Kitabı oku: «Pustelnia parmeńska», sayfa 22
Mosca czuł się pewnym przyszłego barona Riva, lękał się jedynie trucizny; zamach Barbona zaniepokoił go mocno, do tego stopnia, iż postanowił odważyć się na krok pozornie szalony. Pewnego ranka udał się do bram cytadeli i kazał wezwać generała Fabia Conti, który zeszedł aż do bastionu; tam w czasie przyjacielskiej przechadzki hrabia nie zawahał się mu powiedzieć po uprzejmym i słodkawym wstępie:
– Jeżeli Fabrycy zginie w podejrzany sposób, tę śmierć mogliby przypisywać mnie; będę uchodził za zazdrośnika; to by mnie okryło nieznośną śmiesznością i bezwarunkowo tego nie chcę. Zatem, aby się z tego oczyścić, jeśli on zginie z jakiej choroby, zabiję pana własną ręką; może pan być tego pewny.
Generał Fabio Conti odpowiedział bardzo wyniośle, gadał wiele o swym męstwie, ale wzrok hrabiego utkwił mu w pamięci.
Niedługo potem, jak gdyby zmówiwszy się z hrabią, poborca Rassi pozwolił sobie na nieopatrzność bardzo szczególną u takiego człowieka. Powszechna wzgarda, związana z jego imieniem, które stało się obelgą w ustach motłochu, przyprawiła go o chorobę, od czasu jak miał nadzieję uwolnić się od niej. Przesłał generałowi Conti urzędowy odpis wyroku, który skazywał Fabrycego na dwanaście lat twierdzy. Wedle prawa należało to uczynić zaraz nazajutrz po odesłaniu Fabrycego do więzienia; ale było rzeczą niesłychaną w Parmie, tym kraju tajności, aby władze sądowe pozwoliły sobie na taki krok bez wyraźnego rozkazu panującego. W istocie, jak tu podsycać co dwa tygodnie obawy księżnej oraz ujarzmić – wedle wyrażenia władcy – tę hardą naturę, skoro raz urzędowy odpis wyroku opuścił kancelarię? W wilię dnia, w którym generał otrzymał papier od poborcy Rassiego, dowiedział się, że skrybę Barbona obito, gdy wracał późną nocą do cytadeli; wyciągnął stąd wniosek, że nie ma już w pewnych sferach mowy o pozbyciu się Fabrycego. Przez ostrożność, która ocaliła Rassiego od bezpośrednich skutków jego szaleństwa, generał nie wspominał księciu podczas pierwszej audiencji, którą uzyskał, o doręczonej mu urzędowej kopii wyroku. Szczęściem dla spokoju biednej księżnej hrabia doszedł, iż niezręczny zamach Barbona był jedynie osobistą zemstą, i polecił udzielić skrybie wspomnianej przestrogi.
Fabrycy zdziwił się przyjemnie, kiedy po trzydziestu pięciu dniach więzienia w dość ciasnej klatce dobry kapelan don Cezar odwiedził go pewnego czwartku, aby się z nim przejść po terasie; nie upłynęło dziesięć minut, a Fabrycy, odurzony powietrzem, omdlał.
Don Cezar użył tego wypadku za pretekst, aby mu użyczyć co dzień półgodzinnej przechadzki. Było to głupstwo – częste przechadzki wróciły niebawem naszemu bohaterowi siły, których nadużył.
Serenady odbywały się często, służbisty gubernator znosił je dlatego, że wiązały wobec margrabiego Crescenzi Klelię, której charakter niepokoił ojca; miał mętne poczucie, że między nim a córką nie ma najmniejszego punktu styczności, i wciąż lękał się jakiegoś szaleństwa z jej strony. Mogła uciec do klasztoru – i wówczas byłby bezbronny. Poza tym generał obawiał się, aby ta muzyka, której dźwięki mogły przenikać do kaźni przeznaczonych dla najczarniejszych liberałów, nie zawierała jakiego sygnału. I sami muzykanci niepokoili go również; tuż po ukończeniu serenady zamykano ich na klucz w sieniach pałacu, które w dzień służyły na biura dla generalnego sztabu; wypuszczano ich nazajutrz, dobrze ku południowi. Sam gubernator, stojąc na „moście niewolnika”, kazał ich obszukiwać w swojej obecności i zanim wrócił im wolność, powtarzał po kilka razy, że każe natychmiast powiesić tego, który by przyjął najmniejsze zlecenie do którego z więźniów. Wiedzieli, że ten strachajło, wciąż drżący przed niełaską, gotów byłby dotrzymać słowa; toteż margrabia Crescenzi zmuszony był potrójnie opłacać muzykantów, bardzo krzywych o tę noc spędzoną w więzieniu.
Wszystko, co księżna mogła wymóc, i z wielkim trudem, na tchórzostwie jednego z tych ludzi, to, iż weźmie list, aby go oddać gubernatorowi. List był adresowany do Fabrycego: księżna ubolewała nad fatalnością, która sprawiła, iż w ciągu tych pięciu miesięcy przyjaciele nie mogli z nim nawiązać żadnego porozumienia.
Na wstępie do cytadeli przekupiony grajek rzucił się do kolan generała i wyznał, że jakiś nieznajomy ksiądz tak nalegał nań, aby przyjął list adresowany do pana del Dongo, iż nie śmiał odmówić; ale wierny swym obowiązkom oddaje go bezzwłocznie do rąk Ekscelencji.
Generał był bardzo rad; znał środki, jakimi rozporządzała księżna, i mocno się lękał, aby go nie wywiodła w pole. Uszczęśliwiony, pośpieszył pokazać list swemu panu, który był nie mniej zachwycony.
– Tak więc sprawność mojej administracji zdołała mnie pomścić! Ta dumna kobieta cierpi od pięciu miesięcy! Ba, któregoś dnia każę wznieść szubienicę – rozszalała jej wyobraźnia będzie niechybnie przekonana, że to dla tego smarkacza del Dongo.
Rozdział dwudziesty
Jednej nocy, około pierwszej z rana, Fabrycy, leżąc na oknie, wystawił głowę przez otwór w żaluzji i patrzył na gwiazdy oraz na bezkresny horyzont, którym napawa się oko ze szczytu wieży. Oczy jego, błądzące po okolicy dolnego Padu i Ferrary, zauważyły przypadkiem bardzo małe, ale dość żywe światełko biegnące jak gdyby z wysokiej wieży. „Tego światła nie widać z równiny – zauważył Fabrycy – gruby mur nie pozwala go dojrzeć; to musi być jakiś sygnał na odległość.” Naraz zauważył, że to światło pokazuje się i znika w bliskich odstępach. To jakaś dziewczyna rozmawia ze swoim kochankiem z sąsiedniej wsi. Policzył dziewięć kolejnych błysków. „To I – pomyślał – I jest dziewiątą literą alfabetu. Po chwili znowu czternaście błysków. To N; później, znowu po pauzie, jeden: to A; to znaczy razem: Ina.”
Jakież były jego radość i zdumienie, kiedy te światła, wciąż przerywane pauzami, stworzyły następujące słowa:
INA PENSA A TE!
Oczywiście: Gina myśli o tobie!
Odpowiedział natychmiast błyskami lampy w uczynionym przez siebie otworze:
FABRYCY CIĘ KOCHA!
Korespondencja trwała do rana. Była to sto siedemdziesiąta trzecia noc jego niewoli; powiedziano mu, że od czterech miesięcy znaki te powtarzają się co noc. Ale każdy mógł je dojrzeć i zrozumieć; spróbowano tedy tej nocy umówić skróty: trzy szybkie błyski oznaczały Ginę; cztery księcia; dwa hrabiego Mosca; dwa szybkie błyski, a po nich dwa wolne znaczyły: „ucieczka”. Przyjęto na przyszłość dawny alfabet zwany monaca67, który, iżby go nie odgadli niepowołani – zmienia porządek liter i daje im dowolne liczby: A na przykład numer 10; B numer 3; to znaczy, że trzy kolejne migania lampy znaczą B, dziesięć kolejnych migań A itd. Chwila ciemności rozdziela słowa. Umówiono się na dzień następny na pierwszą po północy i nazajutrz księżna przybyła do tej wieży o ćwierć mili od miasta. Oczy jej napełniły się łzami na widok sygnałów Fabrycego, którego śmierć tak często opłakiwała. Powiedziała mu sama za pomocą migania lampy: „Kocham cię, odwagi, zdrowia, nadziei. Ćwicz swoje siły w celi, trzeba ci będzie całej mocy ramion.” – „Nie widziałam go – powiadała sobie księżna – od czasu koncertu Fausty, gdy zjawił się w drzwiach mojego salonu, przebrany za strzelca. Kto byłby wówczas przypuszczał, jaki los nas czeka!
Księżna kazała dawać znaki zwiastujące Fabrycemu, że niebawem będzie uwolniony dzięki dobroci monarchy (znaki mógłby ktoś przejąć); następnie zaczęła mu mówić czułości, nie mogła się od niego oderwać. Jedynie perswazje Lodovica, który – dla swych usług oddanych Fabrycemu – stał się jej prawą ręką, zdołały ją nakłonić, już blisko świtu, do poniechania sygnałów, mogących ściągnąć uwagę jakiegoś nieżyczliwego oka. Ta kilkakrotna zapowiedź oswobodzenia pogrążyła Fabrycego w głębokim smutku. Zauważywszy to nazajutrz, Klelia popełniła tę nierozwagę, że spytała o przyczynę.
– Grozi mi to, że będę musiał mocno zmartwić księżnę.
– I czegóż może żądać księżna, czego by jej pan odmówił? – wykrzyknęła Klelia zdjęta najżywszą ciekawością.
– Chce, abym opuścił więzienie – odparł – a na to nie zgodzę się nigdy.
Klelia nie zdołała odpowiedzieć; spojrzała nań i zalała się łzami. Gdyby mógł z nią mówić z bliska, może by w tej chwili uzyskał wyznanie uczuć, których niepewność pogrążała go nieraz w głębokim smutku; czuł, że życie bez miłości Klelii byłoby pasmem goryczy i tęsknoty. Miał uczucie, że nie warto żyć po to, aby odnaleźć te same uciechy, które miały dlań urok, dopóki nie znał miłości. Mimo że samobójstwo nie jest jeszcze w modzie we Włoszech, myślał o nim jako o ucieczce, gdyby los rozdzielił go z Klelią.
Nazajutrz otrzymał od niej długi list.
Trzeba, drogi przyjacielu, abyś wiedział prawdę; nieraz, od czasu jak jesteś tutaj, sądzono w Parmie, że nadeszła twoja ostatnia godzina. Prawda, te skazano cię jedynie na dwanaście lat twierdzy, ale niestety, niepodobna wątpić, że wszechpotężna nienawiść dybie na twoje losy. Dwadzieścia razy drżałam, aby trucizna nie przecięła twoich dni – użyj wszelkich możliwych środków, aby się stąd wydostać. – Widzisz, że dla ciebie depcę najświętsze obowiązki! Osądź groźbę niebezpieczeństwa z tego, co ważę ci się powiedzieć, a co jest tak niewłaściwe w moich ustach. Jeżeli trzeba koniecznie, jeżeli nie ma innej nadziei, uciekaj. Każda chwila, którą spędzisz w tej twierdzy, może grozić twemu życiu; pomyśl, że jest na dworze stronnictwo, którego nie powstrzymała nigdy perspektywa zbrodni. Czyż nie widzisz, że wszystkie zakusy tego stronnictwa odwraca nieporównana zręczność hrabiego Mosca? Otóż odkryto niezawodny sposób wygnania go z Parmy, mianowicie rozpacz księżnej, a czyż nie są aż nadto pewni, że wtrąci ją w rozpacz śmierć młodego więźnia? To jedno słowo, na które nie ma odpowiedzi, zdoła ci oświetlić położenie. Mówisz, że masz dla mnie przyjaźń; pomyśl tedy, że niezwyciężone przeszkody bronią, aby to uczucie mogło kiedy utrwalić się między nami. Spotkaliśmy się w młodości, podaliśmy sobie pomocną dłoń w krytycznym momencie; los pomieścił mnie w tym strasznym miejscu, iżbym mogła złagodzić twą niedolę, ale czyniłabym sobie wiekuiste wyrzuty, gdyby złudzenia, których nic nie uprawnia – i nie uprawni nigdy – kazały ci poniechać jakiegokolwiek sposobu ocalenia swego życia. Straciłam spokój duszy przez okrutną nierozwagę, jaką popełniłam, wymieniając z tobą znaki sympatii. Jeśli nasze dziecinne igraszki z alfabetem wiodą cię do złudzeń, tak mało uzasadnionych, a tak zgubnych, na próżno na swoje usprawiedliwienie przypomniałabym sobie zamach Barbona. W ten sposób wtrąciłabym cię w niebezpieczeństwo o wiele straszniejsze, o wiele pewniejsze, sądząc, że cię uratuję od chwilowej katastrofy; a nierozwaga moja byłaby nie do wybaczenia, jeśli wzbudziła w tobie uczucia zdolne cię skłonić do oporu wobec rad księżnej. Widzisz, do czego mnie zmuszasz, trzeba mi wciąż powtarzać: uciekaj, każę ci…
List był bardzo długi; niektóre ustępy, jak np. owo „każę ci”, któreśmy właśnie przepisali, przejmowały Fabrycego dreszczem rozkosznej nadziei; zdało mu się, że o ile wyrażenia są nader ostrożne, o tyle charakter uczuć jest wcale tkliwy. To znów chwilami ponosił koszta swego zupełnego niedoświadczenia w tego rodzaju wojnie; widział w liście jedynie prostą sympatię lub najzwyklejsze współczucie.
Zresztą to, czego się dowiedział, nie zmieniło ani na chwilę jego zamiarów; przypuściwszy nawet, że niebezpieczeństwa, jakie mu Klelia odmalowała, są bardzo realne, czy chwilowe niebezpieczeństwo jest zbyt drogim okupem za szczęście widywania jej co dzień? Jakież czekało go życie, gdyby się na nowo schronił w Bolonii lub Florencji, uciekłszy bowiem z cytadeli, nie mógł mieć nadziei, aby mu pozwolono żyć w Parmie. A nawet gdyby książę się tak zmienił, żeby go wypuścił na wolność (rzecz mało prawdopodobna, wobec tego, że on, Fabrycy, stał się dla potężnego stronnictwa środkiem obalenia hrabiego Mosca), cóż za życie pędziłby w Parmie, rozdzielony z Klelią nienawiścią dwóch stronnictw? Raz lub dwa razy na miesiąc przypadek sprowadziłby ich może do jednego salonu; ale nawet wówczas jakaż mogłaby być między nimi rozmowa? Jak odnaleźć tę serdeczną poufałość, którą obecnie każdego dnia cieszył się po kilka godzin? Czym była rozmowa w salonie w porównaniu z ich alfabetem? „Więc gdyby nawet przyszło okupić pewnym niebezpieczeństwem to rozkoszne życie i tę jedyną możliwość szczęścia, cóż w tym złego? I czyż to samo nie jest szczęściem móc jej dać w ten sposób dowód miłości?”
Fabrycy ujrzał w liście Klelii jedynie sposobność poproszenia jej o schadzkę; był to jedyny i stały cel wszystkich jego pragnień. Mówił z nią raz, i to tylko chwilę, w dniu przyjęcia do więzienia; od tego czasu upłynęłoprzeszło dwieście dni.
Nastręczał się łatwy sposób widzenia z Klelią; poczciwy don Cezar przyzwalał Fabrycemu pół godziny przechadzki na terasie wieży Farnese co czwartek w dzień; ale w inne dnie przechadzka ta, którą mogli zauważyć mieszkańcy Parmy i okolic, co by poważnie naraziło gubernatora, odbywała się dopiero z zapadnięciem nocy. Na terasę prowadziły jedynie schodki dzwonnicy, należącej do owej kaplicy tak posępnie przybranej czarnym i białym marmurem, którą czytelnik przypomina sobie może. Grillo prowadził Fabrycego do tej kaplicy i otwierał mu drzwi na schodki; obowiązkiem jego było iść za nim, że jednak wieczory zaczynały być chłodne, dozorca puszczał go samego, zamykał go na klucz w dzwonnicy łączącej się z terasą i wracał grzać się do izby. I ot, któregoś wieczora, czyż Klelia w towarzystwie panny służącej nie mogłaby się znaleźć w kaplicy z czarnego marmuru?
Cały długi list, jakim Fabrycy odpowiedział na pismo Klelii, obliczony był na to, aby uzyskać tę schadzkę. Poza tym zwierzał się jej otwarcie, jak gdyby chodziło o kogo innego, z racji, które go skłaniają do pozostania w cytadeli.
Naraziłbym się co dzień tysiąc razy na śmierć, aby mieć szczęście rozmowy z panią za pomocą naszego alfabetu, który obecnie idzie nam tak gładko, a pani chce, abym popełnił to głupstwo i skazywał się na wygnanie w Parmie lub może w Bolonii albo we Florencji. Żądasz, abym dobrowolnie oddalał się od ciebie. Wiedz, że to jest dla mnie niepodobieństwem: próżno dawałbym słowo, nie mógłbym go dotrzymać.
Rezultatem tej prośby o schadzkę było zniknięcie Klelii, które trwało całe pięć dni; przez pięć dni zachodziła do ptaszkarni jedynie w godzinach, w których wiedziała, że Fabrycy nie może korzystać z okienka. Fabrycy był w rozpaczy; wywnioskował z tej nieobecności, że mimo pewnych spojrzeń, które rozkołysały w nim szalone nadzieje, nigdy nie budził w Klelii innych uczuć poza prostą przyjaźnią. „W takim razie – powiadał sobie – co mi zależy na życiu? Niech mi je książę odbierze, zrobi mi łaskę; jeszcze jeden powód, aby nie opuszczać twierdzy.” Z uczuciem głębokiej niechęci odpowiadał co noc na sygnały świetlne. Księżna myślała, że zupełnie oszalał, kiedy w biuletynie, który Lodovico przynosił jej co rano, wyczytała te dziwne słowa: „Nie chcę uciekać; chcę umrzeć tutaj.”
Przez tych pięć dni, tak okrutnych dla Fabrycego, Klelia była jeszcze nieszczęśliwsza; powzięła tę myśl tak dręczącą dla szlachetnej duszy: „Obowiązkiem moim jest umknąć do klasztoru z dala od cytadeli; kiedy i Fabrycy będzie wiedział, że mnie tu już nie ma, a każę mu to powiedzieć przez Grilla i innych dozorców, wówczas zdecyduje się na ucieczkę. Ale klasztor to znaczy wyrzec się na zawsze widoku Fabrycego; a wyrzec się jego widoku, gdy daje tak oczywiste dowody, że uczucia wiążące go niegdyś z księżną już nie istnieją! Jakiż bardziej wzruszający dowód miłości może dać młody człowiek: po siedmiu miesiącach więzienia, które poważnie naraziły jego zdrowie, wzdraga się odzyskać wolność. Człowiek płochy, jakim przedstawiały Fabrycego ploteczki dworskie, poświęciłby dwadzieścia kochanek, aby wyjść o dzień wcześniej z cytadeli, a czegóż by nie uczynił, aby wyjść z więzienia, gdzie każdy dzień mógł położyć koniec jego życiu?”
Klelii zbrakło odwagi; popełniła ten straszny błąd, że nie schroniła się do klasztoru, co dałoby jej zarazem swobodę zerwania z margrabią. Raz popełniwszy ten błąd, jak mogła się oprzeć młodemu człowiekowi tak miłemu, naturalnemu, tkliwemu, który narażał życie na straszne niebezpieczeństwa, aby uzyskać proste szczęście ujrzenia jej w oknie. Po piędu dniach okrutnej walki, przerywanej chwilami wzgardy dla samej siebie, Klelia zdecydowała się odpowiedzieć na list, w którym Fabrycy błagał o schadzkę w kaplicy z czarnego marmuru. Prawda, że odmówiła, i to dość surowo; ale od tej chwili straciła spokój; wciąż wyobrażała sobie Fabrycego ginącego od trucizny; raz po raz wpadała do ptaszkarni; czuła namiętną potrzebę upewnienia się własnymi oczami, że Fabrycy żyje.
„Jeśli jest jeszcze w fortecy – powiadała sobie – jeśli grożą mu wszystkie okropności, jakie stronnictwo Raversi być może knuje przeciw niemu dla pozbycia się hrabiego Mosca, to jedynie dlatego, że nie miałam odwagi schronić się do klasztoru. Jakiż miałby pozór, aby tu zostać jeszcze, gdyby zyskał pewność, że ja znikłam stąd na zawsze?”
Ta dziewczyna nieśmiała i dumna doszła do tego, że naraziła się na możliwość odmowy ze strony dozorcy Grilla; co więcej, wystawiła się na wszystkie komentarze, jakimi człowiek ten mógł opatrzyć jej osobliwe zachowanie. Poniżyła się do tego stopnia, że go wezwała i głosem, który drżeniem swym zdradzał jej tajemnicę, zwierzyła mu, że Fabrycy niedługo odzyska wolność, że księżna Sanseverina żywo krząta się koło tej sprawy, że często zachodzi potrzeba szybkiego porozumienia się z więźniem i że, słowem, prosi jego, Grilla, aby pozwolił Fabrycemu wykonać otwór w żaluzji zasłaniającej jego okno, iżby mu mogła udzielić wiadomości otrzymywanych kilka razy dziennie od pani Sanseverina.
Grillo uśmiechnął się i zapewnił ją o swym szacunku i posłuszeństwie. Klelia była mu niesłychanie wdzięczna, że nie powiedział nic więcej; było oczywiste, że doskonale wiedział o tym, co działo się od kilku miesięcy.
Ledwie dozorca wyszedł, Klelia dała sygnał umówiony z Fabrycym od ważnego wypadku; wyznała mu wszystko, co uczyniła.
– Chcesz zginąć od trucizny – dodała – otóż mam nadzieję zdobyć się niebawem na to, aby opuścić ojca i schronić się gdzieś w klasztorze. Oto, co panu będę zawdzięczała; wówczas, mam nadzieję, nie będzie się pan opierał planom, które mogą cię stąd wydobyć. Dopóki pan tu jest, przeżywam chwile okropne, szalone; w życiu nie sprawiłam niczyjego nieszczęścia, a mam uczucie, iż ja jestem przyczyną, że pan umrze. Gdyby nawet chodziło o nieznajomego, ta myśl wystarczyłaby, aby mnie doprowadzić do rozpaczy; a cóż dopiero, kiedy sobie wyobrażę, że przyjaciel, którego nierozwaga sprawia mi wiele przykrości, ale którego, ostatecznie, widuję od tak dawna co dzień, wije się w tej chwili w śmiertelnych męczarniach. Niekiedy czuję potrzebę spytania pana samego, czy pan żyje!
Aby się zbyć tej strasznej boleści, poniżyłam się do błagania o łaskę sługi, który mógł mi jej odmówić i który może jeszcze mnie zdradzić. Zresztą byłoby to może szczęście dla mnie, gdyby mnie oskarżył przed ojcem; natychmiast znalazłabym się w klasztorze, nie byłabym mimowolną wspólniczką pańskiego szaleństwa. Ale niech mi pan wierzy, to nie może trwać; musisz się poddać rozkazom księżnej. Czy jesteś zadowolony, okrutny przyjacielu? To ja, ja błagam cię o to, bym mogła zdradzić ojca. Zawołaj Grilla i daj mu pieniądze.
Fabrycy był tak rozkochany, najprostsze życzenie Klelii przyprawiało go o taki lęk, że nawet to niezwykłe wyznanie nie dało mu pewności, że ona go kocha. Zawołał Grilla, któremu wynagrodził hojnie minione usługi, na przyszłość zaś powiedział mu, że za każdy dzień, w którym mu pozwoli używać okienka w żaluzji, otrzyma cekina. Grillo przyjął te warunki z wielkim zadowoleniem.
– Będę z panem mówił z ręką na sercu, Ekscelencjo; czy pogodzi się pan z koniecznością zimnego obiadu? Jest bardzo prosty sposób uniknięcia trucizny. Ale proszę pana o ścisłą dyskrecję; dozorca powinien wszystko wiedzieć, a niczego się nie domyślać. Zamiast jednego postaram się panu o kilka psów; nim pan co spożyje, da im pan skosztować. Co się tyczy wina, oddam panu swoje; będzie pan pił tylko z butelek, które ja napocznę. Ale jeśli Wasza Ekscelencja chce mnie zgubić na zawsze, wystarczy, aby pan zwierzył te szczegóły panience. Kobieta jest zawsze kobietą; jeżeli jutro się poróżni z panem, pojutrze, aby się zemścić, opowie wszystko ojcu, dla którego największą radością byłoby mieć za co powiesić dozorcę. Po Barbone to może najniegodziwszy człowiek w całej cytadeli; obyty jest z trucizną, może pan być pewny, i nie darowałby mi tego pomysłu z pieskami.
Którejś nocy powtórzyła się serenada. Teraz Grillo odpowiadał na wszelkie pytania Fabrycego; przyrzekł sobie wszelako być ostrożnym i nie zdradzić panny Klelii, która wedle niego, mając zaślubić margrabiego Crescenzi, najbogatszego człowieka w Parmie, bawiła się mimo to w miłostki – o ile mury pozwalały – z przystojnym monsignorkiem. Ale, odpowiadając na pytania Fabrycego co do serenady, dodał nieopatrznie:
– Mówią, że niedługo ma się z nią ożenić.
Można sobie wyobrazić wrażenie, jakie te proste słowa wywarły na Fabrycym. W nocy odpowiedział na sygnały jedynie po to, aby oznajmić, że jest chory. Nazajutrz o dziesiątej, kiedy Klelia zjawiła się w ptaszkarni, spytał ją ceremonialnym tonem, bardzo nowym między nimi, czemu nie powiedziała mu po prostu, że kocha margrabiego i że ma niebawem za niego wyjść.
– Dlatego, że to nieprawda – odparła Klelia podrażniona.
Trzeba dodać, że reszta odpowiedzi była mniej jasna; Fabrycy podkreślił to i skorzystał ze sposobności, aby znów prosić o schadzkę. Klelia, która wiedziała, że szczerość jej spotyka się z niewiarą, zgodziła się prawie natychmiast, zwracając wszakże uwagę Fabrycego, że gubi ją na zawsze w oczach Grilla.
Wieczorem, kiedy było zupełnie ciemno, zjawiła się w towarzystwie panny służącej w kaplicy z czarnego marmuru. Zatrzymała się w środku, obok wiecznej lampki; pokojówka i Grillo cofnęli się ku drzwiom.
Klelia, cała drżąca, przygotowała piękne przemówienie. Postanowiła sobie nie uczynić żadnego kompromitującego wyznania. Ale logika namiętności nie zna paktów; żądza dowiedzenia się prawdy nie pozwala jej zachować czczych względów, tak jak bezgraniczne oddanie niweczy obawę obrażenia ukochanej osoby. Fabrycy olśniony był pięknością Klelii; od ośmiu miesięcy widział z bliska jedynie dozorcę. Ale nazwisko margrabiego Crescenzi zbudziło w nim całą wściekłość, która wzmogła się, skoro spostrzegł, że Klelia odpowiadała wymijająco; sama Klelia zrozumiała, że pomnaża podejrzenia miast je rozproszyć. Uczucie to było dla niej zbyt okrutne.
– Czy bardzo będzie się pan czuł szczęśliwy – odparła jak gdyby z gniewem i ze łzami w oczach – jeśli mi każesz zdeptać wszystko, co jestem winna samej sobie? Do trzeciego września zeszłego roku czułam jedynie odrazę do mężczyzn, którzy starali mi się nadskakiwać. Żywiłam bezgraniczną, zapewne przesadną wzgardę dla typu dworaka; wszystko, co było szczęśliwe na tym dworze, mierziło mnie. Podbił mnie natomiast urok więźnia, którego dnia trzeciego września przyprowadzono do tej cytadeli. Przechodziłam, zrazu nie zdając sobie z tego sprawy, wszystkie męki zazdrości. Powaby zachwycającej kobiety, którą dobrze znałam, były niby pchnięcia sztyletu dla mego serca, ponieważ sądziłam i sądzę jeszcze po trosze, że ten więzień ją kocha. Niebawem natarczywość margrabiego Crescenzi, który ubiegał się o moją rękę, wzrosła; margrabia jest bardzo bogaty, a my nie mamy żadnego majątku. Odtrąciłam z lekkim sercem jego zaloty, kiedy ojciec wymówił straszliwe słowo „klasztor”; zrozumiałam, że jeśli opuszczę cytadelę, nie będę już mogła czuwać nad życiem jeńca, którego los mi był drogi. Arcydziełem mej przemyślności było to, że aż do tej chwili jeniec ów nie miał pojęcia o niebezpieczeństwie grożącym jego życiu. Przyrzekłam sobie nie zdradzić ani ojca, ani swojej tajemnicy; ale ta kobieta energiczna, genialna, o potężnej woli, która roztacza opiekę nad więźniem, ofiarowała, jak sądzę, młodemu więźniowi sposoby ucieczki; odepchnął je, chcąc mnie zarazem przekonać, że jeśli wzdraga się opuścić cytadelę, to aby się nie oddalić ode mnie. Wówczas popełniłam wielki błąd; walczyłam pięć dni, powinnam była natychmiast schronić się do klasztoru i opuścić twierdzę; był to równocześnie prosty sposób zerwania z margrabią. Nie miałam siły opuścić cytadeli i dziś jestem zgubioną dziewczyną; oddałam serce człowiekowi płochemu – wiem, jak żył w Neapolu. Czemuż mam przypuszczać, że się zmienił? Zamknięty w surowym więzieniu, zaczął się zalecać do jedynej kobiety, którą widział i która rozpraszała jego nudę, ot, rozmowa z nią była połączona z trudnościami, zabawa ta przybrała pozór namiętności. Ponieważ więzień ten zdobył sobie rozgłos przez swą odwagę, wyobraża sobie, iż dowiedzie, że miłość jego jest czymś więcej niż przelotnym kaprysem, narażając się na dość wielkie niebezpieczeństwa, aby widywać nadal osobę, którą rzekomo kocha. Ale z chwilą gdy znajdzie się w dużym mieście, otoczony na nowo pokusami, stanie się tym, czym zawsze był: światowcem goniącym za rozrywką, za miłostkami; a jego biedna towarzyszka więzienia dokończy dni w klasztorze, zapomniana przez tego zmiennika i ze śmiertelną zgryzotą, że mu otworzyła swe serce.
Orędzie to, z którego podajemy jedynie główne fakty, wywołało, jak można się domyślić, sprzeciwy Fabrycego. Był zakochany bez pamięci, toteż przekonany, że nikogo nie kochał przed ujrzeniem Klelii i że losem jego było żyć jedynie dla niej.
Czytelnik wyobraża sobie z pewnością piękne rzeczy, które jej rozpowiadał; wreszcie pokojówka ostrzegła panią, że wybiło wpół do dwunastej i że generał może wrócić lada chwila. Rozstanie było bolesne.
– Widzę pana być może ostatni raz – rzekła Klelia do więźnia – zamach, który jest w oczywistym interesie kliki Raversi, może panu dostarczyć okrutnego sposobu dowiedzenia mi, że nie jest pan zmiennikiem.
Klelia opuściła Fabrycego, dławiąc się od łez i umierając ze wstydu, że nie może ich ukryć przed pokojówką ani zwłaszcza przed dozorcą. Druga rozmowa była możliwa aż wtedy, kiedy generał oznajmi, że wybiera się na wieczór do miasta; że zaś od czasu więzienia Fabrycego i ciekawości, jaką budziło ono na dworze, uważał za bezpieczniejsze prawie ciągle udawać atak podagry, wyprawy jego do miasta, regulowane zasadami wytrawnej polityki, decydowały się często dopiero w chwili wsiadania do powozu.
Od tego wieczora w marmurowej kaplicy życie Fabrycego było jednym upojeniem. Wielkie przeszkody, to prawda, stały jeszcze na drodze do szczęścia, ale wreszcie miał tę niespodziewaną radość, że posiada miłość boskiej istoty, która pochłaniała wszystkie jego myśli.
Trzeciego dnia po tym widzeniu sygnały świetlne skończyły się bardzo wcześnie, mniej więcej około północy; w chwili gdy się skończyły, omal nie roztrzaskała Fabrycemu głowy wielka ołowiana kula, która przeleciawszy ponad górnym skrzydłem żaluzji przedarła papierowe szyby i wpadła do pokoju.
Ta wielka kula nie była ani w przybliżeniu tak ciężka, jakby to wróżyły jej rozmiary. Fabrycy otworzył ją z łatwością i znalazł list od księżnej. Za pośrednictwem arcybiskupa, koło którego chodziła troskliwie, udało się jej pozyskać żołnierza z cytadeli. Człowiek ten, zręczny strzelec z procy, oszukiwał czujność szyldwachów rozstawionych koło pałacu gubernatora lub też wchodził z nimi w porozumienie.
Trzeba ci się wymknąć po linach; drżę cała, dając ci tę straszliwą radę, waham się przeszło od dwóch miesięcy wymówić to słowo; ale widoki na przyszłość stają się z każdym dniem ciemniejsze, można się spodziewać najgorszych rzeczy. Proszę cię, daj natychmiast znać lampą, że cię doszedł ten niebezpieczny list; zasygnalizuj P B i G według alfabetu alfa monaca, to znaczy; cztery, dwanaście i dwa; nie odetchnę, póki nie zobaczę sygnału. Jestem na wieży, odpowiem ci N i O, siedem i pięć. Otrzymawszy odpowiedź nie dawaj już sygnału i zajmij się jedynie moim listem.
Fabrycy usłuchał czym prędzej, dał umówione znaki, na które natychmiast otrzymał zapowiedziany sygnał, po czym czytał dalej.
Można się spodziewać najgorszych rzeczy; oświadczyli mi to trzej ludzie, do których mam największe zaufanie.
Kazałam im wprzódy zaprzysiąc na Ewangelię, że mi powiedzą prawdę, choćby nawet najokrutniejszą. Pierwszy z tych ludzi zagroził chirurgowi donosicielowi w Ferrarze, że się nań rzuci z otwartym nożem w ręce; drugi powiedział ci po twoim powrocie z Belgirate, że byłoby może przezorniej strzelić w łeb stajennemu, który szedł z lasu śpiewając i prowadził angielskiego konika: trzeciego nie znasz – to bandyta, mój przyjaciel, gotowy na wszystko, odważny jak ty; dlatego zwłaszcza prosiłam go, aby mi powiedział, co powinieneś robić. Każdy z osobna orzekł – nie wiedząc, że radzę się i dwóch innych – że lepiej narazić się na skręcenie karku niż spędzić jeszcze jedenaście lat i cztery miesiące w ciągłej obawie wielce prawdopodobnej trucizny.
Trzeba ci się przez miesiąc ćwiczyć w celi we wchodzeniu i schodzeniu po sznurze. Potem, w dzień świąteczny, w którym załoga otrzyma dodatkową porcję wina, puścisz się na wielkie dzieło. Dostaniesz trzy liny z jedwabiu i z konopi grubości łabędziego pióra; pierwsza na osiemdziesiąt stóp, aby się spuścić trzydzieści pięć stóp z okna do pomarańczowych drzewek; druga na trzysta stóp – i tu jest trudność z przyczyny ciężaru – aby przebyć sto osiemdziesiąt stóp po ścianie wielkiej wieży; trzecia, na trzydzieści stóp, posłuży do przebycia wału. Spędzam dnie całe na studiowaniu muru od strony wschodniej, to znaczy od Ferrary; wyłom uczyniony przez trzęsienie ziemi wypełniono szkarpą, która tworzy równię pochyłą. Mój bandyta upewnia mnie, że podjąłby się zejść tamtędy bez zbytnich trudności, jedynie kosztem paru zadraśnięć, zsuwając się po pochyłości tej szkarpy. Pionowo wynosi to dwadzieścia osiem stóp do samego dołu – ta strona jest najmniej strzeżona.
Jednakże, razem wziąwszy, ów bandyta, który trzy razy uciekał z więzienia i którego byś pokochał, gdybyś go znał, chociaż on nie cierpi ludzi twojej kasty; mój bandyta, powiadam, lekki i zwinny jak ty, sądzi, że lepiej byłoby spuścić się od strony zachodniej, na wprost pałacyku, zajmowanego niegdyś przez Faustę, dobrze ci znanego. Ku tej stronie skłania go wzgląd, że mur, mimo iż lekko pochyły, jest prawie cały porośnięty krzem; są tam ździebełka drzewa, grubości małego palca, które mogą podrapać, jeśli się nie uważa, ale których można wybornie się chwytać. Dziś rano oglądałam tę stronę przez doskonałą lunetę: najlepsze miejsce jest tuż pod nowym kamieniem, który wstawiono w balustradę przed paru laty. Poniżej tego kamienia znajdziesz nagą przestrzeń długą na dwadzieścia stóp; trzeba się tam posuwać bardzo wolno (czujesz, jak moje serce drży, gdy ci daję te straszliwe wskazówki, ale wszak odwaga polega na tym, aby wybrać mniejsze zło, choćby nawet i ono było straszne); po tej nagiej przestrzeni znajdziesz osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt stóp gęstego krza, gdzie latają ptaki, potem trzydzieści stóp trawy i ziela. Następnie, bliżej ziemi, dwadzieścia stóp krzów i wreszcie dwadzieścia pięć lub trzydzieści stóp świeżo pobielonych.
