Kitabı oku: «Czerwone i czarne», sayfa 31
LXIII. Piekło słabości
Szlifując ten diament, niezręczny jubiler pozbawił go paru najżywszych iskierek. W średnich wiekach, co mówię? jeszcze za Richelieugo. Francuz umiał chcieć.
Mirabeau
Julian zastał margrabiego w furii: może pierwszy raz w życiu ten wielki pan wypadł z dobrego tonu; obsypał Juliana stekiem obelg. Bohater nasz był ogłuszony, zniecierpliwiony, ale nie zdołało to zachwiać jego wdzięczności. Ileż pięknych projektów, od dawna pieszczonych w duszy, biedny człowiek grzebie w jednej chwili. Ale trzeba mu coś odpowiedzieć, milczenie rozjątrzyłoby go tym bardziej. Odpowiedź zaczerpnął Julian z roli Tartufa.
– Nie jestem aniołem… Służyłem dobrze, pan margrabia opłacał mnie hojnie… Byłem wdzięczny, ale mam dwadzieścia dwa lata…. W tym domu dusza moja spotkała się ze zrozumieniem jedynie u ciebie, panie, i u tej uroczej istoty…
– Niegodziwcze! – wykrzyknął margrabia. – Urocza! Urocza! W dniu, w którym wydała ci się urocza, powinieneś był uciekać.
– Próbowałem; wówczas prosiłem o wysłanie mnie do Languedoc.
Zmęczony bieganiem po pokoju margrabia, zmożony bólem, rzucił się na fotel; Julian usłyszał, jak mówił półgłosem:
– Nie, to nie jest zły człowiek.
– Nie, nie dla pana – wykrzyknął Julian, przypadając do jego kolan. Ale zawstydził się strasznie tego kroku i podniósł się rychło.
Margrabia był w istocie nieprzytomny. Na ten gest Juliana zaczął go znów obsypywać karczemnymi wyzwiskami. Nowość tych klątw sprawiła mu może ulgę.
– Jak to? Moja córka ma się nazywać panią Sorel! Moja córka nie będzie księżną! – Za każdym razem, kiedy te dwie myśli rysowały się z całą jasnością, pan de la Mole cierpiał męki i tracił panowanie nad sobą. Julian lękał się, aby go nie zaczął bić.
W jaśniejszych chwilach, kiedy margrabia zaczynał się oswajać z nieszczęściem, zwracał się do Juliana z dość słusznymi wymówkami.
– Trzeba było uciekać, mój panie… – mówił. – Pańskim obowiązkiem było uciekać… Jesteś ostatnim łaj…
Julian podszedł do stołu i napisał:
„Od dawna życie stało mi się nie do zniesienia, kładę mu kres. Proszę, aby pan margrabia przyjął, wraz z wyrazami bezgranicznej wdzięczności, moje przeprosiny za kłopot, jaki może sprawić moja śmierć w pałacu”.
– Niech pan margrabia raczy spojrzeć na ten papier. Zabij mnie pan lub każ mnie zabić swemu lokajowi. Jest pierwsza po północy, pójdę się przechadzać w ogrodzie, pod murem.
– Idź do wszystkich diabłów – wrzasnął margrabia za odchodzącym.
„Rozumiem – pomyślał Julian – nie byłby od tego, abym oszczędził lokajowi fatygi zabijania mnie… Niech mnie zabije, doskonale, daję mu tę satysfakcję… Ale, do kroćset, ja kocham życie… mam obowiązki względem mego syna”.
Myśl ta, która pierwszy raz nastręczyła się tak jasno jego wyobraźni, pochłonęła go zupełnie po paru minutach przechadzki wypełnionych uczuciem niebezpieczeństwa.
Ten nowy cel życia natchnął Juliana rozwagą. Trzeba mi czyjejś rady w postępowaniu z tym raptusem… To gorąca głowa, zdolna jest do wszystkiego. Fouqué jest za daleko, zresztą nie zrozumiałby człowieka takiego jak margrabia.
Hrabia Altamira… Mogęż być pewnym wiekuistego milczenia? Nie trzeba, aby moja prośba o radę miała znaczenie faktu i wikłała położenie. Hm, zostaje mi jedynie ponury ksiądz Pirard…. głowa ciasna, zamurowana jansenizmem… jakiś hultaj jezuita znający świat lepiej by umiał doradzać… Ksiądz Pirard jest zdolny obić mnie na samą wzmiankę o fakcie.
Geniusz Tartufa przyszedł w pomoc Julianowi. „Doskonale, wyspowiadam się u niego”. Oto postanowienie, jakie powziął w ogrodzie po dwugodzinnej przechadzce. Nie myślał już o tym, że go może dosięgnąć kula, morzy go sen.
Nazajutrz bardzo rano Julian znalazł się o kilka mil od Paryża i zapukał do drzwi jansenisty. Przekonał się ku wielkiemu zdumieniu, że zwierzenie jego nie zaskoczyło zbytnio księdza.
– Jest w tym moja wina – mówił ksiądz, bardziej stroskany niż zagniewany. – Domyślałem się po trosze tej miłości. Przez przyjaźń dla ciebie, niegodziwy urwisie, nie zdobyłem się na to, aby ostrzec ojca…
– Co on pocznie? – rzekł żywo Julian.
(Kochał w tej chwili księdza i sprzeczka z nim byłaby mu bardzo przykra).
– Widzę trzy możliwości – ciągnął Julian: primo pan de la Mole może mnie zgładzić – tu Julian wspomniał o liście pozorującym samobójstwo, jaki wręczył margrabiemu – secundo może kazać hrabiemu Norbertowi zastrzelić mnie w pojedynku.
– Przyjąłbyś wyzwanie? – rzekł ksiądz, zrywając się wściekły.
– Nie dał mi ksiądz dokończyć. Oczywiście nie strzelałbym do syna mego dobroczyńcy. Tertio może mnie oddalić: Jeśli mi powie: „Jedź do Edynburga albo do Nowego Jorku”, usłucham. Wówczas będzie można ukryć stan panny de la Mole; ale nie ścierpię nigdy, aby uprzątnięto mego syna.
– Możesz być pewny, że to będzie pierwsza myśl tego zepsutego człowieka…
W Paryżu Matylda była w rozpaczy. Zobaczyła się z ojcem koło siódmej. Pokazał jej list Juliana; lęk ją zdjął, że może przez szlachetność się zabił. „I bez mego pozwolenia?” – powtarzała sobie z bólem niewolnym od gniewu.
– Jeśli on zginął i ja zginę – mówiła. – To ty, ojcze, będziesz przyczyną jego śmierci… Będziesz może rad z tego… Ale przysięgam na jego cienie, że natychmiast wdzieję żałobę, będę publicznie wdową po panu Sorel, roześlę zawiadomienie o śmierci, możesz być tego pewny… Nie licz na moją podłość ani na moje tchórzostwo.
Miłość jej dochodziła do szaleństwa. Pan de la Mole patrzał na to bezradny.
Zaczął rozważać rzeczy nieco chłodniej. Matylda nie zjawiła się na śniadanie. Margrabiemu sprawiło to pewną ulgę, a zwłaszcza pochlebiło mu to, że spostrzegł, iż Matylda o niczym nie wspominała matce.
Julian zsiadł z konia… Matylda kazała go zawołać i rzuciła się w jego ramiona niemal przy pannie służącej. Julian nie był zbytnio zachwycony tym wybuchem; długa narada z księdzem Pirard uzbroiła go w rachubę i dyplomację. Wyobraźnię jego stłumił rachunek prawdopodobieństw. Matylda powiedziała mu ze łzami w oczach, że czytała jego samobójczy list.
– Ojciec może się namyślić; zrób to dla mnie i jedź natychmiast do Villequier. Siadaj z powrotem na konia, zniknij z pałacu, nim wstaną od stołu.
Widząc chłodną i zdumioną fizjonomię Juliana, zalała się łzami.
– Pozwól mnie działać – wykrzyknęła z uniesieniem, ściskając go – Wiesz dobrze, że nie z własnej woli rozłączam się z tobą. Pisz na imię pokojówki, adresuj obcą ręką, ja będę pisała całe tomy. Bądź zdrów! Uciekaj!
Ostatnie słowo uraziło Juliana, ale usłuchał. „To nieuniknione – pomyślał – iż nawet w najlepszej intencji ci ludzie znajdują sposób, aby mnie dotknąć”.
Matylda oparła się stanowczo wszystkim rozsądnym projektom ojca. Nie chciała dopuścić rokowań na innej podstawie niż ta: będzie panią Sorel i będzie żyła skromnie z mężem w Szwajcarii albo przy ojcu w Paryżu. Odrzucała bezwzględnie projekt tajnego połogu. Wówczas byłaby wydana na potwarz i hańbę.
– W dwa miesiące po ślubie wyjadę z mężem w podróż i łatwo będzie udać, że nasz syn się urodził we właściwej porze.
Zrazu margrabia wściekał się, ale stanowczość ta zdołała go zachwiać.
– Masz tu – rzekł w chwili rozczulenia – masz tu obligację na dziesięć tysięcy franków renty, poślij ją swemu Julianowi i niech się urządzi tak, abym jej nie mógł odebrać.
Aby usłuchać Matyldy, znając jej namiętność władzy, Julian zrobił bezużytecznie czterdzieści mil; bawił w Villequier, załatwiając rachunki z dzierżawcami; dar margrabiego skłonił go do powrotu. Poprosił o gościnę księdza Pirard, który w jego nieobecności stał się najużyteczniejszym sprzymierzeńcem Matyldy. Za każdym razem, kiedy margrabia zasięgał jego rady, dowodził mu, że wszelka inna droga niż publiczne małżeństwo byłaby zbrodnią w oczach Boga.
– A na szczęście – dodawał ksiądz – mądrość ludzka zgadza się tu z nakazem religii. Czy wobec gwałtownego charakteru panny de la Mole można by bodaj przez chwilę liczyć na sekret? Jeśli nie wstąpimy na otwartą drogę, świat będzie się o wiele dłużej zajmował zagadką tego mezaliansu. Trzeba powiedzieć wszystko naraz, zniweczyć wszelki pozór tajemnicy.
– To prawda – rzekł margrabia zamyślony. – W ten sposób, gdyby ktoś zechciał mówić o tym małżeństwie po upływie trzech dni, wyglądałby na dudka odgrzewającego stare bajki. Trzeba skorzystać z jakiegoś antyjakobińskiego zamachu rządowego i nieznacznie przemknąć się w jego cieniu.
Paru przyjaciół, których poradził się pan de la Mole, było zdania księdza Pirard. Główną przeszkodą, wedle nich, był charakter Matyldy. Ale mimo tych rozumowań duma margrabiego nie mogła się oswoić z myślą o wyrzeczeniu się mitry dla córki.
W pamięci i wyobraźni jego kłębiły się wszelkie szelmostwa i finty, możebne jeszcze za jego młodości. Ustąpić wobec konieczności, ulęknąć się prawa, zdawało mu się czymś niedorzecznym i hańbiącym dla człowieka jego stanowiska. Drogo dziś płacił czarowne marzenia, którymi opromieniał od dziesięciu lat przyszłość ukochanej córki.
„Kto by to przewidział? – powtarzał w duchu. – Dziewczyna tak dumna, tak wyniosła, bardziej ode mnie pyszna z nazwiska, które nosi! O której rękę zabiegało wszystko, co jest najświetniejszego we Francji!
Trzeba położyć krzyżyk na wszelkim rozsądku. Zadaniem tej epoki jest pomieszać wszystko! Idziemy ku chaosowi”.
LXIV. Człowiek z głową
Człapiąc na koniu, prefekt dumał: czemu nie miałbym zostać ministrem, prezydentem gabinetu, księciem? Oto, jak rozpocznę wojnę… Tym sposobem zakuję nowatorów w łańcuchy…
La Globe.
Żaden argument nie starczy, aby zniweczyć moc dziesięcioletnich marzeń. Margrabia pokonał gniew, ale nie umiał się zdobyć na to, aby przebaczyć. „Gdyby ten Julian mógł umrzeć przypadkiem” – powiadał sobie… Zgnębiona jego wyobraźnia znajdowała ulgę w ściganiu najniedorzeczniejszych majaków. Paraliżowały one wpływ roztropnych perswazji księdza Pirard. Tak upłynął miesiąc, nie posuwając rokowań ani o krok naprzód.
W tej sprawie rodzinnej jak i w sprawach politycznych margrabia miał świetne pomysły, do których zapalał się przez trzy dni. Wówczas plan nie dlatego mu się podobał, że się wspiera na logice, ale przeciwnie, logika znajdowała łaskę w jego oczach, o ile wspierała jego ulubiony plan. Trzy dni pracował z całą gorączką i zapałem poety, aby doprowadzić rzecz do pewnego punktu; nazajutrz już o tym nie myślał.
Zrazu Julian zbity był z tropu wahaniem margrabiego; po kilku tygodniach zaczął się domyślać, że pan de la Mole nie ma w tej sprawie żadnego określonego planu.
Pani de la Mole i wszyscy domownicy myśleli, że Julian podróżuje w sprawach administracyjnych; on tymczasem siedział na plebanii księdza Pirard i widywał Matyldę prawie co dzień; ona co rano spędzała godzinę z ojcem, ale niekiedy tygodnie całe nie wspominali o sprawie, która zaprzątała wszystkie ich myśli.
– Nie chcę wiedzieć, gdzie jest ten człowiek – rzekł pewnego dnia margrabia – prześlij mu ten list.
Matylda przeczytała:
„Dobra moje w Languedoc przynoszą 20 000 franków rocznie. Darowuję 10 000 franków renty córce, 10 000 panu Sorel. Sam majątek staje się, oczywiście, również ich własnością. Poleci pan rejentowi, aby sporządził dwa oddzielne akty darowizny i aby mi je przyniósł jutro: po czym wszelkie stosunki między nami ustaną. Ach, panie, czy ja mogłem się spodziewać czegoś podobnego?
Margrabia de la Mole”.
– Dziękuję ci ojczulku – rzekła Matylda wesoło. – Zamieszkamy w zamku Aiguillon, między Agen i Marmande. Powiadają, że tam jest tak pięknie jak we Włoszech.
Darowizna ta zdumiała Juliana. Nie był to już ów surowy i zimny człowiek, któregośmy znali. Los syna zaprzątał zawczasu jego myśli. Nieprzewidziana ta i dość znaczna jak na biedaka fortuna zbudziła w nim ambicję. Wraz z żoną posiadał 30 000 franków renty. Co się tyczy Matyldy, wszystkie jej uczucia roztapiały się w ubóstwianiu męża, tak bowiem zawsze w swej dumie nazywała Juliana. Jej wielką, jedyną ambicją było zdobyć uznanie małżeństwa. Z przesadą rozpływała się nad genialnym rozumem, jaki okazała, jednocząc swój los z losem niepospolitego człowieka. Wartość osobista stała się w jej główce modnym hasłem.
Ciągła prawie rozłąka, mnogość spraw, brak czasu na gruchania miłosne dopełniły działania mądrej polityki obranej niegdyś przez Juliana.
Matyldę zniecierpliwiło w końcu, że tak mało widuje człowieka, którego pokochała szczerze.
W chwili podrażnienia napisała do ojca, zaczynając jak Otello:
„Tego, że przełożyłam Juliana nad uciechy światowe godne margrabianki de la Mole, wybór mój dowodzi wystarczająco. Szacunek świata, próżności są dla mnie niczym. Blisko sześć tygodni żyję w rozłące z mężem. To dosyć, aby ci dowieść, ojcze, mego posłuszeństwa. Do przyszłego czwartku opuszczę dom rodzicielski. Dzięki twej wspaniałomyślności jesteśmy bogaci. Nikt nie zna tajemnicy prócz czcigodnego księdza Pirard. Udam się do niego; on nas połączy; w godzinę po obrzędzie będziemy w drodze do Languedoc i nie zjawimy się w Paryżu, chyba na twoje rozkazy. Ale gnębi mnie, że świat ukuje z tego złośliwe pociski przeciw mnie, przeciw tobie, ojcze. Czy koncepty gawiedzi nie mogą popchnąć poczciwego Norberta do szukania zwady z Julianem? W takim wypadku, znam go, nie miałabym nad nim żadnej władzy. W duszy jego obudziłby się zbuntowany plebejusz. Zaklinam cię na kolanach, ojcze, przyjedź, aby być świadkiem mego ślubu. Twoja obecność stępi ostrze złośliwości świata, upewni życie twego jedynego syna, mego męża, etc., etc.”
List ten wtrącił margrabiego w straszliwy kłopot. Trzebaż było wreszcie coś postanowić. Drobne narowy, zwykli przyjaciele, wszystko to straciło wpływ. W tych niezwykłych okolicznościach zasadnicze rysy charakteru urobione w wydarzeniach młodości odzyskały całą swą władzę. Ciężkie chwile spędzone na emigracji rozwinęły w panu de la Mole wyobraźnię. Po dwóch latach, w ciągu których margrabia zażywał olbrzymiego majątku i dworskich zaszczytów, rok 1790 wtrącił go w niedole wygnania. Twarda ta szkoła przeobraziła duszę dwudziestoletniego młodzieńca. W gruncie, raczej koczował wśród swych obecnych bogactw, niż podlegał ich panowaniu. Ale ta sama wyobraźnia, która uchroniła jego duszę od gangreny złota, wydała go na łup szalonego pragnienia tytułów dla córki.
W ciągu minionych sześciu tygodni chwilami, jakby w przystępie kaprysu margrabia chciał otoczyć Juliana bogactwem; ubóstwo zdało mu się czymś upadlającym, hańbiącym dla niego samego, pana de la Mole, czymś niemożliwym u męża jego córki; rzucał garściami pieniądze. Nazajutrz wyobraźnia jego szła innym korytem: zdawało mu się, że Julian rozumie niemą wymowę tej hojności, że zmieni nazwisko, przeprawi się do Ameryki, napisze do Matyldy, że jest dla niej pogrzebany. Pan de la Mole już roił, że taki list istnieje, wyobrażał sobie, jak się odbije na charakterze córki…
W dniu, w którym z tych młodzieńczych rojeń wyrwał go rzeczywisty list Matyldy, margrabia, nadumawszy się długo, w jaki by sposób zabić albo usunąć Juliana, marzył z kolei o tym, aby mu stworzyć świetny los. Postarałby się, aby Julianowi pozwolono nosić miano jednego z majątków; a czemu nie miałby z czasem przelać nań parostwa? Książę de Chaulnes, jego teść, wspominał mu kilkakrotnie, od czasu jak syna jego zabito w Hiszpanii, że rad by przekazać swój tytuł Norbertowi.
„Nie można odmówić Julianowi talentów, odwagi, może nawet świetności – powiadał sobie margrabia. – Ale na dnie tego charakteru jest dla mnie coś przerażającego. To wrażenie wywiera on na wszystkich, musi w tym być coś rzeczywistego – (im bardziej ów rzeczywisty punkt był nieuchwytny, tym bardziej przerażał wyobraźnię starego magnata). – Córka zaznaczyła to bardzo trafnie kiedyś w liście, który zniszczyłem:
«Julian nie uczepił się żadnego salonu, żadnej koterii». Nie zapewnił sobie żadnego oparcia przeciw mnie ani najmniejszej deski ratunku, jeśli ja go opuszczę… Czy to nieznajomość dzisiejszego społeczeństwa?… Parę razy mówiłem mu: «Jedna jest tylko prawdziwa i skuteczna droga: salony»…
Nie, to nie jest zręczny i przebiegły kauzyperda, który nie straci ani jednej minuty, ani jednej sposobności… To nie jest charakter w stylu Ludwika XI. Z drugiej strony tyle w nim jest zasad wręcz nieszlachetnych… Gubię się w tym… Czyżby wpierał w siebie te zasady, aby służyły za tamę jego namiętności?
Jedno jest pewne: nie jest zdolny znieść wzgardy, tu go mam.
Nie posiada czci dla urodzenia, to prawda, nie szanuje nas z instynktu… To wada; ale ostatecznie dusza biednego seminarzysty mogłaby być wrażliwa jedynie na używanie i na pieniądze. Natomiast on nie może za żadną cenę znieść wzgardy”.
Przyciśnięty do muru listem córki pan de la Mole musiał powziąć decyzję. „Oto wielkie pytanie: czy ten zuchwalec ośmielił się podnieść oczy na mą córkę dlatego, iż wie, że ją kocham nade wszystko i że mam sto tysięcy talarów rocznie?
Matylda zaręcza, że nie. Nie, mości Julianie, ten punkt musimy wyjaśnić.
Czy to jest prawdziwa, nieprzewidziana miłość? Czy pospolita chęć dochrapania się stanowiska? Matylda jest inteligentna, uczuła od razu, że to podejrzenie może go zgubić w moich oczach, stąd wyznanie, że to ona pierwsza się w nim rozkochała…
Dziewczyna tak dumna miałaby się zapomnieć do tego stopnia… uczynić pierwszy krok!… ścisnąć mu ramię w ogrodzie, wieczorem, cóż za ohyda! jak gdyby nie miała stu przyzwoitych sposobów wyrażenia swej sympatii! Ta obrona Juliana jest podejrzana: świadectwo Matyldy nie jest pewne…”
Tego dnia dumania margrabiego wydały konkretniejszy owoc. Mimo to nałóg przemógł: postanowił zyskać na czasie i napisać do córki, bo pisywali do siebie z jednego skrzydła pałacu do drugiego. Pan de la Mole bał się dyskusji i widzenia się z Matyldą. Lękał się, że zakończy wszystko nagłym ustępstwem.
List.
„Nie waż się robić nowych szaleństw; oto nominacja na porucznika huzarów dla kawalera Juliana Sorel de la Vernaye. Widzisz, ile robię dla niego. Nie sprzeciwiaj mi się, nie pytaj o nic. Niech w ciągu dwudziestu czterech godzin ruszy zgłosić się do Strasburga, gdzie jest jego pułk. Dołączam przekaz na mego bankiera i żądam posłuszeństwa”.
Miłość i radość Matyldy nie miały granic; aby skorzystać ze zwycięstwa, odpowiedziała natychmiast:
„Pan de la Vernaye znalazłby się u twoich stóp, ojcze, przepełniony wdzięcznością, gdyby wiedział, coś raczył uczynić dla niego. Ale w pełni wspaniałomyślności zapomniałeś, ojcze, o mnie: honor twej córki jest w niebezpieczeństwie. Lada nieostrożność może spowodować wieczną plamę, której nie naprawi ani dwadzieścia tysięcy talarów renty. Poślę panu de la Vernaye dekret tylko wtedy, jeżeli dasz mi słowo, ojcze, że w ciągu miesiąca ślub nasz odbędzie się publicznie w Villequier. Wkrótce po tym terminie, którego błagam, abyś nie odwlekał, córka twoja nie będzie się mogła pokazać publicznie inaczej niż pod nazwiskiem pani de la Vernaye. Jakże ci dziękuję, ojczulku, żeś mnie ocalił od nazwiska Sorel etc., etc.”
Odpowiedź margrabiego była nieoczekiwana:
„Bądź posłuszna albo cofam wszystko: drżyj, niebaczna! Nie wiem jeszcze, co jest zacz ten twój Julian, a ty wiesz jeszcze mniej ode mnie. Niech jedzie do Strasburga i niech się pilnuje. Oznajmię mą wolę do dwóch tygodni”.
Ta stanowcza odpowiedź zaskoczyła Matyldę. Słowa: nie znam Juliana wtrąciły ją w zadumę, która niebawem wybujała w najczarowniejsze domysły; wierzyła, że są prawdą. „Dusza mego Juliana nie przywdziała przeciętnego uniformu salonów: ojciec nie wierzy w jego wyższość właśnie z przyczyn, które jej dowodzą…
Ale jeśli się nie poddam temu atakowi stanowczości, mogę doprowadzić do przykrej sceny; skandal naraziłby mą pozycję i mógłby zmniejszyć mój urok w oczach Juliana. W ślad za tym… ubóstwo przez dziesięć lat; otóż szalony wybór męża dla jego osobistych zalet można ratować od śmieszności jedynie blaskiem złota. Jeśli będę zmuszona żyć z dala od ojca, w jego wieku może zapomnieć o mnie… Norbert zaślubi jakąś miłą, sprytną kobietkę; księżna burgundzka usidlała na starość Ludwika XIV…”
Postanowiła być posłuszna, ale nie pokazała listu ojca Julianowi, ten dziki charakter mógłby się rzucić na drogę jakiegoś szaleństwa.
Wieczorem, kiedy oznajmiła Julianowi, że jest porucznikiem huzarów, radość jego nie miała granic. Radość tę można wytłumaczyć ambicją całego jego życia oraz namiętnym przywiązaniem do syna. Zmiana nazwiska oszołomiła go.
„Ostatecznie – myślał – mój romans skończony i mnie przypada cała zasługa. Potrafiłem obudzić miłość w tym potworze dumy – dodał w duchu, spoglądając na Matyldę – ojciec nie może żyć bez niej, a ona beze mnie”.