Kitabı oku: «Pustelnia parmeńska», sayfa 23

Yazı tipi:

Co by mnie skłaniało ku tej stronie, to, iż tam, wprost pod nowym kamieniem w balustradzie, znajduje się drewniana chałupa, którą żołnierz wybudował w swoim ogródku, a którą przydzielony do twierdzy kapitan inżynierii koniecznie chce mu kazać zburzyć; jest siedemnaście stóp wysoka, pokryta słomą, dachem zaś przytyka do muru cytadeli. Ten dach mnie nęci; w razie – okropna rzecz! – jakiego nieszczęścia, złagodziłby twój upadek. Raz się tam znalazłszy, jesteś w obrębie szańców, które są dość niedbale strzeżone; gdyby cię ktoś chciał zatrzymać, wal z pistoletu i broń się kilka minut.

Twój przyjaciel z Ferrary i drugi tęgi chwat, ten, którego nazywam bandytą, będą mieli drabinki i nie zawahają się wdrapać na szaniec dość niski, aby ci przyjść z pomocą.

Szaniec ma tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i jest bardzo pochyły. Będę czekała pod murem z garścią uzbrojonych ludzi.

Mam nadzieję przesłać ci jeszcze kilka listów tą samą drogą. Będę powtarzała wciąż te same rzeczy innymi słowami, aby się dobrze porozumieć. Zgadujesz, z jakim sercem donoszę ci, że człowiek z kulą w łeb stajennemu, który, ostatecznie, jest najzacniejszym człowiekiem i który umiera ze zgryzoty, myśli, że się z tego wywiniesz kosztem złamanej ręki. Bandyta, który ma więcej doświadczenia w takich wyprawach, sądzi, że jeżeli zechcesz się spuszczać bardzo wolno, nie gorączkując się, wolność będzie cię kosztowała jedynie parę zadraśnięć. Główna trudność to wystarać się o liny; o tym też myślę całe dwa tygodnie, przez które ta idea wypełnia wszystkie moje chwile.

Nie odpowiadam ci na to szaleństwo, jedyną niedorzeczność, jaką powiedziałeś w życiu: „Nie chcę uciekać.” Człowiek z kulą w łeb stajennemu wykrzyknął, żeś oszalał z nudów. Nie ukrywam ci, że obawiamy się bardzo bliskiego niebezpieczeństwa, które przyśpieszy może dzień twojej ucieczki. Gdy będzie trzeba oznajmić ci to niebezpieczeństwo, lampa powie ci kilka razy z rzędu: „Ogień w zamku”.

Na co odpowiesz: „Czy moje książki spłonęły?”

List zawierał jeszcze kilka stronic szczegółów; pisany był mikroskopijnym pismem na cieniutkim papierze.

„Wszystko to jest bardzo piękne i bardzo dobrze obmyślone – powiadał sobie Fabrycy – winien jestem wiekuistą wdzięczność hrabiemu i księżnej; pomyślą może, że się boję, ale nie ucieknę. Czy kto kiedy uciekał z miejsca, gdzie zażywa największego szczęścia, aby się skazywać na okropne wygnanie, gdzie mu będzie zbywało wszystkiego, nawet powietrza? Cóż ja bym robił po miesiącu we Florencji? Przebrałbym się, aby krążyć koło bram tej cytadeli i łowić jedno spojrzenie.”

Nazajutrz Fabrycy miał chwilę przestrachu; stał w oknie, koło jedenastej, spoglądając na wspaniały krajobraz i czekając szczęsnej chwili, w której będzie mógł ujrzeć Klelię, kiedy Grillo wpadł bez tchu do pokoju:

– Prędko, prędko, Ekscelencjo, niech się pan rzuci na łóżko i udaje chorego; trzej sędziowie idą tutaj! Będą pana przesłuchiwali; niech się pan dobrze namyśli, nim pan coś powie; przychodzą, aby pana zamotać.

To mówiąc, Grillo czym prędzej zamknął okienko w żaluzji, pchnął Fabrycego na łóżko i narzucił nań parę płaszczy.

– Niech pan powie, że pan bardzo cierpi, i niech pan mało mówi; zwłaszcza każ pan sobie powtarzać pytania, aby zyskać na czasie.

Weszli trzej sędziowie. „Trzej galernicy – powiadał sobie Fabrycy widząc te plugawe fizjonomie – a nie trzej sędziowie.” Mieli długie, czarne suknie; skłonili się poważnie i zajęli bez słowa krzesła znajdujące się w celi.

– Panie Fabrycy del Dongo – rzekł najstarszy – strapieni jesteśmy przykrym poselstwem, którego mamy dopełnić. Przyszliśmy, aby oznajmić zgon Jego Ekscelencji margrabiego del Dongo, pańskiego ojca, wielkiego ochmistrza królestwa lombardzko-weneckiego, kawalera wielkiej wstęgi etc., etc.

Fabrycy zalał się łzami; sędzia ciągnął:

– Margrabina del Dongo, pańska matka, przesyła panu tę wiadomość umyślnym listem; że jednak fakt ten opatrzyła niewłaściwym komentarzem, trybunał orzekł na podstawie wczorajszego zarządzenia, iż listu tego udzieli się panu jedynie w wyjątkach, i te właśnie wyjątki odczyta panu szanowny pisarz, imć Bona.

Po ukończeniu czytania sędzia zbliżył się do leżącego wciąż Fabrycego i dał mu przejrzeć w matczynym liście ustępy, których odpis odczytano. Fabrycy dostrzegł słowa: „niesprawiedliwe uwięzienie, okrutna kara za niespełnioną zbrodnię”, i zrozumiał, co spowodowało te odwiedziny. Zresztą, przepełniony wzgardą dla sędziów bez sumienia, rzekł tylko tyle:

– Jestem chory, panowie, śmiertelnie osłabiony; darujcie mi, że nie mogę wstać.

Po wyjściu sędziów Fabrycy długo jeszcze płakał, po czym rzekł: „Byłżebym obłudnikiem? Zdawało mi się, że go nie kocham.”

Tego dnia i następnych dni Klelia była bardzo smutna; wołała Fabrycego kilka razy, ale ledwie miała siłę rzec mu kilka słów. Rano, piątego dnia po pierwszym widzeniu, powiedziała mu, że wieczorem przyjdzie do kaplicy z marmuru.

– Mogę panu powiedzieć tylko kilka słów – rzekła, wchodząc. Drżała tak, że musiała się wesprzeć na pannie służącej. Następnie, wyprawiwszy ją z kaplicy, rzekła: – Da mi pan słowo honoru – dodała ledwie dosłyszalnym głosem – da mi pan słowo honoru, że będzie pan posłuszny księżnej i że pan spróbuje uciec w dniu, w którym ona panu każe, i w sposób, który panu zaleci; lub też jutro rano udaję się do klasztoru i przysięgam, że w życiu nie odezwę się do pana.

Fabrycy milczał.

– Niech pan przyrzeknie – rzekła Klelia ze łzami w oczach, jakby nieprzytomna – lub rozmawiamy z sobą ostatni raz. Życie, do jakiego mnie pan zmusza, jest straszne: jest pan tu z mojej przyczyny, a każdy dzień może się stać ostatnim dniem pańskiego istnienia. – To mówiąc, Klelia osłabła tak, że musiała się oprzeć o ogromny fotel, pomieszczony niegdyś pośrodku kaplicy na intencję dostojnego więźnia; była bliska omdlenia.

– Co mam przyrzec? – spytał Fabrycy, przybity.

– Wie pan dobrze.

– Przysięgam tedy rzucić się świadomie w okropne nieszczęście i skazać się na życie z dala od najdroższej mi istoty.

– Niech pan przyrzeka rzeczy konkretne.

– Przysięgam być posłuszny księżnej i uciec w dniu, w którym ona zechce i jak zechce. I cóż się ze mną stanie z dala od pani?

– Niech pan przysięgnie, że pan ucieknie, co bądź by się mogło zdarzyć.

– Jak to! Gotowa jest pani zaślubić margrabiego Crescenzi, skoro mnie tu już nie będzie?

– O Boże! cóż pan ma za pojęcie o mnie?… Ale niech pan przysięgnie lub dusza moja nie będzie miała chwili spokoju.

– Więc dobrze, przysięgam, że ucieknę stąd w dniu, w którym pani Sanseverina rozkaże, co bądź by się mogło zdarzyć do tej pory.

Uzyskawszy tę przysięgę, Klelia uczuła się tak słaba, iż podziękowawszy Fabrycemu, musiała się oddalić.

– Wszystko było gotowe do mej ucieczki jutro rano – rzekła – w razie gdyby się pan upierał zostać. Widziałabym pana w tej chwili ostatni raz w życiu, ślubowałam to Madonnie. Teraz, skoro tylko będę mogła wyjść z pokoju, pójdę zbadać ów straszliwy mur pod nowym kamieniem w balustradzie.

Nazajutrz była tak blada, że widok jej sprawiał Fabrycemu żywą przykrość. Rzekła mu z okna ptaszkarni:

– Nie róbmy sobie złudzeń, drogi przyjacielu; uczucie nasze jest grzeszne i nie wątpię, że przyniesie nam nieszczęście. Odkryją cię, gdy będziesz próbował uciekać, będziesz zgubiony na zawsze, jeśli nie gorzej; bądź co bądź, trzeba uczynić zadość rozsądkowi ludzkiemu, który nam każe ważyć się na wszystko. Aby się spuścić z wielkiej wieży, trzeba mocnego sznura na przeszło dwieście stóp. Mimo starań, jakie rozwinęłam od czasu, jak znam projekt księżnej, zdołałam zgromadzić zaledwie jakich pięćdziesiąt stóp. Na rozkaz gubernatora wszystkie liny, jakie znajdowały się w fortecy, są palone, a co wieczór zdejmuje się sznury ze studzien, tak słabe zresztą, że często pękają pod tym niewielkim ciężarem. Ale niech pan prosi Boga, aby mi przebaczył – zdradzam ojca i pracuję, wyrodna córka, nad tym, aby mu sprawić śmiertelną zgryzotę. Módl się do Boga za mnie i jeżeli ocalisz życie, złóż ślub, że obrócisz wszystkie chwile ku Jego chwale.

Oto myśl, jaka mi przyszła: za tydzień opuszczę cytadelę, aby być na weselu jednej z sióstr margrabiego Crescenzi. Wrócę wieczorem, jak każe przyzwoitość, ale zrobię wszystko, aby wrócić bardzo późno; może Barbone nie będzie śmiał rewidować mnie bardzo ściśle. Na tym ślubie siostry margrabiego będą obecne największe damy, z pewnością i pani Sanseverina. Na imię Boga! postaraj się, aby jedna z tych pań wręczyła mi paczkę sznurów, zwiniętych, niezbyt grubych i sprowadzonych do najmniejszych rozmiarów. Choćbym się miała tysiąc razy narazić na śmierć, użyję nawet najniebezpieczniejszych środków, aby przemycić ten sznur do cytadeli, z podeptaniem, niestety, wszystkich obowiązków. Jeśli ojciec mój dowie się o tym, nie ujrzę już pana nigdy; ale jakikolwiek los mnie czeka, będę szczęśliwa w granicach siostrzanej przyjaźni, o ile zdołam się przyczynić do twego ocalenia.

Tegoż wieczora przy pomocy sygnałów Fabrycy powiadomił księżnę o jedynej sposobności przemycenia do cytadeli znacznej ilości sznura. Ale błagał ją o tajemnicę, nawet, co wydało się dziwne, wobec hrabiego. „Oszalał – pomyślała księżna – więzienie go odmieniło, bierze rzeczy tragicznie.” Nazajutrz ołowiana kula, wystrzelona przez procarza, przyniosła więźniowi wiadomość o największym niebezpieczeństwie; osoba podejmując się przemycić sznury ratuje mu – powiadano w liście – dosłownie życie. Fabrycy przekazał natychmiast tę wiadomość Klelii. Ta ołowiana kula przyniosła też Fabrycemu dokładny rysunek zachodniego muru, po którym miał się spuścić z wielkiej wieży w miejscu między dwiema basztami; z tego miejsca później łatwo było umknąć, ile że szaniec miał, jak wspomnieliśmy, tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i strzeżono go niezbyt czujnie. Na odwrotnej stronie planu wypisany był maczkiem wspaniały sonet – jakaś szlachetna dusza zagrzewała Fabrycego, aby uciekał, by nie dał sobie kazić duszy i niszczyć ciała jedenastoma latami niewoli, które miał jeszcze znosić.

Tu musimy przerwać na chwilę historię tego śmiałego przedsięwzięcia; potrzebny jest szczegół, który częściowo tłumaczy, jak księżna zdobyła się na to, aby doradzać Fabrycemu tę niebezpieczną ucieczkę.

Jak wszystkie stronnictwa, które nie są przy władzy, stronnictwo Raversi nie było bardzo zgodne. Kawaler Riscara nienawidził poborcy Rassiego, obwiniając go, że przez niego przegrał ważny proces, w którym, nawiasem mówiąc, Riscara nie miał słuszności. Za sprawą Riscary książę otrzymał anonimową wiadomość, iż wyrok na Fabrycego przesłano oficjalnie gubernatorowi cytadeli. Margrabina Raversi, przemądra główka stronnictwa, bardzo wzięła za złe ten fałszywy krok i ostrzegła swego przyjaciela, generalnego poborcę, uważając za bardzo proste, że chciał coś wycisnąć z ministra, dopóki Mosca był przy władzy. Rassi stawił się nieustraszenie w pałacu, myśląc, że się wykpi ze sprawy ceną paru kopnięć nogą; książę nie mógł się obejść bez zdatnego prawnika, a Rassi kazał wygnać, jako liberałów, pewnego sędziego i adwokata, jedynych ludzi w kraju, którzy mogliby zająć jego miejsce.

Książę, nieprzytomny z wściekłości, obrzucił go obelgami i ruszył ku niemu, chcąc go bić.

– Ha, trudno, to przeoczenie sekretarza – odparł Rassi z najzimniejszą krwią – litera prawa nakazuje tę formalność, która powinna była być dopełniona nazajutrz po przyjęciu pana del Dongo do cytadeli. Gorliwy sekretarz myślał, że zapomniano o tym, i dał mi widocznie do podpisu akt jako rzecz czysto formalną.

– I ty myślisz, że wmówisz we mnie tak niezdarne kłamstwo? – wykrzyknął książę wściekły. – Powiedz raczej, żeś się sprzedał temu ladaco Mosca i że ci za to dał order. Ale, do kroćset, nie skończy się na paru kuksańcach; oddam cię pod sąd, wypędzę cię haniebnie.

– Niech Wasza Wysokość odda mnie pod sąd – odparł Rassi z flegmą (wiedział, że to jest niezawodny sposób uspokojenia księcia) – prawo jest za mną, a Wasza Wysokość nie ma drugiego Rassiego, aby je obejść. Nie da mi książę dymisji, ponieważ przychodzą na księcia chwile srogości; wówczas łaknie książę krwi, ale równocześnie chciałby zachować szacunek uczciwych Włochów; ten szacunek jest warunkiem sine qua non dla ambicji Waszej Wysokości. Słowem, weźmie mnie książę z powrotem przy pierwszym okrucieństwie, którego charakter księcia będzie się domagał, ja zaś, jak zawsze, postaram się o bardzo legalny wyrok, wydany przez wystraszonych i dość przyzwoitych sędziów, który to wyroczek uczyni zadość namiętnościom Waszej Wysokości. Niech mi książę znajdzie w całym państwie człowieka równie pożytecznego jak ja!

To rzekłszy, Rassi uciekł; wykpił się ceną jednego kułaka i paru kopnięć. Opuściwszy pałac udał się do swego majątku w Riva; lękał się nieco jakiegoś pchnięcia sztyletu w pierwszej chwili gniewu, ale nie wątpił, że nim miną dwa tygodnie, kurier wezwie go do stolicy. Czas spędzony na wsi zużył na zorganizowanie pewnego sposobu porozumiewania się z hrabią Mosca, był szalenie zakochany w tytule barona, rozumiał zaś, iż książę zbyt wysoko szanuje tę ongi wzniosłą rzecz, szlachectwo, aby mu je nadać kiedykolwiek; podczas gdy hrabia, bardzo dumny ze swego urodzenia, cenił jedynie szlachectwo dające się wywieść dokumentami sprzed 1400 roku.

Generalny poborca nie omylił się w przewidywaniach: ledwie tydzień spędził w swoim majątku, kiedy przyjaciel księcia, który zajechał tam przypadkiem, poradził mu, aby wrócił do Parmy bez zwłoki. Książę przyjął go, śmiejąc się, po czym przybrał minę bardzo poważną i kazał mu przysiąc na Ewangelię, że zachowa w tajemnicy to, co mu książę powie. Rassi przysiągł z wielką powagą, książę zaś z okiem płonącym nienawiścią wykrzyknął, że nie będzie się czuł panem u siebie, póki Fabrycy del Dongo będzie żywy.

– Nie mogę – dodał – ani wypędzić księżnej, ani znieść jej obecności; oczy jej urągają mi i nie dają mi żyć.

Pozwoliwszy się księciu wygadać, Rassi, udając najżywsze zakłopotanie, zawołał w końcu:

– Wola Waszej Dostojności jest rozkazem, bez wątpienia, ale rzecz jest piekielnie trudna: nie ma sposobu skazać del Donga na śmierć za zabójstwo jakiegoś Gilettiego; to już była nie lada sztuka wycisnąć z tego dwanaście lat twierdzy. Co więcej, podejrzewam księżnę, że wyszukała trzech chłopków, którzy pracowali przy wykopaliskach w Sanguigna i którzy nie siedzieli w rowie w chwili, gdy ten Giletti napadł Fabrycego.

– I gdzież są ci świadkowie? – rzekł książę, wściekły.

– Ukryci w Piemoncie, jak sądzę. Trzeba by sprzysiężenia na życie Waszej Dostojności…

– Ten środek ma swoje niebezpieczeństwa – rzeki książę – nasuwa myśli…

– A jednak – rzeki Rassi z udaną naiwnością – to cały mój urzędowy arsenał.

– Zostaje trucizna…

– Ale kto ją poda? Czy ten dudek Conti?

– Hm, wedle tego, co mówią, nie byłaby mu to pierwszyzna.

– Trzeba by go rozjuszyć – odparł Rassi – zresztą wówczas gdy się załatwiał z kapitanem, nie miał trzydziestu lat, był zakochany i o wiele mniejszy tchórz niż dzisiaj. Bez wątpienia wszystko powinno ustąpić racji stanu; ale tak na poczekaniu i na pierwszy rzut widzę dla wykonania rozkazów monarchy jedynie niejakiego Barbone, pisarza więziennego, którego imć del Dongo obalił na ziemię, dając mu policzek w chwili załatwiania formalności przyjęcia.

Skoro raz książę się rozgadał, rozmowa potoczyła się gładko; zakończył ją, udzielając generalnemu poborcy miesiąca zwłoki; Rassi żądał dwóch. Nazajutrz otrzymał tysiąc cekinów gratyfikacji. Trzy dni namyślał się; czwartego wrócił do rozumowania, które mu się zdawało oczywiste: „Jeden Mosca będzie miał serce dotrzymać mi słowa, ponieważ robiąc mnie baronem, daje mi coś, czego nie szanuje; secundo, ostrzegając go, unikam prawdopodobnie zbrodni, za którą jestem mniej więcej z góry zapłacony; tertio, mszczę się za pierwsze upokorzenia, których doznał kawaler Rassi.”

Następnej nocy powtórzył hrabiemu Mosca rozmowę z księciem.

Hrabia nadskakiwał po kryjomu księżnej; prawda, że odwiedzał ją ledwie raz albo dwa razy na miesiąc, ale prawie co tydzień, gdy znalazł sposobność mówienia o Fabrycym, księżna w towarzystwie Chekiny przychodziła późnym wieczorem spędzić kilka chwil w ogrodzie hrabiego. Umiała oszukać nawet oddanego woźnicę, który myślał, że pani jego bawi z wizytą w sąsiednim domu. Można się domyślić, że hrabia, otrzymawszy straszliwe zwierzenie Rassiego, przesłał natychmiast księżnej umówiony sygnał. Mimo że było po północy, poprosiła go przez Chekinę, aby przybył natychmiast. Hrabia, uszczęśliwiony jak kochanek tym pozorem schadzki, wahał się wszakże wszystko powiedzieć księżnej; lękał się, aby nie oszalała z rozpaczy.

Przygotowawszy półsłówkami złowrogą wiadomość, powiedział jej w końcu wszystko – nie był zdolny dochować sekretu, gdy ona nalegała. Od dziewięciu miesięcy nieszczęście przepalało tę duszę z płomienia, zahartowało ją: toteż księżna nie wybuchnęła płaczem ani skargami.

Nazajutrz wieczór kazała dać Fabrycemu sygnał wielkiego niebezpieczeństwa: „Ogień w zamku!”

Odpowiedział natychmiast: „Czy moje książki spłonęły?”

Tej samej nocy zdołała mu szczęśliwie przesłać list w ołowianej kuli. Było to w tydzień po weselu siostry margrabiego Crescenzi, gdzie księżna popełniła straszliwą nieopatrzność, z której zdamy sprawę w swoim miejscu.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Blisko na rok przed ową epoką nieszczęść zdarzyło się księżnej osobliwe spotkanie; jednego wieczora, kiedy była luna, jak mówi się w tych stronach, udała się niespodziewanie do swego pałacyku w Sacca, za Colomo, na wzgórzu rozciągającym się nad Padem. Z przyjemnością upiększała ten zakątek; lubiła rozległy las, wieńczący wzgórze i przylegający do zamku; wytyczyła w nim ścieżki wijące się malowniczo.

– Porwą panią któregoś dnia zbójcy, piękna pani – rzeki jej raz książę Ernest – niepodobna, aby las, o którym wiedzą, że pani się po nim przechadza, pozostał bezludny. – Książę zerknął na hrabiego, którego zazdrość chciał podrażnić.

– Niczego się nie boję, Wasza Dostojność, kiedy się przechadzam w moich lasach – odparła niewinnie księżna. – Dodaje mi otuchy ta myśl: „Nie zrobiłam nikomu nic złego, któż miałby mnie nienawidzić?”

Uznano tę odpowiedź za mocno zuchwałą: przypominała docinki miejscowych liberałów, ludzi bardzo bezczelnych.

Podczas wspomnianej przechadzki przyszły pani Sanseverina na myśl słowa książęce na widok licho odzianego człowieka, który szedł za nią z daleka. Na jakimś nieoczekiwanym zakręcie człowiek ten znalazł się tak blisko niej, że się zlękła. Pod pierwszym wrażeniem krzyknęła na gajowego, który został o tysiąc kroków przy klombie kwiatów, tuż kolo pałacu. Nieznajomy miał czas zbliżyć się i rzucił się jej do nóg. Był młody, bardzo przystojny, ale straszliwie obdarty; odzież jego miała dziury na stopę długie, ale oczy tryskały płomieniem.

– Jestem skazany na śmierć, jestem lekarz Ferrante Palla, umieram z głodu wraz z pięciorgiem dzieci.

Księżna zauważyła, że był straszliwie chudy; ale oczy jego były tak piękne i pełne tak tkliwego ognia, że odjęły jej wszelką obawę. „Palagi68 – pomyślała – powinien by dać takie oczy Świętemu Janowi na pustyni, którego właśnie namalował dla katedry.”Myśl o świętym Janie zbudziła się w niej na widok straszliwej chudości Ferranta. Księżna dała mu trzy cekiny, które miała w sakiewce, przepraszając, że daje tak mało, ale że właśnie zapłaciła rachunek ogrodnikowi. Ferrante podziękował z uniesieniem.

– Ach – rzekł – niegdyś mieszkałem w mieście, widywatem wykwintne kobiety; od czasu jak, spełniając obowiązek obywatela, ściągnąłem na siebie wyrok śmierci, żyję w lasach! Szedłem za panią nie aby prosić jałmużny lub okraść panią, ale jak dziki urzeczony anielską pięknością. Od dawna już nie widziałem pięknych białych rąk.

– Niechże pan wstanie – rzekła księżna, gdy wciąż klęczał.

– Niech mi pani pozwoli tak zostać – rzekł Ferrante – ta pozycja dowodzi mi, że nie jestem w tej chwili złodziejem; uspokaja mnie; bo trzeba pani wiedzieć, że ja kradnę, aby żyć, od czasu jak mi nie pozwalają wykonywać mego rzemiosła. Ale w tej chwili jestem jedynie prostym śmiertelnikiem, który ubóstwia cud piękna.

Księżna zrozumiała, że to po trosze wariat, ale nie zlękła się; widziała w oczach tego człowieka gorącą i prawą duszę, dosyć zresztą lubiła niezwykłe fizjonomie.

– Jestem tedy lekarzem i romansowałem z żoną aptekarza Sarasine w Parmie; zdybał nas i wypędził ją, zarówno jak troje dzieci, o których słusznie podejrzewał, że są ode mnie, nie od niego. Obdarzyła mnie jeszcze dwojgiem dzieci później. Matka i dzieci żyją w ostatecznej nędzy, w szałasie zbudowanym moimi rękami w lesie, o milę stąd. Trzeba mi się strzec żandarmów, a biedna kobieta nie chce się ze mną rozłączać. Skazano mnie na śmierć, i słusznie: spiskowałem. Nienawidzę księcia, który jest tyranem. Nie mogłem uciec z braku pieniędzy. Ale nieszczęście moje sięga o wiele głębiej; powinienem tysiąc razy odebrać sobie życie; nie kocham już nieszczęśliwej, która mi dała pięcioro dzieci i zgubiła się dla mnie; kocham inną. Ale jeśli się zabiję, dzieci i matka umrą dosłownie z głodu. – Słowa te miały akcent szczerości.

– Ale jak pan żyje? – spytała księżna, wzruszona.

– Matka tych dzieci przędzie; starsza córka pasie owce u pewnego liberała; ja kradnę na gościńcu między Piacenzą a Genuą.

– Jakże pan godzi kradzież ze swoimi liberalnymi zasadami?

– Prowadzę rejestr ludzi, których okradam, i jeśli kiedy będę miał coś, zwrócę im. Oceniam, że trybun taki jak ja spełnia pracę, która z racji swego niebezpieczeństwa warta jest z pewnością sto franków na miesiąc; toteż nie biorę nigdy więcej niż tysiąc dwieście franków rocznie. To jest, mylę się: kradnę jeszcze jakąś sumkę ponadto, pokrywam bowiem tym sposobem koszt druku moich dzieł.

– Jakich dzieł?

– Czy… będzie miała kiedy izbę i budżet?

– Jak to – rzekła księżna, zdumiona – to pan jest jednym z największych poetów epoki, sławnym Ferrante Palla?

– Sławnym może, ale bardzo nieszczęśliwym z pewnością.

– I człowiek z pańskim talentem zmuszony jest kraść, aby żyć?

– Dlatego może mam talent. Dotąd nasi autorzy, cieszący się rozgłosem, byli to ludzie płatni przez rząd albo przez kler, który chcieli podkopywać. Ja, primo: narażam życie; secundo: niech pani sobie wyobrazi refleksje, jakie mną miotają, kiedy idę kraść. „Czy ja mam prawo? – powiadam sobie. – Czy praca trybuna oddaje usługi warte sto franków miesięcznie?” Mam dwie koszule, ubranie, które pani widzi, lichą broń i jestem pewien, że skończę na szubienicy; śmiem mniemać, że jestem bezinteresowny. Byłbym szczęśliwy, gdyby nie ta nieszczęsna miłość, która zatruła mi życie przy matce moich pięciorga dzieci. Bieda ciąży mi przez swoją szpetotę: lubię ładne suknie, białe ręce…

Patrzał na ręce księżnej tak, że strach ją ogarnął.

– Żegnam pana – rzekła – czy mogę panu zdać się na co w Parmie?

– Niech pani pomyśli czasem o tym: zadaniem moim jest budzić serca i nie dać im usnąć w fałszywym i niskim szczęściu, jakie daje ustrój monarchiczny. Czy usługi, jakie oddaję rodakom, warte są stu franków miesięcznie?… Nieszczęściem moim jest to, że kocham – rzekł bardzo łagodnie – od dwóch lat dusza moja zajęta jest tylko panią, ale dotąd widywałem panią, nie strasząc cię.

To rzekłszy, uciekł z zawrotną chyżością, która zdumiała księżnę i uspokoiła ją. „Żandarmi niełatwo go dogonią – pomyślała – w istocie to wariat.”

– To wariat – powiedziała jej służba – wiemy od dawna, że biedaczysko kocha się w jaśnie pani; ilekroć pani jest tutaj, widzimy go, jak błądzi po leśnych wzgórzach, skoro zaś pani odjedzie, przychodzi siadać w miejscach, w których pani się zatrzymała, zbiera skrzętnie kwiaty, które opadły z pani bukietu, i przechowuje je długo, przypięte do dziurawego kapelusza.

– I wyście mi nie mówili o tych szaleństwach – rzekła księżna niemal z wymówką.

– Baliśmy się, aby jaśnie pani nie powiedziała o tym panu ministrowi Mosca. Biedny Ferrante jest taki dobry! Nigdy nie zrobił nikomu nic złego, a na śmierć skazali go za to, że kocha naszego Napoleona.

Nie powiedziała ministrowi o tym spotkaniu, że zaś od czterech lat była to pierwsza tajemnica przed nim, dziesięć razy musiała sobie przerywać w ciągu zdania. Wróciła do Sacca z zapasem złota, ale Ferrante nie zjawił się. Wróciła w dwa tygodnie później: Ferrante szedł za nią jakiś czas, przekradając się lasem o sto kroków, po czym spadł na nią z chyżością i jastrzębia i rzucił się jej do kolan, jak pierwszym razem.

– Gdzie pan był przed dwoma tygodniami?

– W górach, za Novi; rabowałem mulników wracających z Mediolanu, gdzie sprzedali oliwę.

– Niech pan weźmie tę sakiewkę.

Ferrante otworzył sakiewkę, wziął cekina, którego ucałował i schował na i piersiach, po czym oddał ją.

– Oddaje mi pan tę sakiewkę, a kradnie pan!

– Oczywiście! to moja zasada, aby nigdy nie mieć więcej niż sto franków: otóż obecnie matka moich dzieci ma osiemdziesiąt franków, a ja mam dwadzieścia pięć, przekroczyłem zasadę o pięć franków i gdyby mnie powieszono w tej chwili, miałbym wyrzuty. Wziąłem tego cekina, bo pochodzi od pani i ponieważ panią kocham.

Słowo to wymówił z doskonałą prostotą. „Kocha naprawdę” – rzekła sobie księżna.

Tego dnia Ferrante wydawał się zupełnie obłąkany. Powiadał, że ma w Parmie kogoś, kto mu jest winien sześćset franków, i że za te pieniądze naprawiłby chatkę, w której obecnie biedne jego dzieci ziębią się.

– Ja panu zaliczę z góry tych sześćset franków – rzekła księżna, wzruszona.

– Ale czy wówczas wrogowie nie będą mogli spotwarzyć mnie, człowieka publicznego, i powiedzieć, że się sprzedaję?

Rozczulona księżna ofiarowała mu schronienie w Parmie, jeśli zechce jej przyrzec, że na razie nie będzie działał w tym mieście, a zwłaszcza że nie wykona żadnego z wyroków śmierci, które ma, jak powiada, in petto69.

– A jeżeli mnie powieszą wskutek mej nierozwagi – rzekł poważnie Ferrante – wszystkie te łajdaki, tak zgubne dla ludu, będą żyć długie lata, i czyja to będzie wina? Co powie mój ojciec przyjmując mnie tam w górze?

Księżna mówiła doń długo o jego drobnych dzieciach, które wilgoć może przyprawić o śmiertelną chorobę; w końcu przyjął propozycję.

Książę Sanseverina w ciągu jednego dnia, jaki spędził w Parmie od czasu swego małżeństwa, pokazał księżnej osobliwą kryjówkę znajdującą się w południowym rogu pałacu tego nazwiska. Mur fasady pochodzący ze średnich wieków ma osiem stóp grubości; wydrążono go, i tam znajduje się skrytka na dwadzieścia stóp wysoka, ale tylko na dwie szeroka. Tuż obok można podziwiać zbiornik wody cytowany we wszystkich opisach podróży, słynne dzieło z XII wieku, wykonane w czasie oblężenia Parmy przez cesarza Zygmunta, a później włączone w obręb pałacu Sanseverina.

Wchodzi się do tej skrytki, poruszając ogromny kamień na żelaznej osi, pomieszczonej blisko środka tego ciosu. Księżna była tak głęboko wzruszona szaleństwem Ferranta i losem jego dzieci, których imieniem uparcie odtrącał wszelką darowiznę, iż pozwoliła mu dość długo używać tej skrytki. Spotkała go w miesiąc później, znów w lasach koło Sacca, że zaś tego dnia był spokojniejszy, wyrecytował jej sonet, który wydał się księżnej czymś wyższym od wszystkiego, co napisano we Włoszech od dwóch wieków. Ferrante uzyskał kilka schadzek; ale miłość jego rozpaliła się i stała się natarczywa, księżna spostrzegła, że ta namiętność podlega prawom wszelkiej miłości, gdy się jej użyczy bodaj promyczka nadziei. Wyprawiła go z powrotem do lasu, zabroniła mu mówić do siebie; usłuchał natychmiast z zupełną uległością. Tak się rzeczy miały w chwili, gdy uwięziono Fabrycego. W trzy dni później, o zmroku, jakiś kapucyn zjawił się u bram pałacu Sanseverina; miał – jak mówił – ważną tajemnicę dla pani domu. Była tak nieszczęśliwa, że kazała go wpuścić; był to Ferrante.

– Dzieje się tu nowa niesprawiedliwość, którą trybun ludu musi się zająć – rzekł ten człowiek oszalały z miłości. – Z drugiej strony, jako prywatna jednostka, mogę oddać pani Sanseverina jedynie moje życie i przynoszę je jej.

To tak szczere oddanie złodzieja i szaleńca wzruszyło żywo księżnę. Długo rozmawiała z tym człowiekiem, który uchodził za największego poetę północnych Włoch, i płakała długo. „Oto człowiek, który rozumie moje serce” – powiadała sobie. Nazajutrz zjawił się znowu, wciąż o zmroku, przebrany za lokaja w liberii.

– Nie opuszczałem Parmy; słyszałem ohydę, której usta moje nie powtórzą, ale oto jestem. Niech pani pomyśli, księżno, co pani odtrąca! Człowiek, którego pani widzi przed sobą, to nie lalka dworska, ale człowiek! – klęczał, wymawiając te słowa z wyrazem twarzy, który dodawał im wagi. Wczoraj – dodał – powiedziałem sobie: „Płakała w mojej obecności; jest tedy mniej nieszczęśliwa.”

– Ależ niech pan pomyśli o niebezpieczeństwie: pochwycą pana w tymi mieście.

– Trybun odpowie: „Pani, czymże jest życie, kiedy przemawia obowiązek?” Człowiek nieszczęśliwy, który ku swej boleści nie płonie już namiętnością cnoty, odkąd go pali miłość, doda: „Księżno, Fabrycy, dzielny człowiek, może zginie; niech pani nie odtrąca drugiego dzielnego człowieka, który się pani ofiarowuje! Oto ciało z żelaza i dusza, która lęka się na całym świecie jedynie twej niechęci.”

– Jeżeli mi pan wspomni jeszcze o swoich uczuciach, zamknę panu drzwi na zawsze.

Księżna miała tego wieczora zamiar oznajmić Ferrantemu, że wyznacza pensyjkę dla jego dzieci, ale zlękła się, aby mu się to nie stało okazją do odebrania sobie życia!

Zaledwie wyszedł, księżna, pełna złowrogich przeczuć, rzekła sobie: „I ja mogę umrzeć; i dałby Bóg, aby się to stało – i rychło! – Gdybym znalazła człowieka godnego tego imienia, któremu mogłabym powierzyć biednego Fabrycego.”

Jedna myśl przyszła księżnej: wzięła kawałek papieru i pismem, w które wplotła nieliczne, znajome sobie terminy prawnicze, stwierdziła, że otrzymała od imć Ferrante Palla dwadzieścia tysięcy franków, pod warunkiem płacenia dożywotniej renty pani Sarasine i jej pięciorgu dzieciom. Księżna dodała: „Co więcej, zapisuję trzysta franków rocznie dożywotnio każdemu z dzieci, pod warunkiem, że Ferrante Palla otoczy opieką lekarską bratanka mego Fabrycego del Dongo i będzie mu bratem. Proszę go o to.” Podpisała, położyła datę sprzed roku i schowała ten papier.

W dwa dni później Ferrante zjawił się znowu. Było to w chwili, gdy całym państwem wstrząsnęła pogłoska o bliskiej egzekucji Fabrycego. Czy ten smutny obrządek odbędzie się w cytadeli, czy pod drzewami promenady? Wiele osób z ludu przechadzało się tego wieczora pod cytadelą, starając się dojrzeć, czy wznoszą rusztowanie; widok ten przejął Ferranta. Zastał księżnę we łzach, niezdolną do rozmowy; pozdrowiła go ręką i wskazała mu krzesło. Ferrante, przebrany tego dnia za kapucyna, był wspaniały; zamiast usiąść, padł na kolana i modlił się żarliwie półgłosem. W chwili gdy księżna uspokoiła się nieco, przerwał na chwilę modlitwę, aby rzec te słowa:

68.Pelagio Palagi (1775–1860) – włoski malarz, rzeźbiarz i architekt. [przypis redakcyjny]
69.in petto – w sercu. [przypis redakcyjny]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
19 haziran 2020
Hacim:
590 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: