Kitabı oku: «Czerwone i czarne», sayfa 33

Yazı tipi:

LXVII. Wieża

Grób przyjaciela.

Sterne.

Raz o niezwykłej porze usłyszał hałas na korytarzu; orzeł morski odleciał z krzykiem, drzwi otworzyły się i czcigodny ksiądz Chélan, drżący, z laską w ręku, rzucił się w objęcia Juliana.

– Och, wielki Boże! Czy podobna, moje dziecko… Wyrodku! chciałem powiedzieć.

Dobry starzec nie mógł dodać ani słowa. Julian zląkł się, aby nie upadł. Musiał go odprowadzić do krzesła. Ręka czasu zaciężyła nad tym człowiekiem, niegdyś tak pełnym energii. Wydał się Julianowi jakby cieniem samego siebie.

Staruszek zaczerpnął oddech.

– Przedwczoraj dopiero dostałem twój list z Strasburga z pięćset frankami dla biednych; doręczono mi go w górach, gdzie osiadłem u bratanka. Wczoraj dowiaduję się o katastrofie… O nieba! Czy to możliwe!

Starzec nie płakał, wyglądał jak nieprzytomny. Dodał machinalnie:

– Będzie ci trzeba twoich pięciuset franków, odnoszę ci je.

– Trzeba mi ciebie, ojcze! – wykrzyknął Julian wzruszony. – Mam zresztą pieniądze.

Ale nie zdołał już nic wydobyć ze staruszka. Od czasu do czasu ksiądz Chélan ronił kilka łez, które spływały w milczeniu po twarzy; następnie spoglądał na Juliana jakby zdziwiony, że chłopiec ujmuje jego ręce i niesie je do ust. Ta fizjonomia niegdyś tak żywa, wyrażająca najszlachetniejsze uczucia, nie była już zdolna ocknąć się z apatii. Jakiś wieśniak przybył niebawem do starca.

– Nie trzeba go męczyć – rzekł do Juliana, który zrozumiał, że to bratanek.

Zjawisko to pogrążyło go w głębokim przygnębieniu, łzy mu obeschły. Wszystko zdało mu się beznadziejnie smutne; czuł jak serce mu lodowacieje w piersiach.

Była to najokropniejsza chwila, jakiej doświadczył od spełnienia zbrodni. Ujrzał oto śmierć w całej jej szpetocie. Wszystkie złudzenia wielkości duszy, szlachetności pierzchły jak obłok przed burzą.

Ten straszny stan trwał kilka godzin. Po zatruciu moralnym trzeba leków fizycznych, szampańskiego wina. Julian uważałby się za tchórza, gdyby się do tego uciekał. Pod koniec okropnego dnia, który spędził, przechadzając się w ciasnej wieży, wykrzyknął wreszcie: „Szaleniec ze mnie! Tylko wtedy, gdybym miał umrzeć jak inni ludzie widok biednego starca powinien by mnie wtrącić w ten smutek; ale śmierć szybka i w kwiecie wieku zabezpiecza mnie właśnie od tej smutnej zgrzybiałości”.

Mimo wszelkich rozumowań Julian czuł się roztkliwiony, słaby, a tym samym pognębiony tymi odwiedzinami.

Nie było w nim już nic surowego, wielkiego, żadnej rzymskiej cnoty; śmierć przedstawiała mu się na wielkiej wyżynie i jako rzecz mniej łatwa.

„To będzie mój termometr – myślał. – Dziś wieczór jestem dziesięć stopni poniżej odwagi, która mnie wiedzie na poziom gilotyny. Dziś rano miałem tę odwagę. Zresztą, o cóż chodzi? Bylem ją odzyskał w potrzebnej chwili”. Porównanie z termometrem zabawiało go i zmieniło bieg jego myśli.

Nazajutrz po przebudzeniu wstydził się poprzedniego dnia. „Szczęście moje, spokój są zagrożone”. Gotował się już napisać do prezydenta sądu z prośbą, aby nie wpuszczać doń nikogo. „A Fouqué? – pomyślał. – Gdyby się zdobył na to, aby przybyć do Besançon, jakżeby mu było przykro!”

Od dwóch miesięcy może nie wspomniał go. „W Strasburgu byłem wielkim głupcem; nie sięgałem myślą poza galony”. Wspomnienie Fouquégo zajęło go i roztkliwiło. Przechadzał się wzburzony. „Oto jestem teraz na dwadzieścia stopni niżej poziomu śmierci… Jeśli ta słabość ma wzrastać, lepiej mi będzie się zabić. Cóż za radość dla takich Maslonów i Valenodów, jeżeli umrę jak nikczemnik!”

Przybył Fouqué; prosty ten i zacny człowiek nie posiadał się z bólu. Jedyną jego myślą – o ile w ogóle był zdolny zebrać myśli – było sprzedać całe swoje mienie, aby przekupić dozorcę i ocalić Juliana. Gadał długo i szeroko o ucieczce pana de Lavalette.

– Przykrość mi zrobisz – rzekł Julian. – Lavalette był niewinny, a ja jestem zbrodniarz. Niechcący dałeś mi uczuć różnicę… – Ale czy to prawda? Jak to! Sprzedałbyś wszystko? – rzekł Julian znów podejrzliwy i nieufny.

Fouqué uszczęśliwiony, że przyjaciel wchodzi w jego myśl, wyszczególnił mu obszernie, niemal co do franka, ile może dostać za wszystko, co posiada.

„Cóż za szczytna ofiara ze strony wieśniaka! – myślał Julian. – Ileż oszczędności, ileż brudnego niemal sknerstwa, które przyprawiało mnie o rumieniec, gdy na nie patrzałem, poświęca oto dla mnie! Żaden z tych pięknych młodzieńców, których widywałem w pałacu la Mole i którzy czytują Rénego, nie miałby tych śmiesznostek; ale z wyjątkiem bardzo młodych i nieznających jeszcze wartości pieniędzy, któryż z paryskich lalusiów byłby zdolny do takiego poświęcenia?”

Wszystkie prowincjonalizmy, wszystkie pospolitości Fouquégo znikły; Julian rzucił się w jego ramiona. Nigdy prowincja porównana z Paryżem nie święciła piękniejszego triumfu. Fouqué uszczęśliwiony zapałem, którego odbłysk ujrzał w oczach przyjaciela, mniemał, że Julian godzi się na ucieczkę.

Ten widok wzniosłości zwrócił Julianowi całą siłę, której pozbawiło go zjawienie się księdza Chélan. Był jeszcze bardzo młody; ale wedle mnie była to szlachetna latorośl. Zamiast iść od tkliwości do wyrachowania, jak większość ludzi, on, przeciwnie, z wiekiem byłby nabrał dobroci, zdolności do wzruszeń, wyleczyłby się z obłędnej nieufności… Ale na co te czcze przepowiednie?

Przesłuchania stawały się coraz częstsze, na wspak wysiłkom Juliana, którego wszystkie odpowiedzi dążyły do skrócenia sprawy. „Zabiłem lub przynajmniej chciałem zadać śmierć z rozmysłem” – odpowiadał co dzień. Ale sędzia był przede wszystkim formalistą. Zeznania Juliana nie skracały bynajmniej śledztwa; sędzia czuł się podrażniony w ambicji. Julian nie wiedział, że go chciano przenieść do okropnej kaźni i że tylko dzięki staraniom Fouquégo zostawiono mu piękny pokój w baszcie.

W liczbie znanych osobistości, które Fouqué zaopatrywał w drzewo, znajdował się ksiądz de Frilair. Zacny kupiec dotarł do wszechpotężnego wikariusza. Ku niewymownemu zachwytowi Fouquégo, ksiądz de Frilair oświadczył, iż wzruszony przymiotami Juliana oraz usługami, jakie niegdyś oddał seminarium, chce wstawić się za nim do sędziów. Fouqué dojrzał w tym błysk nadziei; wychodząc i kłaniając się do ziemi, prosił wielkiego wikariusza, aby przyjął dziesięć ludwików i obrócił je na msze święte na intencję oskarżonego.

Fouqué mylił się grubo. Ksiądz de Frilair nie był Valenodem. Odmówił i starał się nawet wytłumaczyć dobremu wieśniakowi, że słuszniej by uczynił, zachowując te pieniądze na lepszy uczynek. Widząc, że nie podobna wyrazić się jasno bez nieostrożności, poradził mu, aby obrócił tę kwotę na jałmużnę dla biednych więźniów cierpiących najokropniejsze braki.

„Ten Julian to szczególny człowiek, myślał ksiądz de Frilair; nie rozumiem jego postępku, powinienem zaś rozumieć wszystko… Może się uda zrobić zeń męczennika… W każdym razie dotrę do jądra sprawy; może zdołam napędzić strachu pani de Rênal, która nie ma dla nas szacunku, mnie zaś, w gruncie, nie cierpi… Może też zyskam w tym wszystkim podstawę do publicznego pojednania się z panem de la Mole, który ma słabość do tego chłopca”.

Kompromis podpisano przed paru tygodniami; ksiądz Pirard wyjechał z Besançon, natrąciwszy64 o tajemniczym urodzeniu Juliana, w tym samym dniu, w którym nieszczęśliwy chłopiec targnął się w Verrières na życie pani de Rênal.

Julian widział już tylko jedną przykrość pomiędzy sobą a śmiercią, mianowicie odwiedziny ojca. Zwierzył Fouquému zamiar swój napisania do prezydenta sądu z prośbą, aby mu oszczędzono wszelkich wizyt. Ten wstręt do widoku ojca i to w takiej chwili, uraził głęboko uczciwe, mieszczańskie serce handlarza drzewa.

Zrozumiał nagle, czemu tylu ludzi tak serdecznie nienawidzi jego przyjaciela. Przez szacunek dla nieszczęścia skrył swoje uczucie.

– W każdym razie – odparł zimno – zakaz taki nie stosowałby się do twego ojca.

LXVIII. Potężne ramię

To tajemnicze postępowanie, ta wytworna postać, kto to może być?

Schiller.

Nazajutrz drzwi otworzyły się bardzo wcześnie. Julian zbudził się nagle.

„Och, Boże! – pomyślał – To ojciec. Cóż za przykra scena!”

W tej samej chwili kobieta w stroju wieśniaczki rzuciła się w jego ramiona. Zaledwie mógł ją poznać. Była to panna de la Mole.

– Niedobry! Dopiero z twego listu dowiedziałam się, gdzie jesteś. W Verrières dowiedziałam się o tym, co ty nazywasz twoją zbrodnią, a co jest tylko szlachetną zemstą, godną hardego serca bijącego w tej piersi…

Mimo jego uprzedzeń do panny de la Mole – uprzedzeń, których zresztą nie uświadamiał sobie zbyt jasno – wydała się Julianowi bardzo ładna. To, co robi, co mówi, czyż nie jest świadectwem szlachetnych uczuć wznoszących ją wysoko ponad wszelką małość i pospolitość? Znów miał uczucie, że kocha królową; jakoż po chwili przemówił do niej z rzadką górnością myśli:

– Przyszłość rysowała się mym oczom bardzo jasno. Po mej śmierci chciałem, abyś wyszła za pana de Croisenois jako wdowa. Szlachetna, ale nieco romantyczna dusza uroczej wdowy, wróciwszy na drogę pospolitego rozsądku pod wpływem niezwykłego, tragicznego i wielkiego dla niej wydarzenia, raczyła ocenić rzetelną wartość młodego margrabiego. Zgodziłaby się wreszcie być szczęśliwą szczęściem zwykłych ludzi: poważanie, bogactwo, zaszczyty… Ale, droga Matyldo, przyjazd twój do Besançon, o ile wyjdzie na jaw, będzie śmiertelnym ciosem dla pana de la Mole, a tego bym sobie nie przebaczył. Sprawiłem mu tyle zgryzoty! Akademik powie, że wygrzał żmiję na łonie.

– Wyznaję, żem się nie spodziewała tyle chłodnego rozsądku, tyle troski o przyszłość – rzekła panna de la Mole nieco urażona. – Pokojówka moja, prawie tak rozsądna jak ty, wzięła paszport na swoje nazwisko. Przyjechałam tu pocztą jako pani Michelet.

– I pani Michelet dostała się tu tak łatwo?

– Och, zawsze jesteś człowiekiem niepospolitym, tym, który mnie zainteresował! Najpierw ofiarowałam sto franków sekretarzowi sędziego, który utrzymywał, że nie podobna wpuścić mnie do wieży. Ale, wziąwszy pieniądze, ten uczciwy człowiek kazał mi wyczekiwać, zaczął robić trudności, myślałam, że mnie chce okraść…

Urwała.

– No i…? – spytał Julian.

– Nie gniewaj się, Julisiu – rzekła, ściskając go – musiałam zdradzić swoje nazwisko temu panu, który brał mnie za jakąś gryzetkę z Paryża, zakochaną w pięknym Julianie… (To jego wyrażenia). Przysięgłam mu, że jestem twoją żoną i będę miała pozwolenie widywania się co dzień.

„Stało się – pomyślał Julian – nie mogłem zapobiec temu szaleństwu. Ostatecznie, pan de la Mole jest tak wielkim panem, że opinia potrafi znaleźć usprawiedliwienie dla młodego pułkownika, który zaślubi tę uroczą wdowę. Moja śmierć pokryje wszystko”.

I poddał się z rozkoszą miłości Matyldy; było w tym szaleństwo, wielkość duszy, najdziwniejsze wrażenia. Oświadczyła zupełnie poważnie gotowość zabicia się wraz z nim.

Po pierwszych wylewach, kiedy Matylda nasyciła się szczęściem oglądania Juliana, żywa ciekawość owładnęła nagle jej duszę. Przyglądała się kochankowi, przerastał o wiele to, co sobie wyobrażała. Miała wrażenie, że zmartwychwstał Bonifacy de la Mole, ale heroiczniejszy65.

Matylda obeszła najlepszych miejscowych adwokatów; obraziła ich ofiarując im złoto otwarcie, ale w końcu przyjęli.

Spostrzegła rychło, iż w zakresie wątpliwych, a doniosłych spraw wszystko w Besançon zależy od księdza de Frilair.

Kiedy pod skromnym nazwiskiem pani Michelet siliła się dotrzeć do wszechpotężnego członka kongregacji, napotkała zrazu niesłychane trudności. Ale tymczasem rozeszła się po mieście wieść o pięknej młodej modystce, oszalałej z miłości i przybyłej z Paryża, aby pocieszyć Juliana Sorel.

Matylda uganiała się pieszo po Besançon, miała nadzieję, że jej nie poznają. W każdym razie uważała, że z korzyścią dla sprawy będzie poruszyć wyobraźnię ludu. Szaleństwo jej szło tak daleko, że roiła o wznieceniu rozruchów w razie, gdyby Julian szedł na śmierć. Panna de la Mole sądziła, że ubrana jest skromnie, jak przystało ciężko stroskanej kobiecie; tymczasem wygląd jej ściągał wszystkie spojrzenia.

Była już w Besançon przedmiotem powszechnego zajęcia, kiedy po tygodniowych zabiegach uzyskała posłuchanie u księdza de Frilair.

Pojęcia potężnego członka Kongregacji oraz głębokiej, chytrej zbrodniczości były tak zespolone w umyśle Matyldy, iż mimo swej odwagi drżała, dzwoniąc do konsystorza. Zaledwie mogła iść, kiedy jej przyszło wstąpić na schody wiodące do pokojów wielkiego wikariusza. Pustka biskupiego pałacu przejmowała ją chłodem. „Siądę na fotelu, ten fotel chwyci mnie za ramiona i zniknę. U kogo moja pokojowa będzie mogła upomnieć się o mnie? Naczelnik policji nie odważy się ruszyć palcem… Jestem sama, sama w tym wielkim mieście!”

Objąwszy okiem apartament, panna de la Mole uspokoiła się. Przede wszystkim otworzył jej lokaj w wytwornej liberii. Salon, do którego ją wpuszczono, odznaczał się wykwintnym zbytkiem, jaki spotyka się w Paryżu jedynie w najwyższych domach. Ksiądz de Frilair zbliżył się z ojcowskim wyrazem twarzy: majaki straszliwych zbrodni pierzchły. Nie znalazła nawet na tej pięknej twarzy owej energicznej cnoty, tak odstraszającej dla paryżan. Lekki uśmiech, który ożywił rysy wszechpotężnego księdza, zwiastował dobrze wychowanego człowieka, światowego prałata, mądrego pasterza. Owionęła Matyldę atmosfera Paryża.

Kilka chwil wystarczyło księdzu de Frilair, aby wydobyć z Matyldy wyznanie, że jest córką jego potężnego przeciwnika, margrabiego de la Mole.

– W istocie, nie jestem panią Michelet – rzekła odzyskując zwykłą wyniosłość. – Wyznaję to bez trudu, przychodzę bowiem zasięgnąć pańskiej rady co do możliwości ucieczki pana de la Vernaye. Po pierwsze, winien jest jedynie nierozwagi: kobieta, do której strzelił, ma się dobrze. Po drugie, gdy chodzi o przekupienie podrzędnych figur, mogę natychmiast złożyć pięćdziesiąt tysięcy franków, przyrzec zaś drugie tyle. Wreszcie, wdzięczność moja i mojej rodziny nie cofnie się przed niczym dla osoby, która ocali pana de la Vernaye.

Ksiądz de Frilair wydawał się zdziwiony tym nazwiskiem. Matylda pokazała kilka listów ministra wojny, adresowanych do pana Juliana Sorel de la Vernaye.

– Widzi pan, że ojciec zajął się jego losem. Zaślubiłam Juliana w sekrecie; otóż ojciec pragnął, aby uzyskał wyższy stopień wojskowy, nim się ogłosi małżeństwo nieco osobliwe dla panny de la Mole.

Matylda zauważyła, iż, w miarę jak ksiądz de Frilair dochodził do tych ważnych odkryć, wyraz dobroci i łagodnej słodyczy znikał z jego oblicza, na którym malował się w tej chwili spryt połączony z głębokim fałszem.

Ksiądz miał wątpliwości, odczytywał z wolna urzędowe dokumenty.

„Jaką korzyść mogę wyciągnąć z tych dziwnych zwierzeń? – myślał. – Oto znalazłem się nagle w bliskich stosunkach z przyjaciółką słynnej marszałkowej de Fervaques, wszechmocnej siostrzenicy Jego Eminencji biskupa***, który samowładnie rozdaje infuły we Francji. To, com uważał za odległą przyszłość, staje się rzeczywistością. To może mnie doprowadzić do celu”.

W pierwszej chwili Matylda zlękła się nagłej zmiany potężnego człowieka, z którym znalazła się sama w odludnym pałacu. „Ale nie! – rzekła sobie rychło. – Czyż nie byłoby o wiele gorzej, gdybym się rozbiła o zimny egoizm księdza sytego władzy i użycia!”

Olśniony otwierającą się przed nim nagłą i nieprzewidzianą drogą do infuły, uderzony inteligencją Matyldy, ksiądz de Frilair przestał na chwilę panować nad sobą. Panna de la Mole ujrzała go prawie u swych stóp; nadzieja i ambicja wstrząsały go nerwowym dreszczem.

„Rozumiem – pomyślała – nic tu nie będzie niemożliwe dla przyjaciółki pani de Fervaques”. Mimo dotkliwego jeszcze ukłucia zazdrości, zdobyła się na to, aby wyjaśnić, że Julian jest bliskim przyjacielem marszałkowej i że spotykał u niej co dzień Jego Eminencją biskupa***.

– Gdyby się ciągnęło bodaj kilka razy z rzędu listę trzydziestu sześciu przysięgłych spośród wybitnych mieszkańców departamentu – rzekł wielki wikariusz z okiem płonącym ambicją, kładąc nacisk na każde słowo – uważałbym za bardzo nieszczęśliwy traf, gdybym w każdej liście nie liczył jakiego dziesiątka przyjaciół i to z najinteligentniejszych. Prawie zawsze będę miał większość, więcej niż większość, gdy chodzi o skazanie, widzi tedy pani, z jaką łatwością przyszłoby mi uniewinnić…

Ksiądz urwał nagle, jakby zdumiony dźwiękiem własnego głosu; odsłaniał rzeczy, których nie mówi się profanom.

Ale z kolei Matylda osłupiała, kiedy ksiądz wtajemniczył ją w to, co głównie zdumiewało i zaprzątało całe Besançon w przygodzie Juliana, a mianowicie, że wzbudził on niegdyś żywą namiętność w pani de Rênal i namiętność tę długi czas podzielał. Ksiądz de Frilair spostrzegł z łatwością, jak mocno opowiadanie jego poruszyło Matyldę.

„Oto mój odwet! – pomyślał. – Mam wreszcie sposób powodowania tą energiczną osóbką: drżałem, że mi się to nie uda”. Dystynkcja i wyniosłość Matyldy zdwajały w jego oczach urok tej rzadkiej piękności, która skłaniała się przed nim niemal błagalnie. Odzyskał całą zimną krew i nie zawahał się wbić sztylet w jej serce.

– Nie dziwiłbym się ostatecznie – rzeki lekko – gdybyśmy się dowiedzieli, że to przez zazdrość pan Sorel strzelił do kobiety, którą niegdyś tak kochał. Jest to osoba bynajmniej nie pozbawiona powabów cielesnych, od niedawna zaś przyjmowała bardzo często niejakiego księdza Marquinot z Dijon, jansenistę bardzo podejrzanych obyczajów, jak oni wszyscy.

Podchwyciwszy słabą stronę pięknej panny, ksiądz de Frilair krwawił z rozkoszą jej serce.

– Czemu – mówił, zwracając palące oczy na Matyldę – pan Sorel wybrał kościół, jeżeli nie dlatego, iż właśnie w tej chwili rywal jego odprawiał mszę? Wszyscy przyznają wiele inteligencji, a jeszcze więcej przezorności szczęśliwemu człowiekowi, którym się pani interesuje. Cóż prostszego niż ukryć się w ogrodzie pana de Rênal, który znał tak dobrze? Tam, mając niemal pewność, że go nikt nie zobaczy, nie chwyci ani nie będzie podejrzewał, mógł zadać śmierć kobiecie, o którą był zazdrosny.

Rozumowanie to, tak słuszne na pozór, do reszty wyprowadziło Matyldę z równowagi. Ta dusza harda, ale nasycona oschłym rozsądkiem wielkiego świata, niełatwo zdolna była zrozumieć rozkosz drwienia sobie z wszelkiego rozsądku, tak żywą dla dusz z płomienia. W sferach, w których obracała się Matylda, namiętność wyjątkowo chyba zdoła się wyzuć z rozsądku; z okna skacze się zwykle z piątego piętra.

Wreszcie ksiądz de Frilair uczuł się panem sytuacji. Dał do zrozumienia Matyldzie (bez wątpienia kłamał), że urzędnik mający oskarżać Juliana jest na jego rozkazy.

Skoro los wyznaczy trzydziestu sześciu przysięgłych na bieżącą kadencję, ksiądz de Frilair obrobi wprost i osobiście najmniej trzydziestu.

Gdyby Matylda nie była taka ładna, wielki wikariusz nie mówiłby z nią tak jasno wcześniej niż za jaką piątą lub szóstą konferencją.

LXIX. Intryga

Castres 1676. Tuż obok mego domu brat zabił siostrę; szlachcic ów już raz dopuścił się morderstwa. Ojciec jego dał potajemnie sędziom pięćset talarów i ocalił mu życie.

Locke, Podróż po Francji.

Wyszedłszy z konsystorza, Matylda nie zawahała się wysłać umyślnego do pani de Fervaques; obawa narażenia się nie wstrzymała jej ani na sekundę. Zaklinała rywalkę, aby się wystarała o list do księdza de Frilair całkowicie pisany ręką biskupa***. Posunęła się nawet do tego, że błagała ją o przybycie do Besançon. Ze strony tej zazdrosnej i hardej duszy był to rys heroiczny!

W myśl rady Fouquégo była na tyle ostrożna, że nie wspomniała Julianowi o swych staraniach. Obecność jej nękała go już dość i bez tego. W obliczu śmierci Julian stał się skrupulatniejszy, niż był w życiu: miał wyrzuty nie tylko wobec pana de la Mole, ale i wobec Matyldy.

„Dziwna rzecz! – powiadał sobie – kiedy jesteśmy razem, miewam chwile roztargnienia, nawet nudy. Ona się gubi dla mnie, a ja ją tak nagradzam! Byłżebym niegodziwcem?”

Zagadnienie to niewiele by go zaprzątało dawniej, gdy poruszała nim ambicja: wówczas niepowodzenie było jedynym wstydem w jego oczach.

Czuł się zakłopotany i nieswój wobec Matyldy, tym bardziej, że ona sama objawiała mu w tej chwili szaleńczą miłość. Mówiła jedynie o ofiarach, które chce podjąć, aby go ocalić.

Podniecona uczuciem, z którego była dumna i które przeważyło jej pychę, pragnęła każdą chwilę wypełnić jakim niezwykłym postępkiem. Najdziksze, najniebezpieczniejsze dla niej projekty wypełniały jej długie rozmowy z Julianem. Dozorcy, hojnie opłacani, pozwalali jej rządzić się w więzieniu. Pomysły Matyldy nie ograniczały się do poświęcenia reputacji; nic jej nie ważyło objawić swój stan przed całym światem. Rzucić się na kolana przed powóz króla pędzący galopem, aby błagać o łaskę dla kochanka, ściągnąć na siebie uwagę monarchy narażając się na stratowanie, oto jedna z chimer, jakie roiła ta rozbujana wyobraźnia. Dzięki pośrednictwu przyjaciół była pewna, że zdoła się dostać do najbardziej zamkniętej części ogrodów królewskich w Saint-Cloud.

Julian nie czuł się godny takiego poświęcenia; prawdę mówiąc, znużony był heroizmem. Prosta, naiwna, prawie nieśmiała tkliwość byłaby mu trafiła do serca; gdy, przeciwnie, wyniosłej duszy Matyldy trzeba było zawsze publiczności, drugich.

Wśród wszystkich udręczeń, wszystkich obaw o życie kochanka, którego nie chciała przeżyć, czuła tajemną potrzebę zdumiewania gawiedzi nadmiarem swej miłości i wzniosłości postanowień.

Julian wyrzucał sobie, że cały ten heroizm go nie wzrusza. Cóż dopiero, gdyby znał wszystkie szaleństwa, którymi Matylda nękała oddaną, ale z gruntu rozsądną i ograniczoną duszę poczciwego Fouqué.

Nie wiedział dobrze, co można by zarzucić poświęceniu Matyldy: i on także poświęciłby majątek i naraził życie, aby ocalić Juliana. Zdumiewała go obfitość złota, które rozrzucała Matylda. W pierwszych dniach sumy te olśniły Fouquégo, który miał dla pieniędzy typową cześć mieszkańca prowincji. Wreszcie doszedł, że projekty panny de la Mole zmieniają się często i z wielką ulgą znalazł wyraz na określenie charakteru, który dlań był tak nużący: była kapryśna. Od tego epitetu do miana narwanej, największej klątwy, jaką zna prowincja, jest tylko krok.

„Rzecz dziwna – myślał jednego dnia Julian po odejściu Matyldy – że ta namiętność, której jestem przedmiotem, wzrusza mnie tak mało! A wszakże ubóstwiałem Matyldę przed dwoma miesiącami! Czytałem wprawdzie, że wobec zbliżającej się śmierci człowiek obojętnieje na wszystko; ale okropne jest czuć się niewdzięcznym i nie móc się zmienić. Czyżbym był egoistą? Czynię sobie w tej mierze najdotkliwsze wyrzuty”.

Ambicja umarła w jego sercu, inna namiętność wynurzyła się z popiołów; nazywał ją wyrzutem z powodu morderstwa pani de Rênal.

W istocie zaś kochał się w niej do szaleństwa. Czuł się nad wyraz szczęśliwy, kiedy zostawszy sam z tą pewnością, że mu nikt nie przeszkodzi, mógł się cały oddać wspomnieniu szczęśliwych dni w Verrières i w Vergy. Najdrobniejsze wydarzenia tych minionych zbyt rychło czasów miały dlań urok i świeżość. Nigdy nie myślał o swych triumfach paryskich; nudziły go.

Zazdrość Matyldy odgadła po części ten stan, który wzmagał się z dnia na dzień. Czuła, że trzeba jej walczyć z miłością samotności. Niekiedy wymawiała ze zgrozą nazwisko pani de Rênal. Widziała, że za każdym razem Julian drżał. Odtąd namiętność jej nie miała już granic ani miary.

„Jeżeli umrze, i ja umrę – powiadała sobie zupełnie szczerze. – Co powiedziałyby paryskie salony, widząc, że panna mego nazwiska ubóstwia do tego stopnia kochanka przeznaczonego na śmierć? Aby spotkać takie uczucia, trzeba sięgnąć do epoki bohaterów; taką namiętnością drgały serca za Karola IX i Henryka III”.

Wśród najwyższych uniesień, przyciskając do serca głowę Juliana, powtarzała ze zgrozą:

– Jak to! Ta urocza głowa miałaby iść pod nóż kata! Dobrze więc! – dodawała rozpromieniona heroizmem niewolnym od rozpaczy. – Wargi moje, które tulą się do tych pięknych włosów, zastygną w dobę później.

Wspomnienia tych chwil heroizmu oraz straszliwej rozkoszy przykuwały ją przemożnymi więzami. Myśl o samobójstwie, tak zaborcza sama przez się, dotąd tak odległa od tej hardej duszy, wniknęła w nią i niebawem zapanowała w niej z bezgraniczną mocą. „Nie, krew moich przodków nie ostygła we mnie” – powiadała Matylda z dumą.

– Mam cię prosić o jedną łaskę – rzekł jednego dnia Julian – oddaj swoje dziecko na mamki w Verrières, pani de Rênal będzie go oglądała.

– To bolesne, co mówisz… – i Matylda zbladła.

– To prawda, przepraszam cię stokrotnie – wykrzyknął Julian, jakby budząc się z zadumy i ściskając ją.

Osuszywszy jej łzy, wrócił do swej myśli, ale już zręczniej. Uderzył w ton melancholijno-filozoficzny. Mówił o tej przyszłości, która miała się dlań niebawem zamknąć…

– To fakt, droga Matyldo, że wielkie uczucia są przypadkiem w życiu, ale ten przypadek zdarza się jedynie u wyższych dusz… Śmierć mego syna byłaby, w gruncie, szczęściem dla twej rodziny; otóż nędzne dusze zrozumieją to w lot. To dziecko nieszczęścia i hańby pójdzie w poniewierkę. Mam nadzieję, że w epoce, której nie chcę określać, ale którą mam odwagę przewidywać, posłuchasz mej ostatniej woli: zaślubisz margrabiego de Croisenois.

– Jak to, zhańbiona?

– Hańba nie chwyta się nazwiska takiego jak twoje. Będziesz wdową, wdową po szaleńcu, ot i wszystko. Pójdę dalej; zbrodnia moja – jako że pobudką jej nie był pieniądz – nie będzie hańbiąca. Może do tej pory prawodawca-filozof zwalczy przesądy epoki i uzyska zniesienie kary śmierci. Wówczas jakiś życzliwy głos wspomni jako przykład: „Ot, pierwszy małżonek panny de la Mole był szaleńcem, ale nie był niegodziwym człowiekiem, zbrodniarzem. Niedorzecznością było strącać tę głowę…” Wówczas pamięć moja nie będzie bezecna, przynajmniej po jakimś czasie… Twoje stanowisko w świecie, twój majątek i, pozwól sobie powiedzieć, twoja genialna inteligencja, stworzą panu de Croisenois, skoro zostanie twym mężem, rolę, do której sam nie byłby zdolny. Ma jedynie urodzenie i odwagę, a dwa te przymioty, które tworzyły pełnego człowieka w r. 1729, dziś, o wiek później, stały się anachronizmem i rodzą jedynie pretensje. Trzeba czegoś więcej, aby dziś stanąć na czele francuskiej młodzieży.

Twój silny i przedsiębiorczy charakter stanie się podporą stronnictwa, w które pchniesz swego męża. Będziesz godną następczynią pań de Chevreuse i de Longueville z czasu frondy… Ale wówczas, droga Matyldo, boski ogień, który cię ożywia w tej chwili, wychłodnie nieco.

Pozwól to sobie powiedzieć: za piętnaście lat miłość twoja dla mnie będzie ci się przedstawiała jako szaleństwo godne rozgrzeszenia, ale zawsze jako szaleństwo…

Urwał nagle i zadumał się. Znów znalazł się wobec tej myśli tak dotkliwej dla Matyldy: „Za piętnaście lat pani de Rênal będzie ubóstwiała mego syna, a ty zapomnisz o nim…”

64.natrąciwszy – dziś: wspomniawszy, nadmieniwszy. [przypis edytorski]
65.heroiczniejszy – dziś: bardziej heroiczny. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
12+
Litres'teki yayın tarihi:
11 haziran 2020
Hacim:
580 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Stuart: A Life Backwards
Alexander Masters
Metin
Ortalama puan 3,5, 8 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin, ses formatı mevcut
Ortalama puan 4, 13 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 2 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 3, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre