Kitabı oku: «Pustelnia parmeńska», sayfa 30

Yazı tipi:

– Słuchaj, chłopcze, mówmy jak mężczyźni: czy mogę ci być w czym pomocny? Nie lękaj się niedyskretnych pytań z mej strony; ale ostatecznie, może potrzebujesz pieniędzy, może moje wpływy mogą ci w czym dopomóc? Mów, jestem na twoje rozkazy; a jeśli wolisz pisać, napisz.

Fabrycy uściskał czule hrabiego i zaczął mówić o obrazie.

– Twoje postępowanie jest arcydziełem zręczności – rzeki hrabia, wracając do lekkiego tonu – zapewniasz sobie wcale przyjemną przyszłość, książę cię szanuje, lud cię czci, twoja wytarta sutanna nie daje spać arcybiskupowi Landriani. Znam się na tych rzeczach i przysięgam ci, że nie wiem, co by ci jeszcze doradzić w tej mierze. Od pierwszych kroków, w dwudziestym piątym roku życia, osiągnąłeś niemal doskonałość. Mówią wiele o tobie na dworze; a wiesz, czemu zawdzięczasz to wyróżnienie, niezwykle w twoim wieku? Tej wytartej sutannie. Księżna i ja rozporządzamy, jak ci wiadomo, dawnym domem Petrarki, na pięknie położonym wzgórzu wśród lasów w pobliżu Padu: gdyby ci kiedyś zbrzydziły życie intrygi i zawiść, myślałem, że mógłbyś zostać następcą Petrarki, którego reputacja pomnożyłaby twoją.

Hrabia silił się na wesołość, aby wycisnąć uśmiech z tej ascetycznej twarzy, ale na próżno. Zmiana była tym bardziej uderzająca, gdyż dawniej, jeśli fizjonomia Fabrycego miała jakąś wadę, to tę, że przybierała niekiedy bez przyczyny wyraz zadowolenia i wesołości.

Nim się rozstali, hrabia wspomniał, iż mimo jego odludnego życia, byłoby może przesadą nie pojawić się na dworze najbliższej soboty, w dzień urodzin księżnej-matki. Uwaga ta była pchnięciem sztyletu w serce Fabrycego. „Wielki Boże! – pomyślał – po co ja przyszedłem do tego pałacu?” Nie mógł bez drżenia myśleć o spotkaniu, jakie go może czekało na dworze. Ta myśl pochłonęła wszystkie inne; pomyślał, że jedyną ucieczką, jaka mu została, byłoby przybyć do zamku w chwili, gdy otwierają salony.

W istocie nazwisko monsignora del Dongo było jednym z pierwszych, jakie oznajmiono w ów galowy wieczór; księżna-matka przyjęła go ze szczególnymi względami. Fabrycy pilnie śledził wskazówki zegara: skoro minęło dwadzieścia minut, wstał, aby się pożegnać. W tej samej chwili wszedł książę. Przedłożywszy mu swoje służby, Fabrycy cofał się zręcznie ku drzwiom, kiedy przytrzymało go jedno z owych wydarzeń dworskich, które wielka ochmistrzyni tak dobrze umiała przygotować: mianowicie szambelan służbowy pobiegł za nim, aby mu oznajmić, że jest przeznaczony do partii wista Jego Wysokości. W Parmie jest to nadzwyczajny zaszczyt, o wiele powyżej rangi koadiutora. Wist taki był zaszczytem nawet dla arcybiskupa. Słysząc to, Fabrycy czuł, że mu się serce ściska; mimo że nienawidził scen publicznych, już gotował się powiedzieć, że mu się zrobiło słabo; ale pomyślał, że to pociągnie pytania, ubolewania, jeszcze nieznośniejsze niż gra. Tego dnia miał szczególny wstręt do rozmowy.

Szczęściem w liczbie wybitnych osób, które przyszły złożyć czołobitność księżnej-matce, znajdował się generał braci mniejszych. Mnich ten, człowiek bardzo uczony, godny współzawodnik Fontanów i Duvoisinów83, przystanął w samym kącie; Fabrycy pomieścił się na wprost niego, tak aby nie widzieć wchodowych drzwi, i zawiązał dyskurs teologiczny. Ale nie mógł sprawić, aby nie doszedł jego ucha głos lokaja oznajmiający margrabiostwo Crescenzi. Wbrew swemu oczekiwaniu Fabrycy uczuł, że chwyta go gwałtowny gniew:

„Gdybym był Borso Valserra – powiedział sobie (był to jeden z wodzów pierwszego Sforzy) – zasztyletowałbym tego ciemięgę margrabiego właśnie tym sztylecikiem o rękojeści z kości słoniowej, który mi dała Klelia owego szczęsnego dnia; nauczyłbym go, co to za bezczelność z jego strony pokazywać się ze swoją margrabiną tam, gdzie ja jestem.”

Fizjonomia zmieniła mu się tak, że generał braci mniejszych zapytał:

– Czy Waszej Ekscelencji niedobrze?

– Głowa boli mnie szalenie… Te światła mnie rażą… zostaję jedynie, bo mnie powołano do partii księcia.

Na te słowa generał braci mniejszych, plebejusz z pochodzenia, tak osłupiał, że nie wiedząc już, co robić, zaczął się kłaniać Fabrycemu, który znowuż, bardziej jeszcze zmieszany niż ów zakonnik, zaczął mówić gorączkowo; czuł, że robi się za nim cisza, a nie chciał się obejrzeć. Naraz smyczek uderzył o pulpit, rozległa się przygrywka i słynna pani P…84 zaśpiewała arię Cimarosy, niegdyś tak sławną: Ouelle pupille tenere!

Fabrycy wytrzymał parę taktów, ale niebawem gniew jego pierzchnął: czuł gwałtowną potrzebę łez. „Wielki Boże! – powiadał sobie – cóż za pocieszna scena! Jeszcze w mojej sukni!” Uważał, że bezpieczniej będzie mówić o sobie.

– Te szalone bóle, kiedy się im opieram, jak tego wieczora – rzekł do zakonnika – przyprawiają mnie w końcu o napad łez, który mógłby narazić na obmowę człowieka naszego stanu; dlatego proszę Waszą Wielebność, aby pozwolił, bym płakał, patrząc na niego, i aby nie zwracał na to uwagi.

– Nasz prowincjał w Catanzara cierpi na tę samą dolegliwość – rzekł zakonnik. I zaczął półgłosem długą historię.

Komiczna strona historii, zawierającej między innymi opis wieczerzy u prowincjała, sprowadziła uśmiech na wargi Fabrycego, co mu się od dawna nie zdarzyło: ale niebawem przestał słuchać minoryty85. Pani P… śpiewała z boskim talentem arię Pergoleziego86 (księżna-matka lubiła staroświecką muzykę). Tuż za Fabrycym rozległ się szelest; pierwszy raz tego wieczora odwrócił oczy. Na fotelu, pod którym zaskrzypiała podłoga, siedziała margrabina Crescenzi, której oczy napełnione łzami spotkały się wprost z oczami Fabrycego, również w nielepszym stanie. Margrabina spuściła głowę, Fabrycy patrzył na nią jeszcze kilka sekund: zaznajamiał się niejako z tą głową strojną diamentami, ale spojrzenie jego wyrażało gniew i wzgardę. Potem powiadając sobie: i moje oczy nie spojrzą na ciebie nigdy, obrócił się do minoryty i rzekł:

– Czuję, iż moja dolegliwość chwyta mnie silniej niż kiedykolwiek.

W istocie Fabrycy płakał gorącymi łzami więcej niż pół godziny. Szczęściem symfonia Mozarta, ohydnie kaleczona, jak zwykle we Włoszech, przyszła mu z pomocą i osuszyła jego łzy.

Trzymał się dzielnie i nie obrócił oczu w stronę margrabiny Crescenzi; ale pani P… zaczęła śpiewać na nowo i dusza Fabrycego, ukojona łzami, doszła do zupełnego spokoju. Wówczas życie ukazało mu się w nowym świetle. „Czyż ja mogę zapomnieć o niej tak od razu? Czyż to możliwe?” Doszedł do tej myśli: „Czy mogę być nieszczęśliwszy, niż jestem od dwóch miesięcy? A jeżeli nic nie może pomnożyć mych męczarni, po co opierać się rozkoszy widzenia jej? Zapomniała o przysięgach; jest płocha: czy nie są płoche wszystkie kobiety? Ale kto mógłby jej odmówić niebiańskiej piękności? Spojrzenie jej wprawia mnie w zachwyt, podczas gdy trzeba mi się zmuszać, aby patrzeć na kobiety uchodzące za piękności! Zatem czemu nie dać się upajać? Będę miał choć chwilę wytchnienia.”

Fabrycy znał się nieco na ludziach, ale zgoła nie znał się na namiętnościach; inaczej powiedziałby sobie, że ta przyjemność jednej chwili, której miał się poddać, unicestwi wszelkie wysiłki, jakie czynił od dwóch miesięcy, aby zapomnieć o Klelii.

Biedna margrabina przyszła na tę uroczystość zmuszona przez męża; chciała wyjść po pół godzinie pod pozorem niedomagania, ale margrabia oświadczył, że odjeżdżać w chwili, gdy powozy napływały jeszcze, byłoby czymś niepraktykowanym, co mogłoby być nawet tłumaczone jako krytyka zabawy wydanej przez księżnę-matkę.

– Ja, w charakterze szambelana – dodał – muszę być na rozkazy księżnej, póki wszyscy nie odejdą; może mieć jakieś zlecenia dla służby: ci ludzie tacy są niedbali! Czy chcesz, aby prosty koniuszy uzurpował sobie ten zaszczyt?

Klelia poddała się; nie spostrzegła jeszcze Fabrycego; miała nadzieję, że nie przybędzie na tę uroczystość. Ale gdy koncert miał się zacząć i księżna pozwoliła damom usiąść, Klelia, bardzo mało zapobiegliwa w tych rzeczach, dała sobie wydrzeć najlepsze miejsce w pobliżu księżnej-matki i musiała szukać fotela w głębi sali, właśnie w tym kącie, gdzie schronił się Fabrycy. Niezwykły w tym miejscu strój generała minorytów pociągnął jej oczy; zrazu nie spostrzegła szczupłego człowieka w skromnym czarnym ubraniu, który z nim rozmawiał; jakiś tajemny odruch przykuł jej wzrok do tego człowieka. Wszyscy tu mają mundury lub bogato haftowane fraki: kim mógłby być ten młodzieniec w tak prostym czarnym ubraniu? Patrzała nań z głęboką uwagą, kiedy jakaś dama, siadając, trąciła jej fotel. Fabrycy odwrócił głowę; nie poznała go, taki był zmieniony. Zrazu powiedziała sobie: „To ktoś podobny do niego, to musi być jego starszy brat; ale myślałam, że brat jest tylko o kilka lat starszy, a to jest mężczyzna czterdziestoletni.” Naraz poznała go po drgnieniu ust.

„Biedny, ile on wycierpiał!” – powiedziała sobie. Spuściła głowę, przygnieciona bólem, a nie aby być wierną swemu ślubowi. Serce jej ścisnęło się litością; o ileż lepiej wyglądał po dziesięciu miesiącach więzienia! Nie patrzyła nań już; ale mimo iż nie odwracała wyraźnie głowy w jego stronę, widziała każdy jego ruch.

Po koncercie ujrzała, że podchodzi do stolika przeznaczonego na partię książęcą, o kilka kroków od tronu; odetchnęła, kiedy się oddalił.

Ale margrabiemu Crescenzi bardzo było nie w smak, iż widzi żonę tak daleko od tronu; cały wieczór tłumaczył pewnej damie, siedzącej o trzy fotele od księżnej-matki i której mąż miał wobec niego zobowiązania pieniężne, że dobrze by uczyniła, zamieniając się na miejsca z margrabiną. Kiedy biedna kobieta, jak można pojąć, opierała się, odszukał męża-dłużnika, który dał do zrozumienia swojej połowicy smutną prawdę; wreszcie margrabia dokonał szczęśliwej transakcji i poszedł po żonę.

– Ty będziesz zawsze za skromna – rzekł. – Czemu tak spuszczasz oczy? Wziąłby cię ktoś za jakąś mieszczkę, zdumioną, że się tu znalazła, i budzącą wzajem zdumienie we wszystkich. Ta postrzelona Sanseverina je tu wprowadza. I mówi się o zwalczaniu jakobinizmu! Pomyśl, że twój mąż zajmuje pierwsze miejsce na dworze księżnej-matki; a gdyby nawet republikanie zdołali znieść dwór lub zgoła szlachtę, i tak twój mąż pozostałby najbogatszym człowiekiem w państwie. Nie dosyć sobie to uświadamiasz.

Fotel, w którym margrabia z rozkoszą usadowił żonę, był zaledwie o sześć kroków od partii książęcej; widziała Fabrycego jedynie z profilu, ale wydał się jej tak wychudzony, wyglądał na człowieka tak oderwanego od wszystkich spraw świata, on, który dawniej nie przepuścił żadnego wydarzenia, aby nie wtrącić słówka, iż doszła wreszcie do tego okropnego wniosku: Fabrycy zmienił się zupełnie, zapomniał o niej; jeżeli tak schudł, to wskutek surowych postów nałożonych przez pobożność. Rozmowy sąsiadów umocniły Klelię w tej smutnej myśli; imię koadiutora było na wszystkich ustach; dociekano przyczyn niezwykłej łaski, na którą patrzano; on, tak młody, w partii książęcej! Podziwiano obojętną i wyniosłą minę, z jaką rzucał karty, nawet kiedy zbierał Jego Wysokości.

– Ależ to nie do wiary! – wykrzykiwali starzy dworacy – fawor ciotki zawrócił mu zupełnie w głowie… ale dzięki niebu, to nie potrwa; nasz pan nie lubi, aby z nim przybierać te górne miny. – Pani Sanseverina zbliżyła się do księcia; dworacy, którzy trzymali się w pełnym szacunku oddaleniu od stołu karcianego, tak iż z rozmowy księcia mogli słyszeć jedynie oderwane słowa, zauważyli, że Fabrycy mocno się czerwieni. – To ciotka – powiadali – nauczyła go tej pańskiej obojętności. – Fabrycy usłyszał właśnie głos Klelii: odpowiadała coś księżnej-matce, która obchodząc sale zaszczyciła rozmową żonę swego szambelana. Nadeszła chwila, gdy Fabrycy musiał się przesiąść, wówczas znalazł się wprost Klelii i kilkakrotnie poddał się szczęściu przyglądania się jej. Biedna margrabina, czując, że on na nią patrzy, traciła wszelkie panowanie nad sobą. Kilka razy zapomniała o swym ślubie: w gorącym pragnieniu przeniknięcia duszy Fabrycego wlepiała weń oczy.

Skoro książę ukończył grę, damy wstały, aby przejść do jadalni. Było nieco zamieszania. Fabrycy znalazł się obok Klelii; trzymał się dzielnie, kiedy nagle poznał delikatny zapach perfum, którymi skrapiała suknie; wrażenie to obaliło wszystkie jego intencje. Zbliżył się i wymówił półgłosem i jakby do siebie dwa wiersze z owego sonetu Petrarki, który jej przesłał na jedwabnej chustce, znad Lago Maggiore: „Jakież było moje szczęście wówczas, gdy pospólstwo uważało mnie za nieszczęśliwego, a teraz jakże mój los się odmienił!”

„Nie, nie zapomniał o mnie – powiedziała sobie Klelia z uniesieniem. – Ta piękna dusza nie umie być niestała! »Nie, nigdy nie ujrzycie mej odmiany wy, piękne oczy, któreście mnie nauczyły kochać.«” Klelia ośmieliła się powtarzać w myśli te wiersze Petrarki.

Księżna-matka oddaliła się natychmiast po wieczerzy; książę udał się za nią do jej pokojów i nie zjawił się już na sali balowej. Z chwilą gdy się rozeszła ta wiadomość, wszyscy rzucili się ku wyjściu; w przedpokojach zamęt był zupełny. Klelia znalazła się tuż koło Fabrycego; głębokie cierpienie, malujące się w jego rysach, obudziło jej litość.

– Zapomnijmy o przeszłości – rzekła – i niech pan zachowa tę pamiątkę przyjaźni. – Mówiąc te słowa, położyła wachlarz w ten sposób, aby Fabrycy mógł go wziąć.

Świat zmienił się w oczach Fabrycego; w jednej chwili stał się innym człowiekiem; następnego dnia oświadczył, że odludzie jego skończone, i zajął z powrotem wspaniały apartament w pałacu Sanseverina. Arcybiskup był przekonany i mówił, że to łaska, jaką mu wyświadczył książę, dopuszczając go do swej partii, zawróciła w głowie świeżo upieczonemu świętemu; pani Sanseverina odgadła, że się pojednał z Klelią. Ta myśl, połączona z torturą, jaką jej zadawała pamięć nieszczęsnej obietnicy, skłoniła ją do usunięcia się na jakiś czas ze dworu. Zdumiewano się jej szaleństwu. Jak to! Oddalać się ze dworu w chwili, gdy łaska, jaką się cieszyła, zdawała się bez granic! Hrabia, szczęśliwy bez chmurki, odkąd widział, że nie istnieje nic między Fabrycym a panią Sanseverina, powiadał do przyjaciółki:

– Ten młody książę to wcielenie cnót, ale nazwałem go dzieckiem; czy mi przebaczy kiedy? Widzę tylko jeden sposób szczerego pogodzenia się z nim: rozstanie. Okażę najdoskonalszą uprzejmość i szacunek, po czym zachoruję i poproszę o zwolnienie. Pozwolisz mi, skoro los Fabrycego jest zapewniony. Ale czy uczynisz to olbrzymie poświęcenie – dodał śmiejąc się – aby zmienić wspaniały tytuł diuszesy na inny, skromniejszy? Aby się rozerwać, zostawiam tu wszystko w najokropniejszym nieładzie; miałem kilku tęgich pracowników w rozmaitych ministeriach, kazałem ich spensjonować87 od dwóch miesięcy pod pozorem, że czytują francuskie gazety, i zastąpiłem ich tumanami pierwszej klasy.

Po naszym wyjeździe książę znajdzie się w takim kłopocie, że mimo wstrętu, jaki w nim budzi Rassi, jestem przekonany, że będzie musiał go powołać z powrotem, ja zaś czekam jedynie rozkazu tyrana władającego mym losem, aby napisać czuły list do mego przyjaciela Rassiego i oznajmić mu, iż mam wszelkie powody żywić nadzieję, że niebawem zasługi jego będą należycie ocenione.88

Rozdział dwudziesty siódmy

Ta poważna rozmowa odbyła się nazajutrz po powrocie Fabrycego do pałacu Sanseverina; księżna była jeszcze pod wrażeniem radości, jaka tryskała ze wszystkich postępków Fabrycego. „Zatem – powiadała sobie – ta pobożnisia oszukała mnie! Nie umiała się oprzeć kochankowi ani trzy miesiące.”

Pewność szczęśliwego rozwiązania dała młodemu księciu – tej wcielonej nieśmiałości – odwagę kochania. Posłyszał coś o przygotowaniach do wyjazdu, jakie czyniono w pałacu Sanseverina; a jego pokojowiec Francuz, sceptyk na punkcie cnoty wielkich dam, dodał mu odwagi. Ernest V pozwolił sobie na krok, surowo zganiony przez matkę i przez wszystkich rozsądnych ludzi na dworze; lud widział w tym przypieczętowanie zdumiewającej łaski, jaką cieszyła się pani Sanseverina: książę odwiedził ją w jej pałacu!

– Pani jedzie – rzekł z powagą, która wydała się księżnej wstrętna – pani jedzie; chcesz mnie oszukać i chybić swej przysiędze! A wszakże, gdybym o dziesięć minut opóźnił ułaskawienie Fabrycego, byłby trupem. I zostawi mnie pani nieszczęśliwym! A gdyby nie twoja przysięga, nigdy nie miałbym odwagi kochać cię tak, jak kocham! Czyż pani nie ma honoru?

– Zastanów się, książę. Czy w twoim życiu był okres równy co do szczęścia owym czterem miesiącom, które upłynęły? Twoja chwała jako monarchy i – śmiem wierzyć – twoje szczęście jako uroczego mężczyzny nigdy nie wzniosły się na tę wyżynę. Oto układ, jaki proponuję, książę: jeśli raczysz się zgodzić, nie będę twoją kochanką na znikomą chwilę i na mocy przyrzeczenia wymuszonego strachem, ale wszystkie chwile życia poświęcę pracy dla twego szczęścia, będę zawsze tym, czym byłam od czterech miesięcy, a może miłość z czasem uwieńczy tę przyjaźń. Nie przysięgłabym, że tak nie będzie.

– A więc – rzekł książę, uszczęśliwiony – przyjm inną rolę, bądź czymś więcej jeszcze, panuj wraz nade mną i nad moim państwem, bądź moim pierwszym ministrem; ofiaruję ci małżeństwo takie, jakiego mi dozwalają smutne więzy mego stanowiska. Mamy przykład tego niedaleko: król Neapolu zaślubił właśnie księżnę Partana. Ofiaruję ci wszystko, co mogę uczynić: małżeństwo morganatyczne. Dodam jeszcze jedno, aby ci dowieść, że nie jestem już dzieckiem i że zastanawiam się nad wszystkim. Nie chcę sobie poczytywać za zasługę warunku, jaki sobie nakładam, że będę ostatnim z rodu, ani przykrości, z jaką będę patrzał, iż wielkie mocarstwa będą za mego życia rozrządzały moim dziedzictwem: błogosławię te przykrości bardzo istotne, skoro mi dają jeden sposób więcej dowiedzenia ci mego szacunku i miłości.

Pani Sanseverina nie zawahała się ani chwili; książę nudził, a hrabiego bardzo lubiła; jednego tylko człowieka byłaby przełożyła nad niego. Zresztą ona panowała nad hrabią, książę zaś, skrępowany swoim stanowiskiem, byłby mniej lub więcej panował nad nią. A wreszcie mógł się odmienić, mógł mieć kochanki; różnica wieku dostarczyłaby mu za kilka lat praw po temu.

Od pierwszej chwili obawa nudów rozstrzygnęła o wszystkim; ale księżna, która chciała być uprzejma, poprosiła o czas do namysłu.

Zbyt długo byłoby tu przytaczać słowa niemal czule i pełne nieskończonej wdzięczności, w jakie umiała spowić swą odmowę. Książę wpadł w gniew: widział, iż całe szczęście wymyka mu się. „Co począć, w razie gdyby pani Sanseverina opuściła dwór? Przy tym co za upokorzenie taka odmowa! Co powie mój pokojowiec Francuz, kiedy mu opowiem swoją porażkę?”

Pani Sanseverina umiała uspokoić księda i sprowadzić pomału rzecz całą do jej istotnego wyrazu.

– Jeżeli Wasza Wysokość raczy nie nalegać na spełnienie nieszczęsnej obietnicy, okropnej w moich oczach, ponieważ każe mi gardzić sobą, spędzę życie całe na dworze i ten dwór będzie zawsze tym, czym był tej zimy; wszystkie moje chwile obrócę na pomnożenie szczęścia Waszej Wysokości jako człowieka i chwały jako panującego. Jeżeli Wasza Wysokość zechce wymagać, abym spełniła przysięgę, splami resztę mego życia i sprawi, iż natychmiast opuszczę ten kraj, aby doń nigdy nie wrócić. Dzień, w którym postradam cześć, będzie ostatnim dniem, w którym ujrzę Waszą Wysokość na oczy.

Ale książę był uparty jak ludzie małoduszni; zresztą odmowa małżeństwa podrażniła jego dumę jako mężczyzny i jako panującego; myślał o trudnościach, które musiałby pokonać, aby przeprzeć to małżeństwo, na które mimo wszystko był gotów.

Trzy godziny powtarzano z obu stron te same argumenty, często przeplatane ostrymi słowami. Książę wykrzyknął:

– Chce mnie pani tedy przekonać, że pani nie ma honoru? Gdybym się wahał równie długo w dniu, gdy Fabio Conti zadał truciznę Fabrycemu, wznosiłabyś mu obecnie grobowiec w którymś z kościołów w Parmie.

– Nie w Parmie z pewnością, nie w tym kraju trucicieli.

– Zatem jedź pani – odparł książę z gniewem – a uniesiesz z sobą mą wzgardę.

Miał odejść, kiedy pani Sanseverina rzekła cicho:

– A więc niech książę zjawi się tutaj o dziesiątej wieczór, pod najściślejszym incognito, a dobijesz tego lichego targu. Ujrzysz mnie ostatni raz, a byłabym poświęciła życie na to, aby cię uczynić tak szczęśliwym, jak nim może być samowładny monarcha w tym wieku jakobinów. I niech książę zastanowi się, czym będzie twój dwór, skoro nie będzie mnie, aby go wyciągać siłą z przyrodzonej tępoty i złości.

– Pani znowuż odtrącasz koronę Parmy, i więcej niż koronę, nie byłabyś bowiem zwykłą księżniczką poślubioną dla polityki, a bez miłości; serce moje należy do ciebie, byłabyś na zawsze samowładną panią mych uczynków i mego rządu.

– Tak, ale księżna-matka miałaby prawo mną gardzić jako podłą intrygantką.

– A więc skazałbym ją na wygnanie, naznaczywszy jej pensję.

Jeszcze trzy kwadranse trwała ostra wymiana zdań. Książę, który miał duszę delikatną, nie mógł się zdobyć ani na to, aby skorzystać ze swego prawa, ani na to, aby pozwolić pani Sanseverina odjechać. Słyszał kiedyś, że gdy się uzyska pierwszą chwilę, mniejsza o to jak, kobieta zawsze wraca.

Wypędzony przez oburzoną księżnę, ośmielił się wrócić, drżący i nieszczęśliwy, kilka minut przed dziesiątą. O wpół do jedenastej księżna siadła do powozu i jechała do Bolonii. Znalazłszy się poza granicami Parmy, napisała do hrabiego:

Poświęcenie spełnione. Nie żądaj ode mnie wesołości przez miesiąc. Nie ujrzę już Fabrycego; czekam cię w Bolonii, i kiedy zechcesz, zostanę hrabiną Mosca. Proszę cię tylko o jedno: nie zmuszaj mnie nigdy do pojawienia się w kraju, który opuszczam, i pamiętaj o tym, że zamiast stu pięćdziesięciu tysięcy funtów renty będziesz miał najwyżej trzydzieści lub czterdzieści tysięcy. Głupcy będą patrzeć na ciebie z rozdziawioną gębą i będą cię szanowali o tyle, o ile zechcesz się zniżyć do ich małostek… Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dandin!89

W tydzień potem ślub odbył się w Perugii, w kościele, gdzie znajdował się grobowiec przodków hrabiego. Książę był w rozpaczy. Hrabina Mosca otrzymała od niego kilka listów, które odesłała nie rozpieczętowane. Ernest V wyznaczył hrabiemu wspaniałą pensję i dał Fabrycemu wielką wstęgę swego orderu.

– To mi się zwłaszcza podobało w tym pożegnaniu. Rozstaliśmy się – powiadał hrabia do świeżej hrabiny Mosca della Rovere – w najlepszej przyjaźni; dał mi wielką wstęgę hiszpańską i diamenty warte co najmniej tyleż. Powiedział, że zrobiłby mnie księciem, gdyby nie chciał zachować sobie tego środka, aby cię ściągnąć z powrotem do swego państwa. Mam tedy zlecenie oświadczyć ci – piękne posłannictwo dla męża – że jeśli raczysz wrócić do Parmy bodaj na miesiąc, ja zostanę księciem pod nazwiskiem, które sama obierzesz, a ty otrzymasz piękne dobra.

Księżna odepchnęła tę myśl ze wstrętem.

Po scenie na balu dworskim, która zdawała się dość rozstrzygająca, Klelia jakby zapomniała o miłości podzielanej – zdawałoby się – przez chwilę; najgwałtowniejsze wyrzuty owładnęły tą cnotliwą i wierzącą duszą. Fabrycy zrozumiał to dobrze i mimo nadziei, jakie starał się w sobie obudzić, w sercu jego zaległa posępna zgryzota. Tym razem wszakże nieszczęście nie zagnało go na odludzie, jak w dobie małżeństwa Klelii.

Hrabia prosił swego bratanka, aby mu donosił szczegółowo, co się dzieje na dworze, a Fabrycy, który zaczynał rozumieć, ile mu zawdzięcza, przyrzekł sobie wypełniać zlecenie z całą rzetelnością.

Zarówno jak miasto i dwór, Fabrycy nie wątpił, że jego przyjaciel ma zamiar wrócić do ministerium, i to z większą władzą niż kiedykolwiek. Przewidywania hrabiego spełniły się niebawem: niespełna w sześć tygodni po jego wyjeździe Rassi był pierwszym ministrem; Conti ministrem wojny, a więzienia, które hrabia niemal opróżnił, zapełniały się na nowo. Książę, powołując tych ludzi do władzy, mniemał, że się mści na pani Mosca; szalał z miłości, a zwłaszcza nienawidził hrabiego jako rywala.

Fabrycy miał dużo zajęć; arcybiskup, liczący siedemdziesiąt dwa lata, popadłszy w wielką niemoc, prawie nie wychodził ze swego pałacu; rzeczą koadiutora było zastępować go we wszystkich niemal czynnościach.

Margrabina Crescenzi, przytłoczona wyrzutami i nastraszona przez swego spowiednika, znalazła wyborny sposób chronienia się przed wzrokiem Fabrycego.

Biorąc za pozór schyłek pierwszej ciąży, uczyniła sobie więzienie z własnego pałacu, ale ten pałac miał olbrzymi ogród, Fabrycy zdołał się tam zakraść i w alei, którą Klelia najbardziej lubiła, składał wymownie ułożone kwiaty, tak jak niegdyś ona przesyłała mu je co wieczór w ostatnich dniach więzienia w wieży Farnese.

Zamach ten podrażnił margrabinę; duszą jej poruszały na przemian to zgryzoty, to miłość. Przez kilka miesięcy nie pozwoliła sobie zejść do ogrodu; czyniła sobie nawet wyrzuty, ilekroć tam spojrzała.

Fabrycy zaczynał pojmować, że jest z nią rozłączony na zawsze, rozpacz zaczynała owładać jego duszą. Świat, w którym pędził życie, mierził go; gdyby nie był najgłębiej przekonany, że hrabia nie może znaleźć szczęścia poza ministerium, byłby się usunął do swego mieszkanka w konsystorzu. Jakże lubo byłoby mu żyć wyłącznie ze swymi myślami i nie słyszeć głosu ludzkiego poza urzędowaniem.

„Ale – powiadał sobie – w czuwaniu nad sprawami hrabiostwa Mosca nikt nie może mnie zastąpić.”

Książę wciąż odnosił się doń ze względami, które dawały mu pierwsze miejsce na dworze, a fawor ten zawdzięczał Fabrycy w znacznej mierze samemu sobie. Skromność jego, płynąca z obojętności, wstrętu niemal, do wszystkich uczuć i namiętnostek, które wypełniają ludziom życie, podrażniła próżność młodego monarchy: powiadał często, że Fabrycy ma tyle rozumu, co jego ciotka. Naiwna dusza księcia odgadywała jednak prawdę: iż nikt nie zbliżał się doń w podobnym nastroju ducha co Fabrycy. Nie mogło ujść uwagi nawet pospolitych dworaków, iż szacunek, jakiego zażywał Fabrycy, nie odnosił się po prostu do rangi, ale przewyższał nawet względy, jakie książę okazywał arcybiskupowi. Fabrycy donosił hrabiemu, że jeżeli kiedykolwiek książę będzie miał tyle sprytu, aby spostrzec, jaki zamęt wnoszą w jego sprawy ministrowie tacy jak Rassi, Fabio Conti, Zurla i inni tego rodzaju, on, Fabrycy, będzie naturalnym pośrednikiem, przez którego będzie mógł zrobić krok, nie narażając swej miłości własnej.

Gdyby nie pamięć nieszczęsnego wyrażenia dziecko – pisał do hrabiny Mosca – użytego przez genialnego człowieka o dostojnej osobie, dostojna osoba byłaby już wykrzyknęła: „Wracajże prędko i przepędź mi tę hołotę!” Dziś jeszcze, gdyby żona genialnego człowieka raczyła uczynić krok, bodaj najlżejszy, odwołano by hrabiego z radością; ale wróci znacznie wspanialej, jeśli zechce zaczekać, aż owoc dojrzeje. Poza tym rozpaczliwe nudy w salonach księżnej-matki, jedyna rozrywka to bzik Rassiego, który, od czasu jak jest hrabią, stał się maniakiem szlachectwa. Wydano surowe rozkazy, aby żadna osoba nie mogąca się wykazać ośmioma stopniami szlachectwa nie ważyła się pokazać na wieczorach księżnej-matki (to brzmienie reskryptu). Wszyscy mający prawo wchodzić rano do wielkiej galerii i oczekiwać tam księcia, gdy udaje się na mszę, będą nadal korzystali z tego przywileju; ale każdy nowy musi się wykazać ośmioma stopniami szlachectwa, śmieją się, iż widać, że Rassi tych stopni nie posiada.

Można się domyślać, że takich listów nie powierzało się poczcie. Hrabina Mosca odpowiadała z Neapolu:

Mamy co czwartek koncert, a konwersację co niedzielę; nie zmieściłoby się szpilki w naszym salonie. Hrabia jest uszczęśliwiony ze swoich wykopalisk, poświęca na to tysiąc franków miesięcznie; sprowadził właśnie z Abruzzów robotników, którzy go kosztują tylko dwadzieścia trzy soldy dziennie. Mógłbyś nas odwiedzić. Oto już więcej niż dwadzieścia razy, niewdzięczniku mój, ponawiam to zaproszenie.

Fabrycemu ani to było w głowie: prosty list, który pisywał co dzień do hrabiego lub hrabiny, wydawał mu się wysiłkiem nie do zniesienia. Darujemy mu, skoro pomyślimy, że rok minął, a on nie mógł ani słowa przemówić do Klelii. Wszelkie próby porozumienia odtrącała ze zgrozą. Milczenie, jakie Fabrycy pod wpływem swej melancholii zachowywał wszędzie, wyjąwszy swoich funkcji i wizyt na dworze, połączone z nieskazitelnością jego obyczajów, zyskało mu taką cześć, że w końcu namyślił się posłuchać rad ciotki.

Książę ma dla ciebie tyle czci – pisała – że rychło trzeba spodziewać się niełaski; przy pierwszej sposobności zlekceważy cię, a w ślad za tym pójdzie bezwzględna wzgarda dworaków. Ci mali despoci, choćby i najporządniejsi ludzie, są zmienni jak woda. Zawsze dla jednej przyczyny: nuda. Siłę przeciw kaprysowi księcia możesz znaleźć tylko w kazalnicy. Tak pięknie improwizujesz wiersze! Staraj się mówić pół godziny na temat religii; w początkach będziesz gadał herezje, ale najmij sobie uczonego dyskretnego teologa, który będzie obecny na kazaniu i zwróci ci uwagę na błędy, a poprawisz je nazajutrz.

Męczarnia zdławionej miłości sprawia, iż każda rzecz wymagająca uwagi i działania staje się okrutnym przymusem. Ale Fabrycy powiadał sobie, że jego wpływ na lud, o ile go zdobędzie, może stać się kiedyś pożyteczny dla ciotki i hrabiego, dla którego szacunek jego wzrastał co dzień, w miarę jak życie uczyło go poznawać niegodziwość ludzką. Zdecydował się wstąpić na ambonę; powodzenie, do którego przyczyniły się jego chudość i wytarta sutanna, było bezprzykładne. W kazaniach jego był powiew głębokiego smutku, który – połączony z jego urodą i z legendą o faworach na dworze – porwał serca kobiet. Wymyśliły, że był jednym z najdzielniejszych żołnierzy Napoleona. Niebawem bajkę tę zmieniono w niewzruszony fakt. Zatrzymywano miejsca w kościele, gdzie miał kazać, biedni sadowili się tam, przez spekulację, od piątej rano.

Powodzenie było takie, iż Fabrycy powziął wreszcie myśl, która przeobraziła do cna jego duszę: mianowicie, iż, bodaj przez prostą ciekawość, margrabina Crescenzi może kiedy przyjść na jego kazanie. I naraz oczarowana publiczność spostrzegła, że talent jego jakby się podwoił; w chwilach wzruszenia pozwalał sobie na obrazy, których śmiałość przyprawiłaby o drżenie najwytrawniejszych mówców; niekiedy zapominając samego siebie, poddawał się natchnieniu i całe audytorium zalewało się łzami. Ale na próżno jego oko aggrottato90 szukało wśród tylu twarzy tej, której obecność byłaby dlań czymś tak wielkim!

„Ale jeśli kiedy spotka mnie to szczęście – powiedział sobie – albo zemdleję, albo słów mi zupełnie zbraknie.” Aby się zabezpieczyć od tej możliwości, ułożył namiętną i tkliwą modlitewkę, którą kładł zawsze w kazalnicy na taborecie; miał zamiar odczytać ją, gdyby kiedy obecność margrabiny odjęła mu mowę.

83.Jean-Baptiste Duvoisin (1744–1813) – fr. dostojnik kościelny, autor m.in. Szkiców o tolerancji, cieszył się zaufaniem Napoleona I. [przypis edytorski]
84.Słynna pani P… – Pasta, właśc. Guiditta Negri (1718–1865), śpiewaczka włoska. [przypis redakcyjny]
85.minoryta – franciszkanin. [przypis edytorski]
86.Giovanni Baptista Pergolesi (1710–1736) – kompozytor włoski. [przypis redakcyjny]
87.spensjonować (daw.) – wysłać na emeryturę. [przypis edytorski]
88.napisać czuły list do mego przyjaciela Rassiego i oznajmić mu, iż mam wszelkie powody żywić nadzieję, że niebawem zasługi jego będą należycie ocenione. – P. y E. in Olo [tj. Paquita i Eugenia (de Montijo) w (miejscowości) Oloron; Red.]. [przypis autorski]
89.Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dandin – zdanie to powtarza postać tytułowa komedii Moliera, mieszczanin ożeniony ze szlachcianką i znoszący z tego powodu upokorzenia. [przypis redakcyjny]
90.aggrottato (wł.) – gniewne. [przypis redakcyjny]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
19 haziran 2020
Hacim:
590 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Metin
Ortalama puan 4,7, 298 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 4,2, 742 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4,8, 86 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 4,4, 49 oylamaya göre
Ses
Ortalama puan 4,8, 79 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 2 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 3, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre