Kitabı oku: «Stracone złudzenia», sayfa 37

Yazı tipi:

Nasz prefekt, hrabia du Châtelet, już zamianowany zwyczajnym podkomorzym JKM883, otrzymał godność radcy stanu do nadzwyczajnych poruczeń.

Wszystkie władze złożyły wczorajszego dnia panu Prefektowi swoje uszanowanie.

Hrabina Sykstusowa du Châtelet będzie przyjmowała co czwartek.

Mer Escarbas, pan de Nègrepelisse, reprezentant młodszej gałęzi rodziny d’Espard, ojciec pani du Châtelet, świeżo mianowany hrabią, parem Francji i komandorem Św. Ludwika884, jest, jak powiadają, upatrzony na przewodniczącego wielkiego kolegium wyborczego w Angoulême przy najbliższych wyborach.

– Patrz! – rzekł Lucjan do siostry, przynosząc dziennik.

Przeczytawszy uważnie, Ewa oddała gazetę Lucjanowi z zamyśloną twarzą.

– Cóż ty na to?… – spytał Lucjan, zdziwiony tą wstrzemięźliwością, która miała odcień chłodu.

– Mój drogi – rzekła – ten dziennik należy do Cointetów; oni wyłącznie rozstrzygają o treści; zniewolić może ich pod tym względem jedynie prefektura albo konsystorz. Czy przypuszczasz, że twój dawny rywal, dzisiejszy prefekt, jest dość wspaniałomyślny, aby śpiewać twoje pochwały? Czy zapominasz, że Cointetowie ścigają nas pod nazwiskiem Métiviera i chcą z pewnością doprowadzić Dawida do tego, aby im oddał w ręce zyski swego odkrycia?… Z którejkolwiek strony pochodzi ten artykuł, wydaje mi się niepokojący. Budziłeś tutaj jedynie nienawiści, zazdrości; spotwarzano cię na mocy przysłowia: „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”, i oto wszystko zmienia się w mgnieniu oka.

– Nie znasz miłości własnej prowincjonalnych miasteczek – odparł Lucjan. – W pewnej mieścinie na południu ludność wyległa, aby przyjmować u bram młodego człowieka, który otrzymał nagrodę na jakimś konkursie, widząc w nim wielkiego człowieka in spe885!

– Słuchaj mnie, drogi Lucjanie, nie chcę ci mówić kazań, powiem wszystko w jednym słowie: miej się tu na baczności przed najmniejszym drobiazgiem.

– Masz słuszność – odparł Lucjan, przykro dotknięty, iż znalazł u siostry tak mało entuzjazmu.

Poeta był u szczytu radości, widząc, jak pokątny i hańbiący powrót do Angoulême zmienia się w triumf.

– Nie wierzysz w tę trochę sławy, która nas kosztuje tak drogo! – wykrzyknął Lucjan po godzinie milczenia, w czasie którego burza zebrała się w jego sercu.

Za całą odpowiedź Ewa spojrzała na Lucjana, a spojrzenie to sprawiło, iż zawstydził się swego oskarżenia.

Na krótko przed obiadem woźny z prefektury przyniósł list zaadresowany do Lucjana Chardona; list ten jak gdyby przyznawał słuszność próżności poety, którego już oto świat wyrywał rodzinie. List mieścił następujące zaproszenie:

Hrabiostwo Sykstusowie du Châtelet mają zaszczyt prosić p. Lucjana Chardona na obiad dnia 15 września br.

Do listu dołączona była karta wizytowa:

Hrabia Sykstus du Châtelet

Podkomorzy JKM, Prefekt Charenty, Radca Stanu

– Jesteś pan w łasce – rzekł stary Séchard – mówią o panu w mieście jak o wielkiej figurze… Wszczyna się sprzeczka między Angoulême a Houmeau, które z nich ma ci uwić wieńce…

– Droga Ewo – szepnął Lucjan siostrze – znajduję się najzupełniej w tym samym położeniu co w dniu, gdy miałem pierwszy raz iść do pani de Bargeton: nie mam się w co ubrać na ten obiad.

– Masz tedy zamiar przyjąć to zaproszenie?… – krzyknęła pani Séchard, przestraszona.

Wywiązała się w tej kwestii polemika między bratem i siostrą. Zdrowy rozsądek mieszkanki prowincji powiadał Ewie, że należy się pokazywać światu jedynie z uśmiechniętą twarzą, w nienagannym stroju; ale pod tym kryła się jeszcze jej prawdziwa myśl: „Dokąd ten obiad zawiedzie Lucjana? Jakie nań ma zamiary ten wielki świat? Czy nie knują czegoś przeciw niemu?”

Wreszcie, udając się na spoczynek, Lucjan rzucił siostrze:

– Ty sobie nie zdajesz sprawy z mego wpływu! Żona prefekta zlękła się dziennikarza; zresztą w hrabinie du Châtelet tkwi zawsze jeszcze dawna Luiza! Kobieta, która uzyskała tyle faworów, może ocalić Dawida! Powiem jej o odkryciu, którego mój brat dokonał; uzyskać dziesięć tysięcy od ministerstwa będzie dla niej drobnostką.

O jedenastej wieczór Lucjan, jego siostra, matka i stary Séchard jak również Kolb i Maryna zbudzili się, wyrwani ze snu przez orkiestrę miejską wzmocnioną muzyką załogi, i ujrzeli plac du Mûrier pełen ludzi. Młodzież miejscowa wyprawiała serenadę dla Lucjana Chardona de Rubempré. Lucjan stanął w oknie pokoju siostry i po ostatnim utworze, wśród najgłębszego milczenia, rzekł:

– Dziękuję wam, rodacy, za zaszczyt, jaki mi czynicie, zaszczyt, którego będę się starał być godny; darujcie mi, że nie powiem więcej: wzruszenie moje jest tak żywe, że nie pozwala mi znaleźć słów.

– Niech żyje autor Gwardzisty!… Niech żyje autor Stokroci!… Niech żyje Lucjan de Rubempré!

Po tych trzech salwach, wzniesionych przez kilka głosów, trzy wieńce wraz z kilkoma bukietami wpadły, zręcznie rzucone, przez okno do mieszkania. W dziesięć minut później plac był pusty i cichy.

– Wolałbym dziesięć tysięcy franków – rzekł stary Séchard, który z głęboko szyderczą miną obracał w rękach wieńce i bukiety. – Ale cóż! Pan dałeś im stokrotki, oni oddają ci bukieciki: robicie w kwiatach.

– Tak pan ceni zaszczyt, jaki mi świadczą ziomkowie! – wykrzyknął Lucjan, którego fizjonomia przedstawiała wyraz zupełnie wolny od melancholii i promieniejący prawdziwą radością. – Gdybyś znał ludzi, papo Séchard, wiedziałbyś, że podobna chwila nie zdarza się dwa razy w życiu. Jedynie prawdziwemu entuzjazmowi można zawdzięczać podobne triumfy!… To, droga matko i siostro, zaciera wiele zgryzot.

Lucjan uściskał matkę i siostrę, jak się ściskają ludzie w owych chwilach, gdy radość występuje z brzegów falą tak szeroką, że trzeba ją przelać w serce przyjaciela… („W braku przyjaciela – rzekł kiedyś Bixiou – pijany powodzeniem autor ściska odźwiernego”).

– I cóż, drogie dziecko – rzekł do Ewy – czemu płaczesz? A, to z radości…

– Ach – rzekła Ewa do matki, skoro znalazły się same i miały wrócić do łóżek – zdaje się, że w każdym poecie mieszka pięknisia najgorszego rodzaju…

– Masz słuszność – odparła matka, potrząsając głową – Lucjan zapomniał już wszystko, nie tylko swoje nieszczęścia, ale i nasze.

Matka i córka rozstały się, nie śmiejąc wyrazić całej swojej myśli.

W krajach pożeranych niesubordynacją społeczną, ukrytą pod słowem „równość”, wszelki triumf jest cudem, który nie dzieje się, jak i wiele cudów zresztą, bez udziału zręcznych maszynistów. Na dziesięć owacji, jakie spotykają żyjących ludzi z porywu wdzięcznej ojczyzny, z pewnością dziewięć ma przyczyny obce osobie laureata. Czyż triumf Woltera na deskach Komedii Francuskiej nie był triumfem filozofii jego wieku?886 We Francji można triumfować jedynie wtedy, kiedy cały świat wieńczy siebie w osobie triumfatora. Toteż obie kobiety miały słuszność w swoich przeczuciach. Sukces prowincjonalnego geniusza był czymś zbyt przeciwnym prowincjonalnej martwocie Angoulême, aby sprężyną jego nie miał być jakiś interes albo też gorliwy maszynista: dwa zarówno niebezpieczne współpracownictwa. Nieufność Ewy, jak bywa zresztą u większości kobiet, tkwiła w instynkcie: sama przed sobą nie umiałaby jej usprawiedliwić. Zasypiając, myślała:

„Kto tutaj tak bardzo jest przejęty Lucjanem, aby na jego rzecz poruszyć całe miasto? Stokrocie nie są zresztą jeszcze wydane; skądże tedy te owacje na rachunek przyszłego sukcesu?…”

Triumf ten był w istocie dziełem Petit-Clauda. W dniu, w którym proboszcz z Marsac oznajmił mu powrót Lucjana, adwokat był po raz pierwszy na obiedzie u pani de Senonches, która miała oficjalnie przyjąć prośbę jego o rękę pupilki. Był to jeden z owych rodzinnych obiadów, których uroczystość ujawnia się raczej w toaletach niż w ilości biesiadników. Mimo iż w rodzinie, wszyscy czują się jak na przedstawieniu, każdy wyraża coś swoim zachowaniem. Franciszkę wystawiono niby za gablotką. Pani de Senonches wywiesiła flagi swoich najwyszukańszych toalet. Pan du Hautoy był w czarnym fraku. Pan de Senonches, uwiadomiony przez żonę o przybyciu pani du Châtelet, która miała się pokazać u nich po raz pierwszy, oraz o oficjalnym występie konkurenta Franciszki, przybył od państwa de Pimentel. Cointet, ubrany w swój najpiękniejszy orzechowy surdut, przypominający krojem sutannę, migotał oczom obecnych diamentem wartości sześciu tysięcy franków, wpiętym w żabot; była to zemsta bogatego kupca nad ubogą arystokracją. Petit-Claud, wystrzyżony, wyczesany, wymyty, nie mógł się wyzbyć sztywnej i oschłej miny. Trudno było nie porównać tego chudego adwokaciny w opiętym fraku do zamrożonej żmii; ale nadzieja tak ożywiała jego oczy podobne do oczu sroki, twarz jego oblekła się w tyle lodowatego chłodu, trzymał się tak sztywno, że utrafił właśnie w ton godnego i ambitnego prokuratora z prowincji. Pani de Senonches prosiła zaufanych, aby nie wspominali nikomu o pierwszym spotkaniu jej pupilki z konkurentem ani o zapowiedzianej wizycie pani prefektowej, spodziewała się tedy, iż goście napłyną hurmem. Prefekt i jego żona załatwili urzędowe wizyty prostym rzuceniem biletów, zachowując zaszczyt osobistej bytności jako osobliwe i celowe wyróżnienie, toteż arystokracja angulemska nie posiadała się z ciekawości i wiele osób z obozu Chandour postanowiło udać się do pałacu Bargeton – jako że wzbraniano się nazywać ów dom pałacem Senonches. Oznaki wpływów hrabiny du Châtelet rozbudziły wiele ambicji; opowiadano zresztą, iż tak zmieniła się na korzyść, że każdy chciał to osądzić własnymi oczami. W drodze Petit-Claud dowiedział się od Cointeta, iż pani prefektowa pozwoliła łaskawie, aby Zefiryna przedstawiła jej narzeczonego drogiej Frani; za czym887 adwokat postanowił wyciągnąć korzyść z fałszywego położenia, w jakim powrót Lucjana stawiał Luizę.

Państwo de Senonches, kupując dom Bargetonów, wzięli na siebie tak ciężkie zobowiązania, iż jako szczerzy mieszkańcy prowincji nie odważyli się podjąć najmniejszej zmiany. Toteż pierwszym słowem Zefiryny, kiedy wyszła na spotkanie uroczyście oznajmionej prefektowej, było:

– Patrz, droga Luizo, jesteś tu jeszcze u siebie!… – Tak mówiła, pokazując świecznik z kryształowymi wisiorkami, boazerie i umeblowanie, które niegdyś tak bardzo olśniły Lucjana.

– O tym, moja droga, najmniej pragnę sobie przypominać – rzekła z wdziękiem prefektowa, rzucając dokoła spojrzenie, aby się przyjrzeć zgromadzeniu.

Każdy przyznał w duchu, iż Luiza de Nègrepelisse niepodobna była do samej siebie. Wielki świat paryski, w którym bawiła półtora roku, pierwsze chwile szczęścia małżeńskiego, które tak samo przekształciły kobietę, jak Paryż mieszkankę prowincji, pewna godność, jaką daje władza, wszystko to uczyniło z hrabiny du Châtelet osobę zaledwie tak podobną do dawnej pani de Bargeton, jak dwudziestoletnia dziewczyna podobna jest do swej matki. Miała zachwycający stroik z koronek i kwiatów, niedbale przypięty diamentową szpilką. Włosy ułożone à l’anglaise888 dobrze oprawiały twarz i odmładzały ją, zacierając kontury. Fularowa889 wycięta suknia, rozkosznie oszyta frędzelkami – dzieło słynnej Wiktoryny – uwydatniała smukłą kibić. Ramiona, okryte blondynową890 chusteczką, ledwie były widoczne pod gazą, zręcznie owiniętą koło zbyt długiej szyi. Mówiąc, bawiła się ładnymi drobiażdżkami, z którymi obchodzenie się jest zabójczą rafą dla mieszkanki prowincji; śliczny flakonik z solami wisiał na łańcuszku u bransolety; w ręku trzymała wachlarz i chusteczkę, nic nie czując się nimi zakłopotana. Smak najdrobniejszych szczegółów, wzięcie skopiowane z pani d’Espard odsłaniały w Luizie pilną uczennicę Dzielnicy Saint-Germain. Co się tyczy starego galanta z epoki Cesarstwa, to dojrzał w małżeństwie jak owe melony, które, z zielonych poprzedniego dnia, stają się żółte w ciągu jednej nocy. Znajdując na rozkwitłej twarzy żony świeżość, którą Sykstus postradał, podawano sobie z ucha do ucha tradycyjne prowincjonalne koncepty tym skwapliwiej, iż wszystkie kobiety wściekłe były o nową pozycję ekskrólowej Angoulême; uparty intruz musiał tedy zapłacić za żonę. Wyjąwszy państwa de Chandour, nieboszczyka pana de Bargeton, pana de Pimentel i Rastignaców, zebranie było prawie równie liczne jak w dniu, kiedy Lucjan czytał w tym samym salonie swoje utwory, gdyż Jego Wielebność ksiądz biskup przybył również w asystencji wielkich wikariuszów891. Petit-Claud, wzruszony widokiem angulemskiej arystokracji, która cztery miesiące temu nie mogła być dlań nawet fantastycznym marzeniem, uczuł, iż nienawiść jego do wyższych klas słabnie. Hrabina du Châtelet wydała mu się uroczą, zwłaszcza iż równocześnie rzekł sobie w duchu:

„Pomyśleć, że ta kobieta może mnie zrobić podprokuratorem!”

W połowie wieczoru, użyczywszy jednako długiej chwili rozmowy każdej z kobiet, odmieniając ton i wzięcie wedle ważności osoby oraz jej zachowania się w epoce ucieczki z Lucjanem, Luiza usunęła się z Jego Wielebnością do buduaru892. Wówczas Zefiryna ujęła pod ramię Petit-Clauda, któremu serce biło jak młotem, i zaprowadziła go do tego buduaru, gdzie rozpoczęły się nieszczęścia Lucjana i gdzie miały się one dopełnić.

– Oto pan Petit-Claud, moja droga; polecam ci go tym żywiej, iż wszystko, co uczynisz dla niego, będzie niewątpliwie z korzyścią mojej pupilki.

– Pan jest adwokatem? – rzekła dostojna córa Nègrepelisse’ów, mierząc spojrzeniem Petit-Clauda.

– Niestety, tak, pani hrabino.

Nigdy syn krawca z Houmeau nie miał, w całym życiu, sposobności posłużyć się tymi dwoma słowami; toteż kiedy je wymawiał, usta miał jakby przepełnione.

– Ale – podjął – od pani hrabiny zależy, abym się znalazł w trybunale. Pan Milaud idzie, jak mówią, do Nevers…

– Zwykle – zauważyła hrabina – zostaje się drugim, potem pierwszym podprokuratorem. Ja chciałabym pana widzieć od razu pierwszym… Aby się zająć panem i uzyskać dla pana tę łaskę, chciałabym mieć pewność pańskiego oddania tronowi, religii, a zwłaszcza panu de Villèle893.

– Ach, pani – rzekł Petit-Claud, nachylając się do ucha hrabiny – jestem człowiekiem gotowym do bezwarunkowego posłuszeństwa królowi.

– Tego potrzeba nam dzisiaj – odparła, uchylając się wstecz, aby mu dać do zrozumienia, że nie życzy sobie rozmowy na ucho. – Jeśli zawsze będzie się pan cieszył poparciem pani de Senonches, może pan na mnie liczyć – dodała, czyniąc królewski ruch wachlarzem.

– Pani – rzekł Petit-Claud, który ujrzał Cointeta w drzwiach buduaru – Lucjan wrócił.

– Więc co?… – odparła hrabina tonem, który byłby oniemił pospolitego człowieka.

– Pani hrabina nie rozumie mnie – odparł Petit-Claud, posługując się formułą pełną szacunku. – Ja pragnę złożyć jej dowód mego oddania. Jak pani hrabina chce, aby wielki człowiek, którego pani stworzyła, był przyjęty w Angoulême? Nie ma pośredniej drogi: musi stać się przedmiotem wzgardy albo chwały.

Luiza de Nègrepelisse nie myślała dotąd nad tym problemem, który niewątpliwie miał dla niej swą wagę, więcej z powodu przeszłości niż teraźniejszości. Otóż od obecnych uczuć hrabiny dla Lucjana zależało powodzenie planu, jaki ukuł adwokat, aby doprowadzić do skutku uwięzienie Sècharda.

– Panie Petit-Claud – rzekła, przybierając postawę wyniosłą i godną – pan chce być człowiekiem rządu. Wiedz pan, że pierwszą jego zasadą jest nie mylić się nigdy i że kobiety, bardziej jeszcze od rządu, mają poczucie władzy i poczucie własnej godności.

– Tak właśnie myślałem, pani – odparł żywo, przyglądając się hrabinie nieznacznie a bystro. – Lucjan przybywa tu w ostatecznej nędzy. Ale o ile ma być przedmiotem owacji, mogę go także zmusić, właśnie z przyczyny owacji, do opuszczenia Angoulême, gdzie siostra jego i szwagier są ścigani przez komorników…

Dumną twarz Luizy de Nègrepelisse przebiegł lekki skurcz stłumionej radości. Zdziwiona, iż adwokat odgadł ją tak dobrze, spojrzała nań, rozwijając wachlarz. W tej chwili weszła Franciszka, co dało hrabinie czas na znalezienie odpowiedzi.

– Widzę – rzekła ze znaczącym uśmiechem – że będzie pan rychło prokuratorem…

Czy to nie znaczyło powiedzieć wszystko, nie zdradzając się?

– Och, pani – wykrzyknęła Franciszka, biegnąc dziękować hrabinie – pani zatem będę winna szczęście mego życia!

I nachylając się do swej protektorki ruchem młodego dziewczęcia, szepnęła:

– To byłaby dla mnie śmierć na wolnym ogniu, gdyby mi przyszło być żoną prowincjonalnego adwokaciny.

Jeżeli Zefiryna przypuściła ten szturm do Luizy, popchnął ją do tego Franio, któremu nie zbywało na pewnej znajomości biurokratycznego świata.

– W pierwszych dniach wszelkiego dojścia do władzy, czy to chodzi o prefekta, czy o dynastię, czy o przedsiębiorstwo – rzekł ekskonsul do przyjaciółki – świeżo upieczeni szczęśliwcy okazują nadzwyczajny zapał do oddawania usług; ale niebawem spostrzegają się w uciążliwościach protekcji i stają się jak z lodu. Dziś Luiza uczyni dla Petit-Clauda to, czego za kwartał nie chciałaby zrobić dla twego męża.

– Czy pani hrabina pomyślała – rzekł Petit-Claud – o zobowiązaniach, jakie nakłada na nią triumf naszego poety? Będzie pani trzeba przyjąć Lucjana w ciągu tych dziesięciu dni, które potrwa entuzjazm miasteczka.

Prefektowa skinęła głową, aby odprawić Petit-Clauda, i podniosła się, aby pomówić z panią de Pimentel, która ukazała się w drzwiach buduaru. Przejęta niespodziewanym wyniesieniem starego Nègrepelisse do godności para, margrabina uważała za potrzebne odświeżyć stosunki z kobietą dość zręczną, aby swój quasi894 fałszywy krok wyzyskać dla pomnożenia wpływu.

– Powiedz mi, droga, czemu zadałaś sobie ten trud, aby wprowadzić ojca do Izby Parów895? – spytała margrabina wśród poufnej rozmowy, w której ugięła kolano przed wyższością drogiej Luizy.

– Moje dziecko, udzielono mi tej łaski tym łatwiej, iż ojciec nie ma dzieci i będzie głosował zawsze za koroną; ale jeśli będę miała synów, liczę na to, że starszy będzie mógł przejąć tytuł, herb i parostwo po dziadku…

Pani de Pimentel pomyślała ze zmartwieniem, że matka, której ambicja rozciąga się na dzieci mające dopiero się urodzić, nie będzie jej pomocną w wyniesieniu do parostwa pana de Pimentel, co było jej sekretnym marzeniem.

– Mam prefektową w garści – rzekł Petit-Claud do Cointeta, wychodząc – i przyrzekam panu akt spółki… Będę za miesiąc podprokuratorem, a pan będziesz władcą losów Sécharda. Staraj się pan teraz znaleźć kogoś, kto by odkupił moją kancelarię; w pół roku zrobiłem z niej pierwszą w Angoulême.

– Wystarczyło wsadzić cię na siodło – rzekł Cointet, prawie zazdrosny o swe dzieło.

Każdy zrozumie teraz przyczynę triumfu Lucjana w rodzinnym mieście. Na sposób owego króla Francji, który się nie mści za księcia Orleanu896, Luiza nie chciała pamiętać zniewag wyrządzonych w Paryżu pani de Bargeton. Chciała wziąć Lucjana pod swój patronat, zmiażdżyć go protekcją i pozbyć się go w przyzwoity sposób. Świadomy, drogą plotek, całej paryskiej intrygi, Petit-Claud dobrze odgadł tę nienawiść, jaką kobieta żywi dla mężczyzny, który nie umiał kochać jej w chwili, gdy miała ochotę być kochaną.

Nazajutrz po owacji, która była usprawiedliwieniem przeszłości Ludwiki de Nègrepelisse, aby do reszty odurzyć Lucjana i ugnieść go w rękach, Petit-Claud zjawił się u pani Séchard na czele sześciu młodych ludzi, ekskolegów Lucjana.

Deputację897 tę wysłali do autora StokrociGwardzisty Karola IX koledzy, aby go zaprosić na bankiet, jaki zamierzali wydać ma cześć wielkiego człowieka wyrosłego z ich szeregów.

– Patrzcie! To ty, Petit-Claud! – wykrzyknął Lucjan.

– Twój powrót tutaj – rzekł Petit-Claud – pobudził naszą miłość własną, wzięliśmy na ambit, zebraliśmy składkę i gotujemy dla ciebie wspaniały bankiet. Dyrektor kolegium i profesorowie będą również; jak się rzeczy zapowiadają, będziemy mieli z pewnością i władze.

– Na kiedyż to? – spytał Lucjan.

– W najbliższą niedzielę.

– Niemożliwe – odparł poeta. – Mógłbym przyjąć aż za dziesięć dni… wówczas, bardzo chętnie…

– A zatem, na twoje rozkazy – rzekł Petit-Claud – dobrze, za dziesięć dni.

Lucjan był czarujący wobec dawnych kolegów, którzy okazywali mu podziw graniczący ze czcią. Podtrzymywał przez jakie pół godziny nader błyskotliwą rozmowę, czuł się bowiem na piedestale i chciał usprawiedliwić opinię świata; zatknął ręce za kamizelkę, przemawiał jak człowiek, który widzi rzeczy z wysokości, na której współobywatele go postawili. Był skromny, przystępny, prawdziwy geniusz w negliżu. Były to skargi atlety znużonego walkami Paryża, rozczarowanego zwłaszcza; winszował kolegom, że nie opuścili poczciwej prowincji etc898. Oczarował ich. Następnie wziął na stronę Petit-Clauda i zażądał szczerej prawdy o sprawach Dawida, wyrzucając mu sekwestr899, pod jakim zastał szwagra. Lucjan chciał wziąć Petit-Clauda na chytrość. Petit-Claud postarał się utrwalić dawnego kolegę w mniemaniu, iż on, Petit-Claud, jest mizernym adwokaciną i z prowincji, pozbawionym wszelkiego sprytu.

Obecne ukształtowanie społeczeństwa, nieskończenie bardziej złożone niż dawniej, sprowadziło zróżnicowanie zdolności u człowieka. Niegdyś ludzie wybitni, zmuszeni do wszechstronności, pojawiali się wśród starożytnych narodów w małej liczbie i na kształt pochodni. Później, o ile zdolności się wyspecjalizowały, zdatność odnosiła się jeszcze do ogółu rzeczy. I tak, człowiek będący szczwaną liszką900, jak to mówiono o Ludwiku XI901, mógł zużyć swą przemyślność do wszystkiego; ale dziś sama zdatność uległa podziałom. Ile zawodów, tyle rozmaitych chytrości. Przebiegłego dyplomatę wystrychnie doskonale na dudka, gdzieś na zapadłej prowincji, w pokątnej sprawie, mierny adwokat lub nawet chłop. Najsprytniejszy dziennikarz może się okazać zupełnym głupcem w kwestiach handlowych; toteż Lucjan musiał się stać i stał się igraszką w ręku Petit-Clauda. Przebiegły adwokat oczywiście sam napisał artykuł, wskutek którego Angoulême, łącznie z przedmieściem, znalazło się w obowiązku uczczenia Lucjana. Współobywatele zgromadzeni na placu du Mûrier byli to robotnicy z drukarni i papierni Cointetów, prowadzeni przez dependentów Petit-Clauda, Cachana i paru ekskolegów Lucjana. Stawszy się dla poety dawnym koleżką z ławy szkolnej, adwokat przypuszczał trafnie, iż w sposobnej chwili Lucjan zdradzi mu tajemnicę schronienia Dawida. Otóż jeżeli Dawid padnie przez winę Lucjana, pobyt w Angoulême stanie się niemożliwy dla poety. Dlatego aby lepiej ugruntować swój wpływ, adwokat uczynił się wobec Lucjana małym.

– Jakżebym mógł nie zrobić, co tylko było w mej mocy? – rzekł. – Przecież chodziło tu o siostrę dawnego kolegi; ale w trybunale bywają sytuacje z góry skazane na stracenie. Dawid prosił mnie pierwszego czerwca, abym mu zapewnił spokój na trzy miesiące; jakoż katastrofa przyszła dopiero we wrześniu, a i tu jeszcze zdołałem ubezpieczyć przed wierzycielami całe jego mienie; wygram w apelacji, uzyskam wyrok, że przywilej żony jest bezwarunkowy i że w danym wypadku nie jest żadnym oszukaństwem… Co do ciebie, wracasz nieszczęśliwy, ale jesteś genialnym człowiekiem…

Lucjan uczynił ruch człowieka, któremu kadzielnica buja zanadto blisko nosa.

– Tak, mój drogi – podjął Petit-Claud – czytałem Gwardzistę Karola Dziewiątego, to więcej niż romans, to dzieło! Przedmowę mogło napisać tylko dwóch ludzi: Chateaubriand albo ty!

Lucjan przyjął pochwałę, nie mówiąc, że przedmowa jest pióra d’Artheza. Na stu francuskich autorów dziewięćdziesięciu dziewięciu postąpiłoby jak on.

– Otóż tutaj ludzie jak gdyby cię nie znali – podjął Petit-Claud z udanym oburzeniem. – Kiedy widziałem tę powszechną obojętność, powziąłem myśl poruszenia naszego światka. Kropnąłem artykuł, który musiałeś czytać.

– Jak to, to ty?… – wykrzyknął Lucjan.

– Tak, ja!… Angoulême i Houmeau zaczęły się spierać o pierwszeństwo; zebrałem młodych ludzi, kolegów z ławy szkolnej, i zorganizowałem wczorajszą serenadę; następnie, raz wpłynąwszy na fale entuzjazmu, puściliśmy subskrypcję na obiad. „Jeżeli Dawid musi się kryć, niech przynajmniej Lucjan będzie uwieńczony!” – powiedziałem sobie. Zrobiłem więcej – podjął Petit-Claud – widziałem hrabinę du Châtelet i dałem jej do zrozumienia, że winna jest samej sobie to, aby wydobyć Dawida z jego położenia; może to zrobić, musi!… Jeśli Dawid w istocie znalazł tajemnicę, o której mi mówił, rząd nie zrujnuje się, popierając go, a cóż za honor dla prefekta grać rolę człowieka, który, dzięki swej szczęśliwej protekcji, ma połowę zasługi w tak doniosłym odkryciu! Jednym zamachem zyska rozgłos światłego administratora… Siostra twoja przerażona jest naszą sądową pukaniną! Przelękła się dymu… Wojna w trybunale kosztuje równie drogo, jak na polu bitwy; ale Dawid utrzymał swą pozycję, jest panem tajemnicy; nie mogą go uwięzić, nie uwiężą go!

– Dziękuję ci, mój drogi, widzę, że mogę ci powierzyć mój plan, pomożesz mi go urzeczywistnić.

Petit-Claud spojrzał na Lucjana; haczykowaty jego nos przybrał kształt pytajnika.

– Chcę ocalić Sécharda – rzekł Lucjan ważnym tonem – jestem przyczyną jego nieszczęścia, naprawię wszystko… Mam wielką władzę nad Luizą…

– Jaką Luizą?…

– Hrabiną du Châtelet.

Petit-Claud uczynił gest zdumienia.

– Mam większą władzę nad nią, niż ona sama myśli – podjął Lucjan – ale, mój drogi, o ile mam władzę nad waszym rządem, nie mam fraka…

Petit-Claud wykonał nowy ruch, jak gdyby chcąc ofiarować sakiewkę.

– Dziękuję – rzekł Lucjan, ściskając ręką adwokata. – Za dziesięć dni złożę wizytę pani prefektowej i oddam ci twoją wizytę.

I rozstali się, wymieniając koleżeński uścisk dłoni.

„Musi być poetą – rzekł sobie w duchu Petit-Claud – bo ma klepki nie w porządku”.

„Nie ma co – myślał Lucjan, wracając do siostry – gdy chodzi o przyjaciół, naprawdę wiąże jedynie ława szkolna…”

– Mój Lucjanie – spytała Ewa – co tobie przyrzekł Petit-Claud, że jesteś dla niego taki czuły? Strzeż się go!

– Jego? – wykrzyknął Lucjan. – Słuchaj, Ewo – dodał jakby pod wpływem zastanowienia – nie wierzysz już we mnie, nie ufasz mi, możesz także nie ufać Petit-Claudowi, ale za dziesięć lub dwanaście dni odmienisz zdanie – dodał z miną zwycięzcy.

Lucjan udał się do swego pokoju i napisał taki list do Stefana Lousteau:

Mój przyjacielu, z nas dwu ja jeden mogę sobie przypomnieć o tysiącu franków, które Ci pożyczyłem: ale zbyt dobrze znam, niestety! położenie, w jakim będziesz, otwierając ten list, aby nie dodać natychmiast, że nie żądam ich od Ciebie w walucie złotej lub srebrnej; nie, proszę Cię o nie w kredycie, tak jakby ktoś ich żądał od Floryny w pocałunkach. Mamy wspólnego krawca, możesz tedy dać mi sporządzić w najkrótszym czasie kompletną przyodziewę. Nie będąc zupełnie zredukowany do kostiumu Adama, nie mogę wszelako pokazać się w mieście. Tutaj, ku wielkiemu memu zdumieniu, czekają mnie honory departamentalne, należne świecznikom paryskim. Jestem bohaterem bankietu, ni mniej, ni więcej jak poseł z lewicy; pojmujesz obecnie konieczność czarnego fraka? Przyrzeknij zapłatę, weź ją na siebie, puść w ruch aparat reklamy; słowem, znajdź nowy wariant sceny don Juana z panem Niedzielą902, trzeba mi bowiem wyniedzielić się za wszelką cenę. Nie mam nic prócz łachów; weź to za punkt wyjścia! Mamy wrzesień, pogoda jest prześliczna; ergo903, czuwaj nad tym, abym otrzymał z końcem tygodnia śliczny kostium poranny: żakiecik ciemnobrązowy, trzy kamizelki, jedna kanarkowa, druga w szkocką kratę, trzecia biała; dalej trzy pary pantalonów zdobywczych, jedne białe angielskie, drugie nankinowe904, trzecie kaszmirowe czarne; wreszcie czarny frak i czarną atłasową kamizelkę na wieczór. Jeżeliś znalazł jaką nową Florynę, polecam się jej o dwa wzorzyste krawaty. To jeszcze nic, liczę na Ciebie, na Twój spryt: krawiec to najmniejsza troska. Drogi przyjacielu, niejeden raz biadaliśmy nad tym: inteligencja nędzy, która z pewnością jest najdzielniejszą trucizną ze wszystkich, jakie nurtowały kiedy człowieka par excellence905, paryżanina! ta inteligencja, której sprawność zdumiałaby szatana, nie znalazła jeszcze sposobu wydostania na kredyt kapelusza! Kiedy wprowadzimy w modę kapelusze po tysiąc franków, kapelusze staną się dostępne; ale do tej pory trzeba nam zawsze mieć dosyć złota w kieszeni, aby zapłacić kapelusz. Ach, ileż złego narobiła nam Komedia Francuska ze swą wieczną apostrofą906 do służącego: „Lafleur, włożysz mi złoto do kieszeni!” Czuję tedy głęboko wszystkie trudności wykonania tej prośby: dołącz do przesyłki krawca parę butów, parę trzewików, kapelusz, sześć par rękawiczek! To znaczy żądać niemożliwości, wiem. Ale czyż życie literackie nie jest niemożliwością ujętą w regularne formy?… Powiadam Ci tylko jedno: zdziałaj ten cud, płodząc jaki wielki artykuł albo małe świństwo, a kwituję Cię i zwalniam z długu. A to jest dług honorowy, mój chłopcze, wisi od roku; zarumieniłbyś się, gdybyś był zdolny się rumienić. Drogi Lousteau, żart na stronę, okoliczności są poważne. Osądź z jednego słowa: Rybka przytyła, została żoną Czapli, Czapla zaś jest prefektem w Angoulême. Ta ohydna para może ocalić mego szwagra, którego wpędziłem w straszliwe położenie, którego ścigają, ukrywa się, jest pod brzemieniem zaskarżonych weksli!… Chodzi o to, aby ukazać się na nowo pani prefektowej i odzyskać, za wszelką cenę, jej serce. Czyż nie jest straszne myśleć, że los Dawida zależy od ładnej pary bucików, od szarych jedwabnych ażurowych pończoch (nie zapomnij o nich) i od nowego kapelusza!… Ogłoszę się chorym i cierpiącym, położę się do łóżka jak w komedii, aby się uwolnić od zapału rodaków. Rodacy wyprawili mi wczoraj, tak, tak, mój drogi, bardzo piękną serenadę. Zaczynam pytać siebie, ilu głupców trzeba, aby złożyć to słowo „rodacy”, od czasu jak się dowiedziałem, że twórcami entuzjazmu stolicy angulemczyków było kilku moich dawnych kolegów.

Gdybyś mógł zamieścić w kronice paryskiej parę wierszy o mym przyjęciu, podwyższyłbyś mnie tutaj o kilka obcasów. Dałbym zresztą uczuć Rybce, że mam, jeżeli nie przyjaciół, to przynajmniej jakiś wpływ w prasie paryskiej. Ponieważ nie zrezygnowałem z przyszłości, odwdzięczę Ci to. Gdyby Ci trzeba było tęgiego artykułu do jakiego tygodnika, mam czas, aby przemyśleć go do woli. Na zakończenie tylko jedno słowo, przyjacielu: liczę na Ciebie, jak Ty możesz liczyć na tego, który się pisze Twoim oddanym

Lucjanem de R.

Adresuj wszystko do biura dyliżansów poste restante907.

List ten, w którym Lucjan pod wpływem świeżego sukcesu odzyskał ton dawnej wyższości, przypomniał mu Paryż. Od tygodnia pogrążony w beznadziejnym spokoju prowincji, zwracał się myślą ku barwnym niedolom Paryża; uczuł nieokreślone żale, cały tydzień marzył o hrabinie du Châtelet. Przywiązywał tyle wagi do swego pojawienia się w świecie, że kiedy z zapadnięciem nocy schodził do Houmeau, aby spytać w biurze dyliżansów o pakiety z Paryża, przechodził wszystkie męki niepewności, jak kobieta, która pomieściła swoje ostatnie nadzieje w oczekiwanej toalecie i która traci widoki otrzymania jej.

883.JKM – Jego Królewskiej Mości. [przypis edytorski]
884.komandor Św. Ludwika – osoba odznaczona Orderem Świętego Ludwika drugiej klasy (komandoria), nadawanym za zasługi wojenne. [przypis edytorski]
885.in spe (łac. dosł.: w nadziei) – w oczekiwanej przyszłości; przyszły, spodziewany. [przypis edytorski]
886.Czyż triumf Woltera na deskach Komedii Francuskiej nie był triumfem filozofii jego wieku? – Wolter był zarówno znanym pisarzem i filozofem, jak i sławnym dramaturgiem: napisał ponad 50 sztuk teatralnych, wystawianych z wielkim powodzeniem na scenie Comédie Française. Uznaje się go za największego francuskiego dramaturga XVIII w., choć obecnie jego sztuki nie są grywane. [przypis edytorski]
887.za czym (daw.) – po czym; więc, zatem, wobec tego. [przypis edytorski]
888.à l’anglaise (fr.) – na sposób angielski. [przypis edytorski]
889.fularowy – wykonany z fularu, miękkiego, delikatnego jedwabiu. [przypis edytorski]
890.blondynowy – wykonany z blondyny, tj. koronki klockowej z surowego jedwabiu. [przypis edytorski]
891.wielki wikariusz – tu: generalny wikariusz, duchowny wyznaczony przez biskupa diecezjalnego do pomocy w zarządzaniu całą diecezją jako jego pełnomocnik. [przypis edytorski]
892.buduar – pokój pani domu służący do odpoczynku. [przypis edytorski]
893.Villèle, Jean-Baptiste de (1773–1854) – francuski polityk i arystokrata, minister finansów (1821), premier Królestwa Francji od 1822 do 1828. [przypis edytorski]
894.quasi (łac.) – jakby, niby, pozornie. [przypis edytorski]
895.Izba Parów – izba wyższa parlamentu francuskiego w latach 1815–1848. [przypis edytorski]
896.Król Francji, który się nie mści za księcia Orleanu – król Ludwik Filip I, który po objęciu tronu w 1830 oświadczył, że nie będzie się mścić za prześladowania, których w czasach Restauracji, kiedy nosił tytuł księcia Orleanu. [przypis edytorski]
897.deputacja (daw.) – delegacja, grupa przedstawicieli jakiejś zbiorowości wysłana w celu załatwienia jakiejś sprawy. [przypis edytorski]
898.etc. (łac.) – skrót od et caetera: i tak dalej. [przypis edytorski]
899.sekwestr – zajęcie majątku w celu zapewnienia realizacji dochodzonego roszczenia. [przypis edytorski]
900.liszka (daw., gw.) – lis. [przypis edytorski]
901.Ludwik XI (1423–1483) – król Francji (od 1461), złamał potęgę wielkich feudałów. [przypis edytorski]
902.scena Den Juana z panem Niedzielą – w komedii Moliera Don Juan krawiec Niedziela daje się oszukać miłymi słówkami tytułowego bohatera, który ma u niego niespłacony dług. [przypis edytorski]
903.ergo (łac.) – więc, a zatem. [przypis edytorski]
904.nankinowy – wykonany z nankinu, tj. gęstego płótna bawełnianego, przeważnie o barwie płowożółtej, z którego od XIX w. wykonywano bieliznę i męskie spodnie. [przypis edytorski]
905.par excellence (fr.) – w całym znaczeniu tego słowa, w najwyższym stopniu. [przypis edytorski]
906.apostrofa – figura retoryczna polegająca na bezpośrednim zwróceniu się do fikcyjnego lub realnego adresata. [przypis edytorski]
907.poste restante (fr.) – poczta pozostająca, wysyłka na adres urzędu pocztowego dogodnego dla odbiorcy, a nie na adres zamieszkania. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
900 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: