Kitabı oku: «Kasrylewka», sayfa 16
Upragniony brys294
– Ach ty niedojdo! Kiedy wybraliście się z „brysem”? Na samą wigilię święta?
– Nie mogę się już doczekać tej radości!
– Jeśli Bóg okaże nam łaskę, to jeszcze urodzi mi się chłopczyk. Zobaczycie!
– Ona musi urodzić mesjasza! Nie inaczej!
Takie i im podobne słowa dolatywały przez cały dzień z mieszkania stolarza Enocha, a Rajzla kurczyła się z bólu, krzyczała i po prostu nie mogła sobie znaleźć miejsca.
Były chwile, że miotała się z kąta w kąt, darła na sobie skórę i błagała o śmierć. „Boże wiekuisty! Ojcze najsłodszy, pomóż mi umrzeć!”
Rodzić zaczęła Rajzla już z samego rana, ale starała się z tym nie zdradzić. Nie chciała, aby ktokolwiek o tym wiedział. Wieczorem, kiedy chwyciły ją właściwe bóle, położyła się do łóżka. Zacisnęła zęby, aby nie wyć z bólu. Twarz jej to czerwieniała, to siniała. W pewnej chwili nie wytrzymała i nieswoim głosem krzyknęła:
– Mamusiu, daj mi siłę, abym mogła umrzeć!
Sara-Ruchla, baba-położna, która stała przy jej łóżku, ani drgnęła. Nieraz już widziała takie sceny. Nachyliła się tylko nad rodzącą i zakasawszy rękawy aż po swoje czarne łokcie, zaczęła ją podtrzymywać na duchu.
– Krzycz, krzycz moje dziecko! Rodząca powinna krzyczeć. Jeszcze jeden taki krzyk i Bóg da, że wszystko będzie w porządku. Twoja matka na tamtym świecie stoi w tej chwili przed Najwyższym Sędzią i prosi o łaskę dla ciebie. A Bóg da i urodzisz w zdrowiu syna – pociechę w twoich codziennych kłopotach.
Bóle mijają i Rajzla leży trochę przytępiona, jakby trochę pijana. W ustach jej dzwoni. Nie śpi, ale jest trochę zamroczona. Nie wie, na jakim jest świecie. Co się z nią dzieje? Co z nią będzie? Może to już koniec jej cierpień? Może umiera? A umrzeć Rajzla nie chce. Po trzykroć nie! Ma zaufanie do tego, który jest wieczny. Wierzy, że Zetł, jej mąż, wróci z dalekiej Ameryki, ufa, że szczęśliwie i długo jeszcze pożyje u boku swego drogiego, kochanego męża.
A gdzie jest teraz Zetł? Krawiec Zetł w kilka miesięcy po ślubie opuścił ją. Wyruszył w daleki świat, aby tam znaleźć parnose295. Trafił do Ameryki. Teraz wszyscy jadą do Ameryki. Wyjechał Zetł i nie ma go. Przepadł, jak kamień w wodzie.
– Z pewnością ma już drugą żonę. Znowu wziął forsę w posagu. Oby się nią udławił. Boże mój jedyny!
W ten sposób mówiono w domu stolarza Enocha. Wszyscy tak mówili. Oprócz, rzecz jasna, Rajzli. Ona inaczej myślała o swoim Zetlu. Ona go znała lepiej, aczkolwiek żyła z nim zaledwie cztery miesiące. Wciąż na niego czekała. Spodziewała się go w każdej chwili. Jeśli tylko żyje, jeśli tylko jest zdrowy, to wróci. Wróci z pewnością, albo przynajmniej przyśle jej list. Napisze list i włoży do niego swój „portret”. A kiedy Bóg da i miły list z „portretem” we wnętrzu nadejdzie, kto będzie mógł się z nią równać?
Przez wiele dni wypatrywała go, wielu nocy nie przespała. Wiele, po kryjomu, łez wylała. Zakopywała głowę w poduszkę, aby ludzie tego nie widzieli. Aby przyjaciółkom nie przysporzyć zmartwień, a wrogom radości.
Z chwilą, kiedy poczuła, że staje się matką, jej zmartwienie się pogłębiło. Do kogo zwrócić się o pomoc? Gdyby nie bała się Boga i piekła, skończyłaby z sobą.
Istnieje nawet przypuszczenie, że pewnego dnia, kiedy prała bieliznę w rzece, miała zamiar rzucić się w jej odmęty. W ostatniej podobno chwili przypomniała sobie o tym, co ją za to czeka na tamtym świecie i powstrzymała się. Na wpół żywa złapała bieliznę i pędem wróciła do domu. I właśnie wtedy spotkała ją na drodze położna Sara-Ruchla.
– Dlaczego tak pędzisz, córuchno?
I wtedy Rajzla rozpłakała się jak dziecko. Sara-Ruchla doświadczonym okiem starej położnej, która niejedno już na tym świecie widziała, w lot pojęła, w czym rzecz i zaczęła jej przemawiać do serca:
– Boska to rzecz. To On tak chce i nie ma rady. A może właśnie dzięki temu wróci Zetł?
Rajzla, usłyszawszy imię męża, poczuła, że cała krew napływa jej do twarzy. Obie kobiety usiadły wtedy na przyzbie przed obcym domem i zaczęły szeptać sobie coś na ucho. Szeptały i szeptały. Na palcach coś tam obliczyły i wreszcie się rozeszły.
Tak długo, jak tylko mogła, starała się Rajzla utrzymywać rzecz w tajemnicy. I oto pewnego dnia sprawa się wydała i tajemnica przestała być tajemnicą. Od tej chwili dom Enocha, w którym mieszkała, stał się dla niej piekłem. Zdawało się jej, że wszyscy tylko na nią patrzą, że tylko o niej mówią. Najbardziej złościło ją to, że wszyscy złorzeczą jej Zetlowi. Kto żyw, ten na niego pomstował.
Najbardziej dokuczała Rajzli żona piekarza, Leja, która przejęta do głębi jej losem przynosiła jej często to świeżą bułkę, to coś innego. Przy tej okazji piekarzowa nie omieszkała wypowiedzieć swego zdania o Zetlu:
– Na, Rajzlo! Skosztuj tego pieczywa. Oby się, mój Boże, ten twój mężulek, ten szarlatan udławił w tej swojej Ameryce pierwszym kęsem spożywanego chleba.
– Żeby przynajmniej wiedział, że wkrótce będzie ojcem… a niech go piorun – dodaje przybywając jej w sukurs żona mełameda296 Fruma.
– A jak się dowie – odzywa się Asna, handlarka kur – to co? Możliwe, że się może roztkliwi ze szczęścia? A niech go szlag trafi!
Wszystkie wymienione kobiety mieszkają jako lokatorki w domu stolarza Enocha. Każda ma swój alkierzyk, swoje gospodarstwo, swoją pościel, swego męża i swoje dzieci. A dzieci – chwała Bogu – im nie brakuje. Toteż dom trzęsie się od krzyków i wrzasków. Dzieci biją się, a kobiety, korzystając z jednej kuchni, nie żałują sobie słów. Kłócą się i obgadują. Przepraszają się i pożyczają sobie wzajemnie, to co mają do pożyczenia. Razem się cieszą i bawią na tych samych weselach. Jednym słowem, żyją jak jedna rodzina.
I nagle Rajzla zrywa się jakby ze snu z krzykiem:
– Boże! Boże! Boże!
Sara-Ruchla zaczyna ją pocieszać:
– O tak! Właśnie tak, moje dziecko! Teraz dopiero zaczynają się prawdziwe bóle. Jeszcze jeden krzyk i jeszcze jeden krzyk, i będzie po wszystkim. O tak, o tak, no i mazl tow297. Gratuluję ci córeczko, masz chłopca.
Kobiety natychmiast go wykąpały, owinęły w pieluszki i zaraz potem zaczęły mu się dokładnie przyglądać, aby ustalić, do kogo jest podobny. I nagle rozległ się chóralny okrzyk:
– Ażeby go szlag! Zupełnie do niego podobny! Dokładna kopia.
Teraz zaczęła się dyskusja na temat, co podać Rajzli do jedzenia. W jej trakcie jedna kobieta zarzucała drugiej, że zawczasu nie postarała się o kurczaka dla położnicy. A skoro była mowa o kurczaku, to wszystkie pretensje spadły na głowę Asny, handlarki kur.
– To przecież ty handlujesz kurami. Nie mogłaś wcześniej o tym pomyśleć? Za proso dla kury same zapłaciłybyśmy i za rytualne zarżnięcie też.
Piekarzowa Leja zakasała rękawy i zabrała się do upieczenia maślanego pieczywa dla położnicy. Żona mełameda, Fruma, pobiegła do męża, reb298 Chaima-Jojny, aby zamówić u niego wiersz pochwalny na cześć rodzicielki.
I Chaim-Jojna również zakasał rękawy i napisał tak piękny wiersz, że nawet najbogatsza położnica w mieście nie mogła o podobnym pomarzyć.
W środku wiersza wymalował ozdobną piramidę:
Adam i Ewa,
Abraham i Sara,
Izaak i Rebeka,
Jakub i Leja.
Po obu bokach tej piramidy wypisany był werset
Czarownica nie wyżyje,
Nie wyżyje czarownica,
Wyżyje czarownica nie.
Na dole zaś dużymi literami wypisane były tajemnicze słowa, które miały służyć jako remedium na złe uroki i wszelkie kłopoty. Słowem, zrobiono wszystko, co należało zrobić.
Rajzla leżała w łóżku i patrząc ze wzruszeniem na krzątające się wokół niej kobiety, szeptała:
– Oby Bóg je wynagrodził. I za co mi się to należy? Za jakie dobre moje uczynki?
A kiedy mężczyźni uporali się ze swoimi czynnościami, wszczęli rozmowę na temat zorganizowania uroczystości obrzezania.
Stolarz Enoch, chociaż sam nie zalicza się do bogaczy, a na głowie ma sporo własnych chłopców, oświadczył, że skoro poród odbył się w jego domu, to on bierze na siebie mycwę299 zorganizowania brysa. Pozostali Żydzi czuli się obrażeni.
– Jak to? Dlaczego tylko jemu jednemu ma przypaść taka mycwa? Czy dlatego, że umie pięknie gadać? Brys należy do wszystkich.
I kiedy wreszcie doszło do podziału honorowych funkcji związanych z tą uroczystością, rozpoczął się nowy spór.
Stolarz Enoch w skrytości ducha liczył na to, że jemu, jako właścicielowi domu, przypadnie funkcja sandeka300. Grubo się jednak przeliczył. Ta najważniejsza chyba funkcja – stwierdzili wszyscy pozostali – należy się mełamedowi Chaimowi-Jojnie, ponieważ jest uczonym w Piśmie. Stolarz musiał – chcąc nie chcąc – podzielić ich zdanie. Wstał i oświadczył, że sam doszedł do takiego wniosku. Za to uhonorowali go „krzesłem proroka Eliasza”301. Zaszczyt mecicy302 przypadł mężowi handlarki kur, ponieważ był on znany ze swojego kłótliwego charakteru i mógł wywołać skandal, gdyby go pominięto przy rozdziale honorowych funkcji. Słowem, zdołano jakoś uporać się z rozdziałem zaszczytów. Pozostała jedna tylko rzecz do załatwienia i chyba najważniejsza. Skąd wziąć wódkę?
– Skąd wziąć wódkę? – powtórzyła pytanie Sara-Ruchla. – Obyście tylko takie mieli kłopoty.
I nim wszyscy się spostrzegli, zarzuciła na siebie palto i pędem pobiegła do swojego zięcia Jidla, który „fabrykował” słodkie wódki i przyniosła dwie butelki czerwonej wódki, zwanej „karambambula”.
Ludzie zasiedli do stołu, zjedli rybę, po czym wypili po kilka kieliszków „karambambuli”. Zaraz też poweseleli, ożywili się i zaczęli wznosić toasty.
– Lechaim303! Na zdrowie! – pierwszy toast wzniósł sandek Chaim-Jojna, mełamed miejscowego chederu304, Żyd o wyskubanej z jednej strony brodzie, z czarnym szalikiem na szyi. – Oby Bóg dał, abyśmy dożyli do jego bar micwy305 i mogli z tej okazji znowu się napić.
– Lechaim – powiedział uhonorowany „krzesłem proroka Eliasza” stolarz Enoch. – Lechaim! Oby Bóg dał, abyśmy mogli wypić na jego weselu.
A baal-mecicy306, małżonek kurołapki Asny, wysłużony żołnierz cara Mikołaja, mężczyzna o grubych wargach, wlał za jednym zamachem w gardło trzy szklanki wódy i posunął się w swoich życzeniach znacznie dalej:
– Lechaim! Oby Bóg dał, abyśmy dożyli chwili, kiedy ten chłopiec się ożeni i spłodzi dzieci, a my żebyśmy mogli uczestniczyć we wszystkich brysach i weselach jego dzieci, i dzieci tych dzieci!
Kobiety również wypiły po kropelce i nabrały rumieńców. Stały się jeszcze bardziej rozmowne i zaczęły naraz gęgać, niczym gęsi.
Potem mężczyźni wynieśli na dwór stoły i krzesła, zrzucili, za przeproszeniem, kapoty i puścili się w tan w samych tylko spodniach. Zupełnie jak w święto radości Tory – Symchas Tojre307.
A na przesłoniętym dziurawym prześcieradłem łóżku siedziała Rajzla ze swoją kruszyną w rękach. Przytuliła do piersi maleństwo i czule patrzyła na tych dobrych ludzi, którzy tyle dobrych życzeń jej złożyli. Nie mogła zrozumieć, czemu to wszystko zawdzięcza. I przeniósłszy wzrok na swoją pociechę, wyszeptała:
– Wykapany tatuś. Jak dwie krople wody.
I z jej pięknych, niebieskich, głęboko osadzonych oczu wytrysnęły dwie łzy. Stoczyły się po bladej, umęczonej twarzy i spadły na jej białą młodą pierś.
Oby się to Żydom nie przydarzyło
Zajdel, syn Szai, to młody człowiek wciąż jeszcze pozostający na utrzymaniu teścia. Mimo iż ma już kilkoro dzieci, dalej nie ima się pracy, jeno dniami i nocami ślęczy nad świętymi księgami. Zresztą o co ma się martwić. Jest jedynakiem, a reb308 Szaja to bogacz. Po nim – oby nawet po stu dwudziestu latach309 – cały majątek jemu przecież przypadnie.
A reb Szaja przez całe życie zajmował się pożyczaniem pieniędzy na procent. Jego „kapitał” rozrzucony był po całym mieście. Nie było ani jednego kasrylewianina, który by nie był u niego zadłużony. Nic dziwnego, że w jego mieszkaniu zawsze wrzało, jak w kotle. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Jedni pobierali pieniądze, drudzy oddawali.
Był tam, pożal się Boże, kantor, albo jak kto woli bank. Prawda, że bez malowanych stołów i stołków, bez urzędników w białych mankietach, bez ludzi z podkręconymi wąsami i długimi paznokciami. Na próżno byś tam również szukał okienek z kratami, żelaznych szaf i owych szalenie pękatych ksiąg buchalteryjnych, którymi łatwo można człowieka nawet zabić.
W „banku” Szai był tylko jeden stolik, na którym stał kałamarzyk i pudełko z piaskiem, czyli suszka. Za każdym razem, kiedy trzeba było coś zapisać, należało wprzódy napluć do tego kałamarzyka. Bez tego za nic nie udałoby się namoczyć pióra. W stoliku była szuflada o dwóch kółkach i dużym zamku. Spoczywała w niej księga kontowa, zawierająca wszystkie rachunki, które reb Szaja skrupulatnie prowadził według własnej buchalterii. A jak wyglądała ta buchalteria?
Księga składała się z pięćdziesięciu dwóch kartek. Na każdej z nich wypisana była nazwa parszy, czyli rozdziału Tory310, przypadającego na dany tydzień. Kartka podzielona była na dwie części, czyli rubryki. Jedną z nagłówkiem „otrzymałem” i drugą z nagłówkiem „dałem”. W rubryce „otrzymałem” było tak napisane:
„Otrzymałem od p. Gerszona Pupika za pokwitowaniem – parsza Bereszit – 20 rubli”.
W rubryce „dałem”:
„Dałem panu Symche Lemieszce za pokwitowaniem, parsza Bereszit – 2 ruble”.
„Otrzymałem od p. Fajwela Szmojsa, za pokwitowaniem, parsza Pikudej – 4 ruble”.
„Dałem dodatkowo p. Gerszonowi Pupikowi – 7 rubli”.
„Otrzymałem od p. Symchy Lemieszki jeden rubel”.
„Nie dałem już więcej Fajwlowi Szmojsowi 13 rubli”.
„Nie otrzymałem od p. Gerszona Pupika w tygodniu parszy Noach. Również w tygodniu parszy lech lecha nie otrzymałem”.
„Obiecałem reb Szymsze pożyczyć jeszcze 11 rubli”.
Jak reb Szaja wykaraskał się z tych rachunków, jeden Pan Bóg tylko wie. Nie martwcie się jednak. Dał sobie radę. Protestów, procesów sądowych i sporów nie było. Każdy dłużnik zdawał sobie sprawę, że jeśli Szaja przestanie pożyczać, to koniec, kropka, umarł w butach.
W ten sposób koło toczyło się dalej przez lata, aż do chwili, kiedy reb Szaja przeniósł się na tamten świat.
Reb Szaja umarł, a Zajdel objął po nim interes.
Trzydzieści dni żałoby minęło i Zajdel zabrał się od razu do rachunków. Trzy tygodnie ślęczał nad księgami. Ślęczał i pisał. Pisał i liczył. W końcu polecił wezwać wszystkich dłużników, do których tak przemówił:
– Szanowni moi panowie! Długo badałem wasze rachunki. Liczyłem, sprawdzałem i wyliczyłem, że nic już od was mi się nie należy. Wyszliście na czysto.
– Jak to, nie należą się od nas pieniądze? Jak to wyszliśmy na czysto?
– A tak to. Według obliczenia algebraicznego zapłaciliście procent od sumy i procent od procentu, siedemnaście razy więcej niż pobraliście, plus trzy szesnaste… Oto macie wasze pokwitowania.
Usłyszawszy takie słowa kasrylewianie zakipieli z oburzenia. Coś tu nie gra. Nic innego, tylko jakiś podstęp, jakaś gierka, jakaś sztuczka. I długo nie myśląc, cisnęli Zajdlowi w twarz wszystkie swoje pokwitowania i podnieśli raban:
– Chce nas zarżnąć! Zarżnąć bez noża! Reb Szaja, oby miał świetlany raj, prowadził z nami interesy przez wiele lat i kieszeń miał dla nas zawsze otwartą, a ten przychodzi i raptem chce nas wszystkich w błocie wytarzać.
– Głupcy – replikuje im Zajdel. – Co za idioci z was! Osły! Mówi się wam, że jesteście czyści nie dlatego, że komuś się tak spodobało, ale na podstawie samej algebry.
– Co nam tam będziesz opowiadał jakieś bajeczki o jakiś tam algebrach. Zdajmy się na sąd ludzki. Chodźmy do rabina!
– Do rabina! Do rabina! – krzyknęli wszyscy chórem.
W domu rabina zebrało się prawie całe miasto. Gwar, wrzaski i krzyki unosiły się pod niebiosa.
Zajdel pozwolił wszystkim się wygadać.
– Niech – powiedział – każdy powie, co ma na wątrobie.
Kiedy wszyscy zdążyli się już wygadać i wykrzyczeć, poprosił zebranych, aby na chwilę wyszli i zostawili go sam na sam z rabinem.
– Chcę mu coś ważnego powiedzieć, ale tylko w cztery oczy.
O czym Zajdel mówił z rabinem, tego nikt nie wie.
Chodzą słuchy, że doszło między nimi do gwałtownej dyskusji. Zajdel utrzymywał, że nie wolno Żydowi uprawiać lichwy, gdyż ta, według dokładnego przestudiowania Pisma, równa się grabieży. Człowiek żyjący z lichwy gorszy jest od najgorszego. Bo jak to może być? Wszyscy mają ciężko harować, a on co? Gdzie tu sprawiedliwość?
Rabin Juzipl próbował kontrargumentować. Powołał się nawet na „poprawkę” błogiej pamięci Maharama311, słynnego talmudysty, wniesioną przez rabiego Meira, syna Gedalii z Lublina312, w myśl której świat bez pożyczania pieniędzy nie mógłby istnieć. Cytował jego książkę Jiszuw haolam (Cywilizacja, zwyczaje świata). Na te wywody Zajdel odparł, że według jego rozumienia, jeśli na tym ma się opierać istnienie świata, to cały ten świat wraz z panującymi w nim obyczajami nie zasługuje na to, aby istnieć.
– Co to za świat – zapytał Zajdel – który przywłaszczanie groszowego obwarzanka przez głodnego człowieka nazywa kradzieżą, a rabowanie całych rzesz wdów i sierot określa mianem „dorabiania się”? Czy jest słuszne, żeby za ucięcie komuś palca wysyłać na katorgę sybirską, a za wyrżnięcie osiemdziesięciu tysięcy Anglików w Afryce przypinać medal za odwagę?
I ująwszy rabiego Juzipla za klapy kapoty ciągnął dalej:
– Czy to jest sprawiedliwe? Czy tak ma wyglądać sprawiedliwość? Jedzie sobie po świecie stary Krygier, szef Burów313, i puka biedaczysko do wszystkich drzwi, błagając o miłosierdzie dla swego biednego kraju. Niczego poza sprawiedliwym sądem nie żąda. Zdaje się na wyrok opinii społecznej. Niech ludzie osądzą. A tu jeden powiada, że nie chce się wtrącać, a drugi powiada, że jemu wobec pierwszego po prostu nie wypada. Słowem, jeden tak, a drugi siak. A tymczasem krew się leje. Gdzie więc jest ta sprawiedliwość? Gdzie jest to człowieczeństwo? A ty rabinie prawisz mi o „cywilizacji”, o „zwyczajach świata”, o „istnieniu świata”! Ładny mi świat!
I coraz bardziej zapuszczał się Zajdel w głąb rozważań na temat świata. Zapędził się i zabrnął zbyt daleko. Wszedł na niebezpieczne drogi. Zaczął wszystkiemu zaprzeczać, ze wszystkiego się naśmiewać, wszystkim świętościom urągać.
Toteż reb Juzipl uznał, że nie ma o czym z nim mówić dalej. Zatkał rękoma uszy i krzyknął:
– Dosyć! Dosyć! Dosyć!
I kiedy Zajdel poszedł sobie wreszcie, reb Juzipl zawołał ludzi i tak do nich przemówił:
– A przecież to nawet porządny człowiek z tego Zajdla. Delikatny i uczciwy, ale, oby się to nigdy żadnemu Żydowi nie przytrafiło…
I mówiąc to stuknął się palcem w czoło. Nie muszę chyba dodawać, że wszyscy w lot pojęli, o co chodzi.
Zepsute wesele
I jak tu Noe Celnik ma się nie cieszyć, kiedy Pan Bóg w swojej łaskawości sprawił, że oto wydaje za mąż najmłodszą córkę. Za kogo?
A co to za różnica, czy za Borucha, czy za Zurecha, za Pajtla, czy za Frajtla? Wydaje i koniec.
Zapewne myślicie, że Noe to taki ojciec, który pozbywa się córki, bo uważa ją za garb na plecach, że chce się od niej po prostu uwolnić. Jeśli tak myślicie, to jesteście w błędzie.
Drugiego takiego ojca, jak Noe, na całym świecie nie znajdziecie. Całe swoje życie poświęcił dzieciom. Pracował, harował i wypruwał z siebie żyły. Dniem w upale i skwarze, nocą na mrozie. Często wędrował w deszczu i błocie. Nieraz leżał pod wozem. Zdarzyło się, że kiedyś wpadł do przerębli. Przeziębił sobie płuca i do końca życia nie pozbył się już jakiegoś dziwnego kaszlu. Zapewne spytacie, jak człowiek może doprowadzić się do takiego stanu. Spróbujcie, proszę was, utrzymać żonę i dzieci ze sklepiku z galanterią w Kasrylewce.
Kiedy dzieci były jeszcze całkiem maleńkie, Noe musiał sam się nimi zajmować. Kąpał je, przewijał i pielęgnował.
Wiem, że zaraz nasunie się wam pytanie: a gdzie była matka? Otóż żona Noego, Zełda, zawsze była zajęta. Prowadziła interesy. Przeważnie z dziedzicami. W ten sposób Noe przebywał w mieście, a Zełda w okolicy.
Dlaczego ona prowadziła interesy, a nie on? Bo znała ona język polski. Umiała rozmawiać z dziedzicami. Wiedziała, jak sprzedać towar na wsi i na prowincji. Z miastem Zełda nie umiała handlować. Nie mogła patrzeć na kasrylewskich klientów. „Za mądrzy są” – mówiła. Dziedzice to całkiem co innego. Zupełnie inni ludzie. Kiedy ona zaklina się: „jak Boga kocham”, to dziedzic jej ufa. Natomiast kasrylewski Żyd, jeśli przysięgłaby mu na wszystkie świętości, a nawet gdyby zapadła się pod ziemię, nie uwierzy jej. Ten „antysemita”, ten „wróg Syjonu” powie ci z szyderczym uśmiechem na ustach:
– A po co od razu przysięgać? Ja i bez przysięgi pani wierzę…
W posagu dla swojej najmłodszej córki Noe daje siedemdziesiąt pięć rubli. Jeśli zaś chodzi o ścisłość, to Noe obiecał dać sto pięćdziesiąt. Siedemdziesiąt pięć przy zaręczynach i siedemdziesiąt pięć później, to znaczy wtedy, kiedy nastąpią lepsze czasy.
Lepsze czasy jednak nie nastąpiły, choć wypatrywała ich Kasrylewka od wielu już lat. I co? I nic.
Czy w ogóle kiedyś nadejdą? Może! Czym czekanie na lepsze czasy jest gorsze od oczekiwania na Mesjasza? Czy Żydzi przestali czekać na Mesjasza?
Krótko mówiąc, możecie być pewni, że z powodu posagu małżeństwo się nie rozejdzie. Jest to bowiem wewnętrzna i jakby rodzinna sprawa. Ojcowie młodych znają się i nawet lubią. Matki też się znają i też się lubią, a młodzi również doskonale się znają i nawzajem kochają…
O mało co nie wyrwałem się zbędnym słowem. Jeśli obiecacie mi, że zachowacie to w tajemnicy, to wam coś opowiem.
Nim jeszcze wpadło do głowy reb314 Szolemowi-Szachnie swatać to małżeństwo, młodzi od dawna się już znali. Pisywali nawet codziennie do siebie liściki, z których wynikało, że postanowili się pobrać.
On uczył w chederze315, a ona pomagała w sklepie. Pewnego razu, na początku miesiąca, w drodze do bet hamidraszu316 przechodził obok sklepu. Nagle zobaczył stojącą w jego drzwiach dziewczynę, ubraną w sycową317 sukienkę, z białym szalikiem na szyi. Sukienkę sama sobie właśnie uszyła, a szalik zrobiła na drutach. Stoi tak na progu i pięknymi czarnymi oczkami patrzy jakby prosto na niego, i się przy tym uśmiecha.
On jest przekonany, że patrzy właśnie na niego. I słońce zaczyna go ogrzewać, a ciepły wiaterek zaczyna go głaskać po plecach i z ust wyrywa mu się szept: „Frejdl – piękna kobieta”.
I nic już z modlitwy. Przed oczyma wciąż ma Frejdl. Przy alleluja318 i min hamecar319 znowu przypomina sobie córkę Noego. Widzi niemal jej piękne, czarne oczy. Zaczyna więc energiczniej kiwać się i głośniej niż zwykle powtarzać werset min hamecar (w nieszczęściu). Boi się, że jeszcze go zapomni. W drodze powrotnej z bet hamidraszu uważnie rozgląda się, a nuż znowu zobaczy Frejdl. Przychodzi do chederu, otwiera Gemarę320, zagląda do Tosefot321 i znowu widzi Frejdl. W nocy, we śnie – znowu Frejdl. Wszędzie tylko Frejdl.
Swat, reb Szolem-Szachne, wpada tymczasem na prosty pomysł. Przychodzi do sklepu i proponuje Noemu, aby wydał swoją najmłodszą córkę za mąż za Dawida, syna Borucha-Benejona. Wyjmuje przy tym pudełko z tabaką i wylicza wszystkie nadzwyczajne zalety swego kandydata do ręki Frejdl. Ta, rzecz oczywista, usunęła się na bok, aby nie zauważono, jak się zarumieniła.
Na białej szyi miała Frejdl wisiorek. Na tym wisiorku był węzełek, w którym przechowywała liścik napisany pięknym kaligraficznym, zdobionym w esy-floresy pismem. Zawierał on następujące słowa:
„Najdroższa i najukochańsza moja duszo! Przyjaciółko i ozdobo mojej głowy! Rozkoszy moja i życie moje! Frejdl! Obyś mi była zdrowa! Gdyby nasza rzeka zawierała sam tylko atrament, a las same tylko gołe pniaki, a cały świat zbudowany był tylko z papieru i gdybym na tym papierze pisał do Ciebie w dzień i w nocy, to bym i tak nie zdołał wyrazić choćby jednej dziesięciotysięcznej części tego, co moje serce czuje do Ciebie. A stało się to od pierwszej chwili, kiedy ujrzałem Twoją jasną twarz, która ładniejsza jest od słońca i kiedy usłyszałem Twój głos, który słodszy jest od najsłodszego wina!”
I dalej w tym duchu.
Nasza para czekała tylko na chwilę, kiedy reb Szolem-Szachne wpadnie na pomysł, aby ją wyswatać. A kiedy doszło to już do skutku, narzeczony posłał swojej lubej dwa złote kolczyki za piętnaście rubli. Narzeczona zaś uszyła dla swojego oblubieńca woreczek na tefilin322 z czystego aksamitu. Wyhaftowała na nim srebrną tarczę Dawida i dwa lwy z koroną. Było to istne cacko, godne najwyższego podziwu. I nie było szczęśliwszej od nich pary na świecie. Zarówno on, jak i ona, po cichu i z niecierpliwością liczyli tygodnie, godziny i minuty dzielące ich od weselnego baldachimu. Ślub wyznaczony został na Szabat Nachmu323. No i wreszcie wybiła godzina ich szczęścia. Kto nie widział, w dniu ślubu córki Frejdl, sklepikarki Zełdy, biegającej w zawiązanej z tyłu głowy we dwa szpice chustce, wołającej ochrypłym głosem: „Gdzie się, na moje nieszczęście, podziewa Noe?”, ten niczego piękniejszego nie widział. Ten nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak wygląda prawdziwy rozgardiasz.
– Narzeczeni poszczą – krzyczała piskliwym głosem – a jego diabeł poniósł. Gdzie się podziewasz Noe? Gwałtu! Rety! Ja tego nie przeżyję!
Krewni ze strony narzeczonego przychodzą jej w sukurs.
– Gdzie jest ojciec narzeczonej? Już najwyższy czas stanąć pod baldachimem. Gdzie jest mechutan324?
A nasz Noe siedzi sobie tymczasem w kąciku razem z przyjacielem, reb Mojsze-Josiem, zięciem rabina. Zaszył się tam i wylewa przed nim żale z powodu zepsutego, jak twierdzi, wesela.
Wszystkie, bez uroku, córki wydał w sposób należyty. Na każde ich wesele sprowadzał z samego Kijowa klezmerów325. A teraz, kiedy wydaje najmłodszą, klezmerów nie ma. Odfajkowane wesele. Zepsute wesele.
Mojsze-Josie, zięć rabina, głaszcze się po bródce. Śmiejącymi się oczami patrzy na głupiego mechutana i powiada:
– Przecież masz klezmerów na miejscu. Czy tutejsi klezmerzy nie potrafią grać?
– Też mi klezmerzy! – replikuje Noe. – Wesele bez kijowskich klezmerów!
Gdyby Noe zawczasu wiedział, że kijowscy klezmerzy nie będą mogli przybyć, odłożyłby wesele na drugą połowę miesiąca Elul326.
Ceremonia ślubna się odbyła, a Noego znowu gdzieś poniosło. I znowu krewni narzeczonego zaczynają wołać:
– Gdzie jest mechutan? Dawać mechutana! Gdzie jest mechutan?
Zełda wreszcie odnajduje go i nie szczędzi mu wyrzutów:
– Ładnie wydajesz córkę za mąż. Oj biada mi!
– Bez kijowskich klezmerów – powiada Noe – to dla mnie nie jest wesele!
– Bój się Boga, Noe! Co ty pleciesz? – Zełda nie posiada się ze złości.
– Czy kasrylewscy klezmerzy to nie Żydzi! Czy kasrylewscy klezmerzy nie mają dzieci? Nie potrzebują jeść? Tfu! Wstydziłbyś się! Wstyd i hańba. Reb Jehoszua-Heszl, zagraj coś wesołego!
I klezmer, reb Jehoszua-Heszl, starszy już nieco Żyd w watowanej kapocie, z grubymi pejsami327 na bokach twarzy, w przydługim, wyrzuconym na zewnątrz podkoszulku tałesowym328, uderza smyczkiem po skrzypcach, mruga okiem do swojej orkiestry i kasrylewscy klezmerzy pokazują, że i oni nie w ciemię bici. Żywo i z temperamentem grają jakiś wesoły kawałek. Struny niemal pękają. Nisko zawodzi bas. Dmuchają w trąbki, gwiżdżą na fletach i uderzają w talerze. Goście weselni klaszczą w dłonie. Wnet tworzą coraz większe i większe koło. Rodzice młodych biorą się za ręce i idą w tan. Wesoły tan.