Kitabı oku: «Nostromo», sayfa 32

Yazı tipi:

– Twoja nieboszczka matka – odparł bardzo cicho.

– Ach… Biedna matka! Chciała zawsze… Jest teraz świętą w niebie, ale ja nie mogę jej ciebie odstąpić. Nie, Giovanni! Chyba Bogu samemu. Byłeś szalony, ale stało się. Och, coś ty uczynił? Giovanni, mój najmilszy, moje życie, mój panie, nie pozostawiaj mnie tu, w tej mogile z obłoków. Nie możesz mnie teraz pozostawić! Musisz mnie zabrać, od razu, natychmiast, wywieźć swą łódkę. Giovanni, zabierz mnie jeszcze dziś wieczorem, bo lękam się oczu Lindy.

Przytuliła się mocno do niego. Niewolnik srebra z San Tomé poczuł jakby brzemię kajdan na swych członkach i ucisk zimnej dłoni na swych wargach. Zaczął zmagać się z tym zaklęciem.

– Nie mogę – powiedział. – Jeszcze nie. Jest coś, co stoi między nami dwojgiem a wolnym światem.

Przytuliła się do niego mocniej, z naiwnym, subtelnym instynktem uwodzicielki.

– Majaczysz, Giovanni, mój najmilszy – szeptała zachęcająco. – Cóż to takiego może być? Zabierz mnie, na swych rękach, do doñii Emilii, zabierz stąd! Nie jestem bardzo ciężka.

Zdawało się, jak gdyby oczekiwała, że uniesie ją w swych ramionach. Postradała poczucie niemożliwości. Tej cudownej nocy wszystko mogło się zdarzyć. Gdy się nie poruszył, krzyknęła niemal głośno:

– Mówię ci, że się boję Lindy. – Ale on stał dalej bez ruchu. Uspokoiła się przebiegle. – Cóż to takiego może być? – spytała pieszczotliwie.

Czuł ją żywą, ciepłą, oddychającą, zwieszoną w objęciu swych ramion. W rozradowanym poczuciu swej siły i w triumfującym podnieceniu umysłu wyruszał po swą wolność.

– Skarb – odrzekł. – Było cicho. Nie zrozumiała. – Skarb. Skarb srebra, za który kupię złotą koronę na twe czoło.

– Skarb? – powtórzyła słabym głosem, jak gdyby dobytym z głębin snu. – Co ty mówisz?

Odsunęła się od niego łagodnie. Powstał z ławy i spojrzał na nią, szukając oczyma jej twarzy, jej włosów, jej ust, dołeczków na jej policzkach, widząc czar jej postaci w ciemności zatoki jak w blasku południa. Jej niedbały, urzekający głos drżał z podniecenia zalęknionego podziwu i nieposkromionej ciekawości.

– Srebrny skarb! – wyjąkała. Po czym ciągnęła już prędzej: – Powiedz! Gdzie? Jak go zdobyłeś, Giovanni?

Zmagał się z niewolącym go zaklęciem. Zadał mu bohaterski cios, gdy wybuchnął:

– Jak złodziej!

Doznał wrażenia, iż najgęstszy mrok Zatoki Placido wali się mu na głowę. Już nie widział Gizeli. Znikła w długim, mrocznym, otchłannym milczeniu, z którego po pewnym czasie doleciał go jej głos, a wraz z nim słabo zamajaczyła jej twarz.

– Kocham cię! Kocham cię!

Te słowa przywróciły mu zapomniane poczucie swobody, rzuciły na niego urok silniejszy od przeklętego uroku skarbu; jego znużoną zależność od tej martwej rzeczy zamieniły w radosne przeświadczenie o swej potędze. Będzie ją kochał, mówił, i otoczy przepychem równym przepychowi, w jakim żyje doña Emilia. Bogacze żyją z bogactw ukradzionych ludowi, ale on nie zabrał bogaczom niczego, niczego, co by nie było dla nich już i tak stracone skutkiem ich szaleństwa, ich oszukaństwa. Gdyż zdradzono go, zapewniał, oszukano, sponiewierano. Uwierzyła mu… Zagarnął ten skarb, żeby się zemścić, ale teraz nie dba już o zemstę. Dba tylko o nią. Chciałby, żeby jej uroda zajaśniała w pałacu na wzgórzu uwieńczonym drzewami oliwnymi, w białym pałacu nad błękitnym morzem. Ukryje ją tam jak klejnot w szkatule. Zakupi dla niej posiadłość, podścieli pod jej drobne stopy ziemię bogatą w winnice i zboża. Ucałował jej stopki… Zapłacił już za to wszystko duszą pewnej kobiety i życiem pewnego mężczyzny… Capataz de cargadores doznał największego upojenia swym poczuciem szczodrobliwości. Wspaniałomyślnie rzucił zagarnięty skarb pod jej stopy w tej nieprzeniknionej ciemności zatoki, ciemności urągającej, jak powiadają, wszechwiedzy Boga i chytrości diabła. Ale najpierw, uprzedził ją, niech pozwoli mu się wzbogacić.

Słuchała jak w transie. Jej palce błądziły w jego włosach. Podniósł się z kolan chwiejny, słaby, z uczuciem pustki, jakby postradał swą duszę.

– Spiesz się – rzekła. – Spiesz się, Giovanni, mój kochanku, mój panie, gdyż nie oddam ciebie nikomu, chyba tylko samemu Bogu. A boję się Lindy.

Domyślił się tego po tym, gdy zadrżała, i przysiągł, że uczyni, co tylko będzie w jego mocy. Zaufał odwadze jej miłości. Ona zaś przyrzekła, że wytrwa, bo chce zawsze być kochaną, daleko w białym pałacu nad błękitnym morzem… Potem z lękliwą, nieśmiałą gorliwością szepnęła:

– Gdzie on jest? Gdzie? Powiedz mi, Giovanni.

Otworzył usta i oniemiał jak porażony gromem.

– Nie pytaj o to! Tylko nie o to! – zżymał się, przerażony tajemniczym zaklęciem, które kazało mu milczeć przed tyloma ludźmi, a teraz znów zamykało mu usta z nieodpartą siłą. Nawet jej tego nie powie. Nawet jej! To nazbyt było niebezpieczne. – Zabraniam ci pytać! – krzyknął, przezornie tłumiąc gniew w swoim głosie.

Nie odzyskał wolności. Pojawiło się widmo bezprawnie zagrabionego skarbu i stanęło obok niej niby srebrny posąg, bezlitosne i tajemnicze, z palcem na bladych ustach. Dusza w nim zamarła, gdy wyobraził sobie siebie, jak pełznie w głąb rozpadliny, z wyziewami ziemi i zgniłych liści w nozdrzach, jak wpełza tam z zamiarem, od którego lodowacieje mu pierś, i wypełza, obładowany srebrem, nadsłuchując czujnie, czy nie rozlegną się podejrzane szmery. Trzeba to będzie wykonać jeszcze tej nocy, tę robotę przerażonego niewolnika.

Pochylił się nisko, przycisnął rąbek jej sukienki do ust i rozkazał jej szeptem:

– Powiedz mu, że nie chciałem pozostać – po czym odszedł od niej nagle, w milczeniu, a ciemna noc stłumiła szmer jego kroków.

Siedziała cicho, z głową opartą bezwładnie o ścianę, ze skrzyżowanymi nóżkami w białych pończoszkach i czarnych pantofelkach. Stary Giorgio, gdy wreszcie wyszedł z domu, nie wydawał się bynajmniej zdziwiony wiadomością o odejściu Nostroma, jak tego niejasno się lękała. Teraz bowiem przepełniał ją niewytłumaczalny strach, bała się wszystkiego i wszystkich prócz swego Giovanniego i jego skarbu. Ale w to trudno było uwierzyć.

Stary Garibaldino przyjął wiadomość o nagłym odejściu Nostroma z mądrą pobłażliwością. Pamiętał własne uczucia i okazał męską przenikliwość co do prawdziwego stanu rzeczy.

– Va bene.275 Niech idzie. Ha, ha! Jest markotno, chociażby kobieta była nie wiedzieć jak piękna. Wolność, wolność! Jest jej więcej niż jeden rodzaj. Wypowiedział wielkie słowo, a Gian' Battista nie jest okiełznany – zdawał się pouczać nieruchomą, zmieszaną Gizelę. Stojąc już we drzwiach, dorzucił dogmatycznym tonem: – Mężczyzn nie należy krępować. – Nie podobała się mu jej cichość i milczenie. – Nie zazdrość swojej siostrze losu! – napominał ją z wielką powagą swym głębokim głosem.

Niebawem musiał znowu wrócić do drzwi, by zawołać młodszą córkę. Było późno. Trzy razy musiał powtórzyć jej imię, zanim podniosła głowę. Pozostawiona w samotności, stała się bezwolną igraszką zdumienia. Weszła do izby, którą dzieliła z Lindą, jak osoba w głębokim śnie. Było to tak zastanawiające, iż nawet stary Giorgio odwrócił oczy od Biblii i potrząsnął głową, gdy zamykała za sobą drzwi.

Przeszła przez pokój, nie patrząc na nic, i usiadła od razu przy otwartym oknie. Kiedy Linda, z piersią wezbraną szczęściem, zeszła z wieży, zastała ją przy zapalonej świecy, zapatrzoną w czarną noc, pełną łkających podmuchów wiatru i szmeru odległych ulew, noc, jaka bywa w tej zatoce, zbyt gęsta dla oczu Boga i dla podstępów szatana. Nie odwróciła głowy, gdy skrzypnęły otwierane drzwi.

Było w tym bezruchu coś, co dosięgło Lindę w głębinach jej błogości. Starszej siostrze przyszła do głowy gniewna myśl, że to dziecko marzy o tym nicponiu, Ramirezie. Linda tęskniła za rozmową. Zawołała swym rozkazującym głosem: – Gizelo! – lecz nie otrzymała w odpowiedzi najlżejszego drgnięcia.

Dziewczyna, która miała mieszkać w pałacu i stąpać po własnej ziemi, wprost umierała ze strachu. Za nic w świecie nie odwróciłaby głowy, by spojrzeć w twarz siostrze. Serce biło jej jak szalone. Odrzekła z powściąganym pośpiechem:

– Nie mów do mnie! Modlę się.

Linda, rozczarowana, spokojnie wyszła. Gizela siedziała niedowierzająca, zadumana, trwożna, cierpliwa, jakby czekając na potwierdzenie czegoś niepojętego. Beznadziejna czerń obłoków zdawała się również cząstką jej snu. Czekała.

Nie czekała na próżno. Człowiek, w którym dusza zamarła, gdy wyłaził z rozpadliny obładowany srebrem, dostrzegł blask oświetlonego okna i nie mógł się powstrzymać, by nie skierować kroków z plaży z tamtą stronę.

Na nieprzeniknionym tle ciemności, która pochłonęła wyniosłe góry na wybrzeżu, dostrzegła niewolnika srebra z San Tomé, jakby ukazał się jakąś niesłychaną mocą cudu. Przyjęła jego powrót jako coś zwyczajnego, jak gdyby odtąd przez całą wieczność świat nie mógł skrywać żadnych niespodzianek.

Powstała, zniewolona i niewzruszona, i zaczęła mówić, zanim światło z wnętrza izby zdążyło paść na twarz nadchodzącego mężczyzny:

– Wróciłeś, by mnie zabrać. To dobrze. Otwórz ramiona, Giovanni, mój najmilszy! Idę.

Jego ostrożne kroki umilkły. Z błyszczącymi dziko oczyma rzekł szorstkim głosem:

– Jeszcze nie. Muszę się powoli wzbogacać… – W tonie jego głosu zadrgała groźba. – Pamiętaj, że masz złodzieja za kochanka.

– Wiem, wiem – szepnęła śpiesznie. – Podejdź bliżej! Słuchaj! Nie opuszczaj mnie, Giovanni! Nigdy, nigdy!… Będę cierpliwa!…

Jej postać wychyliła się z niskiego parapetu okna ku niewolnikowi bezprawnie zagarniętego skarbu. Światło w izbie zgasło. W mroku zatoki, obładowany srebrem, wspaniały capataz objął ramionami jej białą szyję, jak tonący chwyta się słomki.

Rozdział XIII

Pewnego dnia, kiedy pani Gould wedle słów doktora Monyghama miała „urządzać tertulię”, kapitan Fidanza zszedł ze swego szkunera stojącego na kotwicy w porcie Sulaco; spokojny, nieugięty, rozważny, wsiadł do łodzi i ujął wiosła. Było później niż zwykle. Miało się już dobrze pod wieczór, kiedy wylądował na plaży Wielkiej Izabeli i mocnym krokiem zaczął wspinać się po pochyłości wyspy.

Z daleka dostrzegł Gizelę, siedzącą na krześle opartym o tylną ścianę domu, pod oknem pokoju dziewcząt. W rękach trzymała swój haft, podnosząc go do oczu. Spokój tej dziewczęcej postaci wzburzył go, kłócąc się z poczuciem nieustannej waśni i walki, które rozpierało mu pierś. Ogarnął go gniew. Wydawało się mu, iż powinna słyszeć z daleka szczęk jego kajdan, jego srebrnych kajdan. Tym bardziej, że tego dnia spotkał na wybrzeżu doktora o złym oku, który uważnie mu się przyglądał.

Podniosła oczy i to go ułagodziło. Ich uśmiech, mający w sobie świeżość kwiatów, przeniknął prosto w jego serce. A potem zmarszczyła brwi. Było to ostrzeżenie, żeby miał się na baczności. Zatrzymał się w pewnej odległości i donośnym, obojętnym głosem zagadnął:

– Dzień dobry, Gizelo. Czy Linda już wstała?

– Tak. Jest z ojcem w dużym pokoju.

Podszedł bliżej i zaglądając przez okno do sypialni z obawy, żeby został zaskoczony, gdyby Linda z jakiegoś powodu wróciła, odezwał się samym tylko poruszeniem ust:

– Kochasz mnie?

– Nad życie. – I kiedy on patrzył w zadumie na jej robótkę, mówiła dalej, niby nie odwracając uwagi od pracy: – Inaczej nie mogłabym żyć. Nie mogłabym. Bo moje życie jest jak śmierć. Och, Giovanni, zginę, jeśli mnie stąd nie zabierzesz.

Uśmiechnął się beztrosko.

– Przyjdę pod okno, gdy się ściemni – powiedział.

– Nie, nie rób tego, Giovanni. Nie dzisiejszego wieczora. Linda i ojciec długo dziś ze sobą rozmawiali.

– O czym?

– O ile dosłyszałam, o Ramirezie. Nie wiem. Boję się. Ja ciągle się boję. To jak konanie po tysiąc razy na dzień. Twoja miłość jest dla mnie tym, czym dla ciebie twój skarb. Istnieje, ale nigdy nie mogę się nią nasycić.

Patrzył na nią bardzo spokojnie. Była piękna. Zawrzało w nim pożądanie. Miał teraz dwoje władców. Ale ona była niezdolna do stałego odczuwania wzruszeń. Była szczera w tym, co mówiła, lecz sypiała spokojnie w nocy. Rozpłomieniała się, ilekroć go widziała, po czym tylko wzmożona milkliwość świadczyła, iż zaszła w niej zmiana. Bała się omamić siebie. Bała się męki, przykrości fizycznych, ostrych słów. Nie chciała się narażać na gniew i mieć do czynienia z przymusem. Bowiem jej dusza była lekka, wiotka i miała pogańską szczerość w swych odruchach. Odezwała się półgłosem:

– Zaniechaj pałacu, Giovanni, i winnicy na wzgórzach, dla których marnujemy naszą miłość.

Zaniemówiła, ujrzawszy Lindę stojącą w milczeniu przy narożniku domu.

Nostromo zwrócił się do swej narzeczonej z powitaniem i dziwił się na widok jej zapadniętych oczu, zaklęsłych policzków, udręki i niemocy na jej twarzy.

– Byłaś chora? – rzekł, starając się okazać niejaką troskliwość tym pytaniem.

Jej czarne oczy wionęły ku niemu płomieniem.

– Czy schudłam? – zagadnęła.

– Zapewne, może, nieco.

– I postarzałam się.

– Każdy dzień mija nie bez śladu, na nas wszystkich.

– Obawiam się, że posiwieję, zanim będę miała pierścionek na palcu – rzekła z wolna, nie spuszczając z niego oczu.

Czekała, co powie, odwijając zakasane rękawy.

– Nie ma obawy – odparł z roztargnieniem.

Odwróciła się, jak gdyby to miało być zakończeniem, i zajęła się gospodarstwem. Nostromo tymczasem rozmawiał z jej ojcem. Rozmowa z starym Garibaldinem nie była łatwa. Wiek nie uszczuplił jego władz umysłowych, ale zdawało się, jakby zapadły weń głębiej. Odpowiedzi przychodziły mu z wolna i miały wyraz dostojnej powagi. Tego dnia jednak był bardziej ożywiony i rześki, zdawało się, jakby było więcej życia w tym starym lwie. Niepokoił się o nieskazitelność swego honoru. Dawał wiarę ostrzeżeniom Sidoniego, iż Ramirez czyha na jego młodszą córkę. I nie dowierzał jej. Była płocha. Nie napomknął nic o swych troskach „synowi Gian' Battiście”. Był to przejaw starczej próżności. Chciał pokazać, iż jest jeszcze zdolny sam strzec honoru swego domu.

Nostromo oddalił się wcześnie. Skoro tylko zniknął, zmierzając ku plaży, Linda przestąpiła próg i z wymuszonym uśmiechem usiadła obok swego ojca.

Już od owej niedzieli, kiedy zadurzony i zrozpaczony Ramirez czekał na nią w porcie, nie miała żadnych wątpliwości. Zazdrosne majaczenia tego człowieka nie były dla niej rewelacją. Niby gwóźdź wbity w serce utwierdziły tylko to uczucie nierzeczywistości i omamu, które zamiast błogości i pewności znalazła w obcowaniu ze swym przyszłym mężem. Odeszła wówczas, obrzucając Ramireza oburzeniem i wzgardą, ale tamtej niedzieli konała niemal z rozżalenia i wstydu, leżąc na rzeźbionej płycie grobowca Teresy, który ufundowali maszyniści i mechanicy kolejowi na znak swej czci dla bohatera zjednoczenia Włoch. Stary Viola nie mógł spełnić swego życzenia, aby jego żonę pochowano w morzu, więc Linda zapłakiwała się na kamieniu.

Przerażała ją ta niezasłużona zniewaga. Jeśli pragnął złamać jej serce, to niech się dzieje jego wola. Gian' Battiście wszystko wolno. Ale po co deptał jego szczątki, po co poniżał jej ducha? Aha! Nie mógł go złamać. Osuszyła łzy. A Gizela, Gizela! Ta mała, która odkąd tylko zaczęła chodzić, zawsze szukała opieki pod jej fartuszkiem. Co za obłuda! Lecz może nie umiała temu zapobiec. Gdy chodziło o mężczyznę, ta biedna głuptaska nie umiała dać sobie rady.

Linda miała w sobie sporo ze stoicyzmu Violi. Postanowiła nic nie mówić. Ale po kobiecemu wniosła namiętność do swego stoicyzmu. Krótkie odpowiedzi Gizeli, wywoływane trwożnym niedowierzaniem, wyprowadzały ją z równowagi swą zwięzłością podobną do pogardy. Pewnego dnia podbiegła do krzesła, na którym spoczywała jej gnuśna siostra i wpiła się zębami w najbielszą szyję, jaka była w Sulaco. Gizela krzyknęła. Ale miała w sobie także cząstkę bohaterstwa Violi. Chociaż niemal mdlała ze strachu, rzekła tylko ospałym głosem:

– Madre de Dios! Czy chcesz zjeść mnie żywcem, Lindo?

I wybuch ten minął, nie pozostawiając śladu na ich wzajemnych stosunkach. „Nic nie wie. Nie może wiedzieć” – rozumowała Gizela. „Może to nieprawda. To nie może być prawdą” – starała się wmówić w siebie Linda.

Ale kiedy zobaczyła kapitana Fidanzę po raz pierwszy po swym spotkaniu z obłąkanym Ramirezem, pewność jej niedoli powróciła. Patrzyła za nim od drzwi, gdy odchodził do swej łodzi, i zadawała sobie ze stoickim spokojem pytanie: „Czy spotkają się tej nocy?”. Postanowiła sobie ani na chwilę nie opuszczać wieży. Gdy znikł, wyszła na dwór i usiadła obok ojca.

Czcigodny Garibaldino czuł się, jak sam mówił, „jeszcze młodym mężczyzną”. Ostatnio takim czy innym sposobem dotarło do niego wiele plotek o Ramirezie, zaś jego niechęć i pogarda do tego człowieka, który żadną miarą nie mógł być tym, czym byłby jego syn, odebrały mu spokój. Sypiał bardzo mało. Od kilku nocy zamiast czytać lub bodaj tylko siedzieć przed otwartą Biblią z srebrnymi okularami pani Gould na nosie, przetrząsał wyspę ze starą strzelbą w ręku, czuwając nad swym honorem.

Linda, położywszy swą szczupłą, śniadą rękę na jego kolanie, starała się uśmierzyć jego wzburzenie. Ramireza nie ma w Sulaco. Nikt nie wie, gdzie przebywa. Znikł. Jego gadanina o tym, co by zrobił, jest bez znaczenia.

– Nie – przerwał jej starzec. – Mój syn Gian' Battista powiedział mi, zupełnie niepytany„ że ten tchórzliwy esclavo zapija się i gra w karty z łotrami z Zapigo, tam, na północnym wybrzeżu zatoki. Mógłby zebrać najgorszą hołotę z tego podłego, murzyńskiego miasta, żeby mu pomogli porwać malutką… Ale ja nie jestem taki stary. Nie!

Usilnie wykazywała mu nieprawdopodobieństwo jakiegokolwiek zamachu. Starzec w końcu umilkł, zagryzając swe białe wąsy. Kobiety mają swe uparte poglądy, którym trzeba pobłażać. Taka była jego biedna żona, a Linda przypominała swoją matkę. Mężczyźnie nie wypada wdawać się z nimi w spory.

– Być może, być może – mamrotał.

W głębi duszy nie czuła się bynajmniej uspokojona. Kochała Nostroma. Z macierzyńską jakby czułością i z zazdrosną boleścią rywalki, poniżonej swym niepowodzeniem, zwróciła oczy na Gizelę, która siedziała opodal. Wstała i podeszła do niej.

– Słuchaj no ty – rzekła szorstko.

Nieodparta niewinność spojrzenia, te wzniesione oczy jak fiołki pokryte rosą rozbudziły jej gniew i podziw. Jakże piękne oczy miała ta chica, to niegodziwe stworzenie z białego ciała i czarnej obłudy. Nie wiedziała, czy wydrzeć je z okrzykiem zemsty, czy też okryć ich tajemniczą i bezwstydną niewinność pocałunkami żalu i miłości. I oto nagle te oczy przygasły i zaczęły patrzeć na nią pustym spojrzeniem, w którym przebijało zaledwie nieco lęku, nie dość głęboko ukrytego wraz z innymi uczuciami w sercu Gizeli.

Linda powiedziała:

– Ramirez przechwala się w mieście, że zamierza cię uprowadzić z wyspy.

– Co za głupstwa! – odpowiedziała jej siostra i z przewrotnością zrodzoną z długiego powstrzymywania się, dodała żartobliwym tonem z drżącą zuchowatością: – Nie stać go na to.

– Nie? – rzekła Linda przez zaciśnięte zęby. – Nie stać go? No, to uważaj, bo ojciec chodzi nocami z nabitą strzelbą.

– To niedobrze dla niego. Powinna byś mu to odradzić, Lindo. Mnie nie posłucha.

– Nie powiem już nic, nigdy, nikomu! – krzyknęła Linda porywczo.

„To nie może dłużej trwać” – myślała Gizela. Giovanni musi ją zaraz zabrać, gdy tylko przyjdzie za następnym razem. Nie zniesie dłużej tych przerażających sytuacji, nawet za tyle srebra. Od rozmów z siostrą była chora. Nie budziła w niej niepokoju czujność ojca. Prosiła Nostroma, by nie tego wieczora przychodził pod okno. Przyrzekł, że tym razem nie przyjdzie. Nie wiedziała, nie mogła się domyślić ani sobie wyobrazić, żeby miał inne powody, które sprowadzały go na wyspę.

Linda poszła prosto na wieżę. Był już czas zapalić latarnię. Otworzyła małe drzwiczki i szła ciężko po krętych schodach, dźwigając swą miłość do wspaniałego capataza de cargadores jak coraz cięższe brzemię haniebnych kajdan. Nie, nie mogła ich zrzucić. Nie, niech Bóg rozstrzyga o tamtych dwojgu. I krzątając się po latarni, wypełnionej mrokiem i poświatą księżyca, ostrożnymi ruchami zapaliła lampę. Po czym opuściła ramiona wzdłuż ciała.

– A nasza matka patrzy na to – szeptała do siebie. – Własna siostra, ta chica.

Cały aparat refrakcyjny, ze swymi mosiężnymi częściami i obręczami pryzmatów, skrzył się i migotał jak kopulasta świątynia z brylantów, zawierająca nie lampę, lecz święty ogień, górujący nad oceanem. Zaś jego strażniczka, Linda, cała w czerni, z bladą twarzą, siedziała na niskim, drewnianym krzesełku, sama ze swą zazdrością, wyniesiona wysoko ponad hańby i namiętności ziemskie. Jakieś dziwne, szarpiące cierpienie, jak gdyby ktoś ciągnął ją brutalnie za ciemne włosy o brązowych poświatach, zmusiło ją, że podniosła dłonie do skroni. Spotkają się. Spotkają się. I wiedziała gdzie. Przy oknie. Pot udręki spływał kroplami po jej policzkach. Smuga światła księżycowego padająca na morze zamykała olbrzymią, srebrną sztabą wylot Zatoki Placido – tej posępnej pieczary, pełnej obłoków i ciszy, wykutej w opłukiwanym przypływami morskimi wybrzeżu.

Linda Viola powstała nagle, przyłożywszy palec do ust. Nie kochała ani siebie, ani swej siostry. Wszystko wydawało się zbyt bezcelowe, żeby mogło ją przerażać lub budzić jakąkolwiek nadzieję. Dlaczego jej nie zabrał? Co mu na przeszkadza? Niepodobna było go zrozumieć. Na co oni czekają? W jakim celu kłamią i oszukują? To nie chodziło o ich miłość. Nie o nią chodziło. Nadzieja, iż uda się jej odzyskać go dla siebie, zachwiała jej postanowieniem, że nie zejdzie z wieży tej nocy. Musi zaraz pomówić z ojcem, który jest mądry i ją zrozumie. Zbiegła po krętych schodach. Kiedy otwierała drzwi na dole, rozległ się huk pierwszego wystrzału, jaki kiedykolwiek padł na Wielkiej Izabeli.

Doznała wstrząsu, jak gdyby kula ugodziła ją w pierś. Biegła, nie zatrzymując się. W chacie było ciemno. Krzyknęła w drzwiach: – Gizelo, Gizelo! – po czym obiegła narożnik, nawołując siostrę przy otwartym oknie, ale nie otrzymała odpowiedzi. Kiedy jednak, pełna rozterki, zaczęła obiegać dom, Gizela wypadła z drzwi i przemknęła obok niej, biegnąc w milczeniu z rozwianymi włosami i oczyma utkwionymi przed siebie. Zdawała się zaledwie muskać stopami trawę i zniknęła.

Linda szła powoli, wyciągnąwszy ramiona przed siebie. Na wyspie zaległa cisza. Nie wiedziała, dokąd idzie. Drzewo, pod którym Martin Decoud spędził swe ostatnie dni, patrząc się na swe życie jak na szereg niepowiązanych obrazów, rzucało wielką plamę czarnego cienia na murawę. Nagle ujrzała ojca, stojącego spokojnie i samotnie w poświacie księżycowej.

Garibaldino, ogromny, wyprostowany, ze śnieżnobiałymi włosami i brodą, znieruchomiał w monumentalnej postawie, wsparty na strzelbie. Położyła mu lekko rękę na ramieniu. Nie poruszył się.

– Co uczyniłeś, ojcze? – spytała swym zwykłym głosem.

– Zastrzeliłem tego podłego Ramireza – odparł, kierując oczy w stronę miejsca, gdzie cień był najczarniejszy. – Przyszedł jak złodziej i zginął jak złodziej. Trzeba było dziecko ochronić.

Nie drgnął z miejsca, nie postąpił naprzód ani kroku. Stał zastygły i niewzruszony jak posąg starca strzegącego honoru swego domu. Linda zdjęła swą drżącą rękę z jego ramienia, krzepkiego i nieustępliwego jak kamień, i nie mówiąc ani słowa, weszła w czarną ciemność cienia. Ujrzała na ziemi kłąb bezładnych kształtów i stanęła jak wryta. Do jej uszu dotarł szept rozpaczy i wzmagające się łkanie.

– Błagałam cię, żebyś dzisiejszej nocy nie przychodził. Och, mój Giovanni! I przyrzekłeś. Och, dlaczego, dlaczego przyszedłeś, Giovanni?

Był to głos jej siostry. Urwał się rozdzierającym szlochem. Zaś głos dzielnego capataza de cargadores, pana i niewolnika skarbu z San Tomé, którego znienacka zaskoczył stary Giorgio, gdy przekradał się przez otwartą przestrzeń do wąwozu, by zabrać więcej srebra, odpowiedział z ziemi niedbale i chłodno, ale dziwnie słabo:

– Zdawało mi się, że nie przeżyję tej nocy, jeśli cię raz jeszcze nie zobaczę, moja gwiazdko, mój kwiatuszku!

*

Świetna tertulia właśnie się skończyła, ostatni goście odjechali, a señor administrador odszedł już do swego pokoju, gdy doktor Monygham, którego oczekiwano tego wieczora, ale który nie przybył, nadjechał przy świetle lamp elektrycznych po drewnianym bruku opustoszałej Calle de la Constitution i zastał wielką bramę Casa jeszcze otwartą.

Kulejąc, wszedł do domu, wspiął się na schody i trafił na moment, kiedy wymuskany, tłusty Basilio gasił właśnie światła w sali. Kwitnący majordomus otworzył usta na widok przybysza.

– Nie gaś światła – rozkazał doktor. – Chcę się widzieć z señorą.

– Señora jest w kancelarii señora administradora – rzekł namaszczonym głosem Basilio. – Señor administrador za godzinę odjeżdża w góry. Zdaje się, że obawiają się tam zamieszek robotniczych. Bezwstydna hołota bez rozumu i wychowania. I leniwa, señor! Leniwa!

– Tyś sam bezwstydnie głupi i leniwy – burknął doktor z właściwą sobie zdolnością drażnienia ludzi, która czyniła go tak powszechnie lubianym. – Nie gaś światła.

Basilio odszedł z godnością. Doktor Monygham, czekając w rzęsiście oświetlonej sali, usłyszał, jak zamknęły się drzwi na drugim końcu domu. Zamarł szczęk ostróg. Señor administrador pojechał w góry.

Szeleszcząc miarowo trenem sukni, migocąc od klejnotów i połyskując od jedwabiu, szła oświetlonym korytarzem „najznakomitsza dama z Sulaco”, jak zwykł był wyrażać się o niej kapitan Mitchell. Szła, pochyliwszy swą subtelną głowę, jakby pod ciężarem jasnych włosów, w których gubiły się srebrne pasma, bogatsza ponad wszelkie marzenia, szanowana, kochana, czczona, uwielbiana i tak samotna, jak może jeszcze nikt nie był na ziemi.

Na głos doktora: „Pani Gould! Jedną chwilkę!…” zatrzymała się u drzwi oświetlonej i pustej sali. Podobieństwa nastroju i okoliczności, widok doktora, stojącego samotnie wśród porozstawianych mebli, przypomniały jej wrażliwej pamięci spotkanie z Martinem Decoud. Zdawało jej się, iż w ciszy doleciał ją głos tego człowieka, zmarłego tragicznie przed tylu laty, wymawiający słowa: „Antonia zapomniała tu wachlarza”. Ale był to głos doktora, nieco zmieniony pod wpływem podniecenia. Zauważyła jego błyszczące oczy.

– Pani Gould, ktoś pani potrzebuje. Czy pani wie, co się stało? Pamięta pani, co mówiłem wczoraj o Nostromie? Otóż dzisiejszej nocy płynęła z Zapigi lancha, kryta łódź z czterema Murzynami. Gdy mijali Wielką Izabelę, jakiś kobiecy głos, jak się okazało, głos Lindy, wezwał ich z urwiska, żeby podpłynęli do plaży (noc była księżycowa) i zabrali do miasta rannego człowieka. Patron276 łodzi (od którego dowiedziałem się o tym wszystkim) zrobił to od razu. Opowiadał, iż kiedy okrążyli urwisko i przybili do niższego brzegu Wielkiej Izabeli, Linda Viola już ich oczekiwała. Poszli za nią; zaprowadziła ich pod drzewo, rosnące niedaleko chaty. Zastali tam leżącego na ziemi Nostroma, z głową spoczywającą na kolanach młodszej dziewczyny, oraz starego Violę stojącego opodal, wspartego na strzelbie. Stosując się do wskazówek Lindy, wynieśli z domu stół i obłamali mu nogi, żeby posłużył za nosze. Są tutaj, pani Gould. To znaczy jest Nostromo i… i Gizela. Murzyni zanieśli go do portowego szpitala. Posłał po mnie służącego. Ale nie ze mną chciał się widzieć, lecz z panią, pani Gould. Z panią!

– Ze mną? – szepnęła pani Gould, wzdrygnąwszy się z lekka.

– Tak jest – wybuchnął doktor. – Błagał mnie, swego wroga, jak mu się zdaje, żebym panią zaraz do niego sprowadził. Jak się zdaje, ma coś do powiedzenia pani samej.

– Niemożliwe! – wyszeptała pani Gould.

– Powiedział do mnie: „Proszę jej przypomnieć, iż przyczyniłem się nieco do tego, że ma dach nad głową…” Pani Gould – mówił dalej doktor w największym podnieceniu. – Pamięta pani srebro? Srebro na lichtudze, które zatonęło?

Pani Gould pamiętała. Ale nie wspomniała, iż nienawidzi choćby wzmianki o tym srebrze. Będąc uosobieniem szczerości, przypomniała sobie z niepohamowaną zgrozą, iż po raz pierwszy i ostatni w życiu nie powiedziała swemu mężowi prawdy właśnie o tym srebrze. Zbłądziła wówczas pod wpływem obaw i nie mogła sobie tego przebaczyć. Co więcej, to srebro, które nie byłoby zatonęło, gdyby jej mąż wiedział o nowinach przyniesionych przez Decouda, omalże nie stało się pośrednią przyczyną śmierci doktora Monyghama. Wszystko to wydawało się jej nader okropne.

– Ale czy ono zatonęło? – zawołał doktor. – Zawsze wyczuwałem od tamtego czasu jakąś tajemnicę wokół naszego Nostroma. Myślę, że chciałby teraz, w obliczu śmierci…

– W obliczu śmierci? – powtórzyła pani Gould.

– Tak. Tak… Chciałby może powiedzieć pani coś o tym srebrze, które…

– Och, nie, nie! – odparła pani Gould cichym głosem. – Czyż już nie przepadło i nie poszło w niepamięć? Czyż i bez niego nie ma dość skarbów, żeby wszyscy na świecie byli nieszczęśliwi?

Doktor nie odzywał się, pogrążony w uległym, zawiedzionym milczeniu. W końcu napomknął bardzo cicho:

– Jest tam też ta córka Violi, Gizela. Coś trzeba by zrobić. Zdaje się, iż chociaż jej ojciec i siostra…

Pani Gould oświadczyła, iż poczuwa się do obowiązku zajęcia się tymi dziewczętami.

– Mam tu wolant277 – rzekł doktor. – Jeżeli nie ma pani nic przeciwko temu, to…

Czekał, nie posiadając się z niecierpliwości, aż pani Gould powróciła, zarzuciwszy na swą suknię szary płaszcz z obszernym kapturem.

W takim stroju, płaszczu na wieczorowej sukni i mnisim kapturze, stanęła ta pełna cierpliwości i współczucia kobieta przy łożu, na którym leżał nieruchomo na wznak wspaniały capataz de cargadores. Biel poduszek i prześcieradeł uwydatniała posępny zarys jego brązowej, energicznej twarzy oraz śniadych, nerwowych rąk, które do niedawna tak dobrze władały sterem, wędzidłem i karabinem, a teraz, otwarte i bezczynne, spoczywały na białej kołdrze.

– Ona jest niewinna – odezwał się capataz niskim, równym głosem, jak gdyby obawiał się, iż donośniejsze słowo może zerwać wątłą więź, która jego duszę łączyła z ciałem. – Ona jest niewinna. To tylko ja… Ale mniejsza o to. Za te rzeczy nie będę za życia odpowiadał przed nikim.

Urwał. Twarz pani Gould, bardzo biała w cieniu kaptura, pochylała się nad nim z wyrazem przemożnego, nieukojonego smutku. Przytłumione łkania Gizeli Viola, klęczącej u nóg łóżka, okrywającej złotymi włosami o połyskach miedzi stopy capataza, niemal nie mąciły ciszy pokoju.

– Ha! Stary Giorgio, stróż twojego honoru! Niebywałe, jak vecchio potrafił podejść mnie tak cicho i wziąć na cel tak pewnie. Ja sam nie potrafiłbym lepiej. Ale można było oszczędzić wydatku na ten ładunek prochu. Honor był bezpieczny… Señora, ona by poszła na kraj świata za złodziejem Nostromem… Wypowiedziałem to słowo. Zaklęcie już mnie nie pęta.

275.Va bene (wł.) – dobrze. [przypis edytorski]
276.patron (hiszp.) – szyper, dowódca mniejszego statku lub dużej łodzi. [przypis edytorski]
277.wolant – lekki, odkryty powozik. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
620 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Metin PDF
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 5, 2 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre