Kitabı oku: «Germinal», sayfa 21
– Przecinają liny! Przecinają liny!
Zapanowała panika. Wszystko rzuciło się naprzód. Ludzie potracili głowy. Czemu przecinają liny? Kto je przecina? Przecież wszyscy górnicy zjechali! Wydawało się to snem.
Ale inny dozorca nadbiegł i wrzasnął w przelocie:
– Górnicy z Montsou przecinają liny. Wychodzić! Wychodzić!
Chaval zrozumiał i zatrzymał nagle Katarzynę. Na myśl, że stanie twarzą w twarz z górnikami z Montsou, zachwiały się pod nim nogi. A więc przyszli. A on myślał, że wpadli w ręce żandarmów! Przez chwilę wahał się, czy nie lepiej zawrócić i wydostać się przez kopalnię Gaston-Marie. Ale to było niemożliwe, klął, zatrzymywał biegnących i tłumaczył im, że głupio jest tak pędzić. Przecież nie zostawią ich tu na dole.
Nadbiegł znowu dozorca wołając:
– Wychodzić! Wychodzić! Do drabin! Do drabin!
Tłum porwał Chavala. Popychał Katarzynę, czynił jej wymówki, że nie dość prędko biegnie. Czyż chce, by sami zostali tutaj i pomarli z głodu? Te zbóje z Montsou byli w stanie połamać drabiny, nim wszyscy wyjdą. Ta straszna myśl doprowadzała wszystkich do rozpaczy. Rozpoczął się tłok, popychanie, każdy oszalały chciał pierwszy wydostać się stąd na powierzchnię ziemi. Kilku krzyczało już, że nikt nie wyjdzie, gdyż drabiny są już zniszczone. Gdy wszyscy znaleźli się w hali zjazdowej, powstał ścisk nieopisany. Wszyscy pchali się do szachtu, gnietli w wąskich drzwiach wiodących do drabin. Tylko stary stajenny, który właśnie umieścił konie w stajni, patrzył na nich z pogardliwą miną.
Nawykł spędzać tu noce i pewny był, że go stąd wydostaną.
– Do licha, śpiesz się! Idź przede mną! – krzyknął Chaval do Katarzyny. – Przynajmniej będę cię mógł podtrzymać, gdy osłabniesz!
Oszołomiona, oblana znowu potem po przebytych biegiem trzech kilometrach dała się porwać tłumowi. Chaval chwycił ją za ramię, aż krzyknęła. Łzy jej napłynęły do oczu. Więc już zapomniał o przysiędze! Tak prędko! Ach, nigdy nie będzie z nim szczęśliwa.
– Naprzód marsz! – krzyknął.
Ale nie usłuchała, bała się go. Wystawiłaby się na ciągłe przykrości idąc przed nim, więc odstąpiła na bok, zresztą fala napływających ludzi odtrąciła ich oboje w tył. Wielkie krople wody padały im na głowy, a pomost nad leżącym o dziesięć metrów niżej błotnistym dnem szachtu drżał pod ciężarem tylu osób. Właśnie tu niedawno zdarzył się wypadek. Urwała się lina, klatka wpadła do wody, a dwu ludzi utonęło. Wszystkim przyszło na myśl nieszczęście, grożące, gdyby deski pękły.
– Przeklęta żmija! – krzyknął Chaval. – Zresztą rób, co chcesz. Przynajmniej pozbędę się ciebie.
Począł wstępować po drabinie. Katarzyna szła za nim.
Od dołu do wylotu szachtu było sto dwie drabiny. Każda siedem metrów długa oparta była o rodzaj podestu, stopnia zajmującego całą szerokość szachtu mającego pośrodku dziurę, przez którą ledwo prześliznąć się mógł człowiek. Był to płaski komin 700 metrów długi, wciśnięty pomiędzy ścianę szachtu głównego i drewnianą ścianę szachtu wyjazdowego, jak mokry wąż, ciemny, bez końca, wzdłuż którego biegły pionowo niemal drabiny w regularnych odstępach poprzerywane stopniami. Silny człowiek musiał iść dwadzieścia pięć minut, drabin tych zresztą używano jedynie w razie katastrofy.
Z początku Katarzyna szła szybko. Bose jej nogi przywykłe do szutru, pokrywającego podłogę chodników, nie czuły nawet kanciastych szczebli okutych dla trwałości blachą. Dłonie jej zahartowane do pracy bez wysiłku chwytały drągi drabin, których objąć nie mogły. Owo niespodziane wędrowanie sprawiało jej nawet pewną rozrywkę, pozwalało zapomnieć o trosce, bawił ją ten długi wąż ciał ludzkich, który końcem dotykać będzie jeszcze dna przepaści, gdy pierwsi wydostaną się już na światło dzienne. Pierwsi przebyli dotąd mniej więcej trzecią część drogi. Nikt nie mówił, nogi tylko stąpały z głuchym łoskotem, a lampy niby sznur czerwonych tańczących gwiazd ciągnęły się z dołu do góry.
Katarzyna usłyszała za sobą szept chłopca jakiegoś liczącego drabiny i przyszło jej na myśl uczynić to samo. Minęła już piętnastą i właśnie wyszła na stopień, gdy uderzyła się o nogi Chavala. Krzyknął, by uważała. Od czasu do czasu pochód zatrzymywał się nagle. Cóż to? Co się stało? Każdy pytał z trwogą. Trwoga wzrastała wraz z ilością przebytych drabin, a piersi ściskały się na myśl, co czeka wychodzących tam na górze. Ktoś powiedział, że drabiny połamane i trzeba wrócić na dół. Za każdym szczeblem strach przejmował idących na przedzie, że ręka wyciągnięta trafi na próżnię. Znowu pochód zatrzymał się. Ktoś objaśnił, że spadł z drabiny hajer. Nie widziano nic, nie słyszano, wszyscy krzyczeli tylko. Ach, czyż trzeba będzie nocować tutaj, tak wysoko nad przepaścią? Pochód ruszył dalej bez objaśnienia, czemu się zatrzymano, nogi dudniły miarowo, kamienie opadały ze ścian, lampy tańczyły. Pewnie drabiny zniszczono u samej tylko góry, myśleli wszyscy.
Gdy minięto trzecią galerię na lewo, po przebyciu trzydziestej drugiej drabiny, Katarzyna czuła, że drętwieją jej nogi i ręce. Przedtem już miała wrażenie, jakby łaziły po niej mrówki. Teraz nie czuła już pod nogami ani rękami okutych żelazem szczebli. Mięśnie poczęły ją boleć, był to jakby ciągle wzrastający żar. Na pół przytomna rozmyślała nad historiami z dawnych czasów, które opowiadał dziadek Bonnemort. Dawniej, gdy jeszcze nie używano w kopalni wind, małe, dziesięcioletnie dziewczęta wynosiły węgiel na wierzch w koszykach na plecach. Toteż gdy się która pośliznęła albo upuściła kawałek węgla, spadało zaraz kilka w przepaść. Walka z własnymi członkami stała się coraz trudniejsza. Była pewna, że nie zdoła nigdy dojść do szczytu.
Pochód znowu się zatrzymał i to pozwoliło jej odetchnąć. Ale równocześnie oszołomiły ją do reszty błędnie wieści podawane z ust do ust. Wszystkich zresztą ogarnęło znużenie i każdy z górników miał już teraz zawrót głowy. Oddechy gorące dławiły ją, macała w ciemnościach i co chwila uderzała się o skalne występy komina. Spotniała i zgrzana, drżała jednak z zimna, gdyż sączące się ze skał krople przemoczyły ją na wskroś. Zbliżano się do poziomu źródeł zaskórnych, a rzęsisty deszcz ledwo nie pogasił lamp.
Dwa razy odezwał się do niej Chaval, ale nie otrzymał odpowiedzi.
– Cóż znowu wyrabiasz – krzyknął – czyś upuściła w głąb szachtu język?
Podróż trwała już od pół godziny, a idący na przedzie minęli ledwo pięćdziesiątą dziewiątą drabinę. Jeszcze zostawało przeto czterdzieści trzy. Katarzyna zdołała wreszcie wybąknąć, że idzie. Nie śmiała wyznać, że jest wyczerpana. Nazwałby ją znowu leniuchem. Szczeble musiały jej poranić nogi, gdyż miała wrażenie, że ktoś je piłą ponacinał. I z rękami nie było lepiej, zdrętwiały, zakrwawiły się, ciągle jej się zdawało, że upuści drąg drabiny i spadnie w tył. Palce wprost nie chciały się zginać, a pionowo niemal ustawione drabiny zmuszały do przyciskania się całym ciałem do szczebli i wciągania się na rękach w górę. Ciężkie oddechy robiły teraz więcej hałasu jak stuk nóg o drzewo. Charczenie straszliwe grzmiało donośnie w wąskim i głos potęgującym jak tuba kominie. Rozległ się wrzask bólu i z ust do ust poszła wieść, że pomocnik jeden wybił sobie dziurę w głowie, uderzywszy o ostrą skałę.
Katarzyna wspinała się dalej. Wydostano się ponad poziom wody, deszcz ustał, ale powietrze napełnił piwniczny zaduch starego żelaziwa i gnijącego drzewa. Mechanicznie liczyła drabiny: osiemdziesiąt jeden, osiemdziesiąt dwa… osiemdziesiąt trzy… jeszcze dziewiętnaście. To liczenie utrzymywało ją tylko jeszcze w przytomności i automatycznym ruchu. Szła jak we śnie. Gdy podniosła głowę, lampy tańczyły jej w oczach. Zdawało jej się, że musi umrzeć. Jeszcze chwila, a spadnie. Całą kolumnę ogarnęła teraz gorączka… pchano się gwałtownie, by raz skończyć z tą piekielną wędrówką i znużeniem, by raz wydobyć się na słońce. Idący na czele wyszli już zapewne. Więc drabin nie zniszczono. Ale opętała teraz górników myśl, że może jeszcze zniszczą je napastnicy, by powstrzymać idących na ostatku. I gdy zatrzymano się na nowo, rozległy się klątwy, a silniejsi poczęli spychać słabszych i deptać po nich. Zakotłowało, ktoś trącił Katarzynę, a dziewczyna puściła drabinę, krzyknęła na Chavala i spadła. Chaval nie słyszał, sam walczył z innym, kopał go i spychał, by wyjść prędzej. Stoczyła się na dół, deptano po niej, a jej śniło się, że jest małą dziewczynką z owych dawnych czasów, że kawałek węgla strącił ją w przepaść, że spada jak wróbel trafiony kamieniem. Wędrówka trwała już godzinę, a jeszcze należało przebyć pięć drabin. Jak je przebyła dziewczyna, nie wiedziała. Pewnie zatrzymała się na stopniu, a ramiona idących wydźwignęły ją do góry… dość, że znalazła się nagle w pełnym oślepiającym świetle słonecznym pośród tłumu urągającego i wytrząsającego pięściami.
III
Od wczesnego ranka wrzało we wszystkich koloniach robotniczych. Drogi pełne też były wzburzonych ludzi. Ale z postanowioną wycieczką do Jean-Barta nie śpieszono się, gdyż rozeszła się wieść, że żandarmi i dragoni patrolowali po całej równi. Opowiadano, że przyszli z Douai skutkiem zdrady Rasseneura, który ostrzegł pana Hennebeau. Jedna przesuwaczka przysięgała nawet, że widziała służącego dyrektora niosącego depeszę do biura telegraficznego. Górnicy ściskali pięści i wypatrywali poprzez listwy okiennic żołnierzy na horyzoncie.
Ale około wpół do ósmej zjawiła się wieść inna, która uspokoiła zniecierpliwionych. Alarm był fałszywy, dragoni odbyli jedynie jedną z owych demonstracyjnych przejażdżek, jakie prefekt z Lille nakazał od czasu wybuchu strajku. Górnicy nienawidzili tego urzędnika i zarzucali mu, iż ich oszukał, obiecując interwencję, a teraz nie robi nic, prócz straszenia ich odbywanymi co jakiś czas defiladami wojsk po ulicach Montsou. Gdy dragoni, narobiwszy hałasu końskimi kopytami po bruku, skierowali się najspokojniej do Marchiennes, chórem drwić poczęto sobie z prefekta, któremu nie śni się zapewne, by coś się stać mogło i to bezpośrednio przed awanturą. Aż do dziewiątej stojąc przed domami gapili się najspokojniej na przejeżdżających. Mieszczuchy spali jeszcze, sprzed budynku dyrekcyjnego odjechała kareta. Widocznie odjechała pani Hennebeau, zostawiając męża przy pracy, bo dom był milczący, zamknięty, jakby wymarły. Żadna z kopalń nie była strzeżona wojskiem i tu znowu okazano brak ostrożności, przewidywania, co najczęściej powoduje wszystkie katastrofy. Biła dziewiąta, gdy górnicy wreszcie poczęli ukazywać się na drodze do Vandame.
Stefan spostrzegł zaraz, że nie zbierze się trzy tysiące górników, jak początkowo mniemał. Wielu sądziło, że manifestację odłożono, a gorsze jeszcze było to, że już poszły dwie czy trzy grupy i mogły wszystko popsuć, gdyby nie zdążył stanąć na ich czele. Około stu wyruszyło przed świtem i czekało na resztę w lesie. Stefan poszedł spytać jeszcze Souvarina o radę. Maszynista, jak zawsze, wzruszył ramionami i odparł:
– Głupstwo! Dziesięciu zdecydowanych zrobiłoby więcej jak ta cała banda.
Nie chciał radzić, zanurzył się w leżącej przed nim książce i ani słyszeć nie chciał o tym, by miał współdziałać. Cała rzecz, zdaniem jego, wyrodzić się musi w ckliwe protestowanie, apelowanie do uczuć etc. Jedyną rzeczą mądrą byłoby podpalenie Montsou. Stefan, wychodząc od Souvarina, ujrzał Rasseneura pobladłego, siedzącego przy kominie. Stała nad nim jego żona w swej wieczyście czarnej sukni i kłuła go uroczystymi, grzecznymi słowami.
Maheu twierdził, że trzeba dotrzymać słowa. Uchwała jest rzeczą świętą. Chociaż wszyscy ochłodli przez noc, stary górnik bał się, by nie przyszło do nieszczęścia, i oświadczył, że jest ich obu obowiązkiem stawić się, by powstrzymać innych od wybryków. Maheude potakiwała głową. Stefan w końcu dla uspokojenia siebie i Maheuów dodał, że należy działać rewolucyjnie, nie narażając jednak życia ludzkiego. Nie chciał przyjąć porcji chleba, jaką dlań przysposobiono, natomiast wypił jeden po drugim trzy kieliszki jałowcówki, by się zabezpieczyć przed zimnem. Wziął też trochę wódki do manierki. Alzira miała zostać przy dzieciach. Dziadek Bonnemort, któremu pogorszyło się skutkiem wysiłków dnia poprzedniego, leżał w łóżku.
Dla ostrożności wymykali się z domu pojedynczo. Jeanlin znikł od dawna. Maheu z żoną poszli niby to ku Montsou, a Stefan wprost przez pola do lasu, by się połączyć z oczekującymi. Po drodze spotkał gromadę kobiet. Wśród nich była Brûlé i Levaque. Jadły przyniesione im przez Mouquette kasztany wraz z łupinami, by lepiej wypełnić żołądki. Stefan nie znalazł w lesie nikogo, górnicy ruszyli już do Jean-Bart. Zwrócił się więc szybko w tamtą stronę i zdążył tam właśnie w chwili, gdy kobiety i owa setka z lasu wkraczali w podwórze kopalni. Zewsząd płynęli tu górnicy bezładnie, bez przywódców, bez broni, jak woda zalewająca tamy. Stefan zobaczył Jeanlina, który wydrapał się na wysoko zawieszony pomost i usadowił się tam jak na trybunie cyrkowej. Przyśpieszył kroku i jeden z pierwszych stanął na miejscu. Cały tłum liczył około trzysta głów.
Pewne wahanie ogarnęło wszystkich, gdy Deneulin ukazał się na schodach prowadzących do kasy.
– Czego chcecie? – krzyknął silnym głosem.
Gdy znikła mu z oczu kareta, pędzony niewytłumaczonym niepokojem wrócił do kopalni. Ale wszystko było w porządku, robotnicy zjechali, eksploatacja odbywała się normalnie. Uspokoił się więc i właśnie rozmawiał z dozorcą, gdy dano mu znać o zbliżaniu się strajkujących. Wyjrzał oknem sortowni i na widok fali ludzkiej, rozlewającej się po równi, poczuł swą niemoc. Jakże bronić tych zewsząd otwartych i łatwo dostępnych zabudowań fabrycznych. Zresztą zdołałby skupić koło siebie najwyżej dwudziestu ludzi zaufanych. Poznał, że jest zgubiony.
– Czego chcecie? – powtórzył blady z gniewu, ale zdecydowany odważnie stawić czoło klęsce.
W tłumie ruch się począł i pomruk rozległ. Wreszcie przecisnął się naprzód Stefan i rzekł:
– Proszę pana, nie przychodzimy robić panu krzywdy, ale konieczne jest, by praca stanęła.
Deneulin od razu zaczął go traktować jak wariata.
– Czyż myślicie, że nie robicie mi krzywdy, przerywając pracę. Zupełnie, jakbyście mnie zabili skrytobójczo. To na jedno wychodzi. Ale nie, ludzie moi zjechali i pracować będą. Chcąc temu przeszkodzić, musicie mnie naprzód zabić.
Na te ostre słowa powstał w tłumie wrzask. Maheu musiał trzymać Levaque'a, który chciał się rzucić z pięściami na Deneulina, którego Stefan jeszcze usiłował przekonać o słuszności postępowania metodą rewolucyjną. Ale Deneulin odpowiedział, że każdy ma prawo do pracy. Zresztą nie chce wdawać się w dyskusję tych wszystkich teorii i chce być u siebie panem. Żal mu tylko, że nie ma pod ręką czterech żandarmów, by hołotę wypędzić z kopalni.
– Tak, sam jestem winien! – dodał. – Na drabów jak wy najlepsza jeszcze kula. Rząd myli się, sądząc, że was ułagodzi koncesjami. Gdy wam tylko da broń w rękę, obalicie go, kanalie przeklęte!
Stefan trząsł się z gniewu, ale opanował się. Półgłosem rzekł Deneulinowi:
– Proszę pana usilnie, byś dał rozkaz wyjeżdżania. Nie mogę inaczej zaręczyć, że zdołam utrzymać w karbach moich towarzyszy. W ręku pańskim leży bezpieczeństwo kopalni.
– Nie! Wynoście się do stu diabłów! Któż wy to jesteście? Nie jesteście moimi robotnikami, nie macie prawa stawiać żądań. Rozbójnicy tylko biegają w taki sposób po drogach! Rabusie!
Zgiełk zgłuszył ostatnie jego słowa. Kobiety miotały straszne obelgi.
Trzymał się ostro i przyjemność mu nawet sprawiało, że może bez ogródek wyrażać tłumowi całą swą pogardę. Ruina nadeszła, po cóż miał się więc krępować. Strajkujących napływało coraz to więcej. Już około pięciuset parło na schody i bramę do kopalni wiodącą i Deneulin narażał się teraz osobiście na zemstę rozgoryczonych! Nadbiegł dozorca i począł go odciągać.
– Na miłość boską! Panie dyrektorze! Niechybnie krew popłynie! I na cóż wywoływać mordy? Czyż to co pomoże?
Deneulin bronił się. Ostatni raz zwrócił się do tłumu i wrzasnął:
– Rozbójnicy, czekajcie! Niech tylko wojsko nadejdzie!
Odciągnięto go. Pierwsze szeregi naparły na schody tak, że poręcz pękła. Rej wodziły kobiety, wrzeszczały, piszczały, by podniecić mężczyzn. Drzwi nie zaryglowane otwarły się zaraz. Ale schody były za wąskie dla tłumu i mimo pchania nie zdołano by wejść, gdyby tylne szeregi nie znalazły sobie dostępu z innej strony. Wkroczono od strony poczekalni, przez sortownię, nawet kotłownię. W niespełna pięciu minutach zalał tłum całą kopalnię. Pełno było ludzi na wszystkich trzech piętrach. Wrzeszczano, krzyczano z wielkiej radości, że udało się zdobyć kopalnię mimo oporu rozzłoszczonego dyrektora.
Maheu przybiegł przerażony do Stefana i rzekł:
– Na miłość boską, nie daj go zabić!
Stefan chciał już biec za Deneulinem, by go bronić, ale widząc, że zabarykadował się w poczekalni dozorców, odparł:
– A choćby go i zabili, czyż to nasza wina? Taki wariat!
Panował dotąd nad sobą i nie dał się owładnąć złością na dyrektora. Równocześnie bolało go, że, mimo iż był przywódcą, tłum sobie teraz nic z niego nie robił i rozgorzał zemstą, gdy należało tylko wymusić swe żądanie. Daremnie przekładał, że należy uzbroić się w zimną krew, nie dawać wrogom broni w rękę przez niszczenie bezcelowe.
– Do kotłów! Gasić ognie! – krzyknęła Brûlé.
Levaque znalezionym olbrzymim pilnikiem wywijał jak mieczem i wrzeszczał potężnym głosem:
– Przeciąć liny! Przeciąć liny!
Wszyscy powtórzyli okrzyk. Stefan i Maheu przerażeni poczęli protestować, ale nikt ich wśród hałasu nie słyszał. Schwyciwszy sposobny moment mógł wreszcie zawołać Stefan:
– Ależ ludzie są na dole!
Wrzaski wybuchły ze zdwojoną siłą.
– Tym lepiej! Po co zjeżdżali! Niech giną zdrajcy! Niech pozdychają tam na dole! Zresztą mają drabiny.
Myśl, że są drabiny, utwierdziła tłum w chęci poprzecinania lin, a wreszcie i Stefan przestał stawiać opór w nadziei zapobieżenia większemu nieszczęściu. Pobiegł jedynie do maszyny, by wyciągnąć klatki, w których mogli znajdować się ludzie. Inaczej przecięte u samej góry, siedemset metrów długie liny stalowe, padając w dół, niechybnie by je strzaskały.
Ale maszynisty nie było, palacze też znikli, więc chwycił w rękę rękojeść motoru, puścił maszynę w ruch i poczekał, aż liny nawiną się na bębny. Równocześnie Levaque z kilku innymi wspinali się w górę wieży szachtowej. Ledwo klatki zaklinowały się hakami w drzewie rusztowania, rozległ się zgrzyt pilnika gryzącego stal. Nastała cisza, zgrzyt przeraźliwy rozlegał się donośnie, a wszyscy podnieśli głowy i czekali z zaciekawieniem. Maheuowi stojącemu blisko wieży serce skakało z dzikiej radości. Zdawało mu się, że zęby pilnika przecinające dostęp do jednej z owych nor niedoli gryzą niedolę samą i nędzę i świat od niej oswobodzają.
Ale Brûlé nie dała za wygraną. Zbiegła po schodach do hali maszyn z okrzykiem:
– Gasić ognie! Do kotłów! Do kotłów!
Runął za nią tłum kobiet, a z tłumem Maheude z zamiarem przeszkodzenia, by wszystkiego nie zniszczono, tak jak mąż jej pilnował przecinających lin. Można przecież domagać się swego, nie niszcząc cudzej własności. Kobiety wypędziły z kotłowni palaczy, a Brûlé uzbrojona w wielką szuflę przykucnęła przed pierwszym piecem szybko nabierając węgle i wyrzucając je na ceglaną posadzkę.
Było tu dziesięć pieców i pięć kotłów. Do wszystkich rzuciły się kobiety. Levaque oburącz chwyciła szuflę, Mouquette zakasała się wysoko, by spódnica jej nie zajęła się od ognia, i wszystkie z rozwianymi włosami pracowały, potniejąc w tym strasznym żarze, podobne do czarownic, zajętych jakąś tajemniczą operacją w czeluściach piekielnych. Kupy pałających węgli rosły coraz to wyżej, aż wreszcie od żaru pękł sufit hali.
– Dość tego! – krzyknęła Maheude. – Buda zaczyna się palić!
– Tym lepiej! – odparła Brûlé. – Przysięgłam, że pomszczę na tych drabach śmierć mego męża.
W tej chwili gdzieś z góry rozległ się głos Jeanlina:
– Na bok! Gaszę! Puszczam parę!
Wśliznął się tu jeden z pierwszych, uszczęśliwiony tym chaosem, pilnie szukając czegoś, co by mógł zniszczyć. Nagle wpadło mu na myśl odkręcić kurki i wypuścić parę z kotłów.
Strugi pary buchnęły z łoskotem salwy karabinowej. Wszystkie kotły opróżniły się z piekielnym sykiem, od którego bolało w uszach. Hala znikła w tumanie pary, a kobiety ruszały się w tej mgle niby cienie niewyraźne. Węgle przygasły. I tylko wysoko ponad białym wirem widać było Jeanlina. Siedział na drabinie z otwartymi z rozkoszy ustami, szczęśliwy, że był twórcą tej burzy straszliwej.
Trwało to z kwadrans. Wreszcie wylano na węgle kilka wiader wody i znikło niebezpieczeństwo ognia. Ale zaciekłość tłumu nie zgasła, owszem rozgorzała teraz dopiero na dobre. Mężczyźni uzbroili się młotami znalezionymi w ślusarni, kobiety rozdzieliły między siebie sztaby żelazne i za czyjąś radą zabierano się do niszczenia maszyn, dziurawienia kotłów i niszczenia całej kopalni.
Stefan posłyszał o zamiarze i nadbiegł wraz z Maheuem. Już go ogarniał szał zemsty, ale walczył jeszcze z sobą, błagał towarzyszy, by wstrzymali się od wykroczeń. Wszak liny przecięte, para z kotłów wypuszczona, ogień zgaszony, więc dalsza praca uniemożliwiona. Nie słuchano go i już miał ulec, gdy nagle uwaga wszystkich skierowała się na małe drzwi zamykające wylot szachtu drabinowego. Rozległy się okrzyki:
– Precz ze zdrajcami!
– Nędznicy!
– Śmierć im!
Pierwsi górnicy stanęli w drzwiach, olśnieni światłem dziennym, odurzeni zgiełkiem. Stali ze spuszczonymi oczyma przez chwilę, potem poczęli przedzierać się pojedynczo przez tłum, próbowali uciekać.
– Precz z tchórzami!
– Precz z obłudnikami!
Tłum strajkujących obiegł drzwi. W niespełna trzy minuty opróżniły się budynki kopalni. Pięciuset górników utworzyło szpaler, przez który przesuwał się długi korowód łamistrajków. Okrzykami pogardy witano każdego ukazującego się w otworze drzwi, okrytego pyłem węglowym i potem, z ubraniem w nieładzie skutkiem walki o pierwszeństwo wydostania się na wierzch.
– O patrzcie – wołano – na tego! Ma trzy cale nóg, a potem zaraz tyłek.
– A ten! Nos mu odpadł skutkiem sprawek miłosnych w Wulkanie.
– A ta pokraka! Z oczu mu kapie woskowina, z której by można narobić świec do dziesięciu kościołów!
– A ten, a ten długi bez łydek! Patrzcie! Dłuższy jak Wielki Post!
Głośny śmiech obudziło ukazanie się jednej przesuwaczki. Gruba była niezmiernie, piersi jej wisiały na brzuchu, który wraz z pośladkami tworzył coś w rodzaju beczki. Chciano ją macać, żarty stawały się coraz to ordynarniejsze, pięści migały w powietrzu, a biedacy szli ciągle, czekając ciosów, szczęśliwi, gdy wreszcie minęli szpaler i mogli umknąć co tchu.
– A iluż ich tam? – spytał Stefan.
Dziwił się nieprzerwanemu korowodowi i gniew w nim wzbierał na widok tłumu łamistrajków. Myślał, że zjechało kilku górników zmożonych głodem, zastraszonych przez dozorców. A więc okłamano go tam w lesie. Prawie cały personel Jean-Barta stanął do pracy. Nagle wydarł mu się z piersi okrzyk. Na progu ujrzał Chavala.
– Na rany boskie! Więc na takie spotkanie nas zaprosiłeś?
Powstał zgiełk straszny, wszyscy rzucili się na zdrajcę. Co za łajdak! Wczoraj przysięgał, obiecywał odwieść innych od pracy, a zaraz po przysiędze zdradził. To niepojęte!
– Bierzcie go! Wrzucić do szachtu! Niech zdycha!
Chaval ze strachu blady jak trup bąkał coś, chciał się tłumaczyć. Ale trzęsący się ze złości Stefan nie dopuścił go do słowa.
– Chciałeś być na dole, będziesz na dole… Dalej, naprzód, psie nikczemny!
Słowa jego zgłuszył nowy wrzask. Na progu stanęła Katarzyna. Olśniona światłem, przerażona zgiełkiem, trzymała się ledwie na nogach po przebyciu stu dwu drabin, a z rąk jej ciekła krew. Jęknęła, widząc matkę rzucającą się na nią z pięściami.
– I ty, nędznico! Gdy matka twoja przymiera głodem, zdradzasz ją wraz z tym twoim wisielcem?
Maheu wstrzymał rękę żony, ale rozwścieczony także trząsł dziewczyną i gorzko wyrzucał jej postępowanie zbrodnicze. Oboje wpadli w pasję i krzyczeli głośniej od innych.
Widok Katarzyny do ostateczności doprowadził Stefana. Począł wołać:
– Prędzej! W drogę! Idziemy do innych kopalń! A ty, nędzna bestio, idziesz z nami.
Chaval ledwie zdążył w ogrzewalni wdziać saboty i zarzucić kaftan wełniany na skostniałe plecy. Porwano go i musiał pędzić cwałem pośrodku zbitego tłumu. Katarzyna mimo oszołomienia ubrała się także i biegła tuż za swoim tyranem. Była pewna, że zginie, gdy go opuści.
Jean-Bart opróżnił się w ciągu dwu minut. Jeanlin, dorwawszy się rogu sygnałowego, trąbił na nim chrypliwie, jakby zwoływał rozpierzchłą trzodę. Kobiety zakasały się wysoko, by móc biegnąć prędko, a Levaque potrząsał siekierą, jak kapelmistrz batutą. Zewsząd napływali górnicy, tak że tłum liczył już przeszło tysiąc głów. Bezładnie jak potok górski wylali się na drogę. Brama w parkanie kopalni była za wąska, obalono parkan.
– Do kopalń! Śmierć zdrajcom! Nie ma pracy!
I Jean-Bart zapadł nagle w zupełną ciszę. Nie było ni człowieka w całej kopalni. Deneulin wyszedł z pokoju dozorców, ruchem ręki nakazał, by mu nikt nie towarzyszył, i poszedł obejrzeć kopalnię. Był blady, ale spokojny. Zatrzymał się przy szachcie zjazdowym, podniósł głowę do góry i patrzył na przecięte liny. Luźno zwisały końce stalowych sznurów, świecąc w szarym otoczeniu połyskującą metalicznie raną zadaną pilnikiem. Potem poszedł Deneulin do hali maszynowej, spojrzał na nieruchome ramię dźwigni, podobne do ręki paralityka, dotknął oziębłego już metalu i wstrząsnął się, jakby dotknął trupa. Potem zszedł do kotłowni, zwiedził kolejno wszystkie piece pełne teraz wody i trącił nogą kocioł, który brzęknął donośnie jak dzwon. Tak, sprawa była skończona. Ruina nastąpiła nieodwołalnie. Choćby nawet zmienił liny, zapalił pod kotłami, gdzież znajdzie robotnika? Jeszcze czternaście dni strajku i koniec. Musi zgłosić upadłość. Teraz, uświadomiwszy sobie swą klęskę, nie czuł już nienawiści do rozbójników z Montsou. Krzywda ludzka gromadząca się od stu lat takie wydała owoce. Było to winą ogółu. Ci górnicy to niewątpliwie ordynarna hołota, ale to zarazem ludzie, których nie nauczono czytać i pozbawiono ostatniego kęsa chleba.
