Kitabı oku: «Pustelnia parmeńska», sayfa 14
Nie będę ci powtarzał, drogi synu, tego, co musisz wiedzieć od dawna, to jest, że z trzydziestu czterech chłopów ryjących ziemię z polecenia hrabiego Mosca (pani Raversi twierdzi, że opłaciłeś ich, aby ci pomagali w zbrodni!) trzydziestu dwóch było w głębi rowu zajętych pracą wówczas, kiedy chwyciłeś za nóż myśliwski, aby bronić własnego życia przeciw człowiekowi, który cię napadł znienacka. Dwaj, którzy nie byli w rowie, zaczęli krzyczeć na innych: Mordują jaśnie pana! Sam ten krzyk ukazuje twoją niewinność w pełnym blasku. Otóż generalny poborca Rassi twierdzi, że ci dwaj ludzie znikli; co więcej, odnaleziono ośmiu z tych ludzi, którzy byli w rowie; w pierwszym przesłuchaniu sześciu oświadczyło, że słyszeli krzyk: Mordują jaśnie pana! Wiem pośrednią drogą, że na piątym przesłuchaniu, wczoraj wieczór, pięciu oznajmiło, że nie pamiętają dobrze, czy słyszeli wprost ten okrzyk, czy też opowiadał im to któryś z kamratów. Wydano rozkazy, aby mnie powiadomiono o miejscu zamieszkania tych robotników; tamtejszy proboszcz pouczy każdego z nich, że gubią duszę, jeżeli za kilka talarów posuwają się do gwałcenia prawdy.
Jak widzimy, zacny arcybiskup wchodził w najdrobniejsze szczegóły. Po czym pisał jeszcze po łacinie:
Sprawa ta jest po prostu próbą obalenia ministerium. Jeśli cię skażą, mogą cię skazać jedynie na galery lub na śmierć, wówczas wkroczę ja, oświadczając z wysokości arcybiskupiego stolca, że wiem, iż jesteś niewinny, żeś bronił po prostu życia przeciw rozbójnikowi i że zabroniłem ci wracać do Parmy, póki twoi wrogowie będą górą; gotów jestem nawet napiętnować, jak na to zasługuje, generalnego poborcę; nienawiść do tego człowieka jest równie powszechna, jak uznanie dla jego charakteru rzadkie. Ale bądź co bądź, w wilię dnia, w którym ów człowiek wyda tak niesprawiedliwy wyrok, księżna Sanseverina opuści miasto, a może i kraj: w takim razie nie ulega wątpliwości, że hrabia poda się do dymisji. Wówczas, bardzo prawdopodobnie, generał Fabio Conti obejmuje ministerium i margrabina Raversi zwycięża. Najnieszczęśliwsze w twojej sprawie jest, że żaden człowiek z głową nie zajął się tym, aby wydobyć na jaw twą niewinność i udaremnić próby zniewolenia świadków. Hrabia niby spełnia to zadanie, ale on jest zbyt wielki pan, aby zstępować do pewnych szczegółów; co więcej, jako minister policji musiał wydać w pierwszej chwili najsurowsze rozkazy przeciw tobie. Wreszcie – mamże wyznać – nasz dostojny władca wierzy w twoją winę lub bodaj udaje, że wierzy, i odnosi się dość niechętnie do tej sprawy.
(Wyrazy: dostojny władca oraz udaje, że wierzy, były po grecku. Fabrycy powziął najwyższą cześć dla arcybiskupa za to, że odważył się je napisać. Wyciął ten ustęp scyzorykiem i zniszczył go natychmiast.
Fabrycy dwadzieścia razy przerywał czytanie, poruszały nim uczucia najwyższej wdzięczności; odpisał natychmiast listem na osiem stronic. Często musiał podnosić głowę, aby łzy nie spadły mu na papier. Nazajutrz, kiedy miał pieczętować list, ton jego wydał mu się zbyt światowy. „Napiszę po łacinie – powiedział sobie – to będzie przyzwoiciej wobec zacnego arcybiskupa.” Ale siląc się kleić sążniste zdania w stylu Cycerona, przypomniał sobie, że raz arcybiskup, mówiąc o Napoleonie, nazwał go ostentacyjne Buonapartem47: w jednej chwili pierzchło rozczulenie, które w wilię wzruszało Fabrycego do łez… „O królu Włoch! – wykrzyknął – tylu przysięgało ci wierność za życia, ja ci jej dochowam po śmierci. Kocha mnie, niewątpliwie, ale dlatego, że jestem del Dongo, a on mieszczański syn. Aby nie zmarnować swego pięknego listu po włosku, Fabrycy zmienił to i owo i zaadresował go do hrabiego Mosca.
Tegoż samego dnia Fabrycy spotkał na ulicy Marietę; zaczerwieniła się ze szczęścia i dała mu znak, aby szedł za nią z dala. Weszła szybko do pustej bramy; tam ściągnęła jeszcze czarną koronkę, która wedle miejscowej mody okrywała jej głowę, tak że nie można było jej poznać; po czym, odwróciwszy się szybko; rzekła:
– Jak to być może, że pan tak swobodnie chodzi po mieście?
Fabrycy opowiedział jej swoje dzieje.
– Wielki Boże! był pan w Ferrarze! Ja pana tam tak szukałam! Wie pan, pokłóciłam się ze starą, bo chciała mnie zawieźć do Wenecji, a ja wiedziałam, że pan tam nigdy nie pojedzie, skoro pan jest na czarnej liście austriackiej. Sprzedałam naszyjnik, aby się dostać do Bolonii, przeczucie mówiło mi, że pana spotkam; stara przybyła tu w dwa dni po mnie. Nie zapraszam pana do nas; znów by pana nagabywała o pieniądze, wstyd mi za nią! Żyłyśmy bardzo dostatnio od owego nieszczęsnego dnia, co pan wie; nie wydałyśmy ani ćwierci tego, co pan jej dał. Nie chciałabym przychodzić do pana do gospody „Del Pelegrino”, to by było zbyt widoczne. Niech się pan stara wynająć pokoik na odludnej ulicy; po Ave Maria (o zmierzchu) będę czekała tu, w tej bramie.
To rzekłszy, uciekła.
Rozdział trzynasty
Wszystkie poważne myśli poszły w niepamięć po nieoczekiwanym zjawieniu się miłej osóbki. Fabrycy pędził dni w Bolonii w radości i spokoju. Naiwna radość życia przebijała w listach jego do księżnej, aż zaczęło ją to drażnić. Fabrycy zaledwie to zauważył; zapisał jedynie skróconymi znakami na cyferblacie zegarka: „Kiedy piszę do K…, nie mówić nigdy: kiedy byłem prałatem, kiedy byłem duchowną osobą; to ją drażni.” Kupił dwa koniki, z których był bardzo rad (zaprzęgał je do najętej karocy za każdym razem, kiedy Marieta chciała jechać za miasto; prawie co wieczór wiózł ją do wodospadu na Reno. Wracając, zatrzymywał się u sympatycznego Crescentini, który się uważał po trosze za ojca Mariety.
„Na honor! jeśli to jest owo życie kawiarniane, które mi się wydawało tak płaskie dla człowieka z charakterem, niesłusznie nim gardziłem” – mówił sobie Fabrycy. Zapomniał, że chodził do kawiarni jedynie po to, aby czytać „Constitutionnel”, i że ponieważ był w Bolonii zupełnie nie znany, próżność nie grała żadnej roli w jego szczęściu. Kiedy nie był z Marietą, widywano go w Obserwatorium, gdzie słuchał kursu astronomii; profesor polubił go bardzo, a Fabrycy pożyczał mu w niedzielę koni, aby mógł paradować z żoną na Corso Montagnola.
Nie mógł znieść myśli, aby jakaś istota, choćby najmniej godna szacunku, miała przez niego cierpieć. Marieta bezwarunkowo nie chciała, aby się spotkał ze starą; ale pewnego dnia, kiedy Marieta była w kościele, zaszedł do mammacji, która na jego widok zaczerwieniła się z gniewu. „Oto chwila, aby zagrać pana del Dongo” – pomyślał Fabrycy.
– Ile Marieta pobiera miesięcznie, kiedy jest w teatrze? – wykrzyknął z ową miną, z jaką szanujący się młody człowiek wchodzi w Paryżu na balkon do „Bouffes”.
– Pięćdziesiąt talarów.
– Kłamiesz jak zawsze; gadaj prawdę lub, jak mi Bóg miły, nie ujrzysz ni centyma.
– A więc zarabiała dwadzieścia dwa talary w Parmie, gdy miałyśmy nieszczęście pana poznać; ja zarabiałam dwanaście, każda z nas oddawała trzecią część Gilettiemu, naszemu protektorowi. Z tego, mniej więcej co miesiąc, Giletti kupował Mariecie jakiś prezent wartości dwóch talarów.
– Jeszcze kłamiesz: ty pobierałeś jedynie cztery talary. Ale jeżeli będziesz dobra dla Mariety, zaangażuję cię, jak gdybym był impresariem; co miesiąc dostaniesz dwanaście talarów dla siebie i dwadzieścia dwa dla niej. Jeśli ją ujrzę z czerwonymi oczami, bankrutuję.
– Bawi się pan w dobrodzieja: otóż wiedz pan, że cała ta pańska hojność tylko nas rujnuje – odparła stara z wściekłością – tracimy avviamento (klientelę). Kiedy będziemy miały nieszczęście postradać łaski Wasze Ekscelencji, wyjdziemy zupełnie z obiegu, wszystkie trupy będą w komplecie, nie znajdziemy miejsca i przez pana zginiemy z głodu.
– Idź do diabła! – rzekł Fabrycy, oddalając się.
– Nie pójdę do diabła, plugawy bezbożniku! ale po prostu na policję, która się dowie, że pan jest monsignore, który powiesił sutannę na kołku i że się pan nazywa Józef Bossi tyle co i ja.
Fabrycy, który już wychodził, wrócił.
– Po pierwsze, policja lepiej wie od ciebie, jak ja się naprawdę nazywam; ale jeśli się poważysz mnie zadenuncjować, jeśli się dopuścisz tego łajdactwa – rzekł poważnie – Lodovico pomówi z tobą i nie sześć pchnięć nożem otrzymają twoje stare gnaty, ale dwa tuziny, i znajdziesz się na pół roku w szpitalu bez tabaki.
Stara zbladła i rzuciła się do rąk Fabrycego, aby je ucałować.
– Przyjmuję z wdzięcznością los, jaki pan nam zapewnia. Wygląda pan tak poczciwie, że brałam pana za dudka. Niech pan pomyśli, że inni mogą popełnić tę omyłkę; radzę panu nosić się bardziej z pańska. – Po czym dodała z cudownym bezwstydem: – Niech się pan dobrze zastanowi nad tą radą, że zaś zbliża się zima, sprawi pan Mariecie i mnie dwie ciepłe sukienki z pięknej angielskiej materii, którą widziałam u grubego kupca na placu Świętego Petroniusza.
Miłość ślicznej Mariety miała dla Fabrycego wszystkie uroki najtkliwszej przyjaźni, co nasuwało mu myśl o podobnym szczęściu obok księżnej.
„Ale czy to nie jest zabawne – powiadał sobie – że ja nie jestem zdolny do tego wyłącznego i namiętnego oddania, które ludzie zwą miłością? Wśród przygodnych miłostek w Nowarze lub w Neapolu czyż spotkałem kiedy kobietę, której towarzystwo, nawet w pierwszych dniach, byłoby dla mnie bardziej nęcące niż przejażdżka na ładnym nie znanym koniu? To, co nazywają miłością – dodał – byłożby to także kłamstwo? Bez wątpienia kocham tak, jak mam apetyt w porze obiadowej! Czyżby owa pospolita skłonność była tym, z czego ci kłamcy ulepili miłość Otella, miłość Tankreda? Lub mamże mniemać, że jestem inaczej stworzony niż inni ludzie? Duszy mojej miałoby brakować jednej namiętności, i czemu? To byłby osobliwy los!”
W Neapolu, zwłaszcza w ostatnich czasach, Fabrycy spotykał kobiety, które – pyszne swym urodzeniem, pięknością i pozycją swoich porzuconych dlań wielbicieli – próbowały go tyranizować. Spostrzegłszy taki zamiar, Fabrycy zrywał natychmiast, szybko i rozgłośnie. „Otóż – powiadał sobie jeżeli kiedy dam się uwieść pokusie, zresztą bardzo nęcącej, tkliwszych stosunków z tą uroczą istotą, którą mienią księżną Sanseverina, postąpię jak jak ów lekkomyślny Francuz, który zabił złotodajną kurę. Księżnej winien jestem jedyne szczęście, jakiego zakosztowałem; przyjaźń jej to moje życie; a zresztą, czym ja jestem bez niej? Biednym wygnańcem zmuszonym do wegetacji w zrujnowanym zamku koło Nowary. Przypominam sobie, jak w czasie słot jesiennych musiałem rozpinać parasol nad łóżkiem. Jeździłem na koniach ojcowskiego plenipotenta, który cierpiał to przez wzgląd na moją błękitną krew (moje wysokie urodzenie), ale któremu pobyt mój zaczynał się dłużyć; ojciec wyznaczył mi pensję tysiąca dwustu franków i uważał, że gubi duszę, dając jeść jakobinowi. Biedna matka i siostry oszczędzały na sukniach, aby mi dać możność zrobienia czasem drobnego podarku moim kochankom. Ta wspaniałomyślność mnie gnębiła. Co więcej, zaczynano się domyślać mojej nędzy, okoliczna młodzież patrzyła na mnie z politowaniem. Wcześniej czy później dudek jakiś dałby wyraz swej wzgardzie dla jakobina, biedaka i niedołęgi; tym bowiem tylko byłem w oczach tych ludzi, byłbym się wplątał w pojedynek, który by mnie zawiódł do twierdzy Fenestrelle, lub musiałbym znów uciekać do Szwajcarii, wciąż z tysiąc dwustoma frankami pensji. Księżnej zawdzięczam ocalenie ze wszystkich tych niedoli; co więcej, ona ma dla mnie całą tę tkliwą przyjaźń, jaką ja powinienem bym czuć dla niej.
Zamiast tego śmiesznego i płaskiego życia, które byłoby ze mnie zrobiło melancholika i głupca, żyję od czterech lat w dużym mieście, mam doskonały powóz, co mi oszczędza prowincjonalnej zawiści i małostek, luba cioteczka łaje mnie zawsze, że nie dość korzystam z otwartej kasy bankiera. Mamże na zawsze zniweczyć tę rozkoszną pozycję? Stracić jedyną przyjaciółkę, jaką mam na świecie? Wystarczy kłamstwo, wystarczy powiedzieć tej kobiecie uroczej, może jedynej w świecie, dla której mam najżywszą przyjaźń: kocham cię, ja, który nie wiem, co to jest kochać istotną miłością! Bez ustanku wymawiałaby mi brak owych uniesień, które mi są nie znane. Przeciwnie, Marieta, która nie czyta w mym sercu i która bierze pieszczoty za wylewy duszy, sądzi, że szaleję z miłości, i i uważa się za najszczęśliwszą z kobiet.
W rzeczywistości ów tkliwy poryw, który zowią podobno miłością, poznałem po trosze jedynie przy młodej Aniken w gospodzie opodal belgijskiej granicy.”
Z żalem przyjdzie nam tu opowiedzieć jeden z najgorszych postępków Fabrycego; wśród tego spokojnego życia nędzny wyskok próżności zawładnął owym sercem, tak opornym na miłość, i zaprowadził go bardzo daleko.
Równocześnie z nim znajdowała się w Bolonii słynna Fausta F…, bez wątpienia jedna z pierwszych śpiewaczek naszej epoki i najkapryśniejsza istota, jaka istniała. Znakomity poeta Buratti z Wenecji ułożył na nią ów słynny satyryczny sonet znajdujący się wówczas na ustach zarówno książąt, jak uliczników.
„Chcieć i nie chcieć, ubóstwiać i nienawidzić, znajdować szczęście w niestałości, gardzić tym, co świat cały wielbi – oto, jakie wady ma Fausta, i wiele innych jeszcze. Unikaj tego węża. Skoro ją ujrzysz, niebaczny, zapomnisz o jej kaprysach. Jeśli będziesz miał szczęście ją usłyszeć, zapomnisz o sobie i miłość wnet zrobi z ciebie to, co Cyrce zrobiła niegdyś z towarzyszy Ulissesa”48.
W tej chwili ów cud piękności był pod urokiem ogromnych bokobrodów i i pańskiej arogancji młodego hrabiego M…, tak że nie raziła jej nawet jego szpetna zazdrość. Fabrycy widywał hrabiego na ulicy; drażniła go mina wyższości, z jaką panoszył się na ulicy i z jaką raczył obnosić swoje wdzięki. Ów młody człowiek był bardzo bogaty, sądził, że mu wszystko wolno, że zaś jego prepotenza49 ściągnęła nań pogróżki, nigdy nie pokazywał się inaczej niż w otoczeniu dziesiątka buli (zbirów) odzianych w jego barwy, których sprowadził ze swego majątku w Brescji. Spojrzenia Fabrycego spotkały się parę razy z oczami straszliwego panka, kiedy traf pozwolił mu usłyszeć słynną Faustę. Zdumiała go anielska słodycz tego głosu; nie wyobrażał sobie nic podobnego: zawdzięczał jej najwyższe wzruszenia, stanowiące bogaty kontrast z letniością jego obecnego życia. „Byłażby to wreszcie miłość?” – powiadał sobie. Bardzo ciekaw poznać to uczucie, ubawiony zresztą myślą o zabawieniu się kosztem hrabiego M…, który spoglądał na ludzi groźniej niż dobosz pułkowy, bohater nasz popełnił to dzieciństwo, iż zaczął się przechadzać zbyt często pod oknami pałacu Tanari, który hrabia wynajął dla Fausty.
Jednego dnia o zmroku, kiedy Fabrycy starał się zwrócić na siebie uwagę Fausty, powitały go wyraźne śmiechy rębajłów hrabiego, stojących w progu pałacu Tanari. Pobiegł do siebie, wziął broń i jeszcze raz przeszedł pod pałacem. Fausta, ukryta za żaluzją, czekała tego powrotu i umiała go ocenić. M…, zazdrosny o cały świat, zaczął być osobliwie zazdrosny o Józefa Bossi, pod którego adresem słał pogróżki; w odpowiedzi na to, co rano bohater nasz przesyłał mu list zawierający jedynie te słowa:
Józef Bossi niszczy dokuczliwe robactwo, mieszka w „Pelegrino”, via Larga nr 79.
Hrabia M…, przyzwyczajony do szacunku, jaki mu wszędzie zapewniał ogromny majątek, błękitna krew i trzydziestu tęgich lokajów, nie chciał zrozumieć wymowy tego bileciku.
Fabrycy pisywał i do Fausty; M… otoczył szpiegami tego rywala, który może umiał wzbudzić wzajemność; najpierw dowiedział się o tym, jak się naprawdę nazywa, a potem, że na razie nie może się pokazać w Parmie. Za kilka dni hrabia M…, jego buli, jego wspaniałe konie i Fausta – wszystko ruszyło do Parmy.
Fabrycy, podrażniony, pojechał za nimi nazajutrz. Daremnie go błagał poczciwy Lodovico; Fabrycy posłał go do diabła, Lodovico zaś, sam bardzo dzielny, był tym zachwycony; zresztą podróż ta zbliżała go do pięknej kochanki w Casal-Maggiore. Dzięki staraniom Lodovica ośmiu czy dziesięciu dawnych żołnierzy napoleońskich przystało do pana Józefa Bossi w charakterze służących. „Bylebym – powiadał sobie Fabrycy – czyniąc to szaleństwo, że jadę za Faustą, nie stykał się z ministrem policji, hrabią Mosca, ani z księżną, narażam jedynie siebie. Powiem później ciotce, że szukałem miłości, owej uroczej rzeczy, której nie spotkałem nigdy. Fakt jest, że myślę o Fauście, nawet kiedy jej nie widzę… Ale czy to wspomnienie jej głosu kocham, czy osobę?” Nie myśląc już o karierze duchownej, Fabrycy zapuścił wąsy i bokobrody prawie równie straszliwe co u hrabiego M…; to go trochę odmieniło. Obrał kwaterę nie w Parmie – to byłoby zbyt nieostrożnie – ale w sąsiedniej wiosce, w lasku przy drodze do Sacca, gdzie znajdował się pałacyk ciotki. W myśl rady Lodovica zameldował się w tej wiosce jako lokaj angielskiego magnata, wielkiego oryginała: magnat ów, wydający sto tysięcy franków rocznie na polowanie, miał niebawem przybyć znad Como, gdzie go zatrzymał połów pstrągów. Szczęściem pałacyk, który hrabia M… wynajął dla pięknej Fausty, leżał na południowym krańcu Parmy, właśnie na drodze do Sacca, a okna Fausty wychodziły na aleje wysadzane wielkimi drzewami, rozciągające się pod wysoką wieżą cytadeli. Fabrycy nikogo nie znał w tej dzielnicy; śledził kroki hrabiego M… i pewnego dnia, gdy ten właśnie wyszedł od uroczej śpiewaczki, miał to zuchwalstwo, aby się pokazać na ulicy w biały dzień; co prawda na doskonałym koniu i dobrze uzbrojony. Uliczni muzykanci (którzy bywają we Włoszech wyborni) roztasowali się ze swymi gitarami pod oknami Fausty i pobrzękując odśpiewali kantatę na jej cześć. Fausta wyjrzała oknem i zauważyła dwornego młodzieńca stojącego konno na środku ulicy: skłoniwszy się, zaczął ją prażyć niedwuznacznymi spojrzeniami. Mimo przesadnego angielskiego kostiumu, jaki przywdział Fabrycy, poznała niebawem autora namiętnych listów, które spowodowały jej wyjazd z Bolonii. „Szczególny człowiek – rzekła sobie – coś mi się zdaje, że go będę kochała. Mam sto ludwików zapasu, mogę puścić kantem tego piekielnego hrabiego. Trzeba przyznać, że brak mu dowcipu i fantazji; jeżeli jest czasem zabawny, to jedynie dzięki straszliwym minom jego ludzi.”
Nazajutrz Fabrycy, dowiedziawszy się, że codziennie koło jedenastej Fausta słucha mszy w mieście, w tym samym kościele Świętego Jana, gdzie się znajdował grobowiec jego stryjecznego dziadka, arcybiskupa Ascania del Dongo, ośmielił się iść za nią. Lodovico wystarał mu się o wspaniałą angielską perukę z włosem koloru najpiękniejszej czerwieni. Nawiązując do koloru tych włosów, zarazem koloru płomieni, które palą jego serce, ułożył sonet, który Fauście wydał się czarujący; nieznana ręka porzuciła go na jej fortepianie. Oblężenie to trwało ledwie tydzień; ale Fabrycy uważał, iż mimo swych zabiegów nie czyni istotnych postępów: Fausta wzdragała się go przyjąć w domu. Przesadził w oryginalności; wyznała mu później, że się go bała. Fabrycego trzymała już tylko resztka nadziei, że dojdzie do poznania tego, co nazywają miłością; ale często nudził się.
– Panie, jedźmy stąd – powtarzał Lodovico – pan nie jest zakochany; pański rozsądek i zimna krew są wprost rozpaczliwe. Zresztą pan nie robi postępów: przez prostą ambicję zmykajmy.
W pierwszej irytacji Fabrycy miał już odjechać, kiedy dowiedział się, że Fausta ma śpiewać u księżnej Sanseverina. „Może ten boski głos zdoła do reszty rozpłomienić moje serce” – powiadał sobie, i ośmielił się wśliznąć w przebraniu do tego pałacu, gdzie go wszyscy znali.
Można sobie wyobrazić wzruszenie księżnej, kiedy pod koniec koncertu zauważyła strzelca w liberii przy drzwiach do wielkiej sali: przypominał jej kogoś. Odszukała hrabiego Mosca, który dopiero wówczas zdradził jej niewiarygodne szaleństwo Fabrycego. Brał to wesoło. Ta miłość do innej była mu bardzo po myśli; hrabia, poza polityką człowiek nader delikatny, działał w myśl pewnika, że nie może sam znaleźć szczęścia, o ile księżna nie będzie szczęśliwa.
– Ocalę go przed nim samym – powiedział do przyjaciółki – pomyśl, co za radość dla wrogów, gdyby go uwięziono tutaj! Toteż mam tu z górą setkę swoich ludzi i dlatego poproszę cię o klucze od rezerwuarów wodnych. Obnosi się z szaloną miłością do Fausty i nie może jej wydrzeć hrabiemu M…, który stwarza tej wariatce królewską egzystencję.
Na twarzy księżnej odbiła się najżywsza boleść; Fabrycy był tedy jedynie urwisem niezdolnym do poważniejszego uczucia!
– I nie przyjść nas odwiedzić! Czy ja mu to kiedy przebaczę! – rzekła wreszcie. – A ja pisuję do niego co dzień do Bolonii!
– Szanuję jego oględność – odparł hrabia – nie chce nas narazić swoim wybrykiem, a z pewnością opowie nam to bardzo zabawnie.
Fausta była zbyt postrzelona, aby umieć coś zmilczeć; nazajutrz po koncercie, w czasie którego oczy jej przesyłały wszystkie arie rosłemu strzelcowi, wspomniała hrabiemu M… o nieznanym wielbicielu.
– Gdzie go widujesz? – spytał hrabia, wściekły.
– Na ulicy, w kościele – odparła Fausta, zmieszana.
Starała się naprawić swą nierozwagę lub bodaj usunąć wszystko, co mogło przypominać Fabrycego: opisała bardzo obszernie młodego człowieka z rudymi włosami; ma niebieskie oczy; bez wątpienia to jakiś Anglik bardzo bogaty i niezręczny lub jakiś książę krwi. Na te słowa hrabia M…, który nie odznaczał się bystrością, uroił sobie (cóż za rozkosz dla jego próżności!), że ów rywal to nie kto inny niż sam następca tronu Parmy. Ten biedny melancholijny młodzieniec, strzeżony przez pięciu czy sześciu guwernerów, preceptorów etc., którzy odbywali za każdym razem naradę, nim pozwolili mu wyjść na ulicę, obejmował namiętnymi spojrzeniami wszelką niebrzydką kobietę, do której wolno mu było się zbliżać. Na koncercie u księżnej przypadło mu miejsce przed wszystkimi słuchaczami, na osobnym fotelu, o trzy kroki od pięknej Fausty, a sposób, w jaki na nią patrzył, mocno podrażnił hrabiego M… To szaleństwo wyrafinowanej próżności, aby mieć za rywala księcia krwi, ubawiło Faustę, która dla zabawki utwierdziła je za pomocą mnóstwa niby to naiwnie zdradzonych szczegółów.
– Czy twój ród – spytała hrabiego – jest równie stary co ród Famese, do którego należy ten młody człowiek?
– Co ty pleciesz, równie stary? Ja nie mam bękartów w rodzinie50.
Przypadek chciał, że hrabia M… nigdy nie mógł się dobrze przyjrzeć mniemanemu rywalowi, co go utwierdziło w myśli, że ma księcia krwi za współzawodnika. W samej rzeczy, kiedy okoliczności nie wzywały Fabrycego do Parmy, spędzał czas koło Sacca, nad brzegami Padu. Hrabia M… był o wiele dumniejszy, ale też i bardziej ostrożny, odkąd sądził, że trzeba mu walczyć o serce Fausty z osobą krwi monarszej; prosił ją bardzo poważnie, aby się zachowywała najoględniej. Rzuciwszy się do jej kolan, jak zazdrosny i namiętny kochanek, oświadczył wręcz, że kwestią jego honoru jest, aby się ona nie dała uwieść młodemu księciu.
– Pozwól, nie byłoby żadnego uwiedzenia, gdybym go kochała; nie widziałam nigdy panującego u swoich stóp.
– Jeśli ulegniesz – odparł wyniośle – może nie będę się mógł zemścić na księciu, ale to pewna, że się zemszczę. – Rzekłszy to, wyszedł, trzaskając drzwiami. Gdyby Fabrycy był w tej chwili pod ręką, wygrałby sprawę.
– Jeżeli dbasz o życie – rzekł hrabia wieczorem, żegnając się z nią po teatrze – staraj się, abym nigdy nie usłyszał, że młody książę dostał się do twego domu. Nie mogę nic zrobić jemu, do kroćset! Ale nie każ mi pamiętać o tym, że mogę wszystko zrobić tobie!
– O, mój miły Fabrycy – wykrzyknęła Fausta – gdybym wiedziała, gdzie cię szukać!
Podrażniona próżność może daleko zaprowadzić człowieka bogatego i od kolebki otoczonego pochlebcami. Szczera namiętność, jaką hrabia M… żywił dla Fausty, zmieniła się w furię; nie wstrzymało go niebezpieczeństwo walki z jedynym synem monarchy, w którego państwie się znajdował; z drugiej strony, nie przyszło mu do głowy starać się zobaczyć tego księcia lub bodaj go śledzić. Nie mogąc go dosięgnąć inaczej, M… próbował go ośmieszyć. „Wygnają mnie na zawsze z Parmy – rzekł sobie – więc cóż, mniejsza!” Gdyby się starał rozpoznać pozycję nieprzyjaciela, hrabia byłby się dowiedział, że biedny książę nie wychodzi nigdy bez eskorty kilku starców, nudnych stróżów etykiety, i że jedyna dobrowolna przyjemność, jakiej mu dozwolono, to była mineralogia. W dzień i w nocy pałacyk Fausty, gdzie cisnęło się wykwintne towarzystwo parmeńskie, otoczony był przez ciekawych; M… wiedział – godzinę po godzinie – co ona robi, a zwłaszcza, co robią inni w jej pobliżu. Zazdrośnik okazał się godny pochwały w tym jednym: owa tak kapryśna kobieta nie miała zrazu pojęcia o tej zdwojonej czujności. Raporty wszystkich agentów mówiły hrabiemu, że młody człowiek w rudej peruce zjawia się często pod oknami Fausty, ale wciąż w innym przebraniu. „Oczywiście to młody książę – powiadał sobie M… – inaczej po cóż by się przebierał? Do paralusza! Człowiek taki jak ja nie może ustępować. Gdyby nie zamach republiki weneckiej, i ja byłbym panującym.”
W dniu świętego Stefana raporty szpiegów przybrały ciemniejszą barwę i zdawały się wskazywać, że Fausta mile patrzy na zabiegi nieznajomego. Mogę natychmiast wyjechać z tą kobietą – powiadał sobie M… – ale cóż! Z Bolonii uciekłem przed del Dongiem, tutaj uciekłbym przed księciem! I co by powiedział ten młokos? Myślałby, że go się zląkłem! Do kroćset! jestem z równie dobrego domu co on. M… był wściekły; a na domiar niedoli starał się przede wszystkim nie narażać na drwiny Fausty, w razie gdyby okazał swą zazdrość. W dzień san Stefano tedy, spędziwszy z nią godzinę i przyjęty z serdecznością, która pachniała mu fałszem, pożegnał ją koło jedenastej, w chwili gdy się wybierała na mszę do Św. Jana. Hrabia M… wrócił do siebie, włożył czarne wytarte ubranie studenta teologii, udał się do św. Jana i przystanął za grobowcem zdobiącym trzecią kaplicę po prawej: widział wszystko w kościele pod ramieniem kardynała, którego posąg klęczał na grobowcu; posąg ten nie dopuszczał światła do wnętrza kaplicy i zasłaniał go wystarczająco. Niebawem ujrzał Faustę, piękniejszą niż kiedykolwiek; była paradnie wystrojona, a towarzyszyło jej dwudziestu wielbicieli z najwyższego towarzystwa. Radość jaśniała w jej oczach i na jej wargach. „Jasne jest – powiadał sobie nieszczęśliwy zazdrośnik – że ona spodziewa się tu zastać człowieka, którego kocha i którego od dawna może, dzięki mnie, nie mogła oglądać.” Naraz szczęście trysło z oczu Fausty. „Rywal jest tuż” – powiadał sobie M… Podrażniona próżność sprawiała mu nieznośny ból. „Jakże ja wyglądam, dublując rolę książątka, które gdzieś tu tkwi w przebraniu?” Ale mimo wysiłków nie zdołał odkryć rywala, którego drapieżne jego oczy tropiły na wszystkie strony.
Co chwila Fausta, obiegłszy oczami cały kościół, zatrzymywała w końcu brzemienne miłością i szczęściem spojrzenie na ciemnym kącie, gdzie M… znajdował się w ukryciu. W sercu przejętym namiętnością miłość zdolna jest przecenić najlżejsze odcienie i tłumaczyć je najniedorzeczniej; biedny M… był w końcu przeświadczony, że Fausta go widzi; że mimo jego wysiłków, spostrzegłszy jego śmiertelną zazdrość, chce ją zganić i równocześnie pocieszyć tymi czułymi spojrzeniami!
Grobowiec kardynała, za którym M… się umieścił, wznosił się na kilka stóp nad marmurową posadzką kościoła. Msza dla modnisiów skończyła się koło pierwszej, większość wiernych odeszła. Fausta odprawiła swoich galantów pod pozorem modlitwy; osunęła się na klęcznik, oczy jej czulsze i bardziej błyszczące zwróciły się ku M…; od czasu jak kościół się opróżnił, spojrzenia jej nie zadawały sobie tego trudu, aby obiegać cały kościół, nim przystawały z upojeniem na posągu kardynała. „Cóż za delikatność” – powiadał sobie hrabia, myśląc, że ona na niego patrzy. Wreszcie Fausta wstała i wyszła nagle, wykonawszy rękoma parę dziwnych ruchów.
M…, pijany miłością i prawie otrzeźwiony z szalonej zazdrości, opuścił swoje miejsce, aby biec do pałacu kochanki i dziękować jej tysiąc razy, kiedy – mijając grobowiec – spostrzegł młodego człowieka w czerni: ta złowroga postać klęczała wsparta o płytę, tak iż spojrzenia zazdrosnego kochanka mogły przechodzić nad jego głową i nie widzieć go.
Ów młody człowiek wstał i wyszedł szybko; natychmiast otoczyło go kilka dość szczególnych postaci, widocznie będących do jego rozkazów. M… rzucił się za nim, ale niby to przypadkiem ludzie chroniący jego rywala zatrzymali go w drewnianym kołowrocie przy wyjściu. Kiedy wreszcie zdołał po nich wyjść na ulicę, ujrzał zamykające się drzwiczki niepozornej kolaski, która przez osobliwy kontrast zaprzężona była w dwa wspaniałe konie. W jednej chwili powóz znikł mu z oczu.
Wrócił do siebie, dysząc z wściekłości; niebawem przybyli jego szpiedzy, którzy donieśli mu z zimną krwią, że tego dnia tajemniczy kochanek, przebrany za kleryka, klęczał pobożnie, wsparty o grobowiec, przy wejściu do ciemnej kaplicy. Fausta została w kościele, aż się prawie zupełnie opróżniło, i wówczas wymieniła jakieś znaki z nieznajomym niby to czyniąc znak krzyża. M… pobiegł do niewiernej; pierwszy raz nie mogła ukryć pomieszania. Opowiedziała z kłamliwą szczerością kobiecą, że jak zawsze była u św. Jana, ale że nie spostrzegła tam człowieka, który ją prześladował. Na te słowa M…, nie panując nad sobą, potraktował ją jak ladacznicę, opowiedział wszystko, co widział na własne oczy, kiedy zaś śmiałość jej kłamstw rosła z żywością jego oskarżeń, chwycił sztylet i rzucił się na nią. Z najzimniejszą krwią Fausta rzekła:
– A więc wszystko co mi zarzucasz, jest prawdą, ale próbowałam ją kryć, aby cię nie podjudzić do szalonych planów zemsty, które mogłyby zgubić nas oboje; wiedz bowiem wreszcie, iż wedle moich domysłów, człowiek, który mnie prześladuje, niełatwo ścierpi jakikolwiek opór, przynajmniej w tym państwie. – Napomknąwszy bardzo zręcznie, iż ostatecznie on, M…, nie ma do niej żadnych praw, Fausta oświadczyła w końcu, że prawdopodobnie nie pójdzie już do św. Jana. M… był szalenie zakochany, w sercu młodej kobiety spryt zabarwił się może odcieniem zalotności, dość że uczuł się rozbrojony. Myślał o tym, aby opuścić Parmę; młody książę mimo całej swej potęgi nie mógłby podążyć za nim lub, gdyby to uczynił, stałby się już tylko jemu równym. Ale duma nasunęła mu znowu, że ten wyjazd wyglądałby na ucieczkę: zabronił sobie myśleć o tym.
„Nie domyśla się istnienia mego złotego Fabrysia – powiadała sobie uszczęśliwiona śpiewaczka – teraz możemy zadrwić sobie z niego w najrozkoszniejszy sposób!”
Fabrycy nie odgadł swego szczęścia; znajdując nazajutrz okna śpiewaczki szczelnie zamknięte i nie widząc jej nigdzie, zaczął uważać, że zabawa trwa nieco długo. Miał wyrzuty. „W jakimż położeniu stawiam hrabiego Mosca, ministra policji! Wezmą go za mego wspólnika, przybyłem tutaj po to, aby zwichnąć jego karierę! Ale jeśli porzucę tak długo ścigany zamiar, co powie księżna, gdy jej opowiem swoje miłosne próby?”
