Kitabı oku: «Stracone złudzenia», sayfa 34
Ewa zdwoiła męstwo, widząc, jak nieszczęście podwaja swą furię. Wielkość męża, naiwność wynalazcy, łzy, jakie podchwyciła nieraz w oczach tego człowieka serca i poezji, wszystko rozwinęło w niej niesłychaną siłę oporu. Szukała jeszcze raz ratunku w sposobie, który się jej tak powiódł. Napisała do Métiviera, aby ogłosił sprzedaż drukarni, ofiarując się spłacić go z uzyskanej sumy i błagając, by nie rujnował Dawida niepotrzebnymi kosztami. Wobec tego sprytnego listu Métivier przytaił się; dysponent odpowiedział, iż w nieobecności pana Métiviera nie może na własną rękę wstrzymać pościgu, ponieważ nie jest to obyczajem jego pryncypała. Ewa ofiarowała odnowienie weksli z poniesieniem wszystkich kosztów, na co dysponent przystał, byle ojciec Dawida zgodził się dać gwarancję lub pokrycie. Wówczas Ewa udała się pieszo do Marsac w towarzystwie matki i Kolba. Wzięła w obroty starego winiarza, była urocza, zdołała rozchmurzyć tę wyschłą fizjonomię, ale kiedy z bijącym sercem wspomniała o gwarancji, ujrzała nagłą i zupełną zmianę na twarzy opoja.
– Gdybym tylko pozwolił synowi, aby przyłożył mi rękę do warg, do krajuszka mej kasy, zanurzyłby ją niebawem aż do samych trzewiów i wypróżniłby wszystko! – wykrzyknął. – Dzieci zawsze żerują w sakiewce ojcowskiej. He, he! A jakże ja dawałem sobie rady? Nie kosztowałem rodziców ani złamanego szeląga. Drukarnia stoi pustką. Jedynie szczury i myszy przychodzą tam drukować… Ty jesteś ładna, lubię cię, jesteś dbała i pracowita; ale syn!… Wiesz, co jest Dawid? Więc ci powiem: uczony nygus833. Gdybym go był zostawił, jak mnie zostawiono, nieznającego liter, i gdybym zrobił zeń niedźwiedzia, jak jego ojciec, miałby dziś majątek… Och, to mój krzyż, ten chłopiec, moje utrapienie!… I na nieszczęście jedynak; nie ma co bowiem myśleć o drugim nakładzie! Wreszcie, ciebie unieszczęśliwia tylko…
Ewa energicznie zaprotestowała gestem.
– Tak – ciągnął, odpowiadając na jej gest – musiałaś wziąć mamkę, zgryzota spędziła ci pokarm. Wiem wszystko, daj pokój, wisicie w trybunale, obębniono was po mieście. Ja byłem tylko niedźwiedziem, nie jestem uczony, nie byłem protem u Didotów, chluby naszego drukarstwa; ale nigdy nie korespondowano ze mną na stemplowym papierze! Wiesz, co sobie mówiłem, obchodząc moje wino, pielęgnując je i zbierając, popychając pomału swoje interesa?… Ot, co mówiłem: „Mój biedny stary, zadajesz sobie wiele trudu, ciułasz talar do talara, zostawisz ładny kawał grosza na komorników, na adwokatów albo na chimery, na fantazje…” Ot, moje dziecko, jesteś matką chłoptasia, który, tak mi się widziało, kiedy go trzymałem do chrztu z panią Chardon, ma w miejsce nosa taką samą truflę jak jego dziadek; otóż słuchaj mnie: myśl nie tyle o mężu, co o tym huncwocie… Mam zaufanie do ciebie… Ty mogłabyś ocalić mój majątek… mój biedny mająteczek…
– Ależ, papusiu, syn będzie twoją chlubą, ujrzysz go pewnego dnia bogatym, bogatym własną pracą, z wstążeczką Legii Honorowej834 na piersi…
– Niby skąd? – spytał winiarz.
– Zobaczy ojciec! Ale nim to nastąpi, czy zrujnowałby cię tysiąc talarów?… Tysiącem talarów mógłbyś wstrzymać pościg… Więc dobrze, jeśli nie masz zaufania do Dawida, pożycz mnie, ja ci oddam, ubezpieczysz je na moim posagu, na mojej pracy…
– Zatem Dawida ścigają? – wykrzyknął winiarz, zdumiony, iż to, co uważał za potwarz, jest prawdą. – Oto co znaczy umieć się podpisać!… A moje czynsze!… O, panienko, trzeba mi w te pędy iść do Angoulême, zabezpieczyć się i pogadać z Cachanem, moim zastępcą… Ślicznieś zrobiła, żeś mnie przyszła odwiedzić… Dobrze wiedzieć zawczasu, jak rzeczy stoją…
Po dwugodzinnej walce Ewa musiała odejść, pobita tym niezwyciężonym argumentem: „Kobiety nie mają pojęcia o interesach”. Przybywszy z nieokreśloną nadzieją, Ewa puściła się z powrotem niemal złamana. Wróciwszy, trafiła właśnie na czas, aby otrzymać wyrok skazujący Sécharda na zapłacenie Métivierowi całej sumy. Na prowincji obecność woźnego u drzwi jest sama z siebie wielkim wydarzeniem; ale Doublon zachodził tu od jakiegoś czasu zbyt często, aby sąsiedztwo nie miało o tym gadać. Toteż Ewa nie śmiała wychodzić z domu, obawiała się usłyszeć po drodze szepty.
– Och, bracie, bracie! – wykrzyknęła biedna Ewa, przebiegając korytarz i wstępując na schody. – Nie mogłabym ci przebaczyć, chyba w godzinie…
– Ha! – rzekł Séchard, który wyszedł naprzeciw. – Chodziło o to, aby go ratować od samobójstwa.
– Nie mówmy więc już o nim nigdy – odparła łagodnie. – Kobieta, która go wciągnęła w otchłań Paryża, ma ciężką zbrodnię na sumieniu!… A twój ojciec, Dawidzie, jest bardzo nielitościwy!… Cierpmy w milczeniu.
Dyskretne pukanie wstrzymało tkliwe słowa na ustach Dawida; ukazała się Maryna, ciągnąc przez pokój wielkiego i zwalistego Kolba.
– Proszę pani – rzekła – oboje, Kolb i ja, widzimy, że państwo są w ciężkim kłopocie; że zaś mamy razem do kupy tysiąc i sto franków oszczędności, pomyśleliśmy, że nie można by lepiej ich ulokować niż w rękach pani…
– Hum, hum – przytwierdził Kolb z zapałem.
– Kolbie – wykrzyknął Dawid Séchard – nie rozstaniemy się nigdy! Zanieś tysiąc franków na rachunek do Cachana, adwokata, ale żądaj pokwitowania; zatrzymamy resztę. Kolbie, niech żadna siła ludzka nie wydrze ci słowa o tym, co ja robię, kiedy się wydalam835 z domu, o tym, co mógłbyś widzieć, że przynoszę z sobą. Kiedy cię poślę, abyś nazbierał ziół, wiesz, niech żadne oko ludzkie cię nie ujrzy. Będą starali się, mój dobry Kolbie, przekupić cię, ofiarując ci tysiące, może dziesiątki tysięcy, abyś…
– Szepy mi tafali miliony, nie biznąłpym ani złofa! A po ja do nie snam, co je rosgaz fojsgofy?
– Zatem wiesz, czego się trzymać, maszeruj i poproś pana Petit-Clauda, aby był obecny przy wręczaniu gotówki panu Cachanowi.
– Tag – rzekł Alzatczyk – zbocifam zię gietyź pydź tozyć pokady, szepy mu fykarpofać mortę, demu gausybercie836! Nie botopa mi się jeko wadzjada!
– To dobry człowiek, proszę pani – rzekła gruba Maryna – mocny jak wół, a łagodny jak baranek. Szczęśliwa kobieta, która by go dostała za męża! Toć to on wpadł na tę myśl, aby tak umieścić nasze sazłuki! Zacne człeczysko! Źle gada, ale dobrze myśli, i rozumiem go i tak. Wybiera się już iść pracować do obcych, żeby domu nic nie kosztować.
– Chciałoby się zostać bogatym bodaj po to, aby nagrodzić tych dzielnych ludzi – rzekł Séchard, spoglądając na żonę.
Ewie zdawało się to zupełnie proste, nie była zdziwiona, spotykając duszę na wysokości swojej. Zachowanie jej byłoby wytłumaczyło całą piękność jej charakteru najtępszemu osobnikowi, nawet obojętnemu.
– Będzie pan bogaty, drogi panie, chlebuś już jak w szabaśniku837 – zawołała Maryna – ojciec kupił nowy folwark, gromadzi dla was, gromadzi ładny mająteczek…
W tych okolicznościach te słowa, powiedziane przez Marynę, aby zmniejszyć poniekąd wartość jej postępku, czyż nie zdradzały już same najwyborniejszej delikatności?
Jak wszystkie rzeczy tego świata, procedura francuska ma swoje błędy; mimo to, jak broń ma dwa ostrza, i ona służy zarówno do obrony, jak do ataku. Prócz tego to w niej jest zabawne, że jeśli dwaj adwokaci porozumieją się (a mogą się porozumieć, nie wymieniając ani dwóch słów, rozumieją się za pomocą samych kroków swojej procedury), wówczas proces podobny jest do wojny takiej, jak ją prowadził pierwszy marszałek de Biron838, któremu syn poddawał przy oblężeniu Rouen sposób wzięcia miasta w dwa dni; „Tak ci już pilno – odparł – wrócić do sadzenia kapusty?” Dwaj wodzowie mogą wlec wojnę w nieskończoność, nie doprowadzając do niczego stanowczego i oszczędzając armię wedle metody austriackich generałów, których Rada Nadworna nigdy nie potępia za to, iż chybili jakiej kombinacji, aby pozwolić zjeść w spokoju obiad żołnierzom. Imć Cachan, Petit-Claud i Doublon zachowali się jeszcze lepiej niż generałowie austriaccy, wzorowali się na Austriaku starożytności, na Fabiuszu Kunktatorze839.
Petit-Claud, chytry jak muł, rychło zrozumiał wszystkie korzyści swej pozycji. Z chwilą gdy Cointet gwarantował koszty, adwokat postanowił grać w ciuciubabkę z Cachanem i błysnąć swoim talentem przed oczyma fabrykanta papieru, stwarzając incydenty, które by obciążyły Métiviera. Ale nieszczęściem dla chwały tego młodego Figara840 palestry841 historyk musi przejść przez teren jego czynów tak, jakby stąpał po rozżarzonych węglach. Jeden rachunek kosztów, jak ów paryski, wystarcza z pewnością dla historii współczesnych obyczajów. Naśladujmy tedy styl biuletynów Wielkiej Armii842; dla jasności bowiem opowiadania, im szybsze będzie streszczenie czynów i działań Petit-Clauda, tym lepszą będzie ta stronica wyłącznie sądownicza.
Pozwany 3 lipca przed trybunał w Angoulême, Dawid nie stawił się; ósmego doręczono wyrok. Dziesiątego Doublon zakomunikował mu nakaz zajęcia i usiłował w istocie 12 lipca dokonać tegoż zajęcia, któremu sprzeciwił się Petit-Claud, pozywając wzajem Métiviera z terminem dwutygodniowym. Ze swej strony Métivierowi wydał się ten czas zbyt długi; odpowiedział nowym pozwem krótkoterminowym i uzyskał dziewiętnastego wyrok, który oddalił Sécharda z jego sprzeciwem. Ten wyrok, doręczony bez zwłoki dwudziestego pierwszego, uprawnił do zajęcia dnia dwudziestego drugiego, nakazu uwięzienia dwudziestego trzeciego i protokołu zajęcia dwudziestego czwartego. Ta gorączka okupacyjna spotkała się z zaporą ze strony Petit-Clauda, który sprzeciwił się, zgłaszając apelację. Apelacja ta, ponowiona 15 lipca, ściągnęła Métiviera do Poitiers.
– Dobrze – powiedział sobie Petit-Claud – możemy zostać jakiś czas w tym punkcie.
Z chwilą gdy raz burza skierowała się na Poitiers, do adwokata trybunału apelacyjnego, któremu Petit-Claud dał instrukcje, dwulicowy ten obrońca pozwał w krótkiej drodze Dawida Sécharda, imieniem pani Séchard, o separację majątkową. Wedle wyrażenia trybunału, „przypiłował” sprawę w ten sposób, iż uzyskał wyrok separacji 28 lipca, ogłosił go w „Kurierze Charenty” i zalegalizował po formie843. Dnia 1 sierpnia odbyła się w obecności rejenta likwidacja pretensji pani Séchard, która stawała się wierzycielką męża na drobną sumę dziesięciu tysięcy posagu, jaki rozkochany oblubieniec przyznał jej w kontrakcie ślubnym. Na pokrycie tej pretensji Dawid ustąpił jej ruchomości drukarni oraz prywatnego mieszkania. Ubezpieczywszy w ten sposób mienie małżeństwa, Petit-Claud przeforsował w Poitiers zasadę, na której oparł swą apelację. Wedle niego, Dawid nie był odpowiedzialny za koszty, jakich przyczynił w Paryżu pościg przeciw Lucjanowi de Rubempré, ile że cywilny trybunał departamentu Sekwany w wyroku swoim obciążył nimi Métiviera. Pogląd ten, uznany przez trybunał za słuszny, uświęcono wyrokiem, który zatwierdził pretensje wytoczone przed trybunał handlowy w Angoulême przeciw Dawidowi Séchardowi, uchylając z nich sumę sześciuset franków z kosztów paryskich, przerzuconych na Métiviera, rozkładając niektóre koszty między strony, zważywszy okoliczności usprawiedliwiające apelację Sécharda. Wyrok ten, doręczony 17 sierpnia Dawidowi Séchardowi, wyraził się dnia 18 sierpnia w nakazie zapłacenia kapitału, procentów i należnych kosztów; w ślad za nim nastąpił protokół zajęcia 20 sierpnia. Tutaj Petit-Claud założył sprzeciw w imieniu pani Séchard i zażądał wyłączenia ruchomości, jako należących do legalnie separowanej małżonki. Co więcej, Petit-Claud wprowadził na scenę starego Sécharda, który stał się jego klientem. Oto w jaki sposób:
Nazajutrz po odwiedzinach synowej stary winiarz udał się do swego zastępcy prawnego, Cachana, aby się go poradzić o zabezpieczenie zaległych czynszów, narażonych na niebezpieczeństwo w katastrofie synowskiej.
– Nie mogę zajmować dla ojca wówczas, gdy ścigam syna, ale idź pan pomówić z Petit-Claudem; to zręczna sztuka, wygodzi panu może lepiej ode mnie.
W trybunale Cachan rzekł do Petit-Clauda:
– Posłałem ci starego Sécharda, zajmij za mnie, zrewanżuję się przy sposobności.
Między adwokatami, zarówno na prowincji, jak w Paryżu, praktykuje się tego rodzaju usługi.
Nazajutrz Wielki Cointet odwiedził swego sprzymierzeńca i rzekł:
– Staraj się pan dać szkołę ojcu Séchardowi! Ten człowiek nigdy nie darowałby synowi, że go kosztował tysiąc franków; uraza ta wysuszy w jego sercu wszelką szlachetną myśl, gdyby nawet zakiełkowała!
– Wracaj pan do swego wina – rzekł Petit-Claud nowemu klientowi – syn pański jest w kłopotach, nie obciążajże go pan swoim wiktem. Wezwę pana, gdy będzie czas.
Zatem w imieniu starego Sécharda Petit-Claud wystąpił z twierdzeniem, że prasy, bezprawnie opieczętowane, są, z przeznaczenia swego, nieruchomością, ile że od panowania Ludwika XIV dom służył za drukarnię. Cachan, oburzony imieniem Métiviera, który, natknąwszy się w Paryżu na meble Lucjana należące do Koralii, znajdował znowuż w Angoulême meble Dawida będące własnością żony i ojca (ładne słówka padły w tym duchu na rozprawie!), pozwał ojca i syna, aby obalić tego rodzaju pretensje.
– Chcemy – wykrzyknął – zdemaskować podstępy tych ludzi, którzy ze złej wiary budują najstraszliwsze fortyfikacje; którzy z najniewinniejszych i najjaśniejszych paragrafów kodeksu robią palisadę dla własnej obrony! I przed czym? Przed zapłatą trzech tysięcy franków! Pobranych gdzie?… W kasie biednego Métiviera. I ktoś śmie jeszcze potępiać eskonterów! W jakich czasach żyjemy!… Czy w końcu, pytam, nie dojdzie do tego, że zacznie się po prostu czerpać w kieszeni sąsiada?… Nie możecie panowie dawać sankcji pretensjom, które wprowadziłyby niemoralność w samo serce wymiaru sprawiedliwości!…
Sąd w Angoulême, wzruszony piękną obroną Cachana, przyznał w obecności stron wyłączną własność mebli jedynie pani Séchard, oddalił pretensje ojca i skazał go w krótkiej drodze na zapłacenie czterystu trzydziestu czterech franków sześćdziesięciu pięciu centymów z tytułu kosztów.
– Dobrze tak staremu Séchardowi – rzekli, śmiejąc się, adwokaci – chciał dobrać się do miodu, niech mu gęba spuchnie!
Dnia 26 sierpnia doręczono wyrok, tak iż 28 sierpnia można było dokonać zajęcia pras i przyborów drukarskich. Przylepiono afisze!… Uzyskano, na prośbę strony, wyrok przyzwalający sprzedaż na miejscu. Zamieszczono ogłoszenie o sprzedaży w dziennikach; Doublon pochlebiał sobie, iż 2 września będzie mógł przystąpić do sprawdzenia inwentarza i sprzedaży. W tej chwili Dawid Séchard, mocą prawomocnego osądu i wyroku niewolącego do zapłaty, całkiem legalnie winien był Métivierowi łączną sumę pięciu tysięcy dwustu siedemdziesięciu pięciu franków dwudziestu pięciu centymów, nie licząc procentów.
Winien był Petit-Claudowi tysiąc dwieście franków, plus honoraria; cyfrę ich, w duchu szlachetnego zaufania dorożkarzy, którzy ostro powieźli gościa, zostawiono jego hojności. Pani Séchard winna była Petit-Claudowi około trzystu pięćdziesięciu franków i honoraria. Ojciec Séchard winien był swoich czterysta trzydzieści cztery franki sześćdziesiąt pięć centymów, Petit-Claud zaś żądał odeń sto talarów honorarium. Tak zatem wszystko łącznie mogło dochodzić do dziesięciu tysięcy. Poza użytecznością tych dokumentów dla cudzoziemskich narodów, które będą mogły oglądać w nich grę artylerii sądowej we Francji, godzi się, aby prawodawca (jeżeli w ogóle prawodawca ma czas na czytanie) poznał, jak daleko może zajść nadużycie procedury. Czy nie powinno by się ukuć maleńkiego prawa, które by w pewnych wypadkach zabraniało adwokatom przekraczać kosztami sumy stanowiącej przedmiot procesu? Czy nie jest pocieszne, aby pod dawać półmorgową844 habendę845 tym samym formalnościom co milionowe dobra? Dzięki temu bardzo suchemu przedstawieniu wszystkich faz sprawy można zrozumieć znaczenie tych słów: formalność, sprawiedliwość, koszty, o których ogromna większość Francuzów nie ma pojęcia. Oto co się nazywa w gwarze sądowej zapuścić ogień w czyjeś interesa. Czcionki drukarni, ważące pięć tysięcy funtów846, warte były, na metal, dwa tysiące franków. Trzy prasy warte były sześćset franków. Resztę sprzedano by jako stare żelastwo i stare drzewo. Urządzenie domu byłoby dało najwyżej tysiąc franków. Zatem z walorów należących do Sécharda-syna i przedstawiających sumę około czterech tysięcy Cachan i Petit-Claud ukuli pretekst do siedmiu tysięcy franków kosztów, nie licząc przyszłości, której kwiat, jak się pokaże, zapowiadał dość piękne owoce. Zaiste, kauzyperdzi847 Francji i Nawarry, ba, nawet Normandii, wyrażą szacunek i podziw imć panu Petit-Claudowi; ale ludzie z sercem czyż nie użyczą łzy sympatii Kolbowi i Marynie?
Podczas tej wojny Kolb, warując na krześle przy drzwiach, o ile Dawid go nie potrzebował, spełniał obowiązki czujnego psa. Odbierał akta sądowe, w czym zresztą dependent Petit-Clauda otaczał go ścisłym nadzorem. Kiedy afisze ogłosiły sprzedaż materiału drukarni, Kolb zdarł je natychmiast i pobiegł na miasto zdzierać je również, krzycząc:
– Łajtagi… trędżydź dagieko sadzneko dżłofiega! Do zię nasyfa zbrafietlifośdź!
Maryna zarabiała do południa dziesięć su, obracając machinę w papierni, i pokrywała tym codzienne wydatki. Pani Chardon podjęła bez szemrania nużące obowiązki pielęgniarki i przynosiła córce z końcem każdego tygodnia swój zarobek. Odprawiła już dwie nowenny, dziwiąc się, iż znajduje848 Boga głuchym na prośby i ślepym na światło ofiarowanych świeczek.
2 września Ewa otrzymała jedyny list, jaki napisał Lucjan od czasu, gdy oznajmił szwagrowi puszczenie w obieg jego trzech weksli, co Dawid ukrył był przed żoną.
– Trzeci list, jaki dostałam od niego od wyjazdu! – rzekła biedna siostra, wahając się z rozpieczętowaniem nieszczęsnego papieru.
W tej chwili właśnie dawała pić dziecku; karmiła je z flaszeczki, trzeba było bowiem dla oszczędności oddalić mamkę. Mąż spał: spędziwszy noc na fabrykowaniu papieru, zasnął nad ranem. Można osądzić, w jaki stan, zarówno ją, jak Dawida, którego zbudziła, wprawiło odczytanie następującego listu:
Paryż, 29 sierpnia
Droga siostro!
Przed dwoma dniami, o piątej rano, wydała ostatnie tchnienie jedna z najpiękniejszych istot, jedyna kobieta zdolna mnie kochać tak, jak Ty mnie kochasz, jak kochają mnie Dawid i matka, łącząc do uczuć tak bezinteresownych to, czego nie mogą dać matka i siostra: upojenia miłości! Poświęciwszy mi wszystko, może biedna Koralia umarła dla mnie, dla mnie, który w tej chwili nie mam jej za co pogrzebać… Byłaby mnie pocieszyła po zawodach życia; Wy jedni, drogie anioły, możecie mnie pocieszyć po jej śmierci. Ta święta dziewczyna znajdzie, sądzę, łaskę w oczach Boga, umarła bowiem po chrześcijańsku. Och! Paryż!… Ewo moja, Paryż jest zarazem chwałą i hańbą Francji!… Straciłem już w nim dosyć złudzeń i stracę ich resztę, żebrząc o tę trochę849 pieniędzy, których potrzebuję, aby w poświęcanej ziemi złożyć ciało anioła!
Twój nieszczęśliwy brat Lucjan.
P.S. Musiałem Ci sprawić wiele zgryzot mą lekkomyślnością, dowiesz się kiedyś wszystkiego i wytłumaczysz mnie. Zresztą, możesz być spokojna: widząc nas tak udręczonych – Koralię i mnie – zacny przemysłowiec, któremu uczyniłem wiele złego, pan Camusot, podjął się załatwić, jak mówił, tę sprawę.
– List jeszcze mokry od łez! – rzekła do Dawida, patrząc nań tak miłosiernie, że w oczach jej błyszczało coś z dawnego przywiązania do Lucjana.
– Biedny chłopiec, musiał bardzo cierpieć, jeśli w istocie tak go kochała, jak on mówi! – wykrzyknął szczęśliwy małżonek Ewy.
I zarówno mąż, jak żona, wobec krzyku tego ostatecznego bólu, zapomnieli o wszystkich swoich cierpieniach. W tej samej chwili Maryna wpadła, wołając:
– Proszę pani, idą!… Idą!…
– Kto?
– Doublon i jego draby, sam diabeł! Kolb bije się z nimi, będą sprzedawać.
– Nie, nie, nie będą sprzedawać, uspokójcie się! – wykrzyknął Petit-Claud, którego głos zabrzmiał w przyległym pokoju. – Podpisałem właśnie apelację. Nie możemy zostawać pod brzemieniem wyroku, który pomawia nas o złą wiarę. Nie mam zamiaru bronić się tutaj. Aby zyskać na czasie, pozwoliłem wygadać się Cachanowi, gdy ja gotuję się odnieść triumf jeszcze raz w Poitiers…
– Ale ile ten triumf będzie kosztował? – spytała pani Séchard.
– Moje honorarium, jeśli wygracie, a tysiąc franków, jeżeli przegramy.
– Mój Boże – wykrzyknęła biedna Ewa – czyż to lekarstwo nie jest gorsze od choroby?
Słysząc ten krzyk niewinności oświeconej łuną sądowniczego pożaru, Petit-Claud stanął jak osłupiały, tak uderzyła go piękność Ewy. Równocześnie zjawił się, wezwany przez adwokata, stary Séchard. Obecność starca w sypialni młodej pary, gdzie wnuczek w kołysce uśmiechał się do nieszczęścia, dopełniła tej sceny.
– Papo Séchard – rzekł młody adwokat – winien mi pan siedemset franków za interwencję; ale ściągniesz je sobie z syna, doliczając do czynszów, które ci jest dłużny.
Stary winiarz odczuł gryzącą ironię, jaką Petit-Claud włożył w swoje słowa.
– Mniej byłoby ojca kosztowało zaręczyć za Dawida!… – rzekła Ewa, odchodząc od kołyski, aby uściskać starca.
Dawid, przygnębiony zbiegowiskiem, jakie uczyniło się przed domem, gdzie walka Kolba z ludźmi Doublona ściągnęła ciekawych, wyciągnął rękę do ojca bez słowa powitania.
– Jakim cudem mogę być panu winien siedemset franków? – zapytał starzec Petit-Clauda.
– Ba, za to, iż, po pierwsze, dokonałem zajęcia pańskim imieniem. Ponieważ chodzi o pańskie czynsze, jest pan wobec mnie odpowiedzialny wraz ze swym dłużnikiem. Jeśli syn nie zapłaci mi kosztów, pan zapłacisz… Ale to nic: za kilka godzin przyjdą tu, aby wsadzić Dawida do więzienia, czy pozwoli pan na to?
– Ile jest winien?
– Phi, jakieś pięć do sześciu tysięcy, nie licząc tego, co jest winien panu i żonie.
Starzec, z sercem napojonym nieufnością, spojrzał na wzruszający obraz, jaki przedstawiał jego oczom ten biało-niebieski pokój: piękna kobieta we łzach przy kołysce; Dawid, uginający się wreszcie pod brzemieniem zgryzot; adwokat, który może ściągnął go tu niby do pułapki… Stary niedźwiedź pomyślał, iż może zagrano na kartę jego ojcowskich uczuć; zląkł się, aby go nie wyzyskano. Zbliżył się do kołyski, aby popieścić malca, który wyciągał ku niemu rączyny. Wśród tylu trosk dziecko, pielęgnowane jak dziecko para850 Anglii, miało na głowie śliczny haftowany czepeczek z różową podszewką.
– Et, niech Dawid radzi sobie, jak umie; ja myślę tylko o dziecku – zawołał stary – a matka przyzna mi słuszność. Dawid jest tak uczony, że powinien wiedzieć, jak zapłacić długi.
– Ja panu dokładnie wyklaruję pańskie uczucia – rzekł drwiąco adwokat. – Ot, papo Séchard, jesteś zazdrosny o syna. Posłuchaj pan prawdy! Wtrąciłeś Dawida w katastrofę, sprzedając mu drukarnię trzy razy drożej, niż była warta, i rujnując go, aby ściągnąć tę lichwiarską cenę. Tak, nie potrząsaj głową, dziennik sprzedany Cointetom, którego cenę ty zgarnąłeś w całości do kieszeni, stanowił całą wartość twej drukarni… Nienawidzisz syna nie tylko dlatego, żeś go ograbił, ale także, żeś uczynił zeń człowieka przerastającego cię stanem. Nadajesz sobie tony niezwykłej miłości dla wnuka, aby pokryć bankructwo uczuć wobec syna i synowej, którzy by cię kosztowali nieco grosza hic et nunc851, gdy wnuk potrzebuje twego przywiązania jedynie in extremis852. Kochasz tego malca, aby zachować pozór, iż kochasz kogoś ze swych bliskich, i nie być pomawianym o brak serca. Oto co siedzi na dnie worka, papo Séchard…
– Czyście mnie po to sprowadzili, aby mi kazać tego słuchać? – rzekł starzec groźnie, spoglądając kolejno na adwokata, synową i syna.
– Ależ, panie – krzyknęła biedna Ewa, zwracając się do Petit-Clauda – czyś pan zaprzysiągł naszą zagładę? Nigdy Dawid nie skarżył się na ojca…
Winiarz spojrzał na nią podejrzliwie.
– Mówił mi sto razy, że ojciec kocha go na swój sposób – rzekła do starca, odczuwając jego nieufność.
Zgodnie z instrukcjami Wielkiego Cointeta, Petit-Claud starał się do reszty poróżnić ojca z synem, aby przypadkiem ojciec nie wybawił syna z okrutnego położenia.
– W dniu, w którym będziemy mieli Dawida pod kluczem – powiedział mu w wilię Wielki Cointet – przedstawię cię pani de Senonches.
Przenikliwość, jaką daje przywiązanie, oświeciła panią Séchard, która odgadywała to robione oburzenie, jak niegdyś wyczuła zdradę Cérizeta. Każdy łatwo zrozumie zdziwioną minę Dawida, który nie mógł pojąć, w jaki sposób Petit-Claud zna tak dobrze ojca i jego sprawy. Uczciwy drukarz nie podejrzewał stosunków swego obrońcy z Cointetami; nie wiedział zresztą, że Cointetowie tkwią w skórze Métiviera. Milczenie Dawida było zniewagą dla starego winiarza; toteż adwokat skorzystał ze zdumienia klienta, aby opuścić pole.
– Bądź zdrów, drogi Dawidzie; ostrzegałem cię, apelacja nie uchyla osobistego przymusu; wierzycielom twoim zostaje ta jedyna droga, użyją jej. Zatem uciekaj! Albo raczej, jeśli chcesz mnie posłuchać, ot, rozmów się z braćmi Cointetami, oni mają kapitały; jeśli twoje odkrycie jest gotowe i udane, stowarzysz się z nimi; to są, razem wziąwszy, bardzo gładcy ludzie…
– Co za sekret? – zapytał ojciec Séchard.
– Czyż pan wyobraża sobie, iż twój syn byłby na tyle głupi, aby zaniedbać drukarnię, nie mając czego innego w głowie? – wykrzyknął adwokat. – Jest na drodze, zwierzył mi się, fabrykowania papieru po trzy franki ryza, gdy obecnie wypada ona dziesięć…
– Jeszcze jeden sposób, aby mnie złapać! – wykrzyknął ojciec Séchard. – Wąchacie się tu wszyscy jak złodzieje na jarmarku. Jeżeli Dawid to wynalazł, nie potrzebuje mnie, jest milionerem! Do widzenia, miłe ptaszyny, dobranoc!
I skierował się ku schodom.
– Myśl o tym, jak się ukryć – rzucił Dawidowi Petit-Claud, który pobiegł za starym, aby go jeszcze podjudzić.
Adwokacina dopadł mruczącego pod nosem winiarza na placu du Mûrier, odprowadził go do Houmeau i rozstał się z nim, grożąc, iż o ile nie będzie zapłacony w ciągu tygodnia, wytoczy proces o należne koszty.
– Zapłacę panu, jeśli mi dasz sposoby wydziedziczenia syna bez szkody dla wnuka i synowej!… – rzekł stary, gwałtownie skręcając w ulicę.
– Jak ten Wielki Cointet zna ludzi!… Ha, ha, powiedział mi z góry: te siedemset franków kosztów wstrzymają ojca od zapłacenia siedmiu tysięcy za syna – wykrzykiwał kauzyperda, drapiąc się z powrotem do Angoulême. – Bądź co bądź, nie dajmy się wykierować temu wydze papiernikowi; czas wycisnąć zeń coś więcej niż słowa.
– No i cóż, drogi Dawidzie, co myślisz począć?… – rzekła Ewa do męża, kiedy ojciec i adwokat opuścili mieszkanie.
– Postaw największy kociołek na ogniu, moje dziecko – krzyknął Dawid do Maryny – mam wreszcie tajemnicę!…
Słysząc te słowa, Ewa z gorączkową żywością włożyła kapelusz, szal, trzewiki.
– Ubieraj się, mój drogi – rzekła do Kolba – pójdziesz ze mną; muszę się dowiedzieć, czy istnieje sposób wydobycia się z tego piekła.
– Panie – wykrzyknęła Maryna po wyjściu Ewy – niechże pan będzie rozsądny albo pani umrze ze zgryzoty. Niech pan znajdzie pieniądze, aby zapłacić, co pan winien, a później będzie pan szukał skarbów, ile się panu podoba…
– Cicho, Maryna – odparł Dawid – zwyciężymy ostatnią trudność. Będę miał równocześnie patent na wynalazek i na udoskonalenie.
Rana wynalazców we Francji to patent na udoskonalenie. Człowiek strawi dziesięć lat życia na szukanie sekretu jakiegoś przemysłu, jakiejś machiny, odkrycia, bierze patent, sądzi, że jest panem rzeczy; w ślad jego idzie konkurent, który jeśli wynalazca nie przewidział wszystkiego, udoskonala jego odkrycie jedną śrubką i wydziera mu je z rąk. Otóż w fabrykacji papieru sam wynalazek taniej masy to jeszcze nie było wszystko! Inni mogli ulepszyć ten proceder. Dawid Séchard chciał wszystko przewidzieć, aby się nie narażać na utratę fortuny, szukanej wśród tylu przeciwności. Papier holenderski (ta nazwa została się papierowi wyrabianemu z czystej szmaty lnianej, mimo że Holandia już go nie wyrabia) jest lekko gumowany; ale gumuje się go arkusz po arkuszu zabiegiem ręcznym, który podraża papier. Gdyby można gumować miazgę w kadzi, za pomocą taniego kleju (co robi się zresztą dziś, ale jeszcze niedoskonale), nie zostałoby już żadnej możliwości udoskonalenia. Od miesiąca Dawid szukał tedy sposobu gumowania w kadzi ciasta papierowego. Mierzył od razu w dwie tajemnice.
Ewa udała się do matki. Pomyślnym zbiegiem pani Chardon pielęgnowała żonę sekretarza sądu, która świeżo obdarzyła spadkobiercą rodzinę Milaudów z Nevers. Ewa, nieufna wobec adwokackiej czeredy, wpadła na pomysł, aby w tym krytycznym położeniu zasięgnąć rady urzędowego obrońcy wdów i sierot, zapytać, czy mogłaby wyzwolić Dawida, przyjmując na siebie zobowiązanie, sprzedając swoje prawa; równocześnie zaś miała nadzieję dowiedzieć się prawdy o dwuznacznym postępowaniu Petit-Clauda. Urzędnik, zaskoczony pięknością pani Séchard, przyjął ją nie tylko z względami dłużnymi kobiecie, ale z odcieniem dworności, do której Ewa nie przywykła. Biedna kobieta ujrzała w oczach urzędnika ten wyraz, który od czasu swego małżeństwa znajdowała jedynie u Kolba; a wyraz ten dla kobiet pięknych jak Ewa jest kryterium, za pomocą którego sądzą ludzi. Kiedy inna namiętność, interes lub wiek ostudzą w oczach mężczyzny ten błysk bezwarunkowego poddania, jaki płonie w nich w młodym wieku, wówczas kobieta nabiera nieufności do tego człowieka i zaczyna go obserwować. Cointetowie, Petit-Claud, Cérizet, wszyscy ludzie, w których Ewa odgadła nieprzyjaciół, patrzyli na nią okiem suchym i zimnym; uczuła się tedy mile pogłaskana obejściem sekretarza. Jednak prawnik, przyjmując panią Séchard z całą uprzejmością, zniweczył zarazem w niewielu słowach wszystkie nadzieje.
– Nie jest pewne, proszę pani – rzekł – czy apelacja skasuje wyrok, który ogranicza do mebli mieszkalnych cesję, jaką ze wszystkiego, co posiadał, uczynił na pani rzecz mąż, aby zabezpieczyć jej pretensje. Pani przywilej nie może służyć jako parawan. Natomiast, ponieważ będzie pani dopuszczona w charakterze wierzycielki do podziału ceny zajętych przedmiotów, ponieważ teść pani również będzie miał prawo wkroczenia tytułem należnych czynszów, wyłoni się, już po wyroku, materia do innych kontestacji853, z racji tego, co nazywamy w terminach prawnych kontrybucją.
– Zatem Petit-Claud rujnuje nas? – wykrzyknęła.
– Postępowanie pana Petit-Clauda – odparł urzędnik – zgodne jest ze zleceniem, jakie mu dał mąż pani, który chce, jak mówi jego zastępca prawny, zyskać na czasie. Wedle mnie, może byłoby lepiej wyrzec się prawa apelacji i starać się utrzymać – pani i teść – jako nabywcy przy sprzedaży przyborów najpotrzebniejszych do waszego przemysłu: pani w granicach tego, co jej ma przypaść, on w wysokości sumy swoich czynszów. Ale to by znaczyło iść zbyt szybko do celu. Adwokaci was skubią!
