Kitabı oku: «Pustelnia parmeńska», sayfa 31
Dowiedział się raz przez służbę margrabiny, wśród której miał ludzi na swym żołdzie, iż wydała rozkazy, aby przygotowano na następny dzień lożę casa Crescenzi w wielkim teatrze. Mijał już rok, jak margrabina nie była na żadnym widowisku: tenor, który budził w tej chwili zachwyty i wypełniał salę, skłonił ją do uczynienia wyłomu w swoich obyczajach. Pierwszym odruchem Fabrycego była bezmierna radość. „Wreszcie będę mógł ją widzieć cały wieczór! Powiadają, że jest bardzo blada.” Starał się wyobrazić sobie, jak może wyglądać ta urocza głowa, umęczona walkami duszy.
Przyjaciel jego, Lodovico, stroskany wielce tym, co nazywał szaleństwem swego pana, dostał, ale z wielkim trudem, lożę na czwartym piętrze, prawie na wprost margrabiny. Jedno nasunęło się Fabrycemu: „Mam nadzieję obudzić w niej chęć przybycia na kazanie i wybiorę kościół bardzo mały, aby móc ją dobrze widzieć”. Fabrycy kazał zazwyczaj o godzinie trzeciej. Rano w dniu, w którym margrabina miała iść do teatru, oznajmił, że ważne obowiązki zatrzymają go w konsystorzu cały dzień, będzie tedy wyjątkowo kazał o wpół do dziewiątej w kościółku wizytek, tuż naprzeciw pałacu Crescenzi. Lodovico wręczył siostrom wizytkom mnogość świec z prośbą o jarzące oświecenie kościoła. Posłano całą kompanię grenadierów i pomieszczono szyldwacha z nastawionym bagnetem przed każdą kaplicą, aby zapobiec kradzieżom.
Kazanie zapowiedziano dopiero na wpół do dziewiątej, a o drugiej kościół był pełny; można sobie wyobrazić zgiełk na samotnej uliczce, nad którą górowała szlachetna architektura pałacu Crescenzi. Fabrycy polecił oznajmić, iż na cześć Najświętszej Panny Litosnej będzie kazał o litości, jaką szlachetna dusza winna mieć dla nieszczęśliwego, nawet gdyby zawinił.
Przebrany najstaranniej, Fabrycy udał się do swej loży w chwili, gdy otwarto teatr, nim jeszcze zapalono światła. Przedstawienie zaczynało się koło ósmej: jakoż w kilka minut później miał radość, której niczyja dusza nie zdołała pojąć, o ile jej nie doznała: ujrzał, iż loża Crescenzich otwiera się; po chwili weszła margrabina; nie widział jej tak dobrze od owego dnia, w którym mu dała swój wachlarz. Fabrycy miał uczucie, że radość go zadławi; czuł taki przypływ wzruszenia, że pomyślał: „Może umrę! Cóż za uroczy sposób skończenia tego smutnego życia! Może padnę w tej loży; wierni zebrani u wizytek nie ujrzą mnie dziś, a jutro dowiedzą się, że przyszłego arcybiskupa znaleziono w loży w Operze, przebranego za lokaja, w liberii! Bądź zdrowa, reputacjo! I co mi reputacja!”
Bądź co bądź, była już blisko dziewiąta. Fabrycy przemógł się; opuścił lożę na czwartym piętrze i z wysiłkiem dowlókł się do schronienia, gdzie miał zrzucić liberię i wdziać stosowne szaty. Dopiero koło dziewiątej przybył do wizytek, tak blady i osłabiony, iż szmer rozległ się w kościele, że koadiutor nie będzie mógł kazać tego wieczora. Można sobie wyobrazić, jakimi staraniami otoczyły go zakonnice u krat wewnętrznej rozmównicy, gdzie się schronił. Damy te mówiły bardzo wiele; Fabrycy poprosił, aby go chwilę zostawiono samego, po czym wstąpił na kazalnicę. Jeden z sekretarzy oznajmił mu koło trzeciej, że kościół wizytek jest zupełnie pełny, ale samego pospólstwa, znęconego widocznie iluminacją. Wchodząc na kazalnicę Fabrycy był mile zdziwiony, widząc wszystkie krzesła zajęte przez wytworną młodzież oraz przez najwybitniejsze osobistości.
Kazanie zaczęło się słowami usprawiedliwienia, które przyjęto stłumionym okrzykiem zachwytu. Nastąpił pełen pasji opis nieszczęśliwego, nad którym trzeba się litować, aby godnie uczcić Najświętszą Pannę Litosną, co sama tyle wycierpiała na ziemi. Mówca był bardzo wzruszony; były chwile, że zaledwie mógł dobyć tyle głosu, aby go słyszano w każdym zakątku małego kościółka. W oczach wszystkich kobiet, a i wielu mężczyzn, on sam wyglądał na nieszczęśliwego, nad którym trzeba się litować, tak był straszliwie blady. W kilka minut po tym wstępie zauważono, że jest tego wieczoru inaczej nastrojony niż zwykle; smutek jego zdawał się głębszy i bardziej rzewny niż zazwyczaj. Raz spostrzeżono łzy w jego oczach: natychmiast podniósł się powszechny szloch tak głośny, że przerwał wręcz kazanie.
Po tej pierwszej przerwie nastąpiło dziesięć innych; wydawano okrzyki zachwytu, płakano, co chwila słychać było okrzyki: „Och! Panno Najświętsza! Och! Boże!” Wzruszenie wykwintnej publiczności było tak powszechne i niepohamowane, że nikt nie wstydził się wydawać okrzyków, i ci, którzy to czynili, nie zdawali się sąsiadom śmieszni.
W pauzie, jaką jest zwyczaj czynić w połowie kazania, powiedziano Fabrycemu, że absolutnie „nikt nie został w teatrze; jedną jedyną damę widziano jeszcze w loży, margrabinę Crescenzi. W czasie tej pauzy powstał nagle wielki hałas w kościele: to wierni uchwalili wznieść posąg swemu koadiutorowi. Powodzenie drugiej części kazania było szalone, niemal teatralne; miejsce skruchy chrześcijańskiej zajęły okrzyki podziwu zgoła świeckie, tak iż kaznodzieja, zstępując z ambony, uważał za stosowne zwrócić się do słuchaczy z napomnieniem. Opuścili kościół wszyscy naraz, dziwnie skupieni, a wyszedłszy na ulicę jęli oklaskiwać z zapałem wołając: Evviva del Dongo!
Fabrycy spojrzał śpiesznie na zegarek i pobiegł do okienka, które oświecało wąskie przejście na chórze wewnątrz klasztoru. Przez grzeczność dla niezwykłego tłumu, który napełniał ulicę, szwajcar pałacu Crescenzi umieścił tuzin pochodni w żelaznych rękach, które sterczą z murów średniowiecznych pałaców. Po kilku minutach, nim krzyki ustały, zaszedł fakt, którego Fabrycy oczekiwał z takim lękiem: powóz margrabiny, wracając z teatru, zjawił się na ulicy: woźnica musiał się zatrzymać; zaledwie stępa, przy pomocy nawoływań, powóz zdołał dojechać do bramy.
Margrabina była wzruszona niebiańską muzyką, tak jak bywają wzruszone nieszczęśliwe serca; ale o wiele bardziej jeszcze opustoszeniem widowiska, z chwilą gdy dowiedziała się przyczyny, w środku drugiego aktu, gdy cudowny tenor był na scenie, publiczność nawet z krzeseł opuściła miejsca, aby próbować szczęścia i starać się dostać do wizytek. Widząc tłum, który się zatrzymał przed bramą, margrabina zalała się łzami. „Nie zrobiłam złego wyboru” – powiadała sobie.
Ale właśnie z powodu tego rozczulenia oparła się stanowczo naleganiom męża i przyjaciół, którzy nie pojmowali, aby mogła nie chcieć usłyszeć tak zdumiewającego kaznodziei. Dość powiedzieć, mówiono, że zaćmiewa najlepszego tenora w całych Włoszech! „Jeśli go ujrzę, jestem zgubiona!” – powiadała sobie margrabina.
Próżno Fabrycy, którego talent świetniał z każdym dniem, kazał jeszcze kilka dni w kościele obok pałacu Crescenzi; nigdy nie ujrzał Klelii, którą w końcu zaczęło drażnić to zakłócanie spokoju jej cichej ulicy, wobec tego, że już wprzódy wygnano ją z ogrodu.
Przebiegając wzrokiem twarze słuchaczek, Fabrycy zauważył od dość dawna ciemną twarzyczkę, bardzo ładną, z której oczu tryskały płomienie. Te wspaniałe oczy były zwykle skąpane we łzach po kilku słowach kaznodziei. Kiedy Fabrycemu wypadło mówić rzeczy, które go nudziły, chętnie kładł spojrzenie na tej główce, ujmującej młodością. Dowiedział się, że to Aneta Marini, córka i dziedziczka najbogatszego sukiennika w Parmie, zmarłego przed kilku miesiącami.
Niebawem imię Anety, córki sukiennika, znalazło się na wszystkich ustach; zakochała się śmiertelnie w Fabrycym. W porze gdy zaczęły się sławne kazania, była zaręczona z Jakubem Rassi, starszym synem ministra sprawiedliwości, który był jej dość sympatyczny; ale ledwie usłyszała dwa razy monsignora Fabrycego, oświadczyła, że nie chce wyjść za mąż, gdy zaś pytano o przyczynę osobliwej zmiany, odparła, że nie byłoby godne uczciwej dziewczyny wychodzić za mąż, będąc bez pamięci zakochaną w innym. Zrazu rodzina dociekała bezskutecznie, kto mógł być ów inny. Ale palące łzy, jakie Aneta wylewała na kazaniu, wskazały drogę prawdy; kiedy matka i wujowie spytali, czy kocha monsignora Fabrycego, odpowiedziała śmiało, że skoro odkryli prawdę, nie będzie się podliła kłamstwem. Dodała, że nie mając nadziei zaślubienia człowieka, którego ubóstwia, chce bodaj uniknąć widoku pociesznej figury hrabicza Rassi. Śmieszność ta przyczepiona do syna człowieka, którego ścigała zazdrość całego mieszczaństwa, stała się w ciągu dwóch dni bajką całego miasta. Odpowiedź Anety wzbudziła zachwyt, wszyscy powtarzali ją. Mówiono o tym w pałacu Crescenzi, jak mówiono wszędzie.
Klelia nie pisnęła w salonie ani słówka, ale pociągnęła za język służącą i następnej niedzieli, wysłuchawszy mszy w kaplicy swego pałacu, kazała garderobianej wsiąść z sobą do powozu i pojechała na drugą mszę do parafii panny Marini. Zastała tam całą złotą młodzież przybyłą z tegoż powodu; panicze ci trzymali się w pobliżu drzwi. Niebawem uczynił się między nimi wielki ruch, margrabina domyśliła się, że panna Marini wchodzi do kościoła; mogła ją widzieć doskonale i mimo swej pobożności niewiele zwracała uwagi na mszę. Ta mieszczańska piękność uderzyła Klelię swą pewną siebie minką, która, jej zdaniem, przystałaby raczej wieloletniej mężatce. Przy tym nieduża jej figurka była bardzo zgrabna, a oczy, jak powiadają w Lombardii, zdawały się rozmawiać z przedmiotami, na które patrzyła. Margrabina uciekła przed końcem mszy.
Nazajutrz przyjaciele domu Crescenzi, którzy zachodzili co wieczór do pałacu, opowiadali nową śmieszną historyjkę o Anecie. Ponieważ matka, obawiając się jej szaleństw, nie zostawiała córce wiele pieniędzy do rozporządzenia, Aneta ofiarowała wspaniały pierścień z diamentem, podarek ojca, słynnemu Hayez, wówczas bawiącemu w Parmie dla ozdobienia pałacu Crescenzi, i poprosiła go o portret pana del Dongo, ale żądała, aby na portrecie był ubrany po prostu czarno, nie za księdza. Otóż, mówili, wczoraj matka Anety zdumiała się, a bardziej jeszcze zgorszyła, znajdując w pokoju córki wspaniały portret Fabrycego del Dongo, oprawny w najpiękniejszą ramę, jaką wyzłocono w Parmie od dwudziestu lat.
Rozdział dwudziesty ósmy
Porwani wypadkami nie mieliśmy czasu naszkicować komicznej rasy dworaków, od których roi się w Parmie, a którzy robili pocieszne komentarze na temat wspomnianych wypadków. W kraju tym szlachetka, liczący trzy do czterech tysięcy renty, staje się godny figurować w czarnych pończochach przy wstawaniu księcia, przede wszystkim przez to, że nie czytał Woltera ani Rousseau: nietrudny warunek. Trzeba umieć mówić z rozczuleniem o katarze monarchy lub o ostatniej skrzyni minerałów, jaką Otrzymał z Saksonii. Jeżeliś do tego nie opuścił ani razu w roku mszy świętej, jeżeliś mógł zaliczać do grona swych bliskich przyjaciół paru opasłych mnichów, książę raczył się do ciebie odezwać raz do roku, na dwa tygodnie przed lub dwa tygodnie po pierwszym stycznia, co dawało ci mir w parafii, poborca zaś nie śmiał zanadto cię przyciskać, jeżeliś się spóźnił z rocznym podatkiem stu franków, jakim obłożył był twój folwarczek.
Pan Gonzo był to szlachetka tego pokroju, wielce urodzony: oprócz rodowitego mająteczku miał, dzięki wpływom margrabiego Crescenzi, wspaniałą posadę przynoszącą tysiąc sto pięćdziesiąt franków rocznie. Człowiek ten mógł jeść obiad u siebie, ale miał jedną namiętność: był szczęśliwy jedynie wówczas, gdy się znajdował w salonie jakiegoś personata, który mu powiadał od czasu do czasu: „Cicho siedź, Gonzo, jesteś głupiec.” Był to sąd wielce niesprawiedliwy, gdyż Gonzo miał prawie zawsze więcej oleju w głowie niż ów personat. Rozprawiało wszystkim dość przyjemnie; co więcej, gotów był na jedno skinienie pana domu odmienić swój pogląd. Szczerze mówiąc, mimo że ćwiek w interesach, nie miał w głowie ani śladu myśli i kiedy książę nie był zakatarzony, Gonzo był niekiedy w wielkim kłopocie, wchodząc do salonu.
Reputację Gonza w Parmie ustalił wspaniały pierożek, zdobny czarnym piórem, nieco wystrzępionym, który kładł nawet do fraka; ale trzeba było widzieć sposób, w jaki nosił to pióro na głowie czy w ręce: w tym był talent i powaga. Wywiadywal się z prawdziwą troską o zdrowie pieska margrabiny i gdyby ogień wybuchł w pałacu Crescenzi, byłby naraził życie, aby ocalić jeden z tych pięknych foteli krytych złocistym brokatem, który od tylu lat czepiał się jego czarnych jedwabnych spodni, kiedy przypadkiem ośmielił się usiąść na chwilę.
Siedem czy osiem osób tego pokroju przybywało co wieczór o siódmej godzinie do salonu margrabiny Crescenzi. Ledwie usiedli, lokaj wspaniale ubrany w żonkilową liberię ze srebrnymi galonami oraz w czerwoną kamizelkę, która dopełniała przepychu, przychodził zabrać kapelusze i laski nieboraków. Tuż za nim kroczył pokojowiec, przynosząc nieskończenie małą filiżankę kawy na srebrnej filigranowej podstawce; co pół godziny zaś marszałek dworu, przy szpadzie i we wspaniałym francuskim fraku, obnosił lody.
W pół godziny po tych wyświechtanych dworaczkach przychodziło kilku oficerów mówiących bardzo głośno i bardzo wojskowo, dyskutujących zazwyczaj liczbę i rodzaj guzików, jakie powinien mieć mundur żołnierza, aby dowodzący generał mógł odnosić zwycięstwa. Nie byłoby roztropnie zacytować w tym salonie francuski dziennik, choćby nawet nowina okazała się najprzyjemniejsza, na przykład rozstrzelanie pięćdziesięciu liberałów w Hiszpanii, nowinkarz i tak ściągnąłby na siebie odium, że czyta dziennik francuski. Arcydziełem zręczności było dla tych ludzi uzyskać co dziesięć lat podwyżkę pensji o sto pięćdziesiąt franków. W ten sposób książę dzieli ze szlachtą przyjemność władania nad chłopstwem i mieszczaństwem.
Główną figurą salonu Crescenzi był bezspornie kawaler Foscarini, bardzo zacny człowiek; siadywał też po trosze w więzieniu pod każdym rządem. Był członkiem słynnej izby poselskiej, która w Mediolanie odrzuciła prawo oblatów91 przedłożone przez Napoleona, rys bardzo rzadki w historii. Kawaler Foscarini, przez lat dwadzieścia przyjaciel matki margrabiego, zachował wpływ w tym domu. Zawsze miał jakąś opowiastkę na podorędziu, ale nic nie uchodziło jego przenikliwości; toteż młoda margrabina, która czuła się winna w głębi serca, drżała przed nim.
Ponieważ Gonzo żywił szczerą tkliwość dla wszelkiego magnata, który mu mówił grubiaństwa i który mu wyciskał łzy z oczu parę razy na rok, manią jego było oddawać mu drobne usługi; gdyby go nie paraliżowało ubóstwo, byłoby mu się to udawało czasem, ile że nie był pozbawiony sprytu, a zwłaszcza czelności.
Gonzo, taki, jak go znamy, nie miał wielkiego nabożeństwa do margrabiny Crescenzi, ponieważ ani razu nie odezwała się doń niegrzecznie; lecz, bądź co bądź, była to żona słynnego margrabiego Crescenzi, szambelana księżnej-matki, który parę razy na miesiąc mówił doń: „Cicho siedź, Gonzo, jesteś głupiec”.
Gonzo zauważył, że każda wzmianka o Anetce Marini wyprowadza margrabinę na moment z zadumy i obojętności, w jakich tonęła zwykle aż do jedenastej; wówczas przyrządzała herbatę i podawała ją każdemu z obecnych, wołając po nazwisku. Po czym, w chwili gdy miała się udać do siebie, odnajdywała jak gdyby cień wesołości: moment ten wybierano, aby jej powtarzać satyryczne sonety.
Sonety takie umieją pisać we Włoszech doskonale: jest to jedyny rodzaj literatury, który ma tam nieco życia: prawda, iż nie podlega cenzurze. Dworacy casa Crescenzi oznajmiali zawsze sonet tymi słowy: „Czy pani margrabina pozwoli łaskawie wygłosić bardzo lichy sonet?” Kiedy zaś sonet ubawił zgromadzenie i kiedy go powtórzono parę razy. któryś z oficerów nieodzownie wołał: „Minister policji powinien by się tym zająć, aby autor podobnych bezeceństw zadyndał na szubienicy.” Mieszczaństwo, przeciwnie, przyjmuje te sonety z najszczerszym zachwytem, a pisarczyki sprzedają ich kopie.
Z zainteresowania okazanego przez margrabinę Gonzo wyobraził sobie, że zbyt chwalono przed nią urodę małej Marini, która poza tym miała milion posagu, i że margrabina jest o nią zazdrosna. Ponieważ ze swoim wiecznym uśmiechem i bezmierną wzgardą dla wszystkiego, co nie jest szlachtą, Gonzo wciskał się wszędzie, zaraz nazajutrz przybył do salonu margrabiny w kapeluszu z piórem nałożonym w tryumfalny sposób, jak mu się to zdarzało raz lub dwa razy w roku, kiedy książę powiedział doń: „Bądź zdrów, Gonzo”.
Skłoniwszy się z szacunkiem margrabinie, Gonzo nie usiadł jak zazwyczaj na fotelu, który mu podano. Stanął w środku i wykrzyknął prosto z mostu:
– Widziałem portret monsignora del Dongo.
Klelia była tak zaskoczona, że musiała się oprzeć o fotel: próbowała stawiać czoło burzy, ale niebawem opuściła salon.
– Trzeba przyznać, mój dobry Gonzo, że jesteś bardzo niezręczny! krzyknął nań z góry pewien oficer, dojadający czwarte lody. – Jak możesz nie wiedzieć, że koadiutor, który był jednym z najdzielniejszych dowódców armii Napoleona, wypłatał niegdyś haniebnego figla ojcu margrabiny, wymykając się z cytadeli – której dowództwo miał generał Conti – tak jakby sobie wyszedł ze Steccata (główny kościół w Parmie).
– Nie wiem w istocie wielu rzeczy, drogi kapitanie; jestem biedny głupiec, który wciąż strzela bąki.
Ta odpowiedź w smaku czysto włoskim rozśmieszyła towarzystwo kosztem świetnego oficera. Margrabina wróciła niebawem; uzbroiła się w odwagę, nie wolną od nadziei, że ona także będzie mogła podziwiać portret Fabrycego, który tak chwalono. Wspomniała z zapałem o Hayezie, który go wykonał. Bezwiednie słała urocze uśmiechy w stronę Gonza, który złośliwie spoglądał na oficera. Ponieważ inni dworacy oddawali się tej samej przyjemności, oficer uciekł ślubując śmiertelną nienawiść Gonzowi; ten tryumfował, wieczorem zaś, kiedy się żegnał z panią domu, otrzymał zaproszenie na jutrzejszy obiad.
– Nowa historia! – wykrzyknął Gonzo po obiedzie, kiedy służba wyszła – co się dzieje: nasz koadiutor zakochał się w małej Marini!…
Można osądzić wzruszenie Klelii, kiedy usłyszała tę osobliwą wiadomość. Sam margrabia był przejęty.
– Ależ, Gonzo, przyjacielu, strzeliłeś bąka jak zwykle! Powinien byś mówić oględniej o osobie, która miała zaszczyt jedenaście razy grać w wista z Jego Wysokością!
– Otóż, panie margrabio – odparł Gonzo z gruboskórnością właściwą ludziom tego rodzaju – mogę panu przysiąc, że chciałby zagrać i z małą Marini. Ale wystarczy, że te szczegóły nie znajdują łaski w pańskich oczach; już przestały istnieć dla mnie, który przede wszystkim nie chcę urazić mego najukochańszego margrabiego.
Po obiedzie margrabia udawał się zawsze na drzemkę. Tego dnia nie poszedł do siebie; ale Gonzo raczej dałby sobie uciąć język, niżby dodał bodaj słówko o Anetce; co chwila zaczynał jakieś opowiadanie mające budzić nadzieję, że wróci do spraw sercowych ładnej mieszczaneczki. Gonzo posiadał ten iście włoski zmysł polegający na tym, aby odwlekać z rozkoszą upragnione słowo. Biedny margrabia, umierający z ciekawości, musiał zrobić pierwszy krok: oświadczył Gonzowi, że kiedy ma przyjemność jeść obiad w jego towarzystwie, ma dubeltowy apetyt. Gonzo nie zrozumiał, zaczął opisywać wspaniałą galerię obrazów margrabiny Balbi, kochanki nieboszczyka księcia; kilka razy wspominał o Hayezie, cedząc słowa bardzo powoli z największym podziwem. Margrabia powiadał sobie: „No, nareszcie dojdzie do portretu zamówionego przez Anetę Marini!” Ale Gonzowi ani się śniło. Wybiła piąta, co podrażniło margrabiego, który zwykł był o wpół do szóstej, po drzemce, siadać do powozu i jechać na Corso.
– Widzisz, co ty wyprawiasz przez swoje bzdurstwa! – rzekł brutalnie do Gonza – przez ciebie przybędę na Corso po księżnej-matce, której jestem szambelanem i która może ma dla mnie jakieś zlecenia. No! śpiesz się! Powiedz mi w kilku słowach, jeśli możesz, co to są te rzekome amory pana koadiutora?
Ale Gonzo chciał zachować to opowiadanie dla margrabiny, która go zaprosiła na obiad; odklepał tedy w kilku słowach żądaną historyjkę, a margrabia, na wpół uśpiony, pobiegł się zdrzemnąć. Z biedną margrabiną Gonzo wziął się inaczej do rzeczy. Została ona tak młoda i naiwna wśród swoich splendorów, iż sądziła, że trzeba jej naprawić grubiaństwo margrabiego. Gonzo, zachwycony tym sukcesem, odzyskał całą wymowę i z prawdziwą rozkoszą, a nie tylko z obowiązku, zapuścił się w szczegóły bez końca.
Aneta Marini płaciła do cekina za miejsce, które jej zatrzymywano w kościele; przybywała zawsze z dwiema ciotkami i z dawnym kasjerem ojca. Miejsca te, które kazała strzec od poprzedniego dnia, były zazwyczaj na wprost ambony, nieco od strony wielkiego ołtarza, bo spostrzegła, że koadiutor często obraca się ku ołtarzowi. Otóż publiczność zauważyła, że wymowne oczy młodego kaznodziei nierzadko zatrzymują się z upodobaniem na młodej i ponętnej herytierze92; i musiało go to nieco pochłaniać, gdyż skoro tylko utkwił w nią oczy, kazanie stawało się uczone, obfitowało w cytaty, nie było już w nim porywu serca. Damy, których zainteresowanie natychmiast gasło, zaczynały wówczas spoglądać na Anetę i obmawiać ją.
Klelia kazała sobie trzy razy powtarzać wszystkie te szczegóły. Za trzecim razem zadumała się głęboko; obliczała, że to już czternaście miesięcy, jak nie widziała Fabrycego. „Czy to byłoby co złego – powiadała sobie – zajść na godzinę do kościoła, nie aby widzieć Fabrycego, ale aby usłyszeć słynnego kaznodzieję… Zresztą przysiądę gdzieś z dala od ambony i spojrzę na Fabrycego jedynie raz, wchodząc, i drugi raz z końcem kazania… Nie – powiadała sobie Klelia – ja nie Fabrycego chcę zobaczyć, ja chcę usłyszeć zdumiewającego kaznodzieję!” Wśród tych myśli margrabina miała wszakże wyrzuty: postępowanie jej było tak piękne od czternastu miesięcy! Wreszcie powiedziała sobie dla uspokojenia: „Jeżeli pierwsza kobieta, która przyjdzie tu dziś wieczór, była posłuchać monsignora del Dongo, pójdę i ja; jeśli nie była, poniecham”.
Raz powziąwszy to postanowienie, margrabina rzekła ku wielkiej radości Gonza:
– Niech się pan postara dowiedzieć, którego dnia koadiutor będzie kazał i w jakim kościele. Dziś wieczór, nim pan wyjdzie, będę może miała zlecenie dla pana.
Zaledwie Gonzo udał się na Corso, Klelia wybiegła do ogrodu. Nie przyszło jej na myśl, że od sześciu miesięcy nie postała tam jej noga. Była ożywiona, podniecona, miała rumieńce. Wieczorem przy każdym nudziarzu, który wchodził do salonu, serce jej biło ze wzruszenia. Wreszcie oznajmiono Gonza, który od pierwszego rzutu oka zrozumiał, że przez tydzień będzie człowiekiem potrzebnym; margrabina jest zazdrosna o małą Marini. „Na honor, to byłaby dobra komedia – powiadał sobie – w której margrabina grałaby heroinę, Aneta subretkę, a monsignore kochanka! Na honor! dwa franki za bilet, to by nie było za drogo.” Nie posiadał się z radości, cały wieczór nie dał nikomu przyjść do słowa, opowiadał najpieprzniejsze anegdoty (np. o sławnej aktorce i o margrabi de Pequigny, którą usłyszał w wilię od przejezdnego Francuza). Margrabina znowuż nie mogła usiedzieć w miejscu; przechadzała się po sali, przeszła do galerii, gdzie margrabia skupił same obrazy kosztujące wyżej dwudziestu tysięcy franków. Obrazy te miały owego wieczora taką wymowę, że serce margrabiny omdlewało ze wzruszenia. Wreszcie usłyszała, że drzwi otwierają się na oścież, pobiegła do salonu: była to margrabina Raversi! Ale przy zwykłych ceremoniach powitalnych Klelia czuła, że głos jej zamiera. Musiała dwa razy powtórzyć pytanie:
– Co pani sądzi o naszym głośnym kaznodziei? – gdyż pani Raversi nie dosłyszała zrazu.
– Ot, sprytny karierowicz, godny bratanek sławnej hrabiny Mosca; ale ostatnim razem kiedy kazał – o, właśnie u wizytek, naprzeciwko ciebie – był tak wspaniały, że odłożywszy na bok wszelkie niechęci, uważam go za najwymowniejszego człowieka, jakiego kiedy słyszałam.
– Była pani na jego kazaniu? – spytała Klelia, drżąc ze szczęścia.
– Jakże! – odparła margrabina, śmiejąc się – nie słyszałaś, co mówiłam? Nie opuściłabym żadnego za nic w świecie. Powiadają, że on jest chory na piersi i że niebawem skończą się te kazania.
Ledwie margrabina wyszła, Klelia zawołała Gonza do galerii.
– Jestem prawie zdecydowana – rzekła – posłuchać lego wysławianego kaznodziei. Kiedyż kazanie?
– W najbliższy poniedziałek, to znaczy za trzy dni; można by pomyśleć, że odgadł zamiar Waszej Ekscelencji, bo będzie kazał u wizytek.
Klelia nie wyjaśniła jeszcze wszystkiego, ale nie mogła wydobyć głosu; przeszła się kilka razy po galerii, nie dodając słowa. Gonzo powiadał sobie: „To zemsta tak ją trawi. Jak można mieć tę bezczelność, aby umykać z więzienia, zwłaszcza kiedy się ma zaszczyt być pod strażą bohatera takiego jak generał Fabio Conti!”
– Zresztą trzeba się śpieszyć – dodał z delikatną ironią – jest chory na piersi. Słyszałem, jak doktor Rambo mówił, że nie przetrzyma ani roku; Bóg karze go za to, że złamał Jego prawo, uciekając zdradziecko z cytadeli.
Margrabina siadła na kanapie i dała znak Gonzowi, by uczynił to samo. Po chwili wręczyła mu sakiewkę, w której przygotowała parę cekinów.
– Niech mi pan każe zatrzymać cztery miejsca.
– Czy będzie wolno biednemu Gonzo wśliznąć się za Waszą Ekscelencją?
– Oczywiście, niech pan każe zatrzymać pięć miejsc… Nie zależy mi bynajmniej – dodała – aby być blisko kazalnicy, ale chciałabym widzieć pannę Marini, powiadają, że taka ładna.
Margrabina była półżywa przez te trzy dni, które ją dzieliły od słynnego poniedziałku, dnia kazania. Gonzo, dla którego to był olbrzymi honor pokazać się publicznie w orszaku tak wielkiej damy, wystroił się w swój francuski frak i przypasał szablę; nie dość na tym, kazał, korzystając z sąsiedztwa pałacu, zanieść do kościoła wspaniały złocony fotel dla margrabiny, co się wydało mieszczanom szczytem nieprzyzwoitości. Można sobie wyobrazić, co się działo z biedną margrabiną, kiedy ujrzała ten fotel, i to na wprost ambony. Klelia była tak zmieszana, wtulona ze spuszczonymi oczami w kącik olbrzymiego fotela, że nie miała nawet odwagi spojrzeć na małą Marini, mimo że Gonzo pokazywał ją palcem, z arogancją, której Klelia nie umiała powściągnąć. Wszystko, co nie było szlachtą, było bezwarunkowo niczym w oczach dworaka.
Fabrycy ukazał się na kazalnicy; był tak chudy, tak blady, tak strawiony, że oczy Klelii natychmiast wypełniły się łzami. Rzekł kilka słów, po czym zatrzymał się, jak gdyby nagle zabrakło mu głosu; próżno silił się zaczynać kilka zdań, odwrócił się i wziął karteczkę.
– Moi bracia – rzekł – dusza nieszczęśliwa i bardzo godna waszej litości prosi was moim głosem, abyście się modlili za koniec jej utrapień, które ustaną aż z życiem.
Fabrycy odczytał dalszy ciąg kartki bardzo wolno, ale akcent był taki, że nim modlitwa doszła do połowy, wszyscy płakali, nawet Gonzo. „Przynajmniej nikt mnie nie zauważy” – powiadała sobie margrabina, zalewając się łzami.
Kiedy Fabrycy czytał tę kartkę, zarysował mu się w duszy obraz nieszczęśliwego, dla którego błagał o modły. Niebawem myśli zaczęły mu się cisnąć tłumnie. Zwracając się niby do publiczności, mówił jedynie do margrabiny. Zakończył nieco wcześniej niż zwykle, gdyż mimo że się powściągał, łzy dławiły mu głos. Znawcom wydawało się to kazanie dziwne, ale co do wymowy równe co najmniej owemu słynnemu kazaniu przy światłach. Co się tyczy Klelii, zaledwie wysłuchała pierwszych słów modlitwy Fabrycego, wyrzucała sobie jak zbrodnię, że mogła przeżyć czternaście miesięcy, nie widząc go. Wróciwszy do domu położyła się, aby myśleć o Fabrycym swobodnie; nazajutrz zaś, dość wcześnie, Fabrycy otrzymał następujący bilecik:
Liczy się na pański honor; znajdź czterech bravi, których dyskrecji byłbyś pewny, i jutro, w chwili gdy północ wybije na Steccata, bądź koło drzwiczek noszących numer 19, przy ulicy Świętego Pawła. Pomnij, że mogą cię napaść, nie przychodź sam.
Poznając niebiańskie pismo Fabrycy padł na kolana i zalał się łzami. „Wreszcie – wykrzyknął – po czternastu miesiącach i ośmiu dniach! Bywajcie zdrowe, kazania!”
Zbyt długo byłoby opisywać szaleństwo, którego pastwą były tego dnia serca Fabrycego i Klelii. Wskazane drzwiczki były to po prostu drzwi do oranżerii pałacu Crescenzich; dziesięć razy w ciągu dnia Fabrycy znalazł sposób, aby je obejrzeć. Wziął broń i sam, nieco przed północą, szybko przechodził koło tych drzwi, kiedy ku swej niewysłowionej radości usłyszał dobrze znany głos, mówiący cicho:
– Wejdź tu, miły mego serca.
Fabrycy wszedł ostrożnie i znalazł się istotnie w oranżerii, ale pod oknem zakratowanym i pomieszczonym na trzy lub cztery stopy nad ziemią. Ciemność była głęboka. Fabrycy usłyszał w oknie jakiś szmer i macał kratę ręką, kiedy uczuł, jak jakaś dłoń ujmuje poprzez kraty jego rękę i niesie ją do warg, które złożyły na niej pocałunek.
– To ja – rzekł drogi głos – przybyłam tu, aby ci powiedzieć, że cię kocham, i spytać, czy zechcesz mi być posłuszny.
Można się domyślić odpowiedzi, radości, zdumienia Fabrycego; po pierwszych uniesieniach Klelia rzekła:
– Uczyniłam, jak wiesz, ślub Madonnie, że cię nigdy nie zobaczę; dlatego przyjmuję dę w głębokiej ciemności. Chcę, byś wiedział, że gdybyś mnie kiedy zmusił do oglądania cię w biały dzień, wszystko byłoby skończone między nami. Ale przede wszystkim, nie chcę tych kazań w obecności Anety Marini, a także, abyś nie myślał, że to ja byłam tak głupia, aby kazać zanieść fotel do domu bożego.
– Drogi aniele, nie będę już kazał przed nikim; czyniłem to jedynie w nadziei ujrzenia któregoś dnia ciebie.
– Nie mów tak, pamiętaj, że mnie nie wolno widzieć cię.
Tu prosimy o przeskoczenie, bez jednego słowa, lat trzech.
W epoce gdy zaczyna się na nowo nasze opowiadanie, od dawna już hrabia Mosca wrócił do Parmy jako pierwszy minister, potężniejszy niż kiedykolwiek.
Po tych trzech latach niebiańskiego szczęścia, duszę Fabrycego owładnął kaprys tęsknoty, który wszystko odmienił. Margrabina miała uroczego dwuletniego synka Sandrino, który stanowił radość matki, był zawsze przy niej lub na kolanach margrabiego Crescenzi; Fabrycy, przeciwnie, nie widywał go prawie nigdy. Otóż nie chciał, aby dzieciak nauczył się kochać innego ojca; powziął zamiar porwania go, nim jego wspomnienia się utrwalą.
W ciągu długich godzin, kiedy margrabina nie mogła widzieć swego kochanka, obecność Sandrina była jej pociechą; trzeba nam bowiem wyznać coś, co się wyda dziwne na północ od Alp; mianowicie, iż mimo swych błędów, została wierna ślubowi; przyrzekła Madonnie – czytelnik przypomina sobie może – nigdy nie widzieć Fabrycego; tak brzmiały ściśle jej słowa: jakoż przyjmowała go tylko w nocy i zawsze bez światła.