Kitabı oku: «Koszyk kwiatów», sayfa 4
Rozdział XI. Choroba Jakuba
Na początku zimy, która bardzo ostro rozpoczęła i wielkim okryła pola śniegiem, zachorował Jakub. – Marianna prosiła go, aby pozwolił z pobliskiego miasteczka powołać lekarza, a gospodarz pojechał po niego sankami. – Lekarz, przyjechawszy i wyrozumiawszy chorobę, przepisał lekarstwo, a Marianna wyszedłszy za nim z izby, zapytała, co by myślał o stanie choroby?
„Tymczasem, odrzekł jej, nie ma żadnego niebezpieczeństwa; ale że choroba może przejść w suchoty, a te w wieku chorego nie mogą dać nadziei życia, jest wielkie podobieństwo.” —
Ta nowina przeraziła Mariannę, poczęła rzewnie płakać; wszakże usiłowała uspokoić się i przybrać spokojną powierzchowność, ażeby wróciwszy nie zasmucić ojca.
Opatrywała chorego ojca z najwytworniejszą starannością; czegokolwiek tylko zażądał, tego mu dostarczyła, życzenia nawet jego uprzedzała. Czuwała przy nim całe noce, a gdy ją, chroniąc od choroby z niewczasu wyniknąć mogącej, zastępowano, kładła się zwykle na blisko łóżka stojącą ławę, aby nie zasnąć za bardzo; a skoro chory kaszlnął lub poruszył się, wstajała73 cichutko, aby się przekonać, czy czego nie żąda. – Sporządzała mu pokrzepiające posiłki; poprawiała mu poduszki; czytywała mu, aby go rozerwać; a jak skoro zasnął, klękała i modliła się serdecznie do Boga o jego zdrowie. – „O Boże! spraw łaskawie, aby ozdrowiał mój kochany ojciec! – Zachowaj mi go aby jeszcze na parę lat!” —
Pilną swą pracowitością, – że siadała czasami do północka zatrudniona szyciem i dzianiem, – zebrała sobie kilka groszy; tych nie szczędziła, aby ojcu przynieść jakie ulżenie.
Pobożny starzec, któremu choć się wprawdzie polepszyło, przecież był pewnym, że to jego ostatnia choroba, mimo to był spokojnym i na śmierć gotowym, przeto mówił o końcu życia swego z zupełnym zdaniem się na wolę Boga, i właśnie z wesołością.
Dla Marianny były takie mowy nieznośnie bolesne, ze łzami mawiała: „O, nie mów o tym drogi ojcze! – O tym trudno mi jest nawet wspomnieć, bo cóż bym ja sobie bez ciebie poczęła? – Ach! natenczas nikogo bym na świecie nie miała, komu by zaufać można!” —
„Nie płacz, moje dziecię! – odpowiadał podając jej drżącą rękę starzec. Nie płacz! a wszakci masz dobrego Ojca w Niebie. Wszakci On pozostanie, choć utracisz twego ojca na ziemi. – Jak się ty, gdy mnie nie będzie, utrzymasz i używisz na świecie, o to ja się bynajmniej nie troszczę. – Ptaki niebieskie znajdują dla siebie żywność, a ty byś miała żyć w niedostatku? – Biedne wróble żywi opatrzność, a czemuż by ciebie nie miała wyżywić? – Toć człowiek niewiele potrzebuje do swego utrzymania, a i potrzeby jego są zakreślone niedługim przeciągiem czasu! – Co mnie niespokoi, to jest to, żebyś ty w tej pobożności i poczciwości, jaką się obecnie odznaczasz, statecznie wytrwała! – Ach moja córko! ty jeszcze nie wiesz, jak złym i zepsutym jest ten świat, jak ludzie są złymi. Z żalem mówić ci muszę, że są tacy ludzie, u których to niczym będzie ciebie, biedną dziewczynę, odrzeć z niewinności, sławy i spokojności serca – a tak uczynić cię nieszczęśliwą na całe życie. – Jeżeli im mówić będziesz o bojaźni Boga, sumieniu, przykazaniach bożych, piekle, na ten czas nazwą cię dziecinną, to jest głupią. Unikaj takich ludzi, jakby to wcielone diabły były! – Gdy ci będą pochlebiać: nazwą cię piękną, zgrabną, i wokoło ciebie, jak motyle około kwiatów uwijać się będą, nie wierz im! Oni cię chcą zdradzić! – Nie odbieraj od nich żadnych ofiar, bo przez to zaprzedałabyś się onym! – Nie ufaj ich przyrzeczeniom, ani nawet przysięgom, bo to wszystko kłamstwa! – Wszakci wiesz, że pod skórką owczą może być drapieżny wilk – a to jest ich właściwy obraz!” —
„Dał ci Bóg, jako Anioła stróża, świętą wstydliwość: jeżeli po tobie wymagają coś takiego, co się sprzeciwia czystości obyczajów, albo choć jeno wymówi jakie nieuczciwe, niewinność obrażające słowo, natenczas rumianość pokrywa twarz twoję; – to jest przestroga tego stróża niewinności; uważaj na nię, jako na głos samego Boga! – Nie pogardzaj tym prawym twoim przyjacielem, bo dopokąd on ci towarzyszyć będzie, wolną będziesz od zdrady. – Ale jak skoro aby raz w najmniejszym skłonisz się na stronę przeciwną, już będziesz w niebezpieczeństwie zguby!” —
„O Marianno! i w twoim własnym sercu obudzi się głos nieprzyjaciela. Przyjdą czasy, gdzie poczujesz w sobie skłonność do złego, i chętna będziesz wmówić w siebie, że to pragnieuie nie jest tak złe; może nawet niewinne. Ale przestrzegam cię i proszę, zapisz słowa umierającego ojca głęboko w sercu twoim! Nie mów, ani czyń nic takiego, za co byś się w mojej przytomności wstydzić musiała. – Moje oczy wnet się na zawsze zamkną, niedługo już będę ci mógł być stróżem; ale wiedz, że Ojciec twój niebieski zawsze ci jest przytomny, i widzi myśli twoje. – Wiem, iżbyś w przytomności mojej nic takiego nie popełniła, za co byś się wstydzić musiała; daleko bardziej bój się i wstydź Ojca niebieskiego!” —
„Spojrzyj na mię, Marianno, a jeśli kiedy napadać cię będą pokusy, wspomnij na moją wybladłą twarz, na te moje łzy, z którymi cię przestrzegam! Włóż twoją w moję wyschłą i wnet w proch obrócić się mającą dłoń, a przyrzecz mi, iż przestróg moich nie zapomnisz! – W czasie nagabań nieprzyjacielskich wystaw sobie, że ta ręka chwyta cię, iżbyś w zgubę nie wpadła.
„Popatrz się na mnie, z wolna w pierwiastkowy proch obracającego się, i widź znikomość rzeczy doczesnych! – I ja byłem kiedyś czerstwym i rześkim młodzieńcem, jak ty dziś jesteś, i ty kiedyś będziesz tak wynędzniałą, jak ja obecnie, jeśli Bóg cię wcześniej jak mnie z tej ziemi nie zabierze! – Swobody mojej młodości tak znikły, jak wiosenne kwiaty, których pod ten czas i śladu nie znajdziesz, – jak rosa na roślince, która krótki tylko czas istnieje i ginie. Szlachetne zaś czyny, cnota, sumienie, podobnie klejnotom, nie giną nigdy; żadna siła ludzka nie zniszczy ich; – o takie klejnoty staraj się! – Co ja dobrego w życiu twoim uczyniłem, to mię obecnie cieszy i słodzi moje smutne skądinąd położenie; – gdzie widzę popełniony błąd, przekroczenie, tam wynika powstydzenie i żal. Obym ja był nic złego nie popełnił!” —
„Bądź zawsze pobożną, moje dziecko! Pamiętaj o Bogu i chodź w obecności jego, miej go nieustannie w sercu! W Nim znalazłem zawsze niezawodną pociechę w smutnych położeniach życia, – w Nim pokrzepienie w każdym razie!”
„Wierz mi, Marychno; ja mówię prawdę! Gdyby się rzecz jenaczej74 miała, nie zamilczałbym ci. I ja poznałem świat, gdy z hrabią byłem w podróży. Gdzie tylko coś znakomitego widzieć można było, tam iść nie omieszkałem. Po całych tygodniach bawiłem na uciechach; bywałem na świetnych ucztach, maszkaradach, hucznych muzykach, w wesołych i dowcipnych towarzystwach, tak dobrze jak i mój pan, – i z nim brałem udział w wytwornych potrawach i napojach; ale wyznać ci muszę szczerze, że przy tym wszystkim było moje serce czcze i puste; a jedna godzina cichego nabożeństwa w naszej altance w Eichburgu, albo tu pod tym ubogim dachem, ba nawet na tym łożu boleści, więcej moję duszę zadowala, niż tamte wszystkie krzykliwe uciechy. I ty szukaj twej uciechy w Bogu, a znajdziesz ją w obfitej mierze.”
„Wiesz, moje dziecię, że mi w moim życiu nie zbywało na cierpieniach. Gdy twoja umarła matka, długi czas podobne było serce moje roli ogrodowej mocnym upałem słońca spieczonej i porozpadanej, której deszczu potrzeba. Tak potrzeba mi było pociechy; w Bogu ją znalazłem. Przyjdą na cię dni podobne, ale nie upadaj na sercu – szukaj w Bogu pociechy, a znajdziesz ją w potrzebnym razie! – Miej zawsze mocne zaufanie w boskiej opatrzności; kochającym Boga wszystko na dobre wychodzi; przez cierpienia zwykł prowadzić do swobody.”
„Pamiętasz, jak dużo ucierpiałaś wówczas, gdym w naszej nędznej podróży padł na ziemię bez sił! A oto tę moję chorobę przypuścił Bóg na to, żebyśmy u tych poczciwych ludzi znaleźli spokojny kącik. Wszakci gdyby nie ta choroba, nie bylibyśmy tu trafili lub nie znaleźli tego politowania; daliby nam może byli miseczkę mleka z kawałkiem chleba i trzeba by pewnie było iść dalej w świat. Gdyby nie moja choroba, nie bylibyśmy się z tymi poczciwymi ludźmi wzajem poznali i pokochali; wszystkie więc te dobre i swobodne dni, które tu przeżyliśmy, były skutkiem owej choroby. – Tak to we wszystkich smutnych zdarzeniach naszego życia, znachodzić można ślady dobroci Boga. Jak Bóg nadobne kwiaty rozsiał po górach i dolinach, w lasach i polach, nad strumieniami i na bagnach, abyśmy w tym widzieć mogli jego przychylność ku nam; tak też we wszystkich naszych położeniach życia, znajdziem ślady jego mądrości, miłości i litości, tak jawnie, że uważny na to umysł wyczerpnie dla siebie rozweselenie i pociechę. Niech no człowiek będzie uważnym na zajścia życia swego, a uczyni w nich takowe pocieszające spostrzeżenia.”
„Najdotkliwsze nasze cierpienia były niezawodnie wtenczas, gdy nas o złodziejstwo posądzono, gdy leżałaś w więzieniu okuta, osmagana, na śmierć skazana; gorzko opłakiwaliśmy siebie wzajem! – O! i to cierpienia niewinne nie będą bez korzyści; – a mnie się widzi, że już teraz wyrodziły błogosławieństwo boskie! – Wspomniał moje słowa! – Wówczas, gdy cię hrabianka nad wszystkie wyniosła dziewczęta, zaszczyciła cię swoim towarzystwem, podarowała ci piękną suknię i chciała cię mieć pod bokiem swoim, sądziłaś się być najszczęśliwszą; o, jakżeś się myliła! – teraz widzisz, że właśnie to twoje mniemane szczęście było przyczyną wszystkich naszych nieszczęść! Nie ufaj nigdy doczesnemu powodzeniu! To jest robaczywy orzech: powierzchnia piękna, wewnątrz brzydkie próchno. Sodomskie jabłka, – rosnące nad Morzem Martwym, gdzie stały owe od Boga skarane miasta, – śliczne na pozór, a rozsypią się w brzydkie próchno, gdy je radosną zerwiesz ręką. – I dobrze, że ci Bóg wytrącił z ręku owo bawidełko, bo może by honor, dostatek, zbytek zrobił cię próżną, lekkomyślną, cielesną; – może byś nareszcie i o Bogu zapomniała; wszystko to możebne; żaden człowiek za sobą ręczyć nie może. – W biedzie, we więzieniu, na naszej pielgrzymce, poznaliśmy Boga bliżej i lepiej. W tej oto szorstkiej okolicy, dalekiej od roztargnień i zepsucia światowego, zapewnił ci Bóg miejsce bezpieczne, gdzie rośniesz jak nadobny kwiatek, pewny, że go ręka nie naruszy złośliwa.”
„Przekonasz się, że dobry Bóg wyprowadzi twoje cierpienia na twoje szczęście. Prosiłem gorąco Boga, żeby niewinność twoję na jaw wykazał, a moje zaufanie powiada mi, że mię Bóg wysłuchał. Ja tego może nie dożyję, ale ty dożyjesz i radość po tych wszystkich cierpieniach zakwitnie ci jeszcze na tym świecie, chociaż, jak ci to dobrze wiadomo, ziemska szczęśliwość jest najmniejszym darem Bożym, a istotna nagroda za cierpliwie znoszone nieszczęścia dopiero w Niebie się znajdzie, do którego tylko drogą krzyża dostać się można.”
„Nie martw się, ty dobra duszko, gdy ci dokuczać będzie niedostatek, troskami twymi nic sobie nie nadsporzysz; – wiedz, że Bóg ma pieczą nad tobą, a twoje troski są zbytne. – Przeto gdziekolwiek zaprowadzi cię ręka Opatrzności, chociażby tam położenie twoje nieprzyjemne było, mów sobie: to jest właśnie miejsce wskazane mi od Najwyższego Pana! I wierz, że właśnie potrzebne do twojego wykształcenia. – Właśnie jak ogrodnik, tam posadzi drzewko, gdzie wie że mu najlepiej rola posłuży, i tak się z nim obchodzi, jak zna, że natura jego wymaga; tak Bóg tam stawi w świecie człowieka, gdzie wie, że mu jest najzbawienniej. I ta moja choroba, moja Marychno! śmierć moja nawet wyjdzie ci na dobre.”
„Dobre dziecię! że wymówiłem to słówko śmierć, zalewasz się łzami. – O, nie płacz! Nie myśl, że śmierć jest czemsiś okropnym, owszem jest ona koniecznie potrzebną do naszego wykształcenia. Wszakci wiesz, jak się rzecz ma z roślinkami do przesadzania; zasiane na małym zagonie, wzrosną społem słabe i mało się odznaczające, nie poznasz, jak piękny kwiat albo drogi owoc w której siedzi; i gdybyś je w tej ciasności zostawiła, nie wydałyby żadnej korzyści i zniszczałyby; – dlatego też z małej objętości roli przesadzamy je na miejsce przestronniejsze, gdzie każda podług własnej przyrody rozwija się, kształci i wydaje owoce. Tak właśnie ma się rzecz i z nami; nie jest tu na ziemi właściwe nasze miejsce, – tu jesteśmy ściśnieni, rozwinąć się nie można, przeto Ogrodnik niebieski przesadza nas, na obszerniejszą i lepiej dogadzającą naszej naturze rolę, a tam wyda się, co w każdym nas siedzi, czego tu ledwie doświadczone dostrzeże oko. Bolesne jest to przesadzenie, ale wielce korzystne, i tak, że ta momentalna boleść opłaci się obficie.”
„Przeto nie płacz! – Mnie tam lepiej jak tu będzie! Ja się z tego cieszę, iż mam odejść do mego ojca! – Jak to dobrze będzie, gdy złożywszy uciążliwe to ciało, w szczęśliwszym znajdziemy się położeniu! – Wspomnij sobie, jak się to cieszyliśmy, gdy w naszym ogródku wiosennego poranku znaleźliśmy rozwinięte nadobne kwiaty, które poprzedniego wieczora jeszcze kryły się w swoich listeczkach! – Oto ja idę do Nieba, miejsca, gdzie wieczna wiosna, i nie miałżebym się z tego cieszyć? Miałażbyś się z tego smucić, że idę w miejsce szczęśliwości? O, starajże się raczej, żebyś była zawsze poczciwą i pobożną, a przeto godną Nieba i bycia tam, gdzie twój ojciec, żebyś go tam znalazła. – Jeżeli ci pójdzie dobrze na świecie, nie dajże się uwikłać w tej światowej pomyślności, żebyś dla niej nie straciła wiecznej! – Nie płaczże, moje dziecko! Owszem ciesz się tą błogiej przyszłości nadzieją!” —
Tak to cieszył umierający ojciec poczciwą swą córkę, tak ją napominał, aby wytrwała w granicach wiary, a nie dała się ni namiętności, ni ludziom z nich wyprzeć; a każda jego myśl była nasionkiem, co na dobrą padło rolę. „Prawda, kończył, iżem cię zasmucił, i wiele łez ci wycisnąłem, ale te łzy będą dobroczynne: co wśrzód75 łez się sieje, będzie zbierane w radości, mówi Duch Boży! – właśnie jak nasionka rozsiane i skropione rosą niebieską, lepiej się przyjmą i lepszy wydadzą owoc!”
Rozdział XII. Śmierć Jakuba
Choroba starego Jakuba coraz stawała się groźniejszą, co gdy Marianna spostrzegła, dała o tym znać proboszczowi, do którego parafii należeli, prosząc, aby chorego odwiedził. – Szanowny kapłan odwiedzał częściej chorego, rozmawiając z nim o rzeczach duszy tyczących, aż gdy spostrzegł, że starzec w istocie schyla się ku końcowi, nadmienił mu o przyjęciu sakramentów świętych, czym i tak usposobionego na śmierć bynajmniej nie zatrwożył, owszem w ten moment gotowym znalazł. Ustąpiła z izby Marianna, a chory przyjął sakrament pokuty. Gdy się to skończyło i Marianna wróciła, odezwał się do niej ojciec:
„Oto, Marychno! usprawiedliwiłem się właśnie Bogu, a jutro zamyślam przyjąć Najświętszy Sakrament z rąk księdza proboszcza, wiesz, jak się do tego usposobić.”
Mariannę przeszedł zimny dreszcz i łzy zalały jej oczy, bo pierwsza myśl o śmierci ojca przeraziła ją, lecz wkrótce uspokoiła się i odrzekła: „Słusznie czynisz, kochany ojcze; bo cóż lepszego czynić możemy, jak w naszych smutnych położeniach udawać się pod opiekę Boga?” —
Resztę dnia i wieczór cały przepędził Jakub na modlitwie: widzieć było, jak jego duch zebrany był, – mało mówił, ciągle był zamyślony. – Pobożność, z jaką na drugi dzień przyjmał76 komunię świętą, niepodobna do opisania. Wiara i miłość, – nadzieja przyszłego życia przemieniła jego oblicze; rzewne łzy toczyły się po jego twarzy. Marianna klęczała przy łożu, pobożna, łzami zalana. Gospodarz z żoną i czeladzią towarzyszyli pobożni świętemu obrządkowi. —
„Teraz – rzekła Marianna po skończonym opatrzeniu ojca – teraz jest mi lekko na sercu, i czuję siebie być pocieszoną. Otóż to prawda, że religia święta w potrzebach życia i śmierci daje niebieską pociechę!”
Jakub tymczasem zbliżał się ku swemu końcowi. – Gospodarz i gospodyni, którzy go jak doświadczonego przyjaciela szanowali i kochali, błogosławiąc ten dzień, w którym do nich zawitał, czynili, co tylko mogli dla ulgi i pociechy chorego. Kilkanaście razy na dzień zaglądali do niego, aby się przekonać o jego powodzeniu. Marianna właśnie za każdą razą77 pytała ich, czy sądzą, że wyjdzie z choroby? —
Gospodyni odpowiedziała raz: „Moje dziecko! niech cię to nie smuci, ale dłużej się pewnie nie powlecze, jak do wiosny.”
Odtąd wyglądała Marianna z bojaźnią okienkiem swej izby do ogrodu; nadzieja zbliżającej się wiosny cieszyła ją niegdyś, tą razą widziała wypuszczający pączki angrest78 ze smutkiem, a śpiew zięby przerażał ją, bo przepowiednia doświadczonej gospodyni zwiastowała jej ze zmartwychwstającą naturą śmierć ojca. „Mój Boże! – mawiała sobie smętna – wszystko odżywa, – cały świat w błogiej nadziei, tylko mój ojciec bez nadziei zdrowia! Ale nie! I on nie jest bez nadziei! – On podług zapewnienia Chrystusa nie umrze, tylko złoży zwłoki ziemskie, i zacznie dopiero żyć właściwie w życiu wieczności!” —
Starzec chętnie słuchał, gdy mu Marianna czytywała, bo to czyniła głosem przyjemnym, z pobożnością. W ostatnich dniach choroby najchętniej słuchał, gdy mu czytała mowy Zbawiciela z Ewangelii i ostatnią Jego modlitwę w wieczerniku. Raz czuwała przy nim sama w nocy; Księżyc przyświecał do izby tak, że światełka błyszczącej lampki nie znać było; ojciec wyrzekł do niej: „Marychno, przeczytajże mi jeszcze raz modlitwę Pana Jezusa!” Marianna zapaliła gromnicę i zadosyć uczyniła żądaniu ojca.
„A teraz daj mi tu książkę i przyświecaj mi gromnicą”; co gdy uczyniła, odrzekł: „oto teraz będzie moja ostatnia modlitwa na rzecz twoję79.” Wskazał na miejsce pisma świętego i ściągając wyrazy na siebie i córkę urywanym słabym głosem modlił się mówiąc:
„Ojcze, oto już niedługo będę na tym świecie; ale ta oto zostanie tu jeszcze czas jakiś. Tak sobie tuszę, Ojcze, iż przyjdę do Ciebie! Ją zachowaj od zepsutości świata tego. Dopókąd żyłem na tym świecie, usiłowałem w Imię Twoje zachować ją od zguby; teraz idę do Ciebie, ją opuszczam: Nie o to Cię proszę, abyś ją zabrał z tego zepsutego świata, lecz żebyś ją strzegł od zepsutości. Utrzymaj ją w Twej świętej prawdzie; Twoje słowo jest prawdą. Ojcze, spraw, aby ta, którąś mi dał, kiedyś tam dostała się, dokąd ja, spodziewam się, przyjdę. Amen.”
Marianna stała przy łóżku z gromicą, drżąca, i powtórzyła czułym głosem za ojcem: „Amen”.
„Tak, moja kochana córko! tam widzieć będziemy Jezusa w całej Jego świetności; tam zobaczym się wzajem!”
Położył głowę na poduszki, aby trochę wypocząć, zatrzymawszy książkę w ręku. – Po niejakiej dobie80 począł znowu mówić: „Dziękuję ci, moja kochana Marychno, za twoję przychylność i miłość, których dowody dałaś i dajesz mi w mej chorobie. Wykonałaś tu chętnie i dowolnie to, co Bóg żąda po dzieciach czwartym przykazaniem. Pamiętaj na moje słowa, że ci pójdzie dobrze na świecie, choć cię w biednym pozostawiam stanie, bo to Bóg obiecał dobrem dzieciom. Nic ci pozostawić nie mogę, jak moje błogosławieństwo i tę oto książkę; bądź pobożną i poczciwą, a to błogosławieństwo nie będzie czczym słowem. Błogosławieństwo w Bogu ufność pokładającego ojca więcej jest korzystne dobrym dzieciom jak najbogatsze spuścizny. – Tę książkę zatrzymaj na pamiątkę po twoim ojcu; kosztuje ona tylko kilka groszy, ale gdy ją pilnie czytać i jej nauki sumiennie pełnić będziesz, znajdziesz w niej skarb tysiącami nie opłacony. Gdybym ci w spuściźnie tyle pozostawił dukatów, co wiosna odrodzi liści i kwiatów; przecieżbyś za te skarby nic lepszego nabyć nie mogła; bo oto w tej książeczce zawarte jest słowo boże, a to ma taką dzielność, że może każdego wiernego zbawić. – Czytaj co poranek, a choćby tylko cokolwiek – przecież do tego, kto chce, czas znajdzie – rozważ, coś czytała, i zachowaj w twym sercu. Jeżelibyś czegoś nie zrozumiała, poradź się twego pasterza, jak to ja zawsze czyniłem; a to nie będzie bez wielkiej twej korzyści. Zważ tylko to jedno zapewnienie Chrystusa w tej książeczce umieszczone: »przypatrzcie się liliom polnym!«, to jedno zapewnienie, mówię, więcej mię nauczyło, jak te wszystkie książki, które w mej czytałem młodości. – A potem było mi ono źrzódłem81, z którego tysiące pociech czerpałem; – w tysiącznych dolegliwościach, gdzie by troski może mię do rozpaczy doprowadziły, zupełnie mię zaspokoiło, bo czyniło ufnym w Opatrzności dobrego Boga.”
Z rana około trzeciej godziny odezwał się ojciec: „Marianno, mnie jest tak duszno; otwórzże trochę okno.”
Marianna wypełniła rozkaz ojca. Księżyc już zaszedł; ale gwiazdy przyświecały prześlicznie. „Widzisz jak to piękne jest niebo! – Cóż są wszystkie kwiaty ziemskie, w porównaniu z tą pięknością gwiazd? – Oto ja tam teraz pójdę! – Jakże mię to wielce cieszy! Żyj poczciwie, żebyś i ty tam kiedyś przyszła!”
Po wyrzeczeniu tych słów upadł wznak na posłanie i zasnął szczęśliwie. – Marianna, która jeszcze umierającego człowieka nie widziała, sądziła, iż omdlał; nigdy by zresztą nie sądziła, że się tak prędko z życiem rozstanie. Z tym wszystkim przestraszona obudziła mieszkańców domu, – zeszli się wszyscy i gdy zapewnili, że Bogu ducha oddał, Marianna ścisnęła zwłoki ojca, z głośnym płaczem całowała je i mieszała swe łzy ze śmiertelnym potem zmarłego.
„O ty, dobry ojcze! mówiła – jakże ja ci mogę odpłacić się za to wszystko, coś ty mi w życiu uczynił! – Nie jest mi to rzeczą podobną, boś bardzo wiele dla mnie czynił! – Dzięki ci za każde słowo, za każde napomnienie, które wyszło z twych teraz zsiniałych ust! – Z rozczuleniem całuję tę zimną rękę, która mi tyle dobrodziejstw wyświadczyła; która na moje utrzymanie ciężko pracowała – mię po ojcowsku za błędy dzieciństwa karała. Teraz ja poznaję, że i karcąc kochałeś mię skutecznie. – Dzięki ci serdeczne! A wybacz, żem cię lekkomyślnością dziecinną kiedykolwiek zasmuciła! – Boże wielki! wynagródź mu jego miłość. – Ach, gdybym ja teraz mogła oddać ducha i tak z tobą, ojcze, pośpieszyć do Nieba! – Boże! spraw, żeby kiedyś i moja śmierć tak lekką była, jak tego sprawiedliwego! – Ach, jak to niczym jest życie na tej ziemi! Jak to dobrze, że jest Niebo, że jest życie wieczne! – To jest obecnie moją jedyną pociechą!”
Wszyscy przytomni płakali; gospodyni, że widziała, jak przytomność82 zwłok ojca drażni czucie Marianny, prośbą i namową skłoniła ją, iż przeszła do jej izby. Przecież tego jej wzbronić nikt nie zdołał, że noc całą przepędziła przy zwłokach, na czytaniu i modlitwie. Zanim zamknięto trumnę, przypatrywała się zwłokom i mówiła: „Ach, mój Boże! ostatni raz zapatrywam się, ojcze, na twoją szanownę83 twarz! – Jakże nadobna – właśnie uśmiecha się, w promieniach przyszłego uwielbienia! – Żegnam cię, drogi ojcze! – Niech szczątki twe swobodnie spoczywają w grobie, gdy – jak się spodziewam – Aniołowie duszę twę zaprowadzili do przybytków bożych!” —
Urwała parę gałązków84 rozmarynu, złotożółtych kluczyków i błękitnych fiołków, związała w bukiet i dała w rękę trupa, mówiąc: „te pierwiastki ożywiającej się ziemi niech będą obrazem twego zmartwychwstania; a ten zawsze zielony rozmaryn godłem mojej pamięci, w której ciebie ojcze na zawsze zachowam.”
Gdy trumnę wiekiem nakrywano, każde uderzenie dotykało jej serca, mdlała, a dlatego poprowadziła ją gospodyni do swej izby i prosiła aby się uspokoiła i zasnęła.
Przy pogrzebie szła Marianna za trumną, ubrana w czarną suknię, pożyczoną od pewnej litościwej dziewczyny ze wsi, – blada jak trup, a każdy litował się nad tą sierotą, ojca i matki niemającą.
Że ojciec Marianny w Erlenbrun nie był znajomy, przeto przeznaczono jego zwłokom grób w rogu cmentarza pod murem; para świerków ocieniała tenże. Proboszcz miejscowy miał czułą mowę przy pogrzebie z tych słów Chrystusa: „Zaprawdę powiadam wam, jeśli ziarno pszeniczne wrzucone w ziemię nie obumrze, tedy samo zostawa85. – Lecz jeśli obumrze, wielki owoc przyniesie.” Mówił jak ten pobożny starzec cierpliwie i ze zdaniem się na wolę Boga znosił swoją chorobę i tak wszystkim, co nań patrzyli, dał piękny wzór zachowania się w biedzie; – mówił wiele na pociechę pozostałej sieroty; dziękował włościanom w imieniu zmarłego, za wszystkie wyświadczone mu przysługi i dobrodziejstwa i wymagał, aby względem pozostającej sieroty zastąpić zechcieli miejsce matki i ojca.
Marianna odwiedzała grób ojca, ile razy bywała na nabożeństwie parafialnym, a prócz tego wieczorem, jak tylko mogła oderwać się od pracy, tam w rozczuleniu modliła się; bo mawiała, iż nigdzie tak czule modlić się nie może, jak na grobie ojca. Tu wydaje mi się świat nikczemnym86; tu czuję, że człek przeznaczony jest do lepszego świata, tu pobiera mię tęsknota do niego.” Od grobu ojcowskiego nie wracała jenaczej87, jak z postanowieniem gardzić pożądliwościami świata, a żyć dla Boga i cnoty, w nadziei połączenia się z rodzicami w Niebie.