Kitabı oku: «Fermenty», sayfa 19
– Z czegóż się pan śmieje? – zawołała porywczo, bo po ustach Świerkoskiego przesunął się zjadliwy uśmieszek.
– Nie śmieję się, wydaje się pani – powiedział poważnie, wsuwając ręce w rękawy.
Spoglądała na niego podejrzliwie, bo ją uderzył jego suchy, szydzący akcent.
Świerkoski dzisiaj był szczególny; nie poruszał się prawie na krześle, siedział prosto i sztywno, tylko oczy z błyskawiczną szybkością biegały mu po pokoju. W twarzy zamkniętej, więcej pożółkłej i bardziej jeszcze podobnej do pyska wilka, tkwił jakiś wyraz głębokiej radości, siłą powstrzymywanej, i triumfu, mówił bardzo mało i grał w warcaby z Orłowskim, a tak spokojnie przegrywał, że zawiadowca, zapominając o kłopotach, podrwiwał z niego.
– Dlaczego nie wstąpił, co to się dzieje? – myślała Janka, z odrazą odwracając oczy od Świerkoskiego i zadumywała się, nie odpowiadając na jego zapytania.
Nuda jakaś obrzydliwa i okropna po tem zdenerwowaniu przyszła i ogarniała ją całą, przesyciła nawskroś i gnębiła niesłychanie.
VII
Leżała na otomanie bezmyślnie zapatrzona w sufit, gdy Janowa przyszła powiedzieć, że pan z Krosnowy przyjechał i czeka w saloniku.
– To dobrze, zaraz przyjdę! – zawołała tak żywo, że aż się zarumieniła i długo patrzyła w lustro i poprawiała sobie włosy, nim wyszła.
Andrzej zerwał się z krzesła, pocałował ją w rękę i usiadł znowu, w roztargnieniu pokręcając wąsy.
– Co się z panem dzieje, czy pan chory? chciałam już dzisiaj z zapytaniem posłać Rocha.
– Zdrów jestem, nawet zupełnie zdrowy jestem, tak… tak… – mówił urywanie, podniósł się i patrzył na nią wahająco.
– Pan taki strasznie zmieniony!.. – spostrzegła jego dziwną, sinawą bladość, oczy podkrążone i świecące gorączką, usta białe i popękane.
Nie odpowiedział, zrobił kilka bezcelowych kroków, strzepnął kurz z serwety na stole, przekręcił nieco abażur, przystanął. Patrzał się teraz prosto w jej oczy, ale takim zmęczonym, bezbrzeżnie żałosnym wzrokiem, że zatrzęsła się z trwogi. Drżącemi rękoma rozpiął surdut i długo szukał portfelu, z którego wyjął niewielki, w długiej kopercie list i podał jej. Potem upadł na krzesło, jakby z absolutnego braku sił, oparł czoło o stół i szeptał głucho:
– Niech pani przeczyta, niech pani przeczyta, niech pani… – urwał, brakło mu głosu i sił do mówienia.
Janka najspokojniej wzięła list i czytała.
„Panie! Bardzo życzliwa osoba poczytuje sobie za święty, chrześcijański obowiązek przesłać panu ostrzeżenie: Ta, której pan dajesz swoje nazwisko, która ma być matką twoich dzieci, żoną twoją, jest najpospolitszą awanturnicą. Że była w teatrze, wie pan o tem, ale o tem, że była kochanką niejakiego Kotlickiego, później Głogowskiego literata, a wkońcu Niedzielskiego, zwykłego szubrawca teatralnego, o tem zapewne szanownemu panu nie zdążyła jeszcze powiedzieć ta, która z taką pogardą patrzy na świat i zwykłych uczciwych ludzi. Nie powiedziała prawdopodobnie i o przyczynach, jakie ją zmusiły szukać przed hańbą ucieczki w samobójstwie. Spytaj się jej pan.
Załączam adres osoby, u której mieszkała w Warszawie, ta panu może bliższe, ciekawsze szczegóły opowiedzieć. Później, kiedy pan odtrąci ją od siebie, kiedy odetchnie powietrzem czystem i uspokoi się, osoba, która pana ostrzega, da się poznać, żebyś wiedział, kto czuwa nad twojem nazwiskiem, a przedewszystkiem, nad twojem szczęściem”.
Podpisu nie było żadnego, data z przed trzech dni.
Janka czytała wolniej, coraz wolniej, odrywała oczy od listu, patrzyła chwilę przed siebie, oddychała głęboko i czytała dalej, chwilami nie rozumiejąc nic, bo litery zlewały się w jedną czarną plamę i krew z takim szumem napływała do głowy i huczała w skroniach, że chwiało się z nią wszystko.
Upadła na krzesło, taki okrutny spazm żalu ścisnął jej serce. Opuściła głowę bezwładnie, bo wszystka moc ją odbiegła, tylko załzawionemi oczyma patrzyła w próżnię i zdawało się jej, że słyszy jakiś potwarczy, nieubłagany głos, mściwie krzyczący:
– Była kochanką Kotlickiego! Głogowskiego! Niedzielskiego! – i ten głos smagał ją okropnie, rozdzierał jej wprost mózg hukiem i rozprężał wszystkie tętnice bólem.
Andrzej patrzał na nią i pił spojrzeniem z jej źrenic każdy błysk i każde uczucie.
– Czy to… prawda?… – zapytał wolno, ale tak wolno i ciężko, jak pyta umierający. Pot zalewał mu oczy świecące krwawo i rozpaczliwie, opierał się o stół, bo wydawało mu się, że zaraz padnie i umrze.
Nie odpowiedziała, tylko patrzyła na niego takim dziwnym, okropnym wzrokiem, pełnym krzyku i rozpaczy, że zadrżał, jakiś błysk nadziei przeleciał mu przez mózg: usta, oczy, cała twarz zaczęła mu latać, rękoma bił powietrze, nie mogąc tchu złapać i nagła, oślepiająca, śmiertelna radość, niby burza, zerwała się w nim; nie mógł mówić, trząsł się ze wzruszenia i rzucił się jej do nóg z okrzykiem jakimś dzikim i zaczął okrywać jej stopy i suknię pocałunkami.
Odsunęła go łagodnie, podniosła z ziemi list i oddała; a kiedy odbierał go, nie rozumiejąc nic, pochyliła się szybko, pocałowała go w rękę i wyszła z pokoju.
Stał osłupiały, zmartwiały, nieprzytomny i patrzył na drzwi, któremi wyszła.
– A! a! a!… – wyrwało mu się z gardła. Ubrał się cicho i wyszedł.
Siadał do sanek nieprzytomny i patrzył na stada wron, tłukących się po drodze, po kupach końskiego nawozu; uciekały przed końmi i opadały zpowrotem na dawne miejsca. Obejrzał się za niemi.
– Walek! gdzie ty jedziesz? Przecież mówiłem, że jedziemy do Bukowca! – zawołał ostro, spostrzegłszy, że jadą lasem.
– A dyć, jaśnie panie, przecie jedziemy z Bukowca.
– Głupiś, zawracaj do Bukowca! To idjota dopiero!.. – dokończył ciszej i, gdy stangret spełnił rozkaz i wykręcił, Andrzej zaczął naciągać machinalnie rękawiczki, a kiedy w parę minut zatrzymali się przed stacją, wysiadł, poszedł na górę i zadzwonił najspokojniej. Dopiero zobaczywszy Janową, która mu drzwi otworzyła, ocknął się, przypomniał sobie wszystko, zatrząsł się cały i uciekł, rzucił się do sanek i krzyknął:
– Ruszaj!… prędzej!… – konie pomknęły tęgim kłusem.
– Prędzej!… – wołał, wyrwał Walkowi bat z ręki i z całą wściekłością bił konie, aż zaczynały stawać dęba i rżeć.
– Prędzej!… prędzej, psiakrew, prędzej!… – krzyczał ochrypłym głosem i bił zapamiętale. Wreszcie upadł w sanie, zatkał sobie usta futrem, żeby nie krzyczeć ze strasznego bólu, jaki mu żarł duszę.
– Ta święta! Janka! jego narzeczona, jego ideał, jest… Jezus! Jezus! Jezus!… ratuj, bo zwarjuję… – jęczał przez łkanie.
Chwilami siedział sztywno i bezmyślnie, patrzył na drogę, na las czarny, otrząśnięty wichrami ze śniegu, na sroki, które w porębie wieszały się na nasiennikach i krzyczały, i wtedy jakaś chwilowa cisza rozlewała się w nim i przytłumiła burzę.
Zamknął się u siebie i rzucał po mieszkaniu, jak rozszalałe zwierzę, tłukące głową o pręty klatki, która się nie otworzy. Ale ból i chaos nie ustępowały; wściekłość tylko dzika miotała nim coraz srożej i ten straszny, nieopowiedziany ból zawodów miłosnych przeplatał go nawskroś i gryzł. Po kilka razy chwytał rewolwer ze stolika i kładł go po chwili, bo zapominał o myśli, z jaką go brał, bo ten zamęt rozsadzał mu wprost czaszkę i wszystkie myśli i uczucia plątał i rozkładał.
Poszedł w podwórze na wieczorny przegląd gospodarstwa, ale na nic nie patrzył i nie pamiętał. Chodził z tym bólem, niby z nożem w sercu, i za każdem uświadomieniem sobie własnego stanu, chwiał się i potykał i chodził dalej bezprzytomny. Przy kolacji dopiero zwrócił uwagę na ojca, który, pijany potężnie, krzyczał o wódkę.
– Niech mama nie daje! – krzyknął ze złością i rozsrożył się.
– Jędrek, cicho!.. jak Boga tego kocham, cicho!.. matka, gorzałki postaw! – bełkotał stary i bił pięścią w stół. – Dziedzic tu jestem, to mnie słuchać, bo jak Boga tego kocham… pszoł wszyscy!.. Matka, mówię ci po dobremu, gorzałki postaw!.. – i kiwał się sennie i pluł co chwila na własny brzuch i na talerze, rozstawione do kolacji.
Stara przestraszona postawiła butelkę.
Andrzej ją porwał i rzucił pod piec.
Stary wytrzeźwiał odrazu, siadł prosto i zapytał:
– Coś ty Jędruś zrobił?
– Widzi ojciec, co zrobiłem; dosyć tego pijaństwa!.. – ojciec opija się, jak zwierzę.
– Bo mi się tak chce, Jędrusiu! bo mi się tak podoba, synku! jak Boga tego kocham.
– Ale mnie się tak nie podoba, ja nie chcę, żeby się ojciec zapijał.
– Nie chcesz, Jędrusiu! nie chcesz, mój jaśnie panie synku! aha, to niby ty chcesz, żeby ja nie pił… – przekomarzał się stary i oczy mu zaczęły błyskać wściekłością, a zęby latały jak w febrze.
– Niech mnie ojciec nie irytuje, bo… – krzyknął Andrzej, hamując z trudem gniew.
– No bo co?.. zbijesz mnie, wyrzucisz na śmieci, nie dasz jeść?..
– Pietruś! ady na rany Chrystusowe, proszę was, ludzie!.. – błagała stara, czepiając się obu i starając zażegnać burzę.
– To niby ja ci zawadzam, jużbyś wszystko chciał zabrać, jak Boga tego kocham… poczekaj jeszcze, poczekaj dzieciątko… mnie ta niepilno do Abramka na piwo… oho, jeszcze długo musisz tylko wąchać mój majątek. To mnie żałujesz gorzałki, a całe tysiące rubli pakujesz na swoją grafinię!.. to se kupujesz jaksamity i sajety, a mnie nie chcesz dać gorzałki; a przecie to wszystko moje… a przecie ja tu dziedzic i pan, jak Boga tego kocham… a tobie od wszystkiego wara, jak psu!.. jak ci każę polizać, to liż! ale ugryźć nie wolno, bo nogą w zęby i za drzwi!.. pszoł!.. jucho jedna, pszoł!..
Andrzej się zerwał gwałtownie, ale rzekł dosyć spokojnie:
– To dobrze, niechże sobie ojciec zostaje dziedzicem, ja jutro wyjeżdżam.
– Jedź, Jędruś! jedź jaśnie synku do Italji z jaśnie synową, na pomarańcze, ale pierwej rachunki z foliwarków złóż, wylicz się!.. Ho, jaki mądrala, jak Boga tego kocham… obłowił się niezgorzej, a teraz powiada: pocałuj psa w nos, odjeżdżam!..
– Co wziąłem, gdziem się obłowił, com ojcu ukradł? – krzyczał Andrzej z wściekłością. – Daje mi ojciec chociaż grosz na pensję? Ile razy ojciec naciągał mnie na pożyczki? kiedy rachunków nie składałem? co?.. a odnawiam pałac, to ojciec dobrze wie, że za oszczędności, za konie, które mi wolno chować, mam to w kontrakcie. To zato, że robię i za pana i za parobka, że cały dzień, jak pies z wywieszonym ozorem, latam przy gospodarstwie; to zato, że zaprowadziłem gospodarstwo leśne, że zaprowadziłem płodozmian, że podniosłem dochód w dwójnasób, że pracuję jak wół – ojciec robi mnie jeszcze złodziejem!.. Mnie złodziejem zato, że ojciec się upija, jak świnia i nie wie, co się z nim robi i ojciec mi tak śmie powiedzieć?
– A śmiem, dziedzic tu jestem, bo pan tu jestem, słuchać i basta, a nie, to… pszoł!..
– Ja złodziej, ja!.. – krzyczał, zerwał się z krzesła, chwycił starego za klapy i zaczął trząść nim z całej siły, niby snopem słomy. – Żeby mi to powiedział kto obcy, to zabiłbym jak psa…
– Puść, Jędruś, Jędruś, puść!.. – jęczał stary i znowu poczuł, że jest pijany; przymknął oczy i czekał, rychło go syn zacznie tłuc o piec.
Stara z płaczem rzuciła się pomiędzy nich.
– Karczmarska dusza, psiakrew!.. – syknął Andrzej, rzucił starego niby pęk łachów na łóżko i wyszedł.
– Pietruś! laboga Pietruś!.. – zawołała matka, potrząsając rozpaczliwie starym, bo leżał chwilę, jak kłoda nieruchomy, ale wkrótce otworzył oczy i podniósł się przy jej pomocy, obmacał sobie głowę i boki i rzekł trzeźwo:
– Dobra nasza! niczego w kosteczkach nie brakuje! A to honorna ścierwa, jak Boga tego kocham, kiej szlachcic… – zakończył z jakąś głęboką satysfakcją i podziwem.
– Ty pijanico! piekło zrobiłeś, a jak Jędruś pojedzie sobie, to będziesz miał…
– Głupiaś, stara, a gdzie to pojedzie, hę?..
– A juści, to un, co taki uczony, niby nie poradzi sobie; a zresztą, bo to jego panna nie ma pieniędzy?.. to ty będziesz moją pociechę, mojego jedynaka wyganiać, co?..
– Głupiaś, nie wydziwiaj! Jędruś nie pojedzie, bo mu zaraz jutro u regenta zapiszę wszystko. Wart tego, juści że prawda, ale co honorna jucha, to honorna… – podrapał się po głowie. – A mocny, jak koń; rzucił mnie, kiej snopek. Ho, ho!.. udał mi się parobek, jak Boga tego kocham, udał mi się. Pójdę i przeproszę go, co?.. jak matka zrobić? iść, czy nie?
– Idź!.. przecież, że trza go przeprosić; jabym sama poszła, ino śmiałości nie mam.
Stary poszedł, ale trochę nieśmiało, wstyd mu było własnego uniesienia.
Andrzeja nie było w mieszkaniu, wybiegł od rodziców w najwyższem rozdrażnieniu; kłótnia, do której zresztą nie przywiązywał wagi, bo podobne często bywały, dopełniła miary jego zdenerwowania.
Poleciał naprzełaj polami do Witowskiego.
VIII
Noc była chmurna i wietrzna; od północy ciągnęły nieskończonym szeregiem szare, bezkształtne chmury, podobne do porozrywanych bel bawełny: wiatr miękki prześwistywał i niósł szum lasów huczących woddali jak burza, śnieg prószył mokremi płatkami i opadał ciężko na ziemię.
Andrzej szedł śpiesznie, do Witowa było tylko 5 wiorst, ale śniegi i ta droga przez zaspy i zagony zmęczyły go potężnie. Ochłonął z gwałtowności, ale samowiedza nieszczęścia przenikała go żałością rozpaczliwą. Skarżył się w duchu tym obszarom nocy. Czuł się tak nieszczęśliwym, że przystawał i obrzucał przestrzenie wzrokiem błagającym o pomoc, o zmiłowanie i szedł dalej z tą niepewnością człowieka, który stracił drogę i znaleźć drugiej nie może.
Do Witowskich pchała go siła przyzwyczajenia i to, że Witowski panował nad nim. Andrzej nietylko go słuchał, ale wierzył mu zupełnie, bo w swojem osamotnieniu miał duszę przyjazną, przed którą mógł się wywnętrzać. Witowski nigdy go nie oszczędzał i zawsze go ciął, niby brzytwą, sarkazmem, ale go kochał. Były to dwa szczyty: pierwszy, człowiek z ludu, silny i prosty, w połowie tylko okrzesany cywilizacją – i przerafinowany potomek wojewodów, histeryk prawie, a z pewnością neurastenik.
Dopełniali się.
Andrzej przeszedł most, bo wielki dom, dawny zameczek obronny, stał na wysepce i wszedł do przedpokoju.
Lokaj w liberji oczyścił go ze śniegu.
– Gdzie państwo?
– W bibljotece.
Przeszedł wielki ciemny salon, jakiś mniejszy pokoik i zatrzymał się przed zapuszczoną portjerą, z poza której rozlegał się monotonny głos lektorki:
„Panie! otom jest w przygodzie: ciało moje chore, a serce udręczone smutkiem, który je uciska. A teraz cóż powiem? Niech Twoja wola się stanie!”
Nie słuchał więcej, odchylił portjerę i wszedł.
– Miałem posłać po ciebie – powiedział Witowski, ściskając mu rękę.
– Myślałam dzisiaj o panu! – odezwała się panna Jadwiga, siedząca w głębokim fotelu.
– Jedziesz z domu, czy od narzeczonej?
– Z domu przyszedłem… ale przeszkadzam, to zabiorę pani brata i wyjdę.
– Nie, nie zgodzę się na to dzisiaj. Panno Aureljo, odłóżmy czytanie! – zwróciła się do lektorki, która zaraz wyszła. – Masz na dzisiaj dosyć Naśladowania!.. namówiłam po raz pierwszy, żeby słuchał… – zwróciła się do Andrzeja.
– I słuchałem. Dziwna rzecz, jak te słowa są przesiąknięte łzami, poddaniem się, ufnością bezgraniczną; co w tem poezji!
– Może jeszcze tak samo będziesz wierzył! – szepnęła jakimś srebrnym głosem, zwracając na niego cudne, ale bez blasku, martwe oczy.
– Od zachwytu do wiary znacznie dalsza droga, niż nam się zdaje.
– Sądzę, że nie.
Zaczęli jedną z tych przesubtelnych rozmów, w których nietylko słowa i pojęcia, ale ich najlżejsze odcienie rozcina się i przepatruje. Andrzej zwykle milczał, bo albo nie rozumiał, o czem mówią, albo się nudził, ale dzisiaj opuścił się w krześle i nic nie słyszał zupełnie, a czuł się tak wyczerpanym, rozbolałym, zmiażdżonym, że siedział w uroczystej ciszy duszy, omdlewający z nadmiaru cierpienia.
– My mówimy, a pan Andrzej coś milczy zawzięcie.
– Jeść mi się chce – powiedział szczerze, bo w tej chwili przypomniał sobie, że nie jadł od rana i głód zaczął mu ssać wnętrzności.
– Od trzech dni mało co jadłem – usprawiedliwiał się.
– O, to coś niezwykłego! co ci się stało? konie padły, owce zdychają?
– O, nie, nie!.. – zaprzeczał smutnie, nie odczuwając ironji.
– Z rodziców które chore? – zapytała Jadwiga ze współczuciem – bo po głosie czuję, że pan cierpi.
– Niesłychane! Andrzej cierpi i cierpi nie z powodu strat materjalnych… aha, możeś ty chory?
– Zdrów jestem, ale uważasz mnie za proste zwierzę, bez duszy i bez serca.
– Nie, ale myślałem, że te organa nie funkcjonują u ciebie.
– Więc za kogóż ty mnie masz? – zapytał mocno dotknięty.
– W każdym razie za człowieka, a uważaj, że Jasinowskiemu już tego przyznać nie mogę.
– Dziękuję, boć to zaszczyt być zakwalifikowanym przez ciebie do ludzkiego rodzaju.
– Gatunku!.. – poprawił Witowski, unosząc głowę z fotelu, na którym bujał.
– A, tak, marnego, podłego, stadowego gatunku, który nie umie kochać, nie może cierpieć… tak, rozumiem cię, rozumiem was!.. – zaczął się unosić, głos mu brzmiał goryczą i żalem, a w oczach płonął ponury ogień. – Któż ja jestem?.. cham, prosty cham… bydlę prawie dla ciebie… o, tak, my nie cierpimy, my nie kochamy, my nie czujemy. Tak, cóż ja jestem? zwierzę pociągowe; człowiek, który widział tylko z cywilizacji ubranie i potrzeby niektóre; ty przecież mówisz mi codziennie o tem, bo sobie nie zadajesz trudu zajrzeć do mojego wnętrza, bo nie wierzysz, żebym mógł myśleć i zajmować się nietylko końmi, gospodarstwem, lasem, ziemią… a zresztą, co mnie to obchodzi!.. – dokończył ciszej i zamilkł.
– Pan cierpi bardzo, panie Andrzeju?.. pokaż się pan!.. – ujęła go za rękę i podprowadziła pod lampę, okrytą jedwabnym, zielonym abażurem i zbliska zajrzała mu w oczy. – Bardzo pan cierpi… – szepnęła smutnie, usta jej drgnęły wielką litością. Wróciła do swojego fotelu, delikatnie rozpoznając drogę rękoma, bo sprzęty rysowały się jej niby we mgle niezdecydowanemi konturami.
– Może poradzimy… jeśli można, powiedz pan, co się stało?.. każde serce ludzkie, to wszechświat zaludniony miljardami bólów. Straszne, straszne!.. – szeptała cicho i cudną głowę zwiesiła na piersi, a w martwych, wystygłych oczach błysnęły łzy.
Andrzej poruszył się, spojrzał na nią z wdzięcznością i uwielbieniem, ale pochwycił przelotnie wyraz twarzy Witowskiego, jakiś pogardliwy, i całe wyznanie, jakie miał już na ustach, zamknął w sobie. Zesztywniał nagle, zapiął bezwiednie surdut, jakby go mroźne tchnienie owiało i, podkręcając wąsa, mówił, siląc się na spokój i obojętność:
– Bagatela!.. słowo pani daję… małe nieporozumienie domowe…
– Domowe… – szepnął przeciągle Witowski, leżąc w fotelu, zapatrzony w malowane na suficie Trytony, dmące w muszle.
– Ach! te niesnaski rodzinne są zwykle najboleśniejsze, bo sączą w duszę rozdrażnienie i złość, niby z czary pękniętej, kropla po kropli i ani się spostrzeże człowiek, jak znienawidził ten swój dom, przystań jedyną… jak przeklina; a to wszystko z powodu braku pobłażliwości, wyrozumienia.
– Tak!.. – szepnął znowu Witowski, ziewając głośno.
– Szczęście, że my ze Stefem nie kłócimy się nigdy; nawet w czasach najcięższej nędzy, kiedy nas dławiła w Londynie, żaden cień nie mącił naszego przywiązania.
– Stawiają też państwa, za wzór zgody i miłości rodzinnej.
– I warjactwa! – dorzucił szyderczo Witowski.
Przyniesiono stolik, pokryty potrawami, przed Andrzeja. Zaczął jeść chciwie.
Milczenie zaległo pokój.
Witowski patrzał wciąż w sufit z ironicznym, gryzącym wyrazem ust, a Jadwiga wstała i zaczęła chodzić wzdłuż pokoju, wyciągniętemi rękoma dotykając sprzętów i tą cudowną intuicją ślepych omijając zawady.
– Kiedyż pan mnie zaznajomi z narzeczoną? pragnę się jej dotknąć i poznać. Myślę, marzę nawet, że stworzymy sobie we czworo mocny związek dusz zbratanych, oddanych zupełnie sobie.
– Liljowy bukiet dusz, związanych surowcem – rzucił Stefan, spoglądając na Andrzeja.
Andrzej udał, że nie rozumie przycinku.
– To moje głębokie marzenie: mieć naokoło siebie dużo dobrych ludzi i wtedy, kiedy już świat zniknie zupełnie dla moich oczu, kiedy ta wielka noc zatopi moje ciało, czuć przy sobie serca dobre i czerpać z ich życia trochę sił do znoszenia ciężaru własnej egzystencji. O, to są egoistyczne uczucia, wiem; ale tak mi trudno się ich wyrzec, tak trudno… – mówiła, stojąc na środku pokoju, z oczyma wzniesionemi do góry i z rękoma wyciągniętemi. – Nie mogę znaleźć innej radości, a chociaż nie mam prawa już do żadnej…
– Ada! – powiedział z uczuciem Witowski, podchodząc do niej. – Nie mów tak, nie myśl o tem, bo mnie to rozdziera i ciebie wzburza i przyśpiesza ten kres straszny. Nie mów, uśmiechnij się, siostro! – prosił głębokim, przejętym łzami głosem, bo jej twarz jasna, wzniesiona nieco, była pełna surowości bólu, jaki szarpał jej sercem.
Dotknęła się jego twarzy jakimś matczynym, pełnym czułości ruchem i uśmiech, podobny do uśmiechów kwiatów konających, przysypanych ziemią, wykwitł na bladych ustach.
– Myśli są niby ptaki; zrywają się z gałęzi, aby usiąść na drugiej, ale padają daleko, daleko, daleko… bo już w locie spostrzegłszy wynioślejszy wierzchołek, wirują dokoła niego, nim spostrzegą, że i tam odpoczynku niema… Kiedy mnie pan zaznajomi z narzeczoną?.. chciałabym ją poznać jak najprędzej. Stef mówił, że taka piękna!..
– Nie mam już narzeczonej!.. – odpowiedział wolnym, drżącym głosem.
– O, o, o!.. – wymawiał wolno Witowski, leżąc znowu w fotelu, i odrywał zwolna oczy z sufitu i coraz silniej świecił niemi, przenosząc je na twarz Andrzeja.
– I marzenia są jak ptaki, gdyż krążą upojone siłą własną, weselem, pięknem, radością czystą istnienia i wtedy zdają się dosięgać słońca i świat zabarwiać; a jastrząb spada i rozbija harmonję i ginie radość, uniesienie… i ginie szczęście i giną marzenia; złe wieści, to jastrzębie, co szponami wiszą u serc i krzyczą, śmierć i zatracenie! Bardzo bolesną wieść pan przyniósł, bardzo… – mówiła ze smutkiem.
– Złe wieści, to wilki, to węże, co oplatają serca i mózgi potwornemi skrętami i gryzą… gryzą… gryzą… – powtarzał wolno Witowski z wykrzywioną twarzą i takim ciężkim i bolesnym głosem, jakby wszystkie żmije bólów ocknęły się w nim i zaczęły mu gryźć duszę.
– Dobranoc! – powiedział Andrzej, powstając nagle od niedokończonego jedzenia, bo ton ich słów, wyrazy ich twarzy, ta tragiczna cisza pokoju i przypomnienia schwyciły go za gardło okropnem łkaniem i serce ścisnęły mu tak strasznie, że nie mógł nic więcej mówić i wyszedł.
I szedł zpowrotem temi samemi polami i jakby ze śmiercią w sobie – i przez łzy, które mu przysłaniały oczy, przez ból, przez całą nędzę swojego stanu szeptał chwilami:
– Janka!.. Janka!.. – i wyciągał ręce do tych bezmiernych, pustych przestrzeni niebios, w których gdzie niegdzie w przerażającej głębi migotały gwiazdy, przysłaniane chmurami, pędzącemi z szaloną szybkością.
– Biedny człowiek! ta miłość tak go podnosiła i tak uszczęśliwiała!.. – szepnęła ze współczuciem Jadwiga.
– Tak, ale ta boleść go uczłowieczy.
– Biedny człowiek, czem on żyć będzie? przecież w tę miłość włożył całego siebie. Zostaniesz?.. pójdę się modlić…
– Ada! znowu wzruszenie?.. a czyż my nie cierpimy? On mniej cierpi, bo cierpi jak człowiek dziki, który tylko czuje; ale my srożej, bo uświadamiamy sobie i nie widzimy ratunku na ból. Rano pojadę do niego, rozpytam, będę chciał ich pogodzić.
– Dobranoc! – Dotknęła ustami jego czoła, przesunęła ręką po włosach i twarzy i wyszła.
Szła długim, sklepionym korytarzem, pociętym z jednej strony oknami, zupełnie klasztornemi, bo w głębokich niszach wisiały wielkie krzyże, oświecone lampkami oliwnemi. Dotykała się ich, przystawała chwilę w głębokiem skupieniu przed każdym i weszła do ogromnej kaplicy. Była to dawna zamkowa kaplica, zajmująca narożną dwupiętrową basztę, zupełnie bez ozdób i przerażająca swoją surowością i ciszą kamienną. Ściany były czarne od starości, poplamione zielonawemi plamami wilgoci, która ściekała na posadzkę kamienną, ułożoną z tafli białych i czerwonych. Kilka wąskich i długich strzelnic w środku murów nie przepuszczało prawie światła, tak były zasnute pajęczyną. Od wiązań dachowych spuszczał się prosty sznur i trzymał lampę, podobną do róży złotej, która drżała ustawicznie i rozsypywała nieco blasków zimnych na klęcznik, stojący pod nią i na prosty ołtarz, na którym stało sześć żelaznych lichtarzy, z żółtemi woskowemi świecami. Na tle tej czarności grobowej, nad ołtarzem, wisiał ogromny Chrystus, z kości słoniowej, przepyszna kopja z Donatella, z pałacu Pitti; dwie lampki o purpurowych szkłach, stojące pomiędzy lichtarzami, rzucały krwawy refleks na Ukrzyżowanego, którego głowa zwieszona bezsilnie na piersiach, tragiczna smutkiem, wychylała się z cieniów i jakąś nadludzką bladością promieniowała.
Jadwiga uklękła na klęczniku i zatopiła się w modlitwie.
