Kitabı oku: «Jan Bielecki», sayfa 4

Yazı tipi:

IV. Zemsta

 
Zgiełkiem i wrzaskiem zabrzmiały komnaty,
Głośna to radość, lecz radość nieszczera;
Śmiech słychać!… śmiech to wymuszony świata
Na bladych licach nigdy nie umiera.
Śmiech ten jaśnieje jako kwiaty z płótna,
Którymi błyszczy biesiadnika głowa;
Ich postać wiecznie, wiecznie jednakowa,
Wiecznie bez czucia, choć piękna, lecz smutna,
Nigdy nie żyły i w nieba błękicie
Nie odetchnęły – i nigdy nie zwiędną.
Lecz któż by przeniósł takich kwiatów życie
Nad jedną chwilę rozkoszy – choć błędną?
 
 
Pan Brzezan smutny, milczący, ponury,
Porzucił tłumu różnobarwne fale;
Szedł do komnaty, gdzie ciemne marmury
I wodotryski wychładzały salę.
Okna posępne gotyckiej struktury,
Przez okna księżyc pełnym blaskiem pada,
Cisną się krzewy kwitnące jaśminu.
Wokoło stoły z marmuru, bursztynu;
A z ram złoconych niejedna twarz blada,
Której wiekami ściemniały kolory,
Twarz przodków patrzy smutna, nieruchoma.
Chodził starosta, krok niepewny, skory26,
Za nim się cienie kładły od księżyca;
A gdy na niebo podniósł blade lica,
Na twarzy była zgryzota widoma.
 
 
W tłumie biesiadnym nowe słychać wrzaski;
I zbiegł starosta do sali biesiady,
Zawołał pazia, pomieszany, blady.
– „Paziu mój! Paziu! Co znaczą te maski?
Prawie półowę zajęli komnaty,
Czoła zakryte i tatarskie szaty…”
– „O panie! Twojej bojaźni nie dzielę,
To jakaś szlachta zjechała kulikiem”.
– „Nie są to, paziu, nie są przyjaciele!
Szlachta by zaraz wpadła z hukiem, krzykiem,
Zaraz by pełne obległa szklannice27,
A oni milczą, kryją tajemnicę…
Paziu, wybiegnij przez drzwi boczne sali,
Niechaj odźwierny… Lecz cóż to? O Boże!
Zwodowa wieża i zamek się pali!
O zdrada! Bracia, kto mi dopomoże?
Miecz mój i zbroja! Prędzej, paziu młody!”
 
 
Już nie czas… Zewsząd tłumne pogan wrogi
Biegną przez wielkie marmurowe wschody;
Trupami sali zawalili progi,
Ognie pożaru zażegli na gody.
Lecz któż na czele roznieca pożogi?
Któż tłumy pogan prowadzi do boju?
Jestże ich wodzem? Baszą? Atamanem?
Jakiś młodzieniec w muzułmańskim stroju,
Czoło złocistym przysłonił turbanem
I wiarę złotym księżycem naznaczył.
Leci na czele i służbę pomija,
Nikogo dotąd uderzyć nie raczył,
Miecz jego w pochwach; on wzrokiem zabija.
Już wpadł do sali, zaraz za nim w ślady
Straszny wiatr zawył na ściany zamkowe,
Światła zadrżały, zgasły, tylko blady
Świecił się promień lamp, w alabastrowe
Ukrytych głazy… Wpadł jak śmierci mara
I wejście mnogą wartą zabezpiecza…
Pan Brzezan z mieczem stał wobec Tatara…
 
 
Lecz patrzcie! Patrzcie! Tatar dobył miecza;
Patrzcie! O zgroza! To miecz dobrze znany!
Nad emaliji28 zaćmionym lazurem
Obraz Najświętszej Panny malowany
I obraz krzyża – pod krzyżem, na dole,
Herb, jakby srebrne księżyca półkole
I gwiazda, nad nią hełm ze strusim piórem.
 
 
Błysnęły szabli obrazy święcone
I padł starosta na twarde granity,
Zaśmiał się Tatar, śmiechem obudzone
Zabrzmiało echo… Był to jęk kobiety29.
 
 
Była to maska nieznana nikomu,
Którą brylantów moc wielka pokrywa.
Śmiech usłyszała i jakby od gromu
Zadrzała, padła na głaz jak nieżywa;
A Tatar przybiegł i padł na kolana.
Cuci ją, węzły ścieśnione rozrywa;
Twarz jego była straszna, obłąkana,
Chwycił ją w dłonie, unosił przez ganki,
Ona jak martwa była w jego dłoni;
Z głowy różane pospadały wianki
I włos się rozwiał pełny słodkiej woni,
Rozwiany spływał aż do stóp Tatara.
A strasznie bladą była twarz dziewicy.
 
 
Budzi się – gdzież jest? – W zamkowej kaplicy,
A przed nią postać jak przeszłości mara.
Dokoła było i straszno, i ciemno,
A księżyc mury oświecał kościoła.
– „Tyż to mój luby? Tyż to jesteś ze mną?
Zaklinam ciebie, zdejm zawoje z głowy!
Niech cię obaczę – rysy twego czoła…”
I zdjął Bielecki turban muślinowy,
Anna spojrzała i padła omdlona.
Znów po niej życia rozlały się ślady
I znów po chwili ciężko przebudzona
Rzekła: „O luby! Tak straszny! Tak blady!…”
– „Ha! blady? – przerwał rycerz z dzikim śmiechem —
Wszak zdradzam!…” – zamilkł – lecz ostatnie słowo,
Trzykrotnie głośnym powtórzone echem,
Przerwało ciszę kościoła grobową.
A rycerz mówił: „Tak! Twarz moja blada!
Z innąm cię twarzą w czas szczęśliwy witał,
Ja zdradzam! Będęż jak róża rozkwitał?
Na moim czole napisano – zdrada.
Kraj cały we krwi… Wznieś na księżyc oczy,
Patrz na te okna, na szkle malowidła.
Gdy błyśnie słońce, ów anioł roztoczy
Różane lica a srebrzyste skrzydła;
Lecz szklisty obraz przejęty księżycem,
Teraz do lekkiej widm podobny larwy30,
Ciemniejszym patrzy i niepewnym licem,
Smutną ma postać, obumarłe barwy:
Inny jest człowiek, gdy o szczęściu marzy,
Lecz gdy te same wzniosłe, piękne rysy
Oświeci nieszczęść lampa, od tej twarzy
Weselsze będą grobowe cyprysy.
O luba moja! Po co te rozmowy?
Luba! Chodź za mną wieść życie tułaczy!
Chodź za wygnańcem potępionej głowy!
Na twoim łonie dożyję siwizny,
Siwizny nieszczęść, zdrady i rozpaczy”. —
– „Mój ojciec!” – „Ojciec?… Ojciec przeklnie ciebie!
I ty się lękasz?… Przeklnie! I cóż znaczy
 
26.skory – szybki. [przypis edytorski]
27.szklannice – dziś: szklanice. [przypis edytorski]
28.emaliji (daw. Ms. lp) – dziś: emalii. [przypis edytorski]
29.kobiety – forma z ”e” pochylonym, czytanym jako ”i” lub ”y”. [przypis edytorski]
30.larwa (przestarz.) – maska. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
19 haziran 2020
Hacim:
16 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Metin
Ortalama puan 4,7, 277 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 4,2, 741 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4,8, 78 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4,4, 45 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 4,8, 76 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4, 2 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 3,3, 4 oylamaya göre