Kitabı oku: «Pustelnia parmeńska», sayfa 13

Yazı tipi:

Fabrycy patrzył na tego człowieka i przypominał go sobie po trosze. Był to jeden z największych wykwintnisiów wśród służby Casa Sanseverina: obecnie, kiedy był bogaty, jak powiadał, miał za całą odzież grubą podartą koszulę i spodnie płócienne, niegdyś czarne, sięgające mu ledwo do kolan; para trzewików i lichy kapelusz dopełniały stroju. Co więcej, nie golony był przeszło od dwóch tygodni. Jedząc omlet Fabrycy wdał się w gawędę zupełnie po prostu, jak równy z równym; domyślił się, że Lodovico jest kochankiem gospodyni. Dokończył szybko śniadania, po czym rzekł półgłosem:

– Mam z tobą do pomówienia.

– Wasza Ekscelencja może mówić swobodnie wobec niej, to z kościami dobra kobieta – rzekł Lodovico z odcieniem tkliwości.

– A więc, moi przyjaciele – rzekł Fabrycy bez wahania – popadłem w nieszczęście i potrzebuję was. Przede wszystkim sprawa moja nie ma nic politycznego; zabiłem po prostu człowieka, który chciał mnie zamordować, bo rozmawiałem z jego kochanką.

– Biedny panicz! – rzekła gospodyni.

– Niech Wasza Ekscelencja liczy na mnie! – wykrzyknął woźnica z oczami rozpłomienionymi oddaniem. – Dokąd Wasza Ekscelencja chce się udać?

– Do Ferrary. Mam paszport, ale wolałbym nie natykać się na żandarmów, którzy mogli zasłyszeć o tym wypadku.

– Kiedy pan go zakatrupił?

– Rano o szóstej.

– Czy Wasza Ekscelencja nie ma krwi na ubraniu? – rzekła gospodyni.

– Myślałem o tym – podjął woźnica – zresztą te suknie są zbyt wykwintne, nie chodzi się tak u nas na wsi, to by mogło zwrócić uwagę. Kupię panu jakie ubranie u Żyda. Wasza Ekscelencja jest mniej więcej mego wzrostu, ale szczuplejszy.

– Proszę, nie nazywaj mnie Ekscelencją, to może ściągnąć uwagę.

– Słucham, Ekscelencjo – rzekł woźnica, wychodząc.

– Hop, ho! – krzyknął Fabrycy – a pieniądze? Wracajże!

– Co za pieniądze! – rzekła gospodyni – ma sześćdziesiąt siedem talarów, które są wszystkie do pana usług. Ja sama – dodała zniżonym głosem – mam jakieś czterdzieści talarów, którymi panu służę z całego serca; kiedy się zdarzy taki wypadek, nie zawsze ma się przy sobie pieniądze.

Wchodząc do trattorii Fabrycy zdjął surdut; był upał.

– Ta kamizelka, gdyby ktoś wszedł, – mogłaby nam narobić kłopotu: ta ładna angielska pika ściągnęłaby uwagę. – To mówiąc gospodyni dała naszemu zbiegowi czarną płócienną kamizelkę męża. W tej chwili wysoki, młody mężczyzna, ubrany z pewną starannością, wszedł tylnymi drzwiami.

– To mój mąż – rzekła gospodyni. – Piotrze – rzekła do męża – pan jest przyjacielem Lodovica; zdarzył mu się dziś wypadek z tamtej strony rzeki, pragnie się schronić do Ferrary.

– Ba, przeprawimy go – rzekł mąż bardzo uprzejmie – mamy przecież barkę Karola Józefa.

Opowiedzieliśmy o strachu, jaki Fabrycy przeszedł w biurze przy moście; odmalujemy tedy równie naturalnie drugą słabostkę naszego bohatera. Miał łzy w oczach, wzruszyło go głęboko serdeczne oddanie wieśniaków; myślał także o owej charakterystycznej dobroci ciotki – byłby chciał zapewnić los tym ludziom. Lodovico wrócił z pakunkiem.

– Załatwi się – rzekł mąż z przyjazną miną.

– Nie o to chodzi – rzekł Lodovico wyraźnie zaniepokojony – zaczynają mówić o panu, zauważono pana wahanie, gdyś wchodził do naszego vicolo45, zbaczając z ulicy jak człowiek, który chce się ukryć.

– Żywo do pokoju na piętrze! – rzekł mąż.

Pokój ten, ładny i duży, miał w oknach szare płótno w miejsce szyb; stały tam cztery łóżka, szerokie na sześć stóp a wysokie na pięć.

– Szybko! szybko! – wołał Lodovico – jest tu od niedawna pewien żandarm, frant, który próbował się zalecać do naszej gospodyni i któremu dałem do zrozumienia, że mógłby się natknąć na kulkę; jeśli ten pies słyszał co o Waszej Ekscelencji, zechce nam spłatać figla: będzie się starał zaaresztować pana tutaj, by podać w osławę trattorię Teodolindy.

– Cóż to – ciągnął Lodovico, widząc koszulę Fabrycego zbroczoną krwią i rany przewiązane chustkami – porco46 się bronił? Ba, to więcej niż trzeba, aby się dostać do więzienia! Nie kupiłem panu koszuli.

Otworzył bez ceremonii szafę męża i dał koszulę Fabrycemu, który przedzierzgnął się w zamożnego młodego wieśniaka. Lodovico zdjął siatkę wiszącą na murze, wrzucił ubranie Fabrycego do koszyka na ryby, zbiegł pędem i wypadł tylnymi drzwiami; Fabrycy za nim.

– Teodolindo! – krzyknął, mijając sklep – schowaj to, co jest na górze, będziemy czekać w wierzbinie, a ty, Piotrze, przyślij nam szybko łódź: płacimy dobrze.

Lodovico przegonił Fabrycego co najmniej przez dwadzieścia rowów. Długie i elastyczne deski służyły za most na najszerszych rowach; skoro przeszli, Lodovico wciągnął te deski. Przybywszy do ostatniego kanału wciągnął skwapliwie deskę.

– Odetchnijmy teraz – rzekł – ten pieski żandarm musiałby zrobić więcej niż dwie mile, by dopędzić Waszą Ekscelencję. Ależ pan blady! – dodał – szczęściem nie zapomniałem o flaszczynie wódki.

– Zjawia się bardzo w porę; rana w udzie zaczyna mi dolegać, a zresztą najadłem się tęgiego strachu w policji, tam, koło mostu.

– Myślę sobie – odparł Lodovico – z koszulą pełną krwi jak pańska! Nie pojmuję, jak pan się odważył tam wejść! Co do ran, znam się na tym; zaprowadzę pana w chłodne miejsce, gdzie pan się może przespać godzinkę, łódź przyjedzie tam po nas, o ile w ogóle zdobędziemy łódź; inaczej, skoro pan trochę wypocznie, machniemy jeszcze ze dwie milki pieszo; zaprowadzę pana do młyna, gdzie sam wynajmę łódź. Wasza Ekscelencja ma o wiele więcej rozeznania ode mnie: otóż jaśnie pani będzie w rozpaczy, kiedy się dowie o wypadku; powiedzą jej, że pan jest śmiertelnie ranny, może nawet pan zabił tamtego podstępem. Margrabina Raversi nie omieszka puścić plotek, które mogą zmartwić naszą panią. Wasza Ekscelencja powinien by napisać list.

– A jak przesłać?

– Młynarczyk we młynie, do którego idziemy, zarabia dwanaście su dziennie; w półtora dnia może być w Parmie, zatem cztery franki na podróż, dwa franki na zużycie trzewików; gdyby chodziło o biedaka takiego jak ja, to by było sześć franków; ponieważ chodzi o służbę jaśnie pana, dałbym dwanaście franków.

Skom przybyli do cienistego gaiku zarosłego olchą i wierzbiną, Lodovico poszedł więcej niż o godzinę drogi, aby przynieść atrament i papier.

– Wielki Boże, jak mi dobrze tutaj! – wykrzyknął Fabrycy. – Bywaj zdrowa, fortuno, nigdy nie będę arcybiskupem!

Za powrotem Lodovico zastał Fabrycego w głębokim śnie i nie chciał go obudzić. Łódź przybyła aż o zachodzie słońca; skoro Lodovico ujrzał ją z dała, obudził Fabrycego, który napisał śpiesznie dwa listy.

– Wasza Ekscelencja ma więcej rozumu ode mnie – rzekł Lodovico, zakłopotany – i boję się, iż mimo swej dobroci urazi się, jeśli coś jeszcze powiem.

– Nie jestem takim głupcem, jak sądzisz – odparł Fabrycy – co bądź byś powiedział, zawsze zostaniesz w mych oczach wiernym sługą mojej ciotki i człowiekiem, który uczynił, co w jego mocy, aby mnie ratować.

Trzeba było dalszych zaklęć, aby rozwiązać Lodovicowi język; kiedy się wreszcie zgodził mówić, zaczął od wstępu, który trwał pięć minut. Fabrycy zniecierpliwił się, ale potem rzekł sobie: „Czyjaż to wina? Naszej próżności, którą ten człowiek dobrze przejrzał z wyżyn swego kozła.” Wreszcie oddanie skłoniło Lodovica do tego, że odważył się wyrazić jasno.

– Ileż nie dałaby margrabina Raversi piechurowi, którego pan ma wysłać do Parmy, byle dostać te dwa listy! Są pańskiego pióra, stanowią dowód sądowy przeciwko panu. Wasza Ekscelencja będzie mnie uważała za wścibskiego; po wtóre będzie się może wstydziła przedkładać oczom księżnej pani moje niezdarne stangreckie pismo; ale ostatecznie, wzgląd na pańskie bezpieczeństwo każe mi mówić, choćby pan mnie miał wciąż za natręta. Czy Wasza Ekscelencja nie mogłaby mi podyktować tych dwóch listów? Wówczas ja sam byłbym skompromitowany, a i to niewiele; powiedziałbym w danym razie, że mnie pan zaskoczył z kałamarzem w jednej ręce, a pistoletem w drugiej i że mi pan kazał pisać.

– Podaj mi rękę, drogi Lodovico! – wykrzyknął Fabrycy. – Na dowód, że nie chcę mieć tajemnic dla przyjaciela takiego jak ty, przepisz te dwa listy tak jak są.

Lodovico zrozumiał całą doniosłość tego dowodu zaufania i był nim mile pogłaskany; ale po kilku wierszach widząc, że łódź się zbliża szybko, rzekł:

– Prędzej skończymy listy, jeśli Wasza Ekscelencja zechce mi je podyktować.

Ukończywszy listy, Fabrycy nakreślił w ostatnim wierszu litery A i B, po czym na skrawku papieru, który potem zgniótł, napisał po francusku: Wierz w A i B. Posłaniec miał ukryć przy sobie ten papier.

Skoro łódź się zbliżyła na odległość głosu, Lodovico zawołał na przewoźników fałszywymi imionami; nie odpowiedzieli i przybili do lądu o pięćset sążni niżej, patrząc na wszystkie strony, czy ich nie widzi jaki celnik.

– Jestem na pańskie rozkazy – rzeki Lodovico – chce pan, abym sam zaniósł listy do Parmy? Czy też mam panu towarzyszyć do Ferrary?

– Towarzyszyć mi do Ferrary to przysługa, o którą nie śmiałem prosić. Trzeba by wylądować i dostać się do miasta bez pokazania paszportów. Przyznam ci się, że mam wstręt do podróżowania pod nazwiskiem Giletti, a nie widzę prócz ciebie nikogo, kto by mi się wystarał o inny paszport.

– Czemuż pan nic nie mówił w Casal-Maggiore? Znam szpicla, który byłby mi sprzedał doskonały paszport, i niedrogo, za czterdzieści albo pięćdziesiąt franków.

Jeden z przewoźników, który się urodził na prawym brzegu Padu i tym samym nie potrzebował zagranicznego paszportu do Parmy, zobowiązał się zanieść listy. Lodovico, który umiał wiosłować, podjął się kierować barką wraz z drugim.

– Jadąc w dół Padu – rzekł – spotkamy łodzie należące do policji, ale potrafię je wyminąć.

Więcej niż dziesięć razy trzeba im się było kryć na wysepkach porosłych wierzbiną. Trzy razy wysiedli na ląd, aby przepływająca policja zobaczyła pustą barkę. Lodovico skorzystał z tych długich chwil wywczasu, by recytować Fabrycemu swoje sonety. Myśl w nich była dość trafna, ale jakby stępiona formą i niewarta, aby ją spisywać; osobliwe było, że ten eks-stangret miał uczucia żywe i obrazowe; stawał się zimny i pospolity, gdy je chciał wyrazić piórem.

– Przeciwieństwo naszego świata – rzekł Fabrycy – gdzie umieją wszystko wyrazić z wdziękiem, ale nie mają nic do powiedzenia.

Zrozumiał, że największa przyjemność, jaką może zrobić wiernemu słudze, to poprawić błędy ortograficzne w jego sonetach.

– Drwią sobie ze mnie, kiedy pokazuję swój kajet – powiadał Lodovico – ale gdyby Wasza Ekscelencja raczył mi podyktować ortografię, słowo po słowie, zawistni musieliby stulić gęby; ortografia nie stanowi o talencie.

Dopiero trzeciego dnia w nocy Fabrycy mógł bezpiecznie wylądować w olszynce, na milę przed Ponte Lago Oscuro. Cały dzień przesiedział w konopiach, gdy Lodovico udał się przodem do Ferrary; wynajął pokoik u biednego Żyda, który zrozumiał, że można coś zarobić, o ile się będzie trzymało język za zębami. Wieczorem o zmierzchu Fabrycy dostał się do Ferrary na małym koniku; potrzebował tej podpory, zmogło go gorąco; cięta rana na biodrze i rana na ramieniu od szabli, jaką zadał mu Giletti na początku walki, zaogniły się i sprowadziły gorączkę.

Rozdział dwunasty

Żyd, właściciel mieszkania, postarał się o dyskretnego chirurga, który – zwąchawszy pełną sakiewkę – oświadczył Lodovicowi, iż sumienie nakazuje mu zawiadomić policję o ranach młodego człowieka, którego on, Lodovico, mieni swoim bratem.

– Prawo jest jasne – dodał – oczywiste jest, iż brat pański nie zranił się sam, jak opowiada, spadłszy z drabinki w chwili, gdy trzymał otwarty nóż w ręce.

Lodovico odpowiedział spokojnie uczciwemu chirurgowi, że gdyby się ośmielił iść za głosem sumienia, on będzie miał zaszczyt, zanim opuści Ferrarę, upaść dokładnie na niego z otwartym nożem w ręce. Kiedy zdał sprawę z tego zajścia Fabrycemu, ten zganił go mocno, ale nie było już ani chwili do stracenia; trzeba było zmykać: Lodovico oświadczył Żydowi, że chce przewieźć brata na świeże powietrze; poszedł po dorożkę i przyjaciele nasi opuścili dom, aby więcej nie wrócić. Czytelnikowi dłuży się niewątpliwie opowiadanie o tych zabiegach, nieodzownie wynikających z braku paszportu; kłopot ten nie istnieje już we Francji, ale we Włoszech, zwłaszcza w okolicach Padu, o niczym się nie mówi, tylko o paszportach. Wydostawszy się z Ferrary bez przeszkód, niby spacerem, Lodovico odesłał dorożkę, po czym wrócił do miasta inną bramą i wstąpił do Fabrycego sediolą, którą wynajął na kurs dwunastu mil. Przybywszy w okolicę Bolonii nasi przyjaciele kazali się zawieźć polami na gościniec z Florencji do Bolonii, spędzili noc w najnędzniejszej oberży, jaką mogli znaleźć, i nazajutrz – gdy Fabrycy czuł się na siłach, aby nieco iść – weszli do Bolonii znów niby spacerem. Paszport Gilettiego spalono; śmierć aktora musiała już być znana, a mniej niebezpieczne było dostać się w ręce władz bez paszportu niż z paszportem zabitego.

Lodovico znał w Bolonii kilku lokajów z wielkich domów; postanowiono, że pójdzie u nich zasięgnąć języka. Opowiedział, że przybywa z Florencji z młodszym bratem; brat, czując potrzebę spoczynku, pozwolił mu wyjechać na godzinkę przed wschodem słońca. Mieli się spotkać w wiosce, gdzie Lodovico miał zatrzymać się, aby przeczekać upał. Ale Lodovico, nie mogąc się doczekać brata, wrócił, znalazł go rannego; ludzie jacyś ugodzili go kamieniem i skłuli nożami, a co więcej, okradli go. Ów brat jest to ładny chłopak, umie chodzić koło koni i powozić, także czytać i pisać, i chce znaleźć miejsce w dobrym domu. Lodovico zachował sobie możność uzupełnienia tej powiastki – w razie potrzeby – tym: gdy Fabrycy padł, złodzieje, uciekając, unieśli zawiniątko, w którym była bielizna i paszporty.

Przybywszy do Bolonii, Fabrycy, bardzo zmęczony, nie śmiejąc bez paszportu zajść do gospody, wszedł do olbrzymiego kościoła Świętego Petroniusza. Panował tam rozkoszny chłód; niebawem skrzepił się zupełnie. „Ja niewdzięczny – pomyślał nagle – wchodzę do kościoła jedynie, aby usiąść, jak do kawiarni!” Padł na kolana i podziękował Bogu za oczywistą opiekę, która go otaczała od czasu, jak miał nieszczęście zabić Gilettiego. Dotąd drżał, że go mogli poznać w biurze w Casal-Maggiore. „Jakim cudem – powiadał sobie – ten urzędnik, którego oczy były tak nieufne i który odczytywał mój paszport aż trzy razy, nie spostrzegł, że ja nie mam pięciu stóp dziesięciu cali, że nie mam trzydziestu ośmiu lat, że nie jestem zeszpecony ospą? Ileż dziękczynień winien ci jestem, o Boże! I ja mogłem się ociągać do tej chwili z tym, aby rzucić moją nicość pod Twe stopy! Pycha moja chciała wierzyć, że to rozumowi ludzkiemu zawdzięczam ocalenie od Szpilbergu, który już się otwierał, aby mnie pochłonąć!

Fabrycy spędził jeszcze godzinę w tym roztkliwieniu, w obliczu niezmierzonej dobroci Boga. Nie słyszał nadchodzącego Lodovica, który stanął na wprost niego. Fabrycy, który miał czoło ukryte w dłoniach, podniósł głowę; wierny sługa ujrzał łzy spływające mu po policzkach.

– Wróć za godzinę – rzekł Fabrycy dość oschle.

Lodovico wybaczył ton przez wzgląd na zbożną pobudkę. Fabrycy odmówił kilka razy siedem psalmów pokutnych, które umiał na pamięć; zatrzymał się długo przy wersetach mających związek z jego położeniem.

Fabrycy prosił Boga o przebaczenie za wiele rzeczy, ale co godne uwagi, nie przyszło mu na myśl liczyć pomiędzy swoje winy chęci zostania arcybiskupem jedynie dlatego, że Mosca jest ministrem; uważał, że to stanowisko oraz płynące zeń korzyści należą się bratankowi księżnej. Pragnął tego bez namiętności, to prawda, ale ostatecznie myślał o tym ściśle tak samo jak o zostaniu ministrem lub generałem. Nie przyszło mu do głowy, aby projekt księżnej mógł dotyczyć jego sumienia. Jest to znamienny rys tego rodzaju religii, jaką winien był wychowaniu mediolańskich jezuitów. Ta religia odejmuje śmiałość myślenia o rzeczach niezwyczajnych; zabrania zwłaszcza samodzielnego dociekania jako najokropniejszego grzechu: jest to krok ku protestantyzmowi! Aby wiedzieć, czym, się zgrzeszyło, trzeba spytać spowiednika lub odczytać listę grzechów, jaka się znajduje w dziełach pod tytułem Przygotowanie do sakramentu pokuty. Fabrycy umiał na pamięć listę grzechów, której nauczył się po łacinie w Akademii Duchownej w Neapolu. Toteż, odmawiając tę listę, doszedłszy do morderstwa, obwinił się szczerze przed Bogiem, że zabił człowieka, ale w obronie życia. Przebiegł szybko, nie zwracając na nie najmniejszej uwagi, artykuły tyczące symonii (uzyskania za pieniądze godności duchownych). Gdyby mu zaproponowano, aby dał sto ludwików za to, by zostać wielkim wikariuszem arcybiskupa Parmy, odepchnąłby tę myśl ze zgrozą; ale mimo że nie zbywało mu inteligencji ani logiki, nie przyszło mu na myśl, iż wpływy hrabiego Mosca, obrócone tu na jego korzyść, były symonią. Oto tryumf jezuickiego wychowania: włożyć człowieka do tego, aby nie zwracał uwagi na rzeczy jaśniejsze niż dzień. Francuz, wychowany w atmosferze interesowności i ironii paryskiej, mógłby snadnie winić Fabrycego o obłudę, w chwili gdy nasz bohater otwierał duszę Bogu zupełnie szczerze i z najgłębszym wylaniem.

Nim Fabrycy opuścił kościół, przygotował się do spowiedzi, do której chciał przystąpić nazajutrz; zastał Lodovica na stopniach kamiennego perystylu wznoszącego się na wielkim placu przed fasadą Świętego Petroniusza. Jak po burzy powietrze staje się czystsze, tak dusza Fabrycego była spokojna, szczęśliwa i jakby odświeżona.

– Mam się bardzo dobrze, nie czuję już prawie ran – rzekł, zbliżając się do Lodovica – ale przede wszystkim muszę cię przeprosić; odpowiedziałem ci szorstko, kiedy mnie zagadnąłeś w kościele: robiłem rachunek sumienia. A więc, jak stoją sprawy?

– Najlepiej: nająłem mieszkanie, co prawda, niezbyt godne Waszej Ekscelencji, u żony jednego z moich przyjaciół, ładnej i będącej w bliskich stosunkach z jednym z najlepszych agentów policji. Jutro pójdę oświadczyć, że nam skradziono paszporty; deklarację tę wezmą za dobrą monetę, opłacę tylko porto listu, który policja wyśle do Casal-Maggiore, aby się dowiedzieć, czy istnieje w tej gminie niejaki Lodovico San Micheli, posiadający brata imieniem Fabrycy, w służbach księżnej Sanseverina w Parmie. Wszystko skończone, siamo a cavallo. (Przysłowie włoskie: jesteśmy ocaleni.)

Fabrycy spoważniał; poprosił Lodovica, aby zaczekał chwilę, wrócił do kościoła niemal pędem i padł na kolana, całując kamienne płyty. „To cud, o Boże – wykrzyknął ze łzami – kiedyś ujrzał, że dusza moja skłonna jest wrócić na drogę obowiązku, ocaliłeś mnie. Wielki Boże! możebne, iż kóregoś dnia zabiją mnie w jakiejś przygodzie: pamiętaj w chwili mej śmierci o stanie, w jakim dusza moja znajduje się w tej chwili.” W uniesieniu radości Fabrycy odmówił na nowo siedem psalmów. Nim wyszedł, zbliżył się do staruszki siedzącej koło posągu Matki Boskiej, obok żelaznego trójkąta ustawionego pionowo na nóżce z tego samego metalu. Brzegi trójkąta były najeżone mnóstwem gwoździków, przeznaczonych na świece, które wierni zapalają przed sławną Madonną Cimabuego. W chwili gdy Fabrycy się zbliżył, płonęło tylko siedem świec; wraził sobie w pamięć tę okoliczność z intencją zastanowienia się nad nią później.

– Po czemu świece? – spytał kobiety.

– Po dwa bajoki sztuka.

W istocie były nie grubsze od gęsiego pióra i nie miały ani stopy długości.

– Ile można jeszcze umieścić świec na tym trójkącie?

– Sześćdziesiąt trzy, bo siedem już się pali.

„A – powiedział sobie Fabrycy – sześćdziesiąt trzy a siedem czyni siedemdziesiąt: trzeba to zapamiętać.” Zapłacił za świece, sam umieścił i zapalił siedem pierwszych, po czym ukląkł, aby dopełnić ofiary, i rzekł, wstając, do staruszki:

– To za otrzymaną łaskę.

– Umieram z głodu – rzekł Fabrycy do Lodovica, wracając.

– Nie chodźmy do szynkowni, ale do mieszkania; gospodyni kupi panu, co trzeba, ściągnie przy tym ze dwadzieścia su i będzie tym życzliwiej nastrojona.

– Czyli że miałbym umierać z głodu godzinę dłużej – rzekł Fabrycy, śmiejąc się z dziecięcą pogodą; wszedł do gospody obok Świętego Petroniusza. Ku swemu najwyższemu zdumieniu przy sąsiednim stole ujrzał Pepego, zaufanego pokojowca ciotki, tego samego, który niegdyś przybył na jego spotkanie do Genewy. Fabrycy dał mu znak, aby milczał, po czym zjadłszy szybko śniadanie, wstał z uśmieszkiem szczęścia na ustach; Pepe udał się za nim i po raz trzeci bohater nasz wszedł do Świętego Petroniusza. Przez dyskrecję Lodovico zatrzymał się na placu.

– Boże mój, Wasza Dostojność! Jakże rany? Księżna pani jest straszliwie niespokojna: cały jeden dzień myślała, że pan nie żyje, opuszczony na jakiej wysepce; natychmiast wyślę do jaśnie pani posłańca. Szukam pana od sześciu dni, trzy dni spędziłem w Ferrarze, goniąc po oberżach.

– Masz dla mnie paszport?

– Mam trzy rozmaite: jeden z nazwiskiem i tytułami Waszej Ekscelencji; drugi jedynie z nazwiskiem, a trzeci na fałszywe nazwisko Józefa Bossi; każdy paszport podwójny, wedle tego, czy Wasza Ekscelencja zechce przybyć z Florencji, czy z Modeny. Chodzi jedynie o podjęcie małej przechadzki za miasto. Pan hrabia radziłby jaśnie panu zamieszkać w gospodzie „Del Pelegrino”, której gospodarz jest jego przyjacielem.

Fabrycy, idąc jak gdyby bez celu, wszedł w prawą nawę, aż do miejsca, gdzie płonęły świece; wlepił oczy w Madonnę Cimabuego, po czym ukląkł, mówiąc do Pepego:

– Muszę złożyć dzięki.

Pepe poszedł za jego przykładem. Gdy wychodzili z kościoła, Pepe zauważył, że Fabrycy daje dwadzieścia franków ubogiemu, który pierwszy poprosił go o jałmużnę; żebrak jął wydawać okrzyki wdzięczności, które ściągnęły litościwej osobie na kark chmarę nędzarzy, ozdabiających stale plac Świętego Petroniusza. Wszyscy chcieli mieć swój udział w owym napoleonie. Kobiety, zwątpiwszy, aby zdołały przebić ciżbę, która utworzyła się koło pieniądza, rzuciły się na Fabrycego, wmawiając weń krzykliwie, że on rzucił owego napoleona po to, aby podzielono między wszystkich. Pepe, wymachując laską o złotej gałce, nakazał im, aby zostawili Jego Ekscelencję w spokoju.

– Och, Ekscelencjo – podjął chór bab dyszkantem – wyrzućcie też złotego napoleona dla biednych kobiet!

Fabrycy przyśpieszył kroku, kobiety biegły za nim krzycząc, zbiegło się mnóstwo żebraków z sąsiednich ulic, robiło to wrażenie jakiegoś buntu. Cały ten tłum, ohydnie brudny i rozjadły, krzyczał: Ekscelencjo!

Fabrycy uwolnił się z trudem; scena ta ściągnęła jego wyobraźnię na ziemię.

– Mam tylko to, na com zasłużył – rzekł – otarłem się o motłoch.

Dwie kobiety ścigały go aż do bram miasta; Pepe zatrzymał je, grożąc laską i rzucając im nieco grosiwa. Fabrycy wstąpił na urocze wzgórze San Michele in Bosco, obszedł część miasta poza murami, skręcił w małą dróżkę, wyszedł o pięćset kroków dalej na gościniec florencki, po czym wrócił do Bolonii i oddał poważnie urzędnikowi policji paszport, w którym jego rysopis oznaczono dokładnie. Paszport ten mienił go Józefem Bossi, studentem teologii. Fabrycy zauważył plamkę czerwonego atramentu, strzepniętą niby przypadkiem, u dołu w prawym rogu. W dwie godziny później miał szpiega na karku z przyczyny tytułu Ekscelencji, jaki jego towarzysz dał mu wobec żebraków pod Świętym Petroniuszem, podczas gdy paszport nie zawierał nic, co by dawało prawo do tego tytułu.

Fabrycy ujrzał szpiega i drwił zeń w duchu; nie myślał już o paszporcie ani o policji, bawił się wszystkim jak dziecko. Pepe, który miał rozkaz zostać przy nim, widząc, że Fabrycy bardzo jest rad z Lodovica, wolał sam zanieść księżnej tak dobrą nowinę. Fabrycy napisał dwa długie listy do osób, które mu były drogie; po czym przyszło mu do głowy napisać trzeci, do czcigodnego arcybiskupa. List ten wywarł cudowny skutek: zawierał ścisły opis walki z Gilettim. Dobry arcybiskup, rozczulony, nie omieszkał odczytać listu księciu, który raczył go wysłuchać, dość ciekawy, w jaki sposób młody monsignore zdoła usprawiedliwić tak potworne morderstwo. Dzięki licznym przyjaciołom margrabiny Raversi książę wraz z całym miastem sądził, że Fabrycy użył dwudziestu czy trzydziestu chłopów, aby zatłuc aktorzynę, który odważył się walczyć z nim o Marietę. Na despotycznym dworze lada intrygant rozrządza prawdą, jak moda rozrządza nią w Paryżu.

– Ależ, u diaska – mówił książę do arcybiskupa – takie rzeczy załatwia się przez kogoś drugiego; nie ma zwyczaju robić tego samemu. Przy tym takiego aktorzyny jak Giletti nie zabija się: kupuje się go po prostu.

Fabrycy nie domyślał się ani trochę tego, co się działo w Parmie. Faktycznie chodziło o to, czy śmierć tego komedianta, który za życia zarabiał trzydzieści dwa franki miesięcznie, sprowadzi upadek ministerium ultra oraz głowy jego, hrabiego Mosca.

Dowiedziawszy się o śmierci Gilettiego, książę, podrażniony tonami, jakie sobie nadawała pani Sanseverina, kazał generalnemu poborcy Rassiemu traktować cały proces tak, jakby chodziło o liberała. Fabrycy znowuż sądził, że człowiek jego urodzenia jest ponad prawem; nie brał w rachubę tego, że w kraju, gdzie wielkie nazwiska nie są nigdy karane, intryga może wszystko, nawet przeciw nim. Mówił często do Lodovica o swej niewinności, którą rychło uznają urzędowo; głównym jego argumentem było, że nie jest winny. Na co Lodovico odparł pewnego razu:

– Nie rozumiem, po co Wasza Ekscelencja przy takim rozumie i wykształceniu mówi takie rzeczy mnie, który jestem wiernym sługą. Wasza Ekscelencja jest zbyt ostrożny; takie rzeczy dobre są, aby je mówić publicznie albo przed sądem.

„Ten człowiek uważa mnie za mordercę, mimo to kocha mnie nie mniej” – rzekł sobie Fabrycy, spadając z obłoków.

W trzy dni po wyjeździe Pepego zadziwił się, otrzymując olbrzymi list zapieczętowany jedwabnym sznurkiem, jak za Ludwika XIV, i zaadresowany do „Jego Ekscelencji przewielebnego Monsignore Fabrycego del Dongo, pierwszego wielkiego wikariusza diecezji parmeńskiej, kanonika” itd.

„Czy ja jestem jeszcze tym wszystkim?” – rzekł do siebie, śmiejąc się.

List arcybiskupa był arcydziełem logiki i jasności; liczył nie mniej niż dziewiętnaście wielkich stronic i opowiadał wiernie wszystko, co się zdarzyło w Parmie po śmierci Gilettiego.

Armia francuska, idąca na miasto pod dowództwem marszałka Neya, nie sprawiłaby większego wrażenia – pisał dobry arcybiskup. – Z wyjątkiem pani Sanseverina i mnie wszyscy myślą, drogi synu, że dla kaprysu zabiłeś aktora Gilettiego. Gdyby ci się zdarzyło to nieszczęście, to są rzeczy, które można uciszyć dwustoma ludwikami i zniknięciem na pół roku, ale intrygantka Raversi chce tą bronią obalić hrabiego Mosca. Publiczność potępia w twojej sprawie nie ohydny grzech morderstwa, ale jedynie tę niezręczność lub raczej to zuchwalstwo, że nie raczyłeś się uciec do pomocy bulo (rodzaj podrzędnego zbira). Przytaczam ci wiernie rozmowy, jakie słyszę dokoła; bo od czasu tej nieszczęsnej doby obchodzę co dni trzy najznaczniejsze domy, aby cię bronić. I nie sądzę, abym kiedy uczynił godniejszy użytek z odrobiny wymowy, jakiej niebo raczyło mi użyczyć.

Łuska spadła z oczu Fabrycego; listy księżnej, pełne czułości, nie zniżały się nigdy do faktów. Księżna przysięgała mu, że opuści Parmę na zawsze, o ile on rychło tryumfalnie nie wróci.

Hrabia uczyni dla ciebie – pisała w liście, który otrzymał wraz z listami arcybiskupa – co w ludzkiej mocy. Co do mnie, zmieniłeś cały mój charakter tą awanturą; stałam się skąpa jak bankier Tombone; odprawiłam wszystkich robotników; więcej jeszcze: podyktowałam hrabiemu inwentarz mego majątku, który okazał się o wiele skromniejszy, niż przypuszczałam. Po śmierci kochanego Pietranera (którego, nawiasem mówiąc, raczej powinieneś był pomścić zamiast narażać życie z takim Gilettim!) zostałam z tysiącem dwustoma funtami renty i pięciu tysiącami długu; przypominam sobie między innymi, że miałam półtrzecia tuzina białych safianowych paryskich pantofelków, a tylko jedną parę trzewików na ulicę. Jestem prawie zdecydowana wziąć trzysta tysięcy franków, które mi zostawił mój małżonek, a które chciałam obrócić na wzniesienie mu wspaniałego grobowca. Zresztą to margrabina Raversi jest główną twoją – to znaczy moją – nieprzyjaciółką; jeśli się będziesz nudził w Bolonii, powiedz słowo, a przyjadę. Przesyłam ci cztery nowe przekazy itd., itd.

Księżna nie pisała Fabrycemu ani słowa o opinii panującej w Parmie co do jego sprawy; chciała go przede wszystkim pocieszyć, a w każdym razie śmierć takiego Gilettiego nie wydawała się czymś, z czego by można czynić poważny zarzut panu del Dongo. „Iluż takich Gilettich przodkowie nasi wyprawili na tamten świat – mówiła do hrabiego – a nikomu do głowy nie przyszło wytaczać im procesów!”

Fabrycy, mocno zdziwiony i pierwszy raz pojmujący istotny stan rzeczy, zaczął studiować list arcybiskupa. Nieszczęściem i sam arcybiskup uważał go za bardziej świadomego, niż był w istocie. Fabrycy zrozumiał, że największym atutem margrabiny Raversi jest brak naocznego świadka nieszczęsnej walki. Lokaj, który pierwszy przyniósł tę wiadomość do Parmy, znajdował się w oberży w Sanguigna wówczas, gdy walka się toczyła; Maneta i rzekoma jej matka znikły. W dodatku margrabina przekupiła vetturina, tak iż zeznania jego brzmiały fatalnie.

Mimo że dochodzenia otoczone są najgłębszą tajemnicą – pisał dobry arcybiskup swoim cycerońskim stylem – i prowadzone przez Rassiego, o którym jedynie chrześcijańska miłość bliźniego nie pozwala mi się źle wyrazić, ale który zrobił karierę tropiąc nieszczęsne ofiary jak pies myśliwski, mimo iż Rassiemu, powiadam, o którego bezeceństwie i przedajności nie możesz mieć wyobrażenia, powierzył starania o ten proces rozgniewany władca, zdołałem przejrzeć trzy zeznania woźnicy. Szczęściem iście niesłychanym nędznik ów przeczy sobie. I dodam sam, ponieważ mówię do mego generalnego wikariusza, do tego, który ma być po mnie arcypasterzem, iż posłałem po proboszcza parafii, w której mieszka ów zbłąkany grzesznik. Powiem ci. bardzo ukochany synu, ale pod tajemnicą spowiedzi, że ten proboszcz zna już za pośrednictwem żony vetturina sumę, jaką ów otrzymał od margrabiny Raversi; nie śmiałbym twierdzić, iż margrabina zażądała od niego, aby cię spotwarzył, ale rzecz zdaje się prawdopodobna. Pieniądze wręczył mu ów nieszczęsny ksiądz, który pełni mało godne funkcje przy osobie margrabiny i którego zmuszony byłem po raz drugi zawiesić w funkcjach kapłańskich. Nie będę cię nużył opowiadaniem innych starań, których mogłeś się po mnie spodziewać i które zresztą wchodzą w zakres, moich obowiązków. Pewien kanonik, zbyt zadufany niekiedy we wpływy płynące z jego rodowego majątku, którego zrządzeniem bożym został jedynym spadkobiercą, pozwolił sobie oświadczyć u hrabiego Zurla, ministra spraw wewnętrznych, że uważa tę drobnostkę za rzecz przesądzoną na twoją niekorzyść (mówił o zabiciu nieszczęśliwego Gilettiego). Kazałem go wezwać i wobec moich trzech generalnych wikariuszów, wobec mego kapelana i dwóch księży, którzy znajdowali się w sali obok, poprosiłem, aby nas, swoich braci, objaśnił, na jakiej podstawie nabrał tego przeświadczenia obciążającego jednego z jego kolegów. Nieszczęśnik wybąkał jakieś błahe argumenty; wszyscy powstali przeciw niemu. Mimo że ja sam ograniczyłem się do paru słów nagany, rozpłakał się i w naszej obecności przyznał się do błędu, na co przyrzekłem mu tajemnicę w imieniu swoim oraz wszystkich osób obecnych przy tej konferencji, jednakże pod warunkiem, że przyłoży się jak najgorliwiej do prostowania fałszywych pojęć, jakie mógł w ciągu tych dwóch tygodni wzbudzić swymi odezwaniami.

45.vicolo (wł.) – zaułek. [przypis redakcyjny]
46.porco (wł.) – wieprz. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
19 haziran 2020
Hacim:
590 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: