Kitabı oku: «Fermenty», sayfa 18
Jechali w milczeniu, bo Andrzej nie śmiał mówić, tylko patrzał na rozrumienioną twarz Janki, i biegł za jej oczyma, błądzącemi z rozkoszą po nagich, pustych i białych polach, na które wyjechali z lasu, i taka go dziwna a wielka radość przepełniła, że chciało mu się wstać w sankach i krzyczeć ze wszystkich sił, ale nie podniósł się, tylko delikatnie wyjął jej rękę z mufki i ucałował. Nie broniła mu, uśmiechnęła się łagodnie i szepnęła bezwiednie, przyciskając się ramieniem do niego:
– Dobrze tak jechać… dobrze…
– Nie zimno pani?… – zapytał troskliwie, otulając jej nogi futrem.
– Nie.
– Może jechać prędzej?
Skinęła głową.
Dał znak stangretowi i konie ruszyły z kopyta, sanki świszczały tylko w locie szalonym.
Zaraz też ukazały się zabudowania krosnowskie: park, wieś, nad którą unosiły się błękitne słupy dymów, i rzeka niezamarznięta miejscami, błyszcząca złotemi taflami wody w słońcu.
Pod kolumnadą podjazdową pałacu, gdy dojechali, ukazał się stary Grzesikiewicz, odświętnie ubrany, w długie buty świeżo widocznie wysmarowane, bo w załamku cholew bieliły się resztki skrzepłego tłuszczu, w czarny kożuszek, podbity zwykłemi baranami, od którego zdaleka bił zapach skóry niewyprawnej, siwawe włosy miał gładko przyczesane, a twarz sino-czerwoną; końce wąsów, przyciętych nad ustami, buńczucznie wykręcał do góry.
– Witam! witam wielmożną panią! – zawołał, wysadzając Jankę, ale zamilkł i omroczył się, bo syn uderzył go oczyma za tę „wielmożną panią”. Odzyskał prędko równowagę i rubasznie, z mlaskaniem, ucałował ręce Janki, wiodąc ją do środka pałacu.
Z Grzesikiewiczową przywitały się serdecznie, i gdy Janka pocałowała ją w rękę, stara chwyciła ją w ramiona i rozpłakała się ze wzruszenia.
– Kto łzami wita, z miłości kwita! – zaśmiał się stary. – Pozadawała pani moim na kochanie, czy co?.. bo ani moja stara, ani Jędruś nie mogą już żyć bez pani, – powiedział wesoło i ujął ją pod ramię. – Jędruś, idź se synku miedzą, tam, gdzie gapy siedzą; ja panią sprowadzę.
– Pan się fatyguje, ależ ja nie pozwolę, – protestować zaczęła, zobaczywszy, że ledwie wlecze nogi.
– Ale, ale! oberkabym jeszcze zatańcował z panią, jak Boga tego kocham.
– I mój ojciec cierpi na reumatyzm, więc wiem, jaka to przykra choroba.
– Niechno się pani dotknie, aksamit, prawdziwy aksamit!.. jak Boga tego kocham!.. Jucha, Jędrek, jeździł po niego sam do Warszawy!.. – mówił, pokazując pokrycie wielkiej, staroświeckiej kanapy. – I sprężyny nowe, o!.. – grzmotnął pięścią, aż zadźwięczały. – Pod bykiemby się nie złamały, a cóż dopiero pod panią, jak Boga tego kocham.
– Wierzę – szepnęła, tłumiąc śmiech.
– A oto, uważa pani, malunki dawniejsze. – Pokazywał jakieś mitologiczne sceny. – Ksiądz nasz na nie trochę się skrzywił, bo to, za pozwoleniem, ździebko za gołe są te pannice, ale wyrzucić było mi szkoda, bo ramy massyw… stuknął kijem z rozkoszą w bronz. – Więc coby oczów nie paskudziło, kazałem stolarzowi, jak Pana Boga tego kocham, lakierem trochę popendzlować, i jest fertig!.. co, ładne?..
– Bardzo ładne!.. – przypatrywała się z zajęciem wspaniałym ramom w stylu cesarstwa, bo obrazu nie było widać, sczerniał pod lakierem stolarskim, tylko dwie główki bogiń jaśniejszą plamą wychylały się z tej czarności.
– Ale to pokój stołowy. Uważa pani, jakie to wszystko!.. – zaczął otwierać kredens, wysuwał szuflady, próbował kluczy, dzwonił z rozkoszą pięścią w deski i blaty stołów.
– Dąb rzetelny, jak Pana Boga tego kocham, u nas wszystko musi być fajn!..
– Istotnie, bardzo ładny pokój… – odparła, z zajęciem przypatrując się widokowi, jaki się roztaczał przez okna, na jeziorko i park.
– Co?.. ładne?.. aha!.. mówiłem sam, że się to pani będzie podobać, latem to tylko ptaszysków bywało za dużo, darły się całe noce, że nie można było spać, ale jak je Jędruś przestrzelał, to ich teraz mniej.
– Słowiki?
– Jest tego paskudztwa najwięcej. Chodźmy do salonu, bo to wszystko nic, ale zobaczy pani, jak Jędruś zmyślnie wszystko wykalkulował; jucha chłopak, do wszystkiego zdatny, jak Pana Boga tego kocham. – Odchylił kijem portjerę i puścił ją naprzód.
Salon był ogromny, o czterech oknach, bardzo wysoki, z rodzajem estrady dla muzyki, i przeładowany cennemi meblami i sprzętami.
– He, he!.. jak Boga tego kocham, niby kościół, niby królewski dom!.. a co?.. niechno pani weźmie! – zawołał, podając jej koniec story z jedwabnej gipjury. – Materja! a jaka gruba! co?.. takich sam sędzia Łomiszewski nie ma. A jakie to cacane, kiejby z cukru! a co!.. – wołał, wskazując kijem garniturek mebli w stylu rococo, ozdobiony złoceniami i malowidłami ręcznemi na jedwabnem pokryciu. – Trochę to puszczało, rozłaziło się, ale tapicer wyreparował, wymalował, matka wycerowała, i teraz fertig!.. a!.. fajnowe, jak Boga tego kocham.
Janka z wielką ciekawością, a nawet zdziwieniem, przypatrywała się ślicznym wazonom z saskiej porcelany, stojącym na ogromnym, marmurowym kominku.
– Porcenela! rozbiła się, jucha, ale stara lakiem skorupy zlepiła i ślicznie, jak Boga tego kocham… albo te malunki! i w kościele niema lepszych, a co ramy, to nasze sto razy więcej warte, żyd chciał je kupić na funty, ale szelma!..
– Mój ojcze, na chwileczkę!.. – zawołał Andrzej, wchodząc do saloniku i, usłyszawszy rozmowę, odciągnął starego trochę wbok, coś mu szepnął takiego, że stary odsunął się gniewnie, stuknął kijem, nasrożył wąsy i szepnął:
– Mówię ci, głupiś! ja wiem, co mówić! – i wrócił do Janki.
– Panie Andrzeju, ależ to same prześliczne antyki te meble.
– Szczęśliwy jestem, że się pani podobają! – odezwał się uradowany.
– Jeszczeby też!.. za samo odnowienie wezmą te skurczybyki…
Niechże ojciec nie nudzi pani takiemi szczegółami. Panno Janino, czy tak, jak jest urządzony i ustawiony, zostać może?.. podoba się pani?.. – mówił prędko, przysuwając się do niej, aby odgrodzić od ojca.
– Podoba mi się bardzo, chociaż zaproponowałabym maleńkie zmiany.
– Niech pani będzie tak dobra wskazać tylko, co zmienić, co przestawić, co wyrzucić, a wszystko natychmiast się zrobi.
Stary szturchnął go kijem ztyłu, przestraszony, że obiecuje wyrzucać takie cenne rzeczy.
– Wie pan, teraz niech tak zostanie wszystko, to już chyba później pomyślimy, razem.
– Tak, tak, ma wielmożna pani rację, jak Boga tego kocham. Las kupuj latem, a ścinaj w zimie, będziesz spał w pierzynie. Ha, ha!.. a co?.. Co się odwlecze, to nie uciecze. Kto robi później, sakwy nie wypróżni! Rozum w głowie ma wielmożna pani fajn.
Przeszli do dalszych pokojów, cały parter był już zupełnie skończony. Janka oglądała długo, bo to mieszkanie imponowało jej swoim wielkopańskim wyglądem: nie dostrzegła ani starości i zniszczenia mebli, ani grubej, ordynarnej roboty odnawiaczy, bo ją olśniewały wspaniałe dywany, portjery aksamitne i jedwabne, pokrycia mebli, meble złocone, stoliki inkrustowane metalami i kością, biurka i szafeczki z mahoniu, z ozdobami z bronzu i z nogami świeżo dopasowanemi, powleczonemi czerwonym bejcem; marmurowe kominki z kratami ze złoconego bronzu wywierały na nią wpływ magnetyczny – kiedyś marzyła o takich kominkach, spotykała się z niemi dotychczas w romansach tylko. Wielkie zwierciadła przeżółkłe, w połowie oślepłe, we wspaniałych, świeżo odzłoconych ramach barokowych, patrzyły ze wszystkich stron, jak zamierające smutne oczy; nie widziała tego, bo rada spostrzegła odbicie swojej postaci, bo ją porywało to mieszkanie. Oglądała po kilka razy jedno, cieszyła się, jak dziecko, ze świetnie błyszczącej zabawki, ale nazewnątrz nie objawiała zadowolenia, tylko chodziła wyniosła, majestatyczna, wspaniała, bo te wielkie i wysokie pokoje, te sprzęty staroświeckie, ten przepych butwiejący oddziaływał na nią szczególnie, czuła się, jakby na scenie, jakby w jakiejś roli margrabiny, więc bezwiednie przybierała odpowiednie ruchy, gesty, spojrzenia, nawet dźwięk głosu modulowała inaczej.
Kończyli już oglądać, gdy stara się zjawiła, zapraszając na podwieczorek do siebie.
Przez korytarz, łączący pałac z oficyną, i kuchnię pustą, bo wszystkie służące uciekły do sieni, i tylko przez szparę niedomkniętych drzwi widać było ich oczy, przeszli do jadalnego pokoju Grzesikiewiczów. Przy stole panowało milczenie, bo stary nie wiedział o czem mówić, matka krzątała się, przynosząc całe góry rozmaitych przysmaków, a Andrzej był onieśmielony spojrzeniami Janki, jakiemi obrzucała pokój i rodziców.
Dopiero pod sam wieczór, kiedy ostatnie miedziane zorze zapalały się na zachodzie, przyjechała Józia i rozmowa się ożywiła.
Głębińska była w szczególnie wesołem usposobieniu dnia tego. Ucałowała Jankę z serdecznością, śmiała się, żartowała z Andrzeja, piła wódkę z ojcem i co chwila zarzucała przyszłą bratowę gradem całym zachwytów, wypowiadanych w połowie po francusku, w połowie po polsku.
– Matka, słyszysz?.. Józia gada po zagranicznemu! – zawołał zdumiony Grzesikiewicz, bo uczenie się francuskiego języka Józia trzymała w wielkiej tajemnicy.
– A juści, abo to w klasach była! abo się uczyła od gubernantek?.. – wątpiła prosto stara.
Józi kolorowe oczy zamigotały wściekłością, przykryła je śpiesznie binoklami i szepnęła ironicznie po francusku do Janki.
– Musi się pani uzbroić w wielki zapas pobłażliwości dla naszych rodziców.
– Józia, a to jak Boga tego, mów no po ludzku, człowiek siedzi, jak na kazaniu niemieckiem, a to ino szerc… szerc… – zaczął komicznie przedrzeźniać.
– Ach, jaka pani dobra, jaka dobra, tego nie wypowiem, że pani nas odwiedziła, i myślę, że i o mnie nie zapomni pani. Proszę o to koniecznie, z całą serdecznością, no, dobrze?.. panno Janino!..
– A i owszem, jeśli pan Andrzej zechce mnie zawieźć do pani.
– Kiedy tylko pani rozkaże, jestem przecież na rozkazy.
– Przyjedźcie, tylko z pewnością, będzie to prawdziwe święto dla nas, moja droga panno Janino!.. – i tak się przymilała, tak łasiła, takiemi pieszczotliwemi akcentami drgały jej słowa, że stary szepnął cicho do żony:
– Jucha, musiała kogo oszwabić, kiedy taka ucieszna dzisiaj.
– Widziała pani już pałac?.. prawda, że ładny.
– Bardzo ładny, nie myślałam nawet, że tak w nim pięknie.
– Królewskie mieszkanie, ale dla pani niema nic zbyt wspaniałego, nic, słowo honoru daję, że jestem z pani dumna.
Jankę mieszały jej słowa, odczuwała pod temi gładkiemi i pięknemi frazesami nieszczerość, zresztą była bardzo czuła na szarżę, a Józia przesadzała w czułościach i komplementach, nawet Andrzej spoglądał na siostrę trochę niespokojnie i ze zdziwieniem, nie poznawał jej.
Gdy zmierzch się zrobił i księżyc wypłynął z nad lasów, Janka podniosła się do odjazdu. Pożegnała się ze wszystkimi bardzo serdecznie. Stary sam ją wsadzał do sanek, okrywał jej nogi, i gdy sanki pomknęły z brzękiem z pod oficyny, szepnął:
– Jucha ten Jędrek, wybrał se pannicę niby łanię, jak Boga tego kocham, będzie chłop używał.
Józia spoglądała za odjeżdżającymi ironicznym, drwiącym wzrokiem.
VI
– Pojedziemy się przejechać, panno Janino!
– Gdzie tylko pan chce.
– Walek, jedź do szosy. Co było niewłaściwem, to niechże nam pani daruje!.. – zaczął nieśmiało.
– Ależ, panie Andrzeju, daję słowo, że te kilka godzin, przepędzonych u państwa, sprawiły mi prawdziwą przyjemność, za którą panu serdecznie dziękuję.
– Gdyby pani wiedziała, jak panią kocham, jakiego szczęścia pragnę dla pani! – mówił gorąco, okrywając jej ręce pocałunkami. Zamilkł, bo wjechali na szosę i konie ruszyły z kopyta; przygarnął ją do siebie ręką i siedzieli tak, milcząc i poddając się rozkoszy: on siedzenia przy niej, trzymania jej prawie w objęciu, że czuł jej oddech na twarzy; ona zaś temu nieokreślonemu uczuciu zadowolenia, jakie wywiozła z Krosnowy.
Konie biegły tak szalenie prędko, że w półtorej godziny zrobili trzy mile. Stangret wjechał do Miechowa i przystanął przed cukiernią.
– Jaśnie panie, koniom trza dać zipnąć i przegryźć co – tłumaczył.
– A dobrze, wytrzyj je, pookrywaj, niechaj wytchną, bo za godzinę wracamy. Panno Janino, wstąpimy do cukierni na herbatę.
– Doprawdy, wolałabym poczekać w sankach.
– Nie, nie zgodzę się na to, zaziębiłaby się pani.
– Tak, ale znowu… – wahała się chwilę, wreszcie wysiadła i weszli do cukierni. Wybrała jakiś zacieniony więcej stolik.
Kończyli prawie herbatę, gdy przed dom zajechały z brzękiem sanki i do środka wpadł młody, czarno ubrany człowiek.
Andrzej podszedł do niego i zaraz go przyprowadził i przedstawił.
Był to Witowski.
– Wyjechaliśmy z Krosnowy przejechać się, ale że sanna świetna, konie szły dobrze, więc znaleźliśmy się aż tutaj – objaśniał Andrzej, robiąc mu miejsce obok siebie.
– I mnie spotkało coś podobnego. Jadzia pojechała do Jasinowskich, wybrałem się po nią i po drodze wstąpiłem na czarną kawę.
– No, po drodze nie tak bardzo, dziesięć wiorst wbok – zaśmiał się Andrzej.
– Tak, ale mojemi końmi dwadzieścia minut.
– Kiedyż jedziesz za granicę?.. chłopiec! kawy gorącej i koniaku!
– Dopiero po ślubie państwa! – skłonił głowę przed Janką. – A czekam dosyć niecierpliwie, pomimo, że Ada chce mnie powstrzymać, jak można, najdłużej.
– To musi być dosyć nudne jechać daleko koleją.
– Jak dokąd, jak z kim i jak kiedy!.. – odpowiadał i pił wolno czarny ukrop, biorąc szklankę w obie ręce i ustawicznie przyglądał się nieznacznie rzucanemi spojrzeniami Jance, która siedziała milcząca i zmieszana nieco: i jego obecnością i swojem sam na sam z nimi; przytem mieszały i irytowały ją jego spojrzenia jakieś badawcze, a lekceważące, jego ton poufały i obejście swobodne.
– Lubi pani sannę? – zapytał, stawiając szklankę.
– Czemuż pan nie zapytał, czy ser lubię?.. i tem możnaby zacząć rozmowę – odpowiedziała dosyć porywczo, bo ją oburzył impertynencki, niedbały ton zapytania.
Witowski odwrócił się cały do niej. Przez chudą twarz o czarnych, głębokich oczach, przebiegł jakiś twardy ton, skłonił się z powagą.
– Ponieważ nie zawiniłem, więc niesłusznie mnie pani karze; ale, że widzę panią po raz pierwszy, że jest pani narzeczoną Andrzeja, że chcę żyć w zgodzie, więc niech mi pani zapomni przykrość mimowolną. – Wyprostował się na krześle i spojrzał na nią prosto.
Zmieszała się, bo to spojrzenie miało taką siłę, że głowa jej drgnęła jakimś poprzecznym ruchem, poprawiła się na krześle.
– Pani mi odpowie? – dodał.
– Tem, że sannę lubię bardzo.
– Przypuszczam, że pani nie zna prawdziwej sanny, bo konie Andrzeja, chociaż niezłe, ale człapaki, chodzą trochę szybciej od wołów.
– Przesadzasz i to bardzo, trzy mile jechaliśmy półtory godziny.
– To większa przesada, daję ci słowo, ale co tam, jedźcie państwo ze mną, odwiozę was do Bukowca. Zobaczy pani i poczuje prawdziwą jazdę sankami.
– To znaczy, z wywróceniem – uśmiechnęła się.
– O, nie, a zresztą, to zależy od szczęścia.
– Miałeś pojechać po pannę Jadwigę – wtrącił Andrzej, bo nierad był z propozycji Witowskiego.
– Jasinowski ją odwiezie. Ale uprzedzam, że będziemy jechali szalenie.
– Zgoda, ale wracam do wywrócenia…
– O tem nie mogę nic mówić. Mnie to nie obchodzi zupełnie, bo wiem, że jeśli się to stanie, to mnie nic nie będzie, ale czy państwu nie, tego nie wiem.
– Bardzo ciekawa pewność, z jaką pan mówi, że nic się panu nie stanie. Gdybym była panem Andrzejem, wystawiłabym ją na próbę – mówiła wesoło, bo wydał się jej zarozumiałym pozerem.
– O, lubi pani eksperymentować…
– Jedyny sposób sprawdzenia.
Zamilkł na chwilę, zaczynała go interesować, bo przedtem był prawie pewny, że skoro jest narzeczoną Jędrusia, więc musi być, ot, zwykłą sobie gąską, tymczasem zdziwiła go. Znajdował zupełnie co innego.
– Dobrze, spróbujemy! – ściągnął brwi, aż mu na czole wystąpiły podłużne pręgi, formujące rzymską piątkę. Kazał zajeżdżać swemu stangretowi.
– Więc jedziemy?
– Nie, dajmy spokój, panno Janino, z tego może być jeszcze nieszczęście.
– Może być, ale czas jeszcze się cofnąć – szepnął ironicznie Witowski.
– Sprawdzimy. Przecież pana Witowskiego konie nie mogą prędzej biec od pańskich?
– A to djabły, nie konie. Więc, chce pani? – zapytał, myśląc jeszcze, że Janka się cofnie.
– O, proszę tylko – odpowiedziała stanowczo, bo przysłonione oczy Witowskiego jakby szydziły.
Andrzej kazał swojemu jechać za sobą. Wsiedli w sanki Witowskiego, długie i wysłane niedźwiedziem futrem.
Stangret ściągnął lejcami niewielkie, w białe łaty, żmudzkie koniki, pokrywane siatkowemi kapami i obejrzał się na sygnał.
Janka siedziała w środku.
– Ruszaj!.. a za miastem ze wszystkich sił! – zawołał Witowski.
Istotnie, za ostatnim domem, stangret zaczął świstać batem, i konie ruszyły jak strzała, prostą, wyszlifowaną drogą.
Noc się roztaczała nad ziemią; po granatowych głębiach, roziskrzonych miljardami gwiazd, płynął księżyc, rozsiewał i mżył pyłem świetlistym po śniegach stwardniałych, przesrebrzał nagie przydrożne drzewa, pokryte osiędzielizną, co puchem szklistym zwieszała się i trzęsła za każdem drgnieniem powietrza; drzewa stały długim, nieskończonym szeregiem szkieletów, jakby z masy perłowej i rozwichrzonemi, pokręconemi żałośnie koronami patrzyły w niebo i w tę noc dziką zimy i pól pustych, otoczonych na dalekim widnokręgu sinemi wałami lasów, niby jakiegoś morza falami, co zastygły i skamieniały. Po drodze, wytartej płozami sań, po śniegach, pokrywających pola jednostajną zimną białością, po drzewach, po krzyżach przydrożnych oszroniałych, wyciągających czarne ramiona na rozdrożach, włóczyły się i przebiegały błyski świetliste i skrzyły się tajemniczo i nieuchwytnie, niby jakieś widmo świateł i barw lata umarłego. A tam, pod wzgórzami białemi, siedziały cicho wsie długie, jakby wielkie jakieś ostygłe potwory, o setkach czworokątnych czerwonawych oczu i zdawały się uciekać z pośpiechem wtył.
Mróz brał coraz siarczystszy, konie pokryły się białą pianą i tak leciały, że prawie brzuchami dotykały drogi i tylko od czasu do czasu kwiczały dziko i biły kopytami coraz szybciej.
– Dobrze pani? – zapytał cicho Witowski.
– Prędzej! prędzej!.. – szeptała, upojona tym ruchem szalonym.
Witowski skoczył na kozioł, schwycił lejce i zaczął poświstywać na konie; zarżały radośnie, świsnął je batem; tak poderwały sanki i poniosły, że gdyby był Andrzej wpół nie uchwycił Janki, byłaby wyleciała z siedzenia.
Zaczęła się prawdziwie szalona jazda. Tchu nie mogli złapać. Wsie, drzewa, krzyże, karczmy, przestrzenie, wszystko to zlało się w jakiś kłąb splątany, migający, niewyraźny, który się przewalał z niezmierną szybkością i toczył jakby w przepaść jakąś; a oni porwani, oniemieli, z dziką radością w sercach lecieli… lecieli… lecieli…
Śnieg, pryskający z pod kopyt końskich, zasypywał im twarze i palił płomieniem.
– Czy teraz dobrze? – rzucił drwiąco.
Nie odpowiedziała, bo nie miała sił i strach jakiś bezwiedny jeszcze przysłaniał jej oczy krwawym tumanem; przyciskała się do Andrzeja, który ją trzymał silnie, ale i w nim niepokój rósł co chwila większy, bo konie szalały, zaczęły kwiczeć dziko i rzucać się wbok, ale Witowski trzymał je na wodzy żelazną ręką, smagał potężnie, znaglając do biegu i od czasu do czasu Janka widziała jego profil, zwrócony do siebie, i czarne, zimne oczy i ten uśmiech dziwny, który ją przejmował dreszczem, ale za nic na świecie nie przyznałaby się do obawy; zaczynała tracić przytomność, zesłabła, czuła szalony zawrót głowy, porywały ją te charakterystyczne mdłości, jak przed chorobą morską, omdlewała ze wzruszenia, ale milczała.
Przelecieli las jak burza, tylko ostre, gwałtowne dźwięki dzwonków pozostały po nich i leciały po cichym, oniemiałym lesie, i, jak burza, wpadli przed stację. Zatrzymał konie tak gwałtownie, że zaryły nozdrzami w śniegu.
– Nie chciało się nas uczepić nieszczęście! – rzekł Witowski spokojnie, oddając lejce stangretowi.
Janka wysiadła śpiesznie, ale, stanąwszy, zachwiała się i upadła zemdlona w śnieg.
– Histeryczka! – mruknął Witowski, obwinął się futrem i, nie żegnając się z nikim, kazał wykręcić i odjechał.
Andrzej, przestraszony, porwał Jankę na ręce. Panna Martyna i Marja z Janową zajęły się nią i przywracały do przytomności, a on, nie śmiejąc wejść do pokoju, siedział w kuchni i gryzł ręce i wąsy ze złości na siebie.
Przysłuchiwał się przez drzwi narzekaniom kobiet i płaczom żałosnym Janowej i taka go rozpacz ogarnęła, że tłukł obcasem w skrzynkę, aż deski pękały, rzucał się do drzwi i chciał wejść siłą do pokoju, gdzie leżała Janka, ale Martyna rozkrzyżowała się we drzwiach i głosem wyniosłym powiedziała:
– Nie można!.. jaśnie pan wiedzieć powinien, że nie wypada panu tutaj wchodzić.
Ale w kilkanaście minut okropnych dla niego, bo zdawało mu się, że Janka już umarła, usłyszał jej głos. Wpadł, niby wichura i, nie zważając na kobiety, przedarł się do sypialni i upadł przy łóżku na kolana, okrywając jej ręce pocałunkami i przepraszając najszczerzej jak mógł.
– Moja wina, niech mi pani daruje, znam przecież tego djabła, onby poświęcił cały świat, ale pocom się ja zgodził. Doprawdy, myślałem, że pani już nie żyje.
– Nic mi nie jest, zwyczajne omdlenie z nadmiaru takich silnych wrażeń, za silnych – mówiła z uśmiechem i przymykała oczy, przechylała się nieco wtył na poduszce, bo się jej wydawało, że jeszcze jedzie.
– Nie, jak Pana Boga kocham, nie daruję! – wykrzyknął.
– Przeciwnie, proszę pana bardzo o to, zapomnijmy… to była moja wina, ja tego chciałam. Czy pan Witowski już odjechał?
– Zapewne już w domu.
– Pierwszy raz w życiu zemdlałam, zrobiło mi się tak słabo, tak się zakręcił świat ze mną, że pamiętam tylko tyle, jak upadałam, a później nic. Może się umiera tak samo.
– Niech pani nie mówi o śmierci.
– Boi się pan śmierci?
– Przyznam się szczerze, że przedewszystkiem staram się nie myśleć o niej, bo mnie zaraz dławi jakiś okropny strach. O, tak, boję się śmierci, boję.
Rozmawiali jeszcze chwilę i wkrótce Andrzej odjechał, a Janka, nie mogąc usnąć, rozmyślała o Witowskim. To oczy jego wyglądały ze śnieżnych, roziskrzonych przestrzeni i chwiały się z powiewem wiatru, płonąc ponuro; to profil jego suchy, twardy, migotał tuż przed nią, to ten spiżowy głos słyszała tak wyraźnie, że przejmował ją dreszczem, i jakieś ciepłe nieznane fale pulsowały w jej żyłach.
Zaczynał zajmować jej wyobraźnię, myślała o nim dłużej i aż się zdziwiła, uświadomiwszy sobie, że tak wiele się nim zajmuje; ale, pomimo, że odsunęła go w głąb pamięci, chciała się dowiedzieć bliższych szczegółów o nim. Zaciekawiał ją i podrażniał.
Miała się spytać Andrzeja, który na drugi dzień przyjechał wcześniej, aby się dowiedzieć o jej zdrowie; ale, spojrzawszy w jego szczere, pełne miłości oczy, zaniechała, bo przesunęła się przed nią twarz tamtego, i bezwiednie porównywała.
– Może i dzisiaj zechce się pani przejechać trochę? – proponował.
– Dziękuję, ale na dosyć długo starczy mi wrażeń wczorajszych.
Nie szła im rozmowa dzisiaj, Jankę mieszały jego czyste, gorące spojrzenia, jakiemi ją obrzucał, głos jego ją drażnił, bo z powodu przeziębienia chrypiał trochę, zawadzał jej, bo musiała z nim siedzieć, i nawet z pewną ulgą pożegnała go i powróciła do szwaczek, które już kończyły szyć wyprawę. Martyna śpieszyła się gorączkowo, bo czekały na nią konie z jakiegoś dworu, gdzie miała zaraz jechać.
– Jadę do państwa Borzęckich; magnacki dom; starsza córka, panna Cecylja wychodzi zamąż, za jakiegoś Wiśniewskiego, doktorzynę z Warszawy; mezaljans, ale podobno się kochają! – skrzywiła się ironicznie. – Jakże się pani podobał przyszły pani dom? – zapytała i pochyliła głowę nad spodkiem z konfiturami, nabierając wiśnie na igłę, żeby ukryć drwiący uśmieszek, jakiego powstrzymać nie mogła.
– Bardzo mi się podobał, prześlicznie urządzony, z przepychem niesłychanym.
– Chamskim! – myślała Martyna i wybladłe jej oczy zaświeciły pogardą.
– Wie pani, będzie temu dwa lata, szyłam wyprawę u państwa K. na Litwie, magnacki dom, jedynaczka ich wychodziła zamąż za pana Włodka, prześliczny mężczyzna. Na tydzień przed ślubem pojechali na spacer sankami, panna się zaziębiła i zachorowała, nie umarła wprawdzie, ale małżeństwo się rozwiało, bo rodzice uważali, że to zły znak.
– Więc?.. – zapytała się Janka, odwracając się szybko do niej.
– Ja nie chcę przez to powiedzieć, nie, tylko mi na myśl przyszło pani zemdlenie i przypomniałam sobie tę historję. To się czasem tak dziwnie składa, to takie dziwne rzeczy nieraz przychodzą, niewiadomo skąd… – mówiła takim złowróżbnym głosem, że Janka zirytowała się i odeszła do swojego pokoju, ale Orłowski zawołał ją do saloniku i zaczął cicho wypytywać o Krosnowę i o jej zdrowie.
Opowiadała mu szczegółowo, zdawał się nie słyszeć, patrzył tępym, zmąconym wzrokiem w okno i automatycznie gładził brodę; gdy skończyła, rzekł najspokojniej:
– Jakże tam w Krosnowie? pałac ładny? przyjęli cię szczerze?
– Ależ w tej chwili opowiadałam o wszystkiem, nie słyszał ojciec, co ojcu jest?
– Nic, nic, a prawda, słyszałem, dywany, bronzy, porcelana sewrska, stołowy wykładany dębem, prawda, słyszałem. Więc idziesz za Andrzeja? – zapytał, podnosząc na nią ciężko oczy i z takim dziwnie przejmującym akcentem, że zadrżała.
– Dlaczego ojciec pyta się w ten sposób? – zawołała przestraszona i chciała go ująć za ręce.
– Nie, nie!.. – zakrzyknął, cofając się gwałtownie. – Widzisz, myślałem, żeś się rozmyśliła, że… że… – mówił wolniej i raptownie podniósł się i wyszedł do swego pokoju.
– Chory! – pomyślała i w chwilę potem zajrzała za nim.
Orłowski stał przed biurkiem z twarzą pochyloną do ściany, nieruchomo i cicho.
Cofnęła się z niepokojem w sercu i napróżno starała sobie wytłumaczyć jego stan, ale uspokoiła się, bo przy wieczornej herbacie, gdy zostali sami – szwaczki już odjechały – Orłowski był w zwykłem usposobieniu, zauważyła tylko jakiś ledwie pochwytny odcień zdumienia, czy przestrachu, jaki miał w oczach, i to, że, odchodząc spać wcześniej niż zwykle, nie pocałował jej.
Przeczuwała, że ma jakieś wielkie zmartwienie, że musiało go coś spotkać na służbie i, chcąc się dowiedzieć, poszła do Zaleskich. Byli oboje w domu, ona grała, a on próbował śpiewać jakąś wielką arję, bo teraz słychać go było na stacji dnie całe wyśpiewującego nieustannie.
Usiadła, milcząc, żeby doczekać się końca śpiewu. Henio wyprężał się po bohatersku i z ręką na sercu, w pozie tenora heroicznego wydzierał wprost głos z siebie i rzucał zabójcze spojrzenia na żonusię, która, jakaś rozpromieniona, z rozrzuconą grzywką, spotniała od wysiłku, zdenerwowana, poddawała mu głosem i dźwiękami tony i wybijała jeszcze od czasu do czasu takt nogą.
– Jakże się pani mój głos podoba, prawda, że jest? – skromnie pytał po skończeniu.
– Zdumiewający! przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszłam z prośbą.
Henio się wyprężył, wyciągnął mankietki, musnął wąsiki, skłonił nisko, przysunął krzesło, usiadł z miną bardzo poważną i bardzo wdzięczną i słuchał.
Opowiedziała mu swoje przypuszczenia co do ojca.
– Nic nie wiem, nic, daję słowo! – rzekł patetycznie, ale jakoś zesztywniał, spoglądał przelotnie, porozumiewająco, na żonusię, która słuchała rozmowy z twarzą zatopioną w nutach rozłożonych na pulpicie. Jankę zdziwiło jego zachowanie się, odczuła, że ukrywa coś przed nią, i utwierdziła się jeszcze bardziej w przypuszczeniach. Pożegnała się prędko i wstąpiła do kancelarji, aby zapytać się Stasia, bo obawa jakaś ciemna, a bolesna, przepełniała jej serce, ale w kancelarji był Karaś, pokazywał pod światło karty z pornograficznemi rysunkami i śmiał się jakimś ohydnym śmiechem, podobnym do rechotania świń. Staś, rozczerwieniony, z oczyma na wierzchu, niby żaba wpatrująca się w słońce, stał i patrzył. Zamknęła prędko drzwi i wróciła na górę.
– Dlaczego ja się denerwuję? – myślała. – Przecież nic się nie stało, nic! – i szukała myślą przyczyn tego dziwnego nastroju; nic nie znalazła, ale, pomimo to, zdenerwowanie nie ustępowało, niepokój rósł i coraz gęstszemi włóknami opasywał jej serce.
Następnego dnia Andrzej nie przyjechał wcale; czekała go do późna.
– Musiał gdzie pojechać… nie mówił mi, że wyjedzie… – przypominała sobie i po kilkakroć szła do kuchni, aby oknem popatrzyć na rozsrebrzony las, na pusty podjazd i na długą białą wstęgę drogi, ginącą w lesie. Pusto było wszędzie i cicho.
Orłowski milczał cały wieczór i chodził zgarbiony dokoła stołu, targał brodę, rzucał ramionami i znowu, nie całując jej na dobranoc, odszedł do siebie.
– Co to jest? dlaczego? – myślała.
Następnego dnia Andrzej także się nie zjawił.
Jankę zaczęły trapić dręczące, złe przeczucia.
Szły na nią, jak te chmury ołowiane, ciężkie, jakie zaczęły zasnuwać horyzont i zaciemniać świat, jak te wichry, które zrywały się z pól, porywały kłęby śniegu, tarzały się w śnieżnych tumanach i ginęły w nagłej, przerażającej ciszy.
Niepokoiło ją niepokazywanie się Andrzeja, przestraszał ojciec, który całą noc chodził po swoim pokoju i rozmawiał z sobą. Dręczyło i rozdrażniało ją wszystko.
Nie mogła spać w nocy, bo Zaleska grała dłużej i smutniej jakoś tego wieczora; słuchając tych oddalonych łkających dźwięków, zdawało się jej, że to las tak płacze i skarży się. Wyglądała oknem w noc ciemną, burzliwą, rozwianą wichrami, szalejącą, i uczuwała, że ją dławi strach mocny i okropny, patrzyła się rozszerzonemi oczyma w zawieruchę, co, niby orkan, kłębiła się, wirowała w olbrzymich lejach i biła niestrudzenie w las, który się pokładał, jęczał, giął, ale wstawał i rozsrożony, straszny jakiś, w obłokach kurzawy, huczał ponury hymn walki.
– To okropne! – szeptała, siadając na łóżku, a nie mogąc wysiedzieć, zrywała się, jakby chcąc uciekać, i padała na małą otomankę, skręcała się w kłębek, chowała głowę i leżała tak długo, uspokajając się powoli rozmyślaniem.
Andrzej znowu nie przyjechał. Janka, pomimo, że ciągle sobie przypominała, iż go nie kocha przecież, że nic jej nie obchodzi, czy on jest, lub go niema, powiedziała ojcu, że należałoby posłać do Krosnowy i dowiedzieć się, co się tam stało.
– Widziałem pana Grzesikiewicza w bufecie – powiedział Świerkoski, słysząc jej słowa.
– Kiedy?
– Dzisiaj.
– Przywidziało się panu. Ręczę, że gdyby był w bufecie, byłby i tutaj! – odpowiedziała gniewnie. – Czego ten idjota chce, poco dzisiaj przyszedł? – pomyślała.
– Ręczę pani, że w bufecie był. Wydawał się jakiś zmartwiony, wpadł do bufetu, siedzieliśmy z Karasiem i oglądali nowe karty, jakie sprowadził z Sosnowca, przystanął przy nas, popatrzył i zaraz wyszedł; myśleliśmy, że poszedł, jak zwykle, do państwa.
– Nie był, musiał mieć ważny interes i brakło mu czasu… – szepnęła, jakby usprawiedliwiając.
– O tak, przecież narzeczony może mieć interesa ważniejsze, niż odwiedzanie… może… tak…
