Kitabı oku: «Odkrycie», sayfa 2
Nagle ktoś mnie zawołał. Odwróciłem się. Byłto jeden z moich dawnych przyjaciół Henryk Sidoine, którego od dziesięciu lat nie widziałem.
Uścisnęliśmy sobie dłonie i rozpoczęliśmy razem, rozmawiając to o tem, to o owem, nasz spacer niedźwiedzia w klatce, który przedtem sam wykonywałem. Wśród rozmowy przyglądaliśmy się podróżnym siedzącym dwoma szeregami na pokładzie okrętu.
Nagle Sidoine wyraził się z prawdziwą wściekłością:
– Pełno samych Anglików tutaj! Co za plugawy naród.
Istotnie pełno było Anglików na okręcie. Mężczyźni stojąc lornetowali horyzont z miną poważną, która zdawała się mówić:
– To my, Anglicy, jesteśmy panami morza! Bum! Bum! Oto my!…
A powiewające z ich kapeluszy białe woale, miały wygląd chorągwi świadczących o ich zadowoleniu.
Młode, płaskie misses, o stopach przypominających ich okręty wojenne, otulone w różnokolorowe szale, uśmiechając się niewyraźnie na widok tego wspaniałego pejsażu. Małe ich główki, wystrzelające ponad temi długiemi postaciami, nakryte były angielskimi kapeluszami, o dziwacznej formie, a misternie poupinane ich fryzury podobne były do zwoju wężów.
Stare misses jeszcze bardziej długie i cienkie, otwierając swoje charakterystyczne szczęki, zdawały się grozić przestrzeni, żółtymi, nieproporcyonalnymi zębami.
Przechodząc koło nich czuło się formalnie zapach kauczuku i wody do zębów.
Sidoine powtórzył ze wzrastającym gniewem:
– Wstrętny, plugawy naród. Czyby to nie można zakazać im przybywania do Francyi?