Kitabı oku: «Czerwone i czarne», sayfa 34

Yazı tipi:

LXX. Spokój

Dlatego dziś jestem mądry, że niegdyś byłem szalony. O, filozofie, który widzisz jedynie bieżącą chwilę, jakże twój wzrok jest krótki! Oko twoje niezdolne jest śledzić podziemną płacę namiętności.

Goethe.

Rozmowę tę przerwało śledztwo, po czym nastąpiła konferencja z adwokatem, który podjął się obrony. Były to jedyne przykre chwile owego leniwego życia wypełnionego tkliwym marzeniem.

– Zachodzi fakt morderstwa i to morderstwa z rozmysłem – oświadczył Julian zarówno sędziemu jak adwokatowi. – Przykro mi bardzo, panowie – dodał z uśmiechem – ale to sprowadza waszą działalność do nader szczupłych rozmiarów.

„Ostatecznie – powiadał sobie Julian, skoro zdołał się oswobodzić od tych figur – muszę być odważny, odważniejszy niewątpliwie od tych dwóch ludzi. Oni patrzą na ten fatalny pojedynek jako na szczyt nieszczęścia, jako na bezmiar grozy, gdy ja pomyślę o nim poważnie jedynie w sam dzień.

To dlatego, że ja poznałem większe nieszczęście – myślał Julian dalej. – O ileż więcej cierpiałem w czasie pierwszej podróży do Strasburga, gdy mniemałem, że Matylda rzuciła mnie na zawsze… I powiedzieć, że pragnąłem tak namiętnie tej bliskości, którą dziś przyjmuję tak chłodno… W istocie, czuję się szczęśliwszy sam, niż kiedy ta śliczna panna dzieli mą samotność…”

Adwokat, pedant i formalista, uważał go za szaleńca i myślał, wraz z ogółem, że to zazdrość wcisnęła mu pistolet w rękę. Jednego dnia spróbował Julianowi dać do zrozumienia, że domysł taki, bez względu na jego prawdziwość, byłby znakomitym środkiem obrony. Ale apatia oskarżonego ustąpiła w mgnieniu oka stanowczości.

– Jeśli pan dbasz o swoje życie – wykrzyknął Julian półprzytomny – nie waż się powtarzać tak ohydnego kłamstwa.

Ostrożny adwokat zląkł się na chwilę, aby go Julian nie zamordował. Przygotował obronę, ponieważ zbliżał się rozstrzygający dzień. W Besançon i w całym departamencie mówiono tylko o tej głośnej sprawie. Julian nie wiedział o tym, prosił, aby mu nigdy nie wspominano o tego rodzaju rzeczach.

Tego dnia Fouqué i Matylda chcieli mu udzielić niektórych pogłosek, zdolnych, ich zdaniem, obudzić nadzieję; Julian przerwał im przy pierwszym słowie.

– Zostawcie mi moje idealne życie. Wasze ploteczki, zdarzenia, szczegóły, mniej lub więcej dla mnie drażniące, wyrwały mnie z nieba. Każdy umiera, jak może; ja chcę myśleć o śmierci na swój sposób. Co mi inni? Moje stosunki z innymi będą gwałtownie przecięte. Przez litość, nie mówcie mi już o tych ludziach; dość już widywać sędziego i adwokata.

„W istocie – powiadał sam do siebie – zdaje się, że moim losem jest umrzeć, marząc. Istota nieznana jak ja, pewna, że zapomną o niej przed upływem dwóch tygodni, byłaby zaiste, bardzo niemądra, gdyby się siliła grać komedię….

Rzecz wszelako osobliwa, że sztukę używania życia poznałem dopiero od czasu, jak widzę jego kres tak blisko”.

Spędził te ostatnie dni przechadzając się po wąskiej terasie na wieży, paląc doskonałe cygara, które Matylda sprowadziła przez kuriera z Holandii, i nie domyślając się, że teleskop całego miasta oczekuje co dzień jego zjawienia się. Myśl jego była w Vergy. Nigdy nie odzywał się do Fouguégo o pani de Rênal, ale parę razy przyjaciel wspomniał, że rychło przychodzi do zdrowia, a słowa te znalazły żywy oddźwięk w sercu Juliana.

Gdy dusza więźnia przebywała prawie ciągle w krainie marzeń, Matylda zajęta rzeczywistością, jak przystało arystokratkę, zdołała tak daleko posunąć korespondencję między panią de Fervaques a księdzem de Frilair, że padło nawet wielkie słowo infuła.

Czcigodny prałat zawiadujący listą beneficjów dodał w formie przypisku do listu siostrzenicy: Ten biedny Sorel jest tylko narwany, mam nadzieję, że go uwolnicie.

Na widok tego dopisku ksiądz de Frilair oszalał. Nie wątpił, że ocali Juliana.

– Gdyby nie to jakobińskie prawo, które nakazuje zestawienie olbrzymiej listy przysięgłych i którego istotnym celem jest odjąć wszelki wpływ ludziom dobrze urodzonym, ręczyłbym za werdykt. Zdołałem wszak uwolnić proboszcza z N***…

Tak mówił do Matyldy w wilię losowania trzech tuzinów przysięgłych na bieżącą sesję.

Nazajutrz ksiądz de Frilair ucieszył się, znajdując między nazwiskami, które wyszły z urny, pięciu członków Kongregacji w Besançon, zaś spoza obrębu miasta nazwiska panów Valenod, de Moirod, de Cholin.

– Ręczę przede wszystkim za tych ośmiu – rzekł do Matyldy. – Pięciu pierwszych to narzędzia. Valenod jest moim agentem, Moirod zawdzięcza mi wszystko, de Cholin to głupiec, który wszystkiego się lęka.

Dziennik obwieścił całemu departamentowi nazwiska sędziów; pani de Rênal ku niesłychanemu przerażeniu męża postanowiła udać się do Besançon. Pan de Rênal zdołał jedynie wymóc na niej, że nie opuści łóżka, aby nie być narażoną na przykry obowiązek świadczenia.

– Nie rozumiesz mego położenia – mówił eks-burmistrz. – Jestem obecnie liberałem i odstępcą, jak oni nazywają; nie ulega wątpliwości, że ten chłystek Valenod oraz ksiądz de Frilair wymogą na przewodniczącym i na sędziach wszystko, co może mi dokuczyć.

Pani de Rênal poddała się bez trudności. „Gdybym się zjawiła w sali sądowej – powiadała sobie – wyglądałoby to na domaganie się pomsty”.

Mimo obietnic danych spowiednikowi oraz panu de Rênal, ledwie przybywszy do Besançon, napisała własnoręcznie do każdego z przysięgłych:

„Nie pojawię się w dzień sądu, ponieważ obecność moja mogłaby oddziałać niekorzystnie na sprawę pana Sorel. Pragnę tylko jednej rzeczy i to z całego serca, mianowicie jego ocalenia. Niech pan będzie przekonany: straszna myśl, iż z mego powodu posłano niewinnego na stracenie, zatrułaby resztę mego życia i skróciłaby je z pewnością. W jaki sposób moglibyście go skazać na śmierć, skoro ja żyję? Nie, to pewna, społeczeństwo nie ma prawa wydzierać życia, zwłaszcza takiemu człowiekowi jak Julian Sorel. Całe Verrières patrzyło na napady jego niepoczytalności. Biedny młodzieniec ma potężnych nieprzyjaciół; ale nawet wśród jego wrogów (a iluż ich jest!) któż mógłby podawać w wątpliwość jego talenty i głęboką wiedzę? Ten, którego panowie macie sądzić, nie jest zwykłą jednostką. Przez półtora roku blisko znaliśmy go nabożnym, roztropnym, gorliwym; ale parę razy na rok podlegał napadom melancholii, graniczącym z obłędem. Całe Verrières, Vergy, cała moja rodzina, sam pan podprefekt oddadzą sprawiedliwość jego budującej pobożności; umie na pamięć całe Pismo święte! Czyż bezbożnik przykładałby się lata całe, aby się wyuczyć świętej książki? Moi synowie będą mieli zaszczyt doręczyć panu ten list: to dzieci! Niech pan ich raczy spytać, opowiedzą panu o tym młodym człowieku wszystkie szczegóły, które pana przekonają, jakim barbarzyństwem byłoby skazać go. Zamiast mnie pomścić, zadalibyście mi śmierć.

Cóż mogą jego wrogowie przeciwstawić tym faktom? Rana moja – wynik jednego z napadów szaleństwa, jakie nawet dzieci mogły zauważyć u swego nauczyciela, jest tak lekka, że niespełna po dwóch miesiącach pozwoliła mi przybyć pocztą do Besançon. Jeśli się dowiem, że pan się waha, bodaj w najlepszej wierze, ochronić od barbarzyństwa praw tak niewinną istotę, wstanę z łóżka, w którym zatrzymują mnie jedynie rozkazy męża, i pójdę rzucić się do pańskich stóp.

Racz pan oświadczyć, że nie stwierdzono zamysłu, a nie będziesz musiał sobie wyrzucać krwi niewinnego, etc…”

LXXI. Sąd

Okolica długo będzie wspominała ten proces. Sympatia dla oskarżonego dochodziła do wrzenia: zbrodnia jego była niezwykła, a nie była okrutna, a gdyby nawet! młodzieniec tak piękny… świetny jego los, tak rychło przecięty, pomnażał współczucie. „Czy go skażą?” – pytały kobiety znajomych mężczyzn i bladły, czekając odpowiedzi.

Sainte-Beuve.

Wreszcie nadszedł ów dzień, którego się tak lękały pani de Rênal i Matylda.

Niezwykła fizjonomia miasta zdwajała ich trwogę, nie pozostała nawet bez wpływu na mężną duszę Fouguégo. Cała prowincja zbiegła się do Besançon, aby być świadkiem tej romantycznej sprawy.

Od kilku dni nie było miejsca w żadnej gospodzie. Prezydent sądu zasypany był prośbami o bilety; wszystkie panie z miasta chciały być na rozprawie; sprzedawano po ulicach portrety Juliana, etc.

Matylda zachowała na tą chwilę stanowczą list pisany całkowicie własną ręką Jego Eminencji biskupa***. Prałat ów, władnący kościołem Francji i rozdający do woli infuły, raczył prosić o ułaskawienie Juliana. W wilię rozprawy Matylda zaniosła ten list wszechpotężnemu wikariuszowi.

Pod koniec posłuchania, kiedy miała odejść zalana łzami, ksiądz de Frilair wyszedł wreszcie ze swej dyplomatycznej wstrzemięźliwości.

– Ręczę za werdykt – rzekł sam niemal wzruszony. – Między dwunastu osobami mającymi orzec, czy zachodzi fakt zbrodni, a zwłaszcza z rozmysłu, liczę sześciu oddanych przyjaciół. Dałem im do zrozumienia, że od nich zależy moja infuła. Baron Valenod, którego zrobiłem merem, rozrządza całkowicie dwoma swymi podwładnymi, panami de Moirod i de Cholin. Wprawdzie los zesłał nam na kark dwóch przysięgłych bardzo nieprawomyślnych; ale mimo że ultraliberalni, posłuszni są w ważnych okolicznościach mym rozkazom. Prosiłem ich, aby głosowali za panem Valenod. Dowiedziałem się w sekrecie, że szósty przysięgły, przemysłowiec, kolosalnie bogaty i hałaśliwy liberał, wzdycha w sekrecie do pewnej dostawy w ministerium wojny i z pewnością nie chciałby mi się narazić. Kazałem mu powiedzieć, że pan Valenod zna moje intencje.

– A jakiż jest ten pan Valenod? – spytała Matylda zaniepokojona.

– Gdyby go pani znała, nie wątpiłabyś o powodzeniu. Śmiały krzykacz, bezczelny, pospolity, stworzony na trybuna głupców. Rok 1814 wtrącił go w nędzę, ja zaś zrobię zeń prefekta. Raczej użyłby pięści na przysięgłych, niżby pozwolił głosować przeciw sobie.

Matylda uspokoiła się nieco.

Wieczorem czekała ją druga rozmowa. Aby nie przedłużać przykrej sceny, której rezultat nie może być wątpliwy, Julian postanowił nie zabierać głosu.

– Adwokat mój będzie mówił – rzekł do Matyldy. – I tak aż nazbyt długo będę służył za widowisko moim wrogom. Tych łyków podrażniło szybkie wyniesienie, które tobie zawdzięczam; wierzaj mi, nie ma wśród nich ani jednego, który by nie pragnął mego skazania, co im nie przeszkodzi beczeć jak cielęta, kiedy mnie będą prowadzili na stracenie.

– Pragną twego upokorzenia, to prawda – odparła Matylda – nie sądzę jednak, aby byli okrutni. Obecność moja w Besançon, widok mej boleści poruszyłby wszystkie kobiety; twoja piękność dokona reszty. Jeśli powiesz choć słowo na rozprawie, całe audytorium będzie za tobą, etc., etc.

Nazajutrz o dziewiątej, kiedy Julian opuścił więzienie, aby się udać do Pałacu Sprawiedliwości, z trudem przyszło żandarmom usunąć ciżbę w dziedzińcu. Julian spał dobrze, był bardzo spokojny i nie doświadczał innych uczuć prócz filozoficznej litości dla tłumu zawistnych, który bez okrucieństwa miał oklaskiwać wyrok śmierci. Ku wielkiemu swemu zdziwieniu, zniewolony zatrzymać się w tłumie więcej niż kwadrans, spostrzegł, że obecność jego budzi tkliwe współczucie. Nie usłyszał ani jednego wrogiego słowa. „Te łyki są lepsze niż myślałem” – powiedział sobie.

Kiedy wchodził do sali sądowej, uderzyła go jej wytworna architektura. Był to czysty gotyk, mnóstwo kolumienek prześlicznie ciosanych w kamieniu. Miał wrażenie, że jest w Anglii.

Niebawem całą jego uwagę pochłonęło kilkanaście ładnych kobiet, które naprzeciw ławy oskarżonego wypełniały trzy balkony nad trybunałem i przysięgłymi. Obróciwszy się do publiczności, ujrzał, iż cała trybuna biegnąca nad amfiteatrem pełna jest kobiet; przeważnie były młode i ładne; oczy miały błyszczące i rozciekawione. Poza tym był straszny tłok; bito się przy drzwiach, straż nie mogła utrzymać spokoju.

Kiedy wszystkie oczy szukające Juliana ujrzały, że zajmuje podwyższenie przeznaczone dla oskarżonego, przyjęto go szmerem zdziwienia i współczucia.

Można by rzec tego dnia, że nie ma dwudziestu lat; ubrany był skromnie, ale z nieskazitelną wytwornością, włosy i czoło były czarujące; Matylda sama dopilnowała toalety. Był bardzo blady. Ledwie usiadł, usłyszał ze wszystkich stron: „Boże! Jakiż młody!… Ależ to dziecko. O wiele przystojniejszy niż na portrecie”.

– Panie oskarżony – rzekł żandarm siedzący po prawej – widzi pan tych sześć dam, o tam, na balkonie? – (To mówiąc, wskazywał lóżkę nad ławą przysięgłych). – To pani prefektowa – ciągnął – obok niej margrabina de M***, ta panu bardzo sprzyjała, słyszałem, jak rozmawiała z sędzią śledczym. Obok to pani Derville.

– Pani Derville! – wykrzyknął Julian i rumieniec oblał jego czoło. „Natychmiast po rozprawie – pomyślał – napiszę do pani de Rênal”. Nie wiedział, że pani de Rênal jest w Besançon.

Przesłuchanie świadków trwało krótko. Zaraz po pierwszych słowach prokuratora dwie panie w loży na wprost Juliana zalały się łzami. „Pani Derville nie roztkliwia się tak” – pomyślał Julian. Zauważył wszelako, że jest bardzo czerwona.

Prokurator rozwiódł się z patosem a w lichej francuszczyźnie nad barbarzyństwem popełnionej zbrodni; Julian zauważył, że sąsiadki pani Derville zdradzają oznaki niezadowolenia. Kilku przysięgłych, widocznie znajomych tych pań, rozmawiało z nimi, starając się je uspokoić. „To chyba dobra wróżba” – pomyślał Julian.

Do tej chwili czuł bezgraniczną wzgardę dla wszystkich obecnych. Płaska elokwencja prokuratora spotęgowała to uczucie niesmaku. Stopniowo jednak oschłość Juliana ustąpiła wobec objawów sympatii, której był wyraźnie przedmiotem.

Rad był ze stanowczej miny swego adwokata.

– Bez frazesów – szepnął mu w chwili, gdy miał przemawiać.

– Cała ta emfaza z kiepska po Bossuecie, jaką wytoczono przeciw panu, tylko nam pomogła.

W istocie, jeszcze nie mówił pięciu minut, a już wszystkie kobiety miały chustki przy oczach. Adwokat, zagrzany, rzucał pod adresem przysięgłych słowa bardzo silne. Julian zadrżał, czuł się bliski płaczu. „Wielki Boże! Co powiedzą moi wrogowie?”

Miał się poddać wzruszeniu, które go ogarniało, kiedy szczęściem dlań podchwycił triumfalne spojrzenie barona de Valenod.

„Jak się błaznowi oczy świecą – pomyślał – cóż za triumf dla tej niskiej duszy! Gdyby moja zbrodnia sprawiła tylko to jedno, wystarczyłoby to, abym ją przeklinał. Bóg wie, co on nagada o mnie pani de Rênal!”

Ta myśl zagłuszyła wszystkie inne. Niebawem wyrwały Juliana z zadumy oznaki sympatii ze strony publiczności. Adwokat kończył. Julian przypomniał sobie, że wypada mu uścisnąć rękę. Czas zbiegł szybko.

Przyniesiono chłodniki adwokatowi i oskarżonemu. Wówczas dopiero uderzyła Juliana jedna okoliczność: żadna z kobiet nie opuściła sali, aby iść na obiad.

– Na honor, umieram z głodu – rzekł adwokat – a pan?

– Ja także – odparł Julian.

– Patrz pan, prefektowi także przyniesiono obiad – rzekł adwokat, wskazując lóżkę. – Bądź pan dobrej myśli, wszystko idzie dobrze.

Posiedzenie rozpoczęło się na nowo.

Gdy przewodniczący wygłaszał referat, zaczęła bić północ. Mówca zmuszony był przerwać; wśród powszechnej ciszy i lęku dźwięk zegara napełniał salę.

„Oto zaczyna się mój ostatni dzień” – pomyślał Julian. Niebawem rozpłomieniła go świadomość obowiązku. Dotąd panował nad swym wzruszeniem i trwał w zamiarze milczenia; ale kiedy przewodniczący spytał go, czy ma co do powiedzenia, wstał. Widział przed sobą oczy pani Derville, które w blasku świateł zdawały mu się bardzo błyszczące. „Czyżby płakała?” – pomyślał.

– Panowie przysięgli!

Lęk przed wzgardą każe mi zabrać głos: mniemałem, iż zdołam jej urągać w chwili śmierci. Panowie, nie mam zaszczytu należeć do waszej sfery; widzicie we mnie chłopa, który się zbuntował przeciw nikczemności swego losu.

Nie proszę was o łaskę – ciągnął Julian silniejszym głosem. – Nie robię sobie złudzeń, czeka mnie śmierć: będzie zasłużona. Ośmieliłem się targnąć na życie kobiety ze wszech miar godnej czci i szacunku. Pani de Rênal była dla mnie jak matka. Zbrodnia moja jest straszna, a popełniłem ją z rozmysłem Zasłużyłem tedy na śmierć, panowie przysięgli. Ale gdybym nawet mniej był winny, widzę tu ludzi, którzy, nie dając się uwieść współczuciu przez wzgląd na mą młodość, zechcą w mej osobie ukarać i zniechęcić na zawsze tę klasę młodzieży, która zrodzona w niskim stanie i poniekąd zdławiona ubóstwem miała szczęście zdobyć wykształcenie oraz miała to zuchwalstwo, aby się wcisnąć w sferę, którą pycha bogaczy nazywa światem.

Oto moja zbrodnia, panowie, i spotka się ona z karą tym surowszą, iż w rzeczywistości nie będą mnie sądzili moi równi. Nie widzę na ławie przysięgłych ani jednego zbogaconego66 wieśniaka, widzę jedynie oburzone mieszczaństwo…

W tym tonie mówił Julian dwadzieścia minut; wypowiedział wszystko, co miał na sercu; prokurator, który zabiegał o względy arystokracji, podskakiwał na krześle; ale mimo abstrakcyjnego nieco tonu, jaki Julian wniósł w swoje przemówienie, wszystkie kobiety płakały. Nawet pani Derville trzymała chusteczkę przy oczach. Kończąc, Julian podkreślił jeszcze raz rozmysł, następnie żal, szacunek, synowskie i bezgraniczne uwielbienie, jakie w szczęśliwej epoce czuł dla pani de Rênal… Pani Derville wydała krzyk i zemdlała.

Pierwsza biła, gdy przysięgli udali się do sali obrad. Ani jedna kobieta nie opuściła miejsca, wielu mężczyzn miało łzy w oczach. Zrazu rozmawiano z ożywieniem; stopniowo jednak, w miarę jak się narada przysięgłych przewlekała, czuć było powszechne znużenie. Była to uroczysta chwila, światła zaczęły przygasać. Julian bardzo zmęczony słyszał dokoła siebie roztrząsania, czy ta zwłoka dobrze czy źle wróży. Ujrzał z przyjemnością, że wszystkie sympatie są za nim; przysięgli nie wracali, mimo to żadna z kobiet nie opuściła sali.

Z uderzeniem drugiej dał się słyszeć wielki ruch. Drzwi się otwarły. Baron de Valenod sunął poważnym teatralnym krokiem na przedzie, za nim przysięgli. Zakaszlał, po czym oświadczył, iż w duszy i sumieniu przysięgli orzekli jednogłośnie, że Julian Sorel winien jest morderstwa i to morderstwa z rozmysłem: orzeczenie to pociągało za sobą karę śmierci, którą też ogłoszono w chwilę później. Julian spojrzał na zegarek i przypomniał sobie pana de Lavalette; był kwadrans na trzecią. „To dziś piątek” – pomyślał.

„Tak, ale to jest dzień szczęśliwy dla Valenoda, który mnie skazał na śmierć… Zbyt pilnie jestem strzeżony, aby Matylda mogła mnie ocalić, jak pani de Lavalette… Tak więc za trzy dni o tej godzinie, będę wiedział, czego się trzymać co do Wielkiego Być Może67.

Naraz usłyszał krzyk, który go przywołał do spraw tego świata. Kobiety dokoła niego szlochały; ujrzał, że wszystkie twarze zwracają się ku lóżce umieszczonej w kapitelu gotyckiego pilastru. Dowiedział się później, że znajdowała się tam Matylda. Ponieważ krzyk się nie powtórzył, wszyscy zaczęli na nowo przyglądać się Julianowi, któremu żandarmi torowali drogę w tłumie.

„Starajmy się nie dać przyczyny do śmiechu temu obwiesiowi Valenod – pomyślał Julian. – Z jaką obleśną i stroskaną miną wygłosił oświadczenie, które pociąga za sobą karę śmierci! Gdy ten poczciwy prezydent, mimo że jest sędzią od tylu lat, miał łzy w oczach, skazując mnie. Cóż za radość dla Valenoda pomścić się za dawne współzawodnictwo o panią de Rênal!… Nie ujrzę jej tedy! Stało się… Ostatnie pożegnanie niemożliwe jest między nami, czuję to… Jakże byłbym szczęśliwy, gdybym mógł jej wyrazić cały żal za swą zbrodnię!…

Tylko te słowa: «Uważam, że mnie skazano słusznie»”.

LXXII

Odprowadziwszy Juliana do więzienia, zawiedziono go do celi przeznaczonej dla skazanych na śmierć. On, który zazwyczaj zauważył najdrobniesze okoliczności, nie spostrzegł, że nie prowadzą go z powrotem na wieżę. Myślał o tym, co by powiedziała pani de Rênal, gdyby przed ostateczną chwilą miał ją ujrzeć. Przypuszczał, żeby mu przerwała, chciał tedy od pierwszego słowa odmalować jej cały swój żal. „Po takim postępku, jak ją przekonać, że ją jedynie kocham? Bo ostatecznie chciałem ją zabić przez ambicję lub przez miłość do Matyldy”.

Kładąc się, uczuł, że prześcieradło jest z grubego płótna. Z oczu spadło mu bielmo. „Aha, jestem w kaźni – pomyślał – skazany na śmierć. Słusznie…

Hrabia Altamira opowiadał mi, iż w wilię śmierci Danton powiadał swym grubym głosem: «To szczególne słowo gilotynować nie odmienia się we wszystkich czasach; można rzec: będę zgilotynowany, będziesz zgilotynowany, ale nie mówi się: byłem zgilotynowany».

Czemu nie – podjął Julian – jeśli jest przyszłe życie… Na honor, jeżeli tam znajdę Boga chrześcijan, przepadłem: jest to despota przejęty myślą o zemście; jego Biblia prawi jeno o straszliwych karach. Nigdy go nie kochałem, nie chciałem nawet wierzyć, aby go ktoś kochał szczerze. Jest bez litości – (przypomniał sobie ustępy z Biblii). – Ukarze mnie w okropny sposób.

Ale jeżeli znajdę Boga Fénelona! Powie mi może: «Będzie ci wiele przebaczone, bo wiele kochałeś»…

Czy wiele kochałem? Ach, kochałem panią de Rênal, ale postępowanie moje było okropne. Jak zwykle, proste i skromne serce porzucono dla świetnej błyskotki.

Ale też co za widoki!… Pułkownikiem huzarów, gdybyśmy mieli wojnę; sekretarzem poselstwa w razie pokoju; następnie ambasadorem… bo rychło połapałbym się w tych sprawach… a gdybym nawet był głupcem, alboż zięć margrabiego de la Mole potrzebowałby się obawiać rywalizacji? Wszystkie głupstwa przebaczono by mi lub raczej policzono za zasługę. Błyszcząc talentami i wiodąc wspaniałą egzystencję w Wiedniu lub Londynie…

Niezupełnie, drogi panie, gilotynka za trzy dni”.

Julian śmiał się serdecznie z tego wyskoku humoru. „To prawda, człowiek ma w sobie dwie istoty – pomyślał. – Kiż diabłu wpadło do głowy uczynić tę złośliwą refleksję?

Więc dobrze, tak, mój przyjacielu, gilotynka za trzy dni – odpowiadał natrętowi. – De Cholin najmie okno do połowy z księdzem Maslon. Kiedy przyjdzie do zapłaty za najem, która z tych godnych osobistości orżnie drugą?”

Nagle przypomniał mu się ustęp z Wacława, tragedii Rotrou.

WŁADYSŁAW.

 
… dusza ma gotowa.
 

KRÓL, ojciec Władysława.

 
I rusztowanie także: potoczy się głowa.
 

„Ładna odpowiedź!” – pomyślał Julian, otwierając błędne oczy. Myślał, że już jest w rękach kata.

Była to Matylda. Szczęściem, nie zrozumiała mnie. Ta refleksja wróciła Julianowi całą zimną krew. Matylda wydała mu się zmieniona niby po chorobie; była wręcz nie do poznania.

– Nikczemny Frilair zdradził mnie – wołała, łamiąc ręce; wściekłość dławiła jej mowę.

– Czy piękny byłem wczoraj, kiedym przemawiał? – odparł Julian. – Improwizowałem i to pierwszy raz w życiu! Co prawda, zachodzi grube niebezpieczeństwo, że i ostatni.

W tej chwili Julian grał na uczuciach Matyldy z zimną krwią biegłego pianisty grającego na fortepianie…

– Brak mi urodzenia, to prawda – dodał – ale wielka dusza Matyldy podniosła jej kochanka aż do siebie. Czy myślisz, że Bonifacy de la Mole lepiej się znalazł wobec sędziów?

Tego dnia biedna Matylda była serdeczna bez przesady, jak biedna szwaczka z poddasza; ale nie mogła wydobyć prostego słowa. Oddawał jej bezwiednie udręczenie, jakie ona mu nieraz zadała.

„Nikt nie zna źródeł Nilu – mówił do siebie w duchu Julian – nie było dane oku człowieka widzieć króla rzek w postaci strumyka. Tak samo żadne oko nie ujrzy Juliana słabym, choćby dlatego, że nim jest. Ale serce moje łatwo podlega wzruszeniu; najprostsze słowo, jeśli jest powiedziane z akcentem szczerości, może zmiękczyć mój głos lub nawet wycisnąć mi łzy. Ileż razy wada ta ściągnęła na mnie wzgardę oschłych serc! Zdawało się im, że proszę o łaskę: tego nie można ścierpieć.

Powiadają, że wspomnienie żony wzruszyło Dantona u stóp rusztowania; ale Danton dał siłę narodowi trzpiotów i nie pozwolił wrogowi dotrzeć do Paryża… Ja sam tylko wiem, co bym zdołał uczynić… Dla innych przedstawiam co najwyżej BYĆ MOŻE.

Gdyby pani de Rênal była tu w miejsce Matyldy, czy mógłbym ręczyć za siebie? Bezmiar mej rozpaczy i żalu uchodziłby w oczach Valenodów i wszystkich okolicznych patrycjuszów za niegodny lęk przed śmiercią; tak dumni są ci słabi ludzie, których majątek ich stawia powyżej pokus! Oto – powiedzieliby tacy Moirod i Cholin, którzy skazali mnie na śmierć – co znaczy urodzić się synem cieśli! Można zdobyć naukę, zręczność, ale odwaga!… odwagi nie da się nauczyć. Nawet przy tej biednej Matyldzie, która płacze teraz lub raczej nie może już płakać” – rzekł, patrząc na jej czerwone oczy… I uścisnął ją; widok prawdziwej boleści przerwał nitkę rozumowań… „Płakała całą noc – pomyślał – kiedyś jakże się będzie wstydzić tego wspomnienia! Uwierzy święcie, że młoda i niedoświadczona dała się odurzyć nikczemnym sofizmatom plebejusza… Croisenois jest dość słaby, aby ją zaślubić i na honor, dobrze uczyni. Matylda zrobi zeń wybitnego człowieka.

 
Mocą, jak duch krzepki i w objęciu śmiały,
Duszy zwykłych śmiertelnych narzuca ospałej.
 

Ha, ha! to zabawne: od czasu, jak mam umrzeć, wszystkie wiersze, jakie umiałem w życiu, przychodzą mi na pamięć. To musi być znak upadku sił”.

Matylda powtarzała zgasłym głosem:

– Jest tam, w sąsiednim pokoju.

Wreszcie zwrócił uwagę na jej słowa. „,Głos zesłabł – pomyślał – ale cały jej despotyczny charakter brzmi jeszcze w akcencie. Ścisza głos, aby nie wybuchnąć gniewem”.

– Kto taki? – spytał łagodnie.

– Adwokat; przyniósł ci apelację do podpisu.

– Nie będę apelował.

– Jak to! Nie będziesz apelował – rzekła, wstając z oczami błyszczącymi gniewem – i czemuż to, jeśli łaska?

– Temu, że w tej chwili czuję się zdolnym umrzeć, nie narażając się zbytnio na śmieszność. A któż mi ręczy, czy za dwa miesiące, po długim pobycie w tej wilgotnej kaźni, będę tak samo nastrojony? Przeczuwam odwiedziny księży, ojca… Nie może być nic nieznośniejszego. Trzeba umierać.

Ten nieprzewidziany opór podrażnił do żywego wyniosłą Matyldę. Nie mogła się dostać do księdza de Frilair przed godziną, w której otwiera się więzienie w Besançon; wściekłość jej spadła na Juliana. Ubóstwiała go; ale przez dobry kwadrans w złorzeczeniach jej na charakter Juliana, w żalach, że go pokochała, ujawniła się cała ta harda dusza, która niegdyś, w bibliotece pałacowej, obsypywała go zniewagami.

– Dla chwały twego rodu niebo powinno było cię stworzyć mężczyzną – rzekł.

„Co do mnie jednak – myślał – byłbym głupi, gdybym się zgodził żyć jeszcze dwa miesiące w tej wstrętnej norze, wydany na pastwę bezeceństw i upokorzeń patrycjuszowskiej zgrai68, mając za jedyną pociechę złorzeczenia tej wariatki… Pojutrze rano tedy pojedynkuję się z człowiekiem znanym z zimnej krwi i znakomitej zręczności… «Bardzo znakomitej – dodał głos Mefistofelesa – nie chybia nigdy».

Więc dobrze, niech będzie, doskonale (Matylda dalej roztaczała swą wymowę). Dalibóg nie, nie będę apelował”.

Powziąwszy to postanowienie, utonął w zadumie… „Listonosz przyniesie dziennik o szóstej, jak zazwyczaj; o ósmej, kiedy pan de Rênal go przeczyta, Eliza, stąpając na palcach, złoży go na jej łóżku. Później ona się obudzi; naraz czytając, wstrząśnie się; ładna jej ręka zadrży; doczyta do tych słów: Pięć minut po dziesiątej przestał istnieć.

Będzie płakała gorącymi łzami, znam ją; nic to, że chciałem ją zamordować; wszystkiego zapomni: osoba, której chciałem wydrzeć życie, będzie jedyną, która zapłacze szczerze nad mą śmiercią.

Och! Cóż za przeciwieństwo!” – myślał i przez dobry kwadrans, który trwała jeszcze scena z Matyldą, dumał jedynie o pani de Rênal. Mimo woli, nawet odpowiadając na pytanie Matyldy, nie mógł oderwać duszy od wspomnienia sypialni w Verriéres. Widział besansońską gazetę na kołdrze z pomarańczowej tafty. Widział tę białą rękę ściskającą papier konwulsyjnym ruchem, widział panią de Rênal płaczącą… Śledził bieg każdej łzy na tej ślicznej twarzy.

Panna de la Mole, nie mogąc nic wydobyć z Juliana, wezwała adwokata. Był to, na szczęście, dawny kapitan armii włoskiej z 1796, gdzie był towarzyszem broni Manuela.

Dla formy zwalczał postanowienie skazańca. Julian, pragnąc mu okazać szacunek, wyszczególnił swoje racje.

– Na honor, można rozumować i tak – rzekł w końcu pan Felix Vanneau: było to nazwisko adwokata. – Ale masz pan trzy pełne dni czasu do apelacji i moim obowiązkiem jest zjawiać się tutaj co dzień. Gdyby wulkan otwarł się pod więzieniem w ciągu dwóch miesięcy, byłbyś pan ocalony. Może pan umrzeć z jakiej choroby – rzekł, spoglądając na Juliana.

Julian uścisnął mu rękę.

– Dziękuję panu, jest pan dzielny człowiek. Pomyślę.

Kiedy Matylda wyszła wreszcie z adwokatem, czuł o wiele więcej sympatii do niego niż do niej.

66.zbogacony – dziś: wzbogacony. [przypis edytorski]
67.Wielkiego Być Może – [fr.] Le grand Peut-etre, wyrażenie, którego, wedle legendy, miał użyć umierający Rabelais. [przypis autorski]
68.wydany na pastwę bezeceństw i upokorzeń patrycjuszowskiej zgrai – To są myśli jakobina. [przypis autorski]
Yaş sınırı:
12+
Litres'teki yayın tarihi:
11 haziran 2020
Hacim:
580 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Stuart: A Life Backwards
Alexander Masters
Metin
Ortalama puan 3,5, 8 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 7 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4, 3 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4,7, 3 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 2 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 3, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre