouteloupa, Pierronowie mieli dość pieniędzy, jak zawsze, ale chcąc sobie nadać pozory, że cierpią niedostatek na równi z innymi, brali wszystko na kredyt u Maigrata. Bali się, by ich nie nachodzono o pożyczkę. Od soboty wiele rodzin szło spać bez kolacji, a jednak mimo strasznego widma długich głodnych dni nie dała się słyszeć ni jedna skarga. Wszyscy mężnie trwali przy raz wydanym haśle. Co więcej, nabrali takiego zaufania, że zmieniło się ono w ślepą fanatyczną wiarę. Przyrzeczono im, że nastaną czasy sprawiedliwości, więc zdecydowali się cierpieć dla osiągnięcia szczęśliwości powszechnej. Głód zawracał głowy, nigdy też nędzarzom nie przedstawiały się takie szerokie horyzonty, nigdy też tak nie upajano się obrazami złotej niedalekiej przyszłości. Przysłonionymi mgłą wycieńczenia oczyma oglądali tam cuda wyśnione i kraina szczęścia, gdzie wszyscy będą braćmi, wydała im się rzeczywista i bliska, zdawało im się, je już żyją w złotym wieku wspólnej braterskiej pracy i wspólnego używania. Nic nie mogło zachwiać wiary. Tymczasem wyczerpała się kasa, Kompania nie ustępowała, każdy dzień musiał pogarszać sytuację. Mimo to nie tracił nikt nadziei, a na wszystko ruszano tylko ramionami i uśmiechano się pogardliwie. Gdyby nawet ziemia usuwać się teraz im spod nóg zaczęła, nastąpiłoby ocalenie przez cud. Ta wiara zastępowała im chleb i grzała przemarzłe ciała. Strawiwszy bardzo szybko wodziankę zapadali w oszołomienie i w tej ekstazie wiary w lepsze życie podobni byli męczennikom, dzikim zwierzętom niegdyś na pożarcie rzucanym.

Stefan przewodził. W wieczornych rozmowach objawiał swe wyrocznie i w miarę wiadomości nabywanych z książek rozstrzygał wszystkie kwestie. Noce spędzał na czytaniu, prowadził bardzo rozległą korespondencję, zaabonował nawet „Mściciela” (Vengeur), belgijskie pismo socjalistyczne, co w kolonii ostatecznie ugruntowało jego powagę. Upajał się popularnością ten dawny maszynista, później hajer z wiecznie brudnymi rękami, szczęśliwy był, że może rozprawiać o losach górników prowincji całej, kierować Voreux i być osią wszystkiego. Jedno dręczyło go tylko, czuł, że za mało wie i nieraz mieszał się, jak gdyby spotkał wielkiego pana w długim surducie i cylindrze. Pochłaniał książki i gazety, ale czynił to bez metody i trudno mu było pojąć pewne jasne rzeczy, a przeciwnie o innych, o wiele trudniejszych pozwalał sobie mówić z taką swobodą, jakby je doskonale rozumiał. Miał też chwile zwątpienia i niepokoił się, czy podoła swej misji. Może nie był człowiekiem stosownym do tego. Może trzeba by tu adwokata, który by tak umiał postępować, by nie skompromitować kolegów. Ale przychodziła rozwaga, a z nią ufność. Nie, za nic w świecie adwokata! To są szubrawcy, którzy używają swej wiedzy na to, by żyć kosztem ludu. Niech się dzieje co chce. Robotnicy sami muszą bronić swych praw. I znowu rozkosznie marzyć mu się poczynało. Widział się sławnym… Kto wie, może aż w Paryżu dowiedzą się o nim, zjawi się deputacja… pojedzie i tam, w wielkiej wspaniałej sali pocznie z trybuny ciskać gromy, jako pierwszy robotnik w parlamencie.

Od kilku dni miał Stefan kłopoty. Pluchart pisał list za listem, ofiarując się przyjechać, by zagrzać zapał strajkujących. Miano urządzić tajne zgromadzenie, Pluchart miał przewodniczyć, a potem przemówić i wyzyskać strajk dla zwerbowania górników do Międzynarodówki, względem której dotąd zachowywali się opornie. Stefan obawiał się rozruchów, ale byłby już wreszcie sprowadził Plucharta, gdyby nie protesty Rasseneura. A nie mógł się przestać liczyć mimo swego wzięcia z szynkarzem, którego zasługi były dawniejszej daty i który miał wielu zwolenników. Dlatego wahał się i nie wiedział, co odpisać.

Właśnie tego poniedziałku przyszedł nowy list z Lille. Był sam z Maheudą w domu. Maheu znudzony bezczynnością poszedł pod szluzę kanału łapać ryby. Gdyby mu się udało, można by sprzedać i mieć za to talerz zupy. Stary Bonnemort i Jeanlin poszli próbować swych świeżo wyreparowanych nóg, a dzieci i Alzirę wysłała matka na wał zsypiska, by zbierały kawałki węgla. Przy dogasającym ognisku siedziała Maheude sama ze Stelką u piersi.

Gdy Stefan list skończył czytać, spytała:

– Cóż, dobre wieści? Przyślą pieniędzy?

Zaprzeczył głową, a Maheude rzekła:

– Nie wiem, jak przetrwamy ten tydzień… No jakoś się musi przetrzymać! Gdy się ma słuszność, nie brak odwagi… bo zawsze w końcu zwyciężyć się musi… prawda?

Była teraz za wytrwałym strajkowaniem. Naturalnie o wiele lepiej by było, gdyby Kompanię można zmusić bez tego do podwyższenia płac, ale gdy się już raz złożyło kilofy, to brać ich do ręki nie można przed uzyskaniem tego, czego się żąda.

Energia jej była niezłomna. Wolała raczej zginąć, jak poddać się.

– Ach! – wykrzyknął Stefan. – Chciałbym, by wybuchła porządna cholera i uwolniła nas od tych wyzyskiwaczy.

– Nie, nie – odparła – nie należy nikomu życzyć śmierci. Zresztą nie na wiele by się to zdało, miejsca zmarłych zajęliby drudzy, gorsi może jeszcze. Ja pragnę, by przyszli do rozumu i mam na to nadzieję! Przecież wszędzie trafiają się ludzie dobrzy… Wie pan, że jestem przeciwna pańskiej polityce.

Nie pochwalała gwałtownych przemówień Stefana. Chciała tylko, by za pracę płacono, ile warta… i po cóż się troszczyć o sprawy takie, jak bogacze… rząd?… To są cudze sprawy, a mieszając się do nich, można jeszcze co oberwać. Szanowała zresztą młodego człowieka za jego trzeźwość i punktualność w płaceniu, więc przebaczała mu jego politykę.

Stefan począł mówić o republice, która dałaby chleba wszystkim. Ale Maheude potrząsała głową. Pamiętała rok 1848, rok republiki, głodu, rok ich małżeństwa i wielkiej nędzy. Opowiadała smutne dzieje tych czasów z wzrokiem w dal utkwionym, a Stelka spała, nie wypuściwszy z ust piersi matczynej.

– Ni liarda nie było – mruczała – ni co wziąć w usta, a wszystkie kopalnie stały. I cóż był za koniec tych cierpień, jaki skutek tego, że ludzie przymierali głodem jak teraz?…

W tej chwili otwarły się drzwi i oboje ujrzeli ze zdumieniem wchodzącą Katarzynę. Od ucieczki z Chavalem nie pokazywała się w kolonii. Zmieszana była bardzo, tak że zapomniała drzwi zamknąć za sobą. Spodziewała się zastać matkę samą, obecność Stefana nie pozwalała jej wykrztusić słów, które sobie ułożyła po drodze.

– Czegóż tu chcesz? – wrzasnęła Maheude, nie wstając ze stołka. – Nie chcę cię widzieć na oczy, wynoś mi się zaraz. – Katarzyna szukała słów.

– Przyniosłam mamie kawy i cukru… dla dzieci… robiłam poza godzinami…. myślałam o was…

Wyjęła z kieszeni funt kawy i funt cukru i drżącą ręką położyła obie paczki na stole. Strajk w Voreux zaniepokoił ją i zapragnęła trochę dopomóc rodzicom. Ale dobroć serca nie ułagodziła matki.

– Zamiast nam znosić łakocie – odparła – lepiej było zostać z nami i zarabiać.

Posypały się na głowę dziewczyny wyrzuty. Maheuda wylała na nią całą gorycz serca, jaka się tam nagromadziła od miesiąca. Uciekać z kochankiem mając lat szesnaście i to gdy się ma rodzinę żyjącą w nędzy! Na to trzeba być urodzoną kryminalistką, potworem w ludzkim ciele! Jakieś tam głupstwo wybaczyć można, ale takiego postępku nigdy. Czyż zabraniała jej wdawać się z Chavalem? Nie, była wolna jak ptak, żądała tylko, by sypiała w domu.

– Powiedz, dziewczyno – krzyczała – gdzie ty masz serce?

Katarzyna stała przy stole i słuchała wyrzutów, spuściwszy głowę na piersi. Milczała, tylko dreszcz wstrząsał jej drobnym, dziecięcym ciałem. Spróbowała po długiej chwili odpowiadać, wyrzucała oderwane frazesy.

– O, gdyby o to szło, co człowiek chce?!… To on… Każe i słuchać muszę, bo widzisz… jest mocniejszy…. nie wiadomo, co by się stało. Trudno zmieniać coś, co się zmienić nie da… zresztą ten, czy inny… Musi się przecież kiedyś ożenić.

Broniła się bez gniewu z biernością dziecka przedwcześnie zgwałconego. Takie było prawo. Nigdy sobie inaczej miłości nie wyobrażała jak gwałt pod zsypiskiem, dziecko w szesnastym roku życia, a potem po ślubie dożywotnia nędza w domu. Nie rumieniła się… drżała tylko z przerażenia, że ją matka traktuje jak upadłą dziewczynę wobec człowieka, którego obecność mieszała ją i zbijała z tropu.

Stefan wstał tymczasem i, by nie przeszkadzać, udawał, że poprawia węgle w kuchni. Ale spojrzenia ich spotkały się. Ujrzał, że jest blada, wycieńczona, ale mimo to ładna, z głębokimi oczami na bezkrwistej twarzy. Dziwnego doznawał uczucia, pragnął teraz, nie czując zgoła urazy, by szczęśliwa była z człowiekiem, z którym ją los połączył. Rad by był jej pomóc. Gotów był iść do Montsou i zmusić Chavala, by się z nią lepiej obchodził. Ale Katarzyna nie dopatrzyła się w jego wzroku niczego prócz pogardy. Tak, nie patrzyłby w ten sposób. Pogardzał nią. Gardło jej się ścisnęło i nie mogła wyrzec już ani słowa na swe usprawiedliwienie.

31.pensja – tu: emerytura. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
12+
Litres'teki yayın tarihi:
28 mart 2017
Hacim:
540 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: