Kitabı oku: «Czerwone i czarne», sayfa 32

Yazı tipi:

LXV. Burza

Boże mój, daj mi mierność.

Mirabeau.

Dusza jego tonęła w zadumie; zaledwie odwzajemniał tkliwość Matyldy. Był milczący i posępny. Nigdy nie wydał się Matyldzie tak wielki, tak godny uwielbienia. Lękała się, aby jego drażliwość nie zniweczyła całej pozycji.

Wiedziała, że co rano prawie ksiądz Pirard zjawia się w pałacu. Czy nie mógł Julian przez niego dowiedzieć się czegoś o zamiarach ojca? Czy sam margrabia w chwili kaprysu nie mógł doń napisać? Po tak wielkim szczęściu, jak sobie wytłumaczyć surowe oblicze Juliana? Matylda nie śmiała go pytać.

Nie śmiała! Ona, Matylda! Od tej chwili w uczucie jej dla Juliana wkradło się coś nieokreślonego, nieoczekiwanego, niemal bliskiego grozy. Ta oschła dusza gorzała namiętnością taką, do jakiej w ogóle jest zdolna istota wychowana wśród owej wybujałej cywilizacji stanowiącej podziw Paryża.

Nazajutrz wczesnym rankiem Julian znalazł się u księdza Pirard. Wjechał na dziedziniec pocztowymi końmi zaprzężonymi do obdartej karety.

– Taki pojazd nie przystoi ci – rzekł surowy ksiądz z niezadowoleniem. – Oto dwadzieścia tysięcy franków, które przesyła ci pan de la Mole; masz je wydać w ciągu roku, unikając, o ile można, śmieszności. – (Tak znaczna suma powierzona młodemu człowiekowi przedstawiała w oczach księdza jedynie sposobność do grzechu).

Margrabia dodaje: Pan Julian de la Vernaye otrzymał te pieniądze od ojca, którego nie ma potrzeby określać bliżej. Pan de la Vernaye uzna może za właściwe przesłać jaki upominek panu Sorel, cieśli z Verrières, który go chował w dzieciństwie… Będę mógł podjąć się tego zlecenia – dodał ksiądz – nakłoniłem wreszcie pana de la Mole, aby się pojednał z tym jezuitą Frilair. Jego wpływy są stanowczo jak dla nas zbyt potężne. Uznanie twego wysokiego urodzenia przez tego człowieka, który trzęsie całym Besançon, będzie jednym z tajnych warunków układu.

Julian nie mógł zapanować nad swą radością, uściskał księdza, czuł, że dopływa do portu.

– Pfe! – rzekł ksiądz Pirard, odpychając go – cóż to za światowa próżność?… Co się tyczy Sorela i jego synów, ofiaruję im, własnym imieniem, pięćset franków pensji, którą podejmę się wypłacać każdemu z nich, o ile będę z nich zadowolony.

Julian stał się znowu chłodny i wyniosły. Podziękował, ale w sposób ogólnikowy i nieobowiązujący. „Byłożby możliwe – powiadał sobie – abym ja był naturalnym synem jakiego magnata wygnanego w nasze góry ręką Napoleona?” Z każdą chwilą myśl ta zdawała mu się mniej nieprawdopodobna. „Moja nienawiść do ojca, to też może dowód… Nie byłbym już potworem!”

W niedługi czas po tym monologu piętnasty pułk huzarów, jeden z najświetniejszych, znajdował się w pełnym rynsztunku na placu ćwiczeń w Strasburgu. Kawaler de la Vernaye dosiadał wspaniałego alzatczyka, za którego zapłacił sześć tysięcy. Został od razu porucznikiem, przebywszy podporucznikostwo jedynie w regestrach pułku, o którym nigdy nie słyszał.

Jego spokojna postawa, surowe i niemal groźne oczy, niezmącona zimna krew zyskały mu od pierwszego dnia poważanie. Wkrótce jego doskonała i pełna wiary grzeczność, zręczność w strzelaniu z pistoletu i władaniu bronią, którą objawił bez ostentacji, powściągnęły chętkę do żarcików. Po kilku dniach opinia pułku oświadczyła się na jego korzyść. „Wszystko ma ten młody człowiek – mówili starzy weredycy – z wyjątkiem młodości”.

Ze Strasburga napisał Julian do księdza Chélan, dawnego proboszcza w Verrières, zgrzybiałego już prawie staruszka.

„Dowiedziałeś się zapewne, ojcze, z radością, o której nie wątpię, o wydarzeniach, które skłoniły mą rodzinę do zapewnienia mi losu. Oto pięćset franków: raczysz je ojcze, rozdać, bez rozgłosu i nie wspominając mego imienia, nieszczęśliwym, biednym dziś, jak ja byłem niegdyś, których z pewnością wspomagasz, jak niegdyś mnie wspomagałeś”.

Julian był pijany ambicją, nie próżnością; ale zwracał wielką uwagę na wygląd zewnętrzny. Jego konie, uniformy, liberia jego ludzi, wszystko w najdrobniejszych szczegółach godne było angielskiego lorda. Ledwie zostawszy porucznikiem – od dwóch dni i dzięki protekcji – już obliczał, że, aby być naczelnym wodzem najpóźniej w trzydziestym roku, jak wszyscy wielcy generałowie, trzeba być w dwudziestym trzecim więcej niż porucznikiem. Myślał jedynie o sławie i o synu.

Pośród tych rojeń nieokiełznanej ambicji zaskoczyło go zjawienie się młodego pokojowca z pałacu la Mole, który przybył co tchu konno.

„Wszystko stracone – pisała Matylda – przybywaj najśpieszniej, rzuć wszystko, zdezerteruj w razie potrzeby. Skoro tylko przybędziesz, czekaj mnie w dorożce, koło furtki ogrodowej pod numerem… przy ulicy… Będę tam, może zdołam cię wprowadzić do ogrodu. Wszystko stracone i obawiam się, że bez ratunku; licz na mnie, znajdziesz mnie oddaną i mężną. Kocham cię”.

W kilka minut Julian otrzymał pozwolenie i ruszył cwałem; ale straszliwy niepokój, który go pochłaniał, nie pozwolił mu podróżować w ten sposób dalej niż do Metzu. Najął karetkę pocztową i z nieprawdopodobną wręcz chyżością przybył w oznaczone miejsce. Furtka otworzyła się; w jednej chwili Matylda, zapominając wszystkich względów, rzuciła się w jego ramiona. Szczęściem była dopiero piąta rano; ulica była pusta.

– Wszystko stracone; ojciec, lękając się moich łez, wyjechał. Dokąd? Nikt nie wie. Oto jego list, czytaj.

I wsiadła do dorożki obok Juliana.

„Mógłbym wszystko przebaczyć, z wyjątkiem planowego uwiedzenia dla majątku. Oto, nieszczęsna dziewczyno, okropna prawda. Daję ci słowo honoru, że nigdy nie zezwolę na małżeństwo z panem Sorel. Zapewniam mu dziesięć tysięcy franków renty, jeśli się zgodzi wyjechać z kraju, najlepiej do Ameryki. Czytaj list, otrzymany w odpowiedzi na prośbę o informacje. Bezwstydnik sam mi poddał, abym napisał do pani de Rênal. Oświadczam ci, że nie przeczytam ani litery, którą byś napisała do mnie za tym człowiekiem. Nabrałem wstrętu do Paryża i do was. Proszę cię, byś osłoniła największą tajemnicą to, co ma się zdarzyć. Wyrzecz się szczerze tego szubrawca, a odzyskasz ojca”.

– Gdzie jest list pani de Rênal? – rzekł Julian chłodno.

– Oto jest. Nie chciałam ci go pokazać, nim będziesz przygotowany.

List.

„Święty nakaz religii i moralności zmusza mnie, panie margrabio, do przykrego kroku; zasada, która nie może mylić, każe mi w tej chwili zaszkodzić bliźniemu, aby oszczędzić większego zgorszenia. Boleść, jakiej doznaję, musi ustąpić wobec poczucia obowiązku. Tak, w istocie, postępowanie osoby, co do której żąda pan całej prawdy, mogło się wydać niewytłumaczone lub nawet uczciwe. Mógł ktoś uważać za właściwe ukryć lub przekształcić część prawdy; przezorność wymagała tego, zarówno jak religia. Ale w rzeczywistości postępowanie to, które pan życzy sobie poznać, było wysoce naganne; bardziej niż mogę wyrazić. Chłopiec ten, ubogi i chciwy, opanowawszy przy pomocy najwytrawniejszej obłudy słabą i nieszczęśliwą kobietę, starał się zdobyć stanowisko i piąć się w górę. Przykry obowiązek każe mi dodać, iż – nie podobna o tym wątpić – pan J… nie ma żadnych zasad. Wszystko świadczy o tym, iż sposobem, w jaki stara się zdobyć stanowisko w domu, jest uwieść kobietę zażywającą największego wpływu. Pod pozorem bezinteresowności i pięknych frazesów dąży do jednego celu, mianowicie owładnięcia panem domu i jego majątkiem. Zostawia po sobie nieszczęście i wiekuiste zgryzoty, etc., etc.”

List ten, długi i na wpół zatarty łzami, pisany był w istocie ręką pani de Rênal; staranniej nawet niż zazwyczaj.

– Nie mogę potępiać pana de la Mole – rzekł Julian, skończywszy czytać – jest sprawiedliwy i przezorny. Któryż ojciec oddałby córkę takiemu człowiekowi! Bądź zdrowa.

Julian wyskoczył z dorożki i pobiegł do kolaski pocztowej, która zatrzymała się na rogu.

Matylda, o której jak gdyby zapomniał, zrobiła kilka kroków biegnąc za nim; ale spojrzenia kupców, którzy wychylili się ze sklepów, a którzy ją znali, zmusiły ją do rychłego schronienia się w ogrodzie.

Julian puścił się do Verrières. W ciągu tej śpiesznej drogi nie mógł napisać do Matyldy, jak miał zamiar, ręka jego kreśliła jedynie nieczytelne znaki.

Przybył do Verrières w niedzielę rano. Udał się do miejscowego rusznikarza, który obsypał go powinszowaniami z powodu świeżej kariery. Cała okolica mówiła tylko o tym.

Julian z trudem zdołał mu wytłumaczyć, że pragnie pary pistoletów. Na jego żądanie rusznikarz nabił broń.

Rozległy się trzy uderzenia dzwonu: sygnał ten, dobrze znany na wsi we Francji, oznacza początek mszy.

Julian wszedł do nowego kościoła. Okna wysokiego budynku zasłonięte były karmazynowymi firankami. Julian znalazł się o kilka kroków za ławką pani de Rênal, która – tak mu się zdawało – modliła się żarliwie. Widok kobiety, którą tak kochał niegdyś, wprawił ramię Juliana w takie drżenie, iż zrazu nie podobna mu było wykonać zamiaru. „Nie mogę – mówił sam do siebie – fizycznie po prostu nie mogę”.

W tej chwili młody kleryk, który służył do mszy, zadzwonił na podniesienie. Pani de Rênal pochyliła głowę tak, że na chwilę ukryła ją prawie zupełnie w fałdach szala. Julian nie widział jej już tak wyraźnie: wypalił z pistoletu, chybił; wypalił drugi raz, pani de Rênal upadła.

LXVI. Smutne szczegóły

Nie spodziewajcie się słabości z mej strony. Zemściłem się. Zasłużyłem na śmierć, oto jestem. Módlcie się za mą duszę.

Schiller.

Julian stał nieruchomo; nic nie widział. Skoro przyszedł nieco do siebie, spostrzegł, że wierni pierzchają z kościoła, ksiądz opuścił ołtarz. Julian udał się wolnym krokiem za jakimiś kobietami, które uciekły z okrzykiem. Jedna, chcąc się wydostać wcześniej, pchnęła go gwałtownie, upadł. Nogi zaplątały mu się w krzesło wywrócone przez tłum; kiedy się podniósł, uczuł, że ktoś go chwyta za kark; był to żandarm w pełnym rynsztunku. Machinalnie Julian sięgnął do pistoletów, ale drugi żandarm chwycił go za ręce.

Odprowadzono go do więzienia, wpuszczono do celi, założono mu kajdany na ręce i zostawiono go samego; drzwi zamknęły się na dwa spusty. Wszystko to stało się bardzo szybko. Julian zachował zupełną obojętność.

– A zatem wszystko skończone – rzekł głośno, przychodząc do siebie. – Tak, za dwa tygodnie gilotyna… Albo zabić się wprzód samemu.

Myśl jego nie sięgała dalej; miał uczucie, jakby mu coś ściskało głowę. Rozejrzał się, spoglądając, czy go kto trzyma. Po kilku chwilach zasnął głęboko.

Rana pani de Rênal nie była śmiertelna. Pierwsza kula przebiła kapelusz; druga dosięgła jej w chwili, gdy się odwracała. Kula ugodziła ją w ramię i, rzecz zadziwiająca, odbiła się od kości, którą strzaskała, po czym ugodziła w gotycki filar, odłupując złom kamienia.

Kiedy po długim i bolesnym opatrunku chirurg, poważny człowiek, rzekł do pani de Rênal: „Ręczę za pani życie jak za własne”, uczuła głęboki żal.

Od dawna pragnęła śmierci. List, który zmuszona przez spowiednika napisała do pana de la Mole, zadał ostatni cios tej wyczerpanej ciągłym nieszczęściem istocie. Nieszczęściem tym była rozłąka z Julianem; ona nazywała je wyrzutem. Spowiednik, młody i gorliwy kapłan, przybyły z Dijon, czytał wyraźnie w jej sercu.

„Umrzeć tak, ale nie z własnej ręki, to nie jest grzech – myślała pani de Rênal. – Bóg mi przebaczy może, że się cieszę ze śmierci”. Nie śmiała dodać, że umrzeć z ręki Juliana to szczyt szczęścia.

Ledwie pozbywszy się chirurga i przyjaciół, którzy zbiegli się tłumnie, przywołała Elizę.

– Dozorca – rzekła, rumieniąc się – to nieludzki człowiek. Z pewnością będzie się znęcał nad nim, sądząc, że mi tym sprawi przyjemność… Nie mogę znieść tej myśli. Czy nie mogłabyś się udać do niego, niby sama z siebie, i wręczyć mu zawiniątko wraz z kilkoma ludwikami. Powiesz mu, że religia nie pozwala się znęcać… ale przede wszystkim niech nikomu nie wspomina o tych pieniądzach.

Oto okoliczność, której Julian zawdzięczał ludzkie obchodzenie dozorcy; był to zawsze ów Noiroud, któremu, jak czytelnik pamięta, wizyta pana Appert napędziła takiego strachu.

Zjawił się sędzia.

– Zabiłem z rozmysłem – rzekł Julian – kupiłem i kazałem nabić pistolety u rusznikarza. Artykuł 1342 kodeksu karnego brzmi jasno, zasłużyłem na śmierć, oczekuję jej.

Sędzia, zdumiony tym sposobem zeznań, chciał jeszcze zadawać pytania, tak, aby obwiniony wsypał się w odpowiedziach.

– Czy pan nie widzi – rzekł Julian z uśmiechem – że się przyznaję do winy, ile tylko pan zapragnie? Niech się pan nie obawia, nie minie was łup, który ścigacie. Będzie pan miał tę przyjemność, aby mnie skazać. Niech mi pan oszczędzi swej obecności.

– Pozostaje nudny obowiązek do spełnienia – pomyślał Julian – trzeba napisać do panny de la Mole.

„Zemściłem się – pisał. – Nieszczęściem nazwisko moje pojawi się w dziennikach, nie mogę zejść ze świata incognito. Umrę za dwa miesiące. Zemsta była okrutna, jak ból rozłąki z tobą. Od tej chwili nie pozwolę sobie napisać ani wymówić twego imienia. Nie mów o mnie nigdy, nawet memu synowi; milczenie to jedyny sposób uczczenia mnie. Dla ogółu będę pospolitym mordercą… Pozwól mi rzec prawdę w tej uroczystej chwili: zapomnisz o mnie. Ta katastrofa, o której radzę ci nie wspominać nikomu w świecie, wyczerpie na szereg lat wszystko, co było romantycznego i burzliwego w twoim charakterze. Byłaś stworzona, aby żyć w świecie średniowiecznych bohaterów; okaż ich niezłomny hart. Niechaj to, co się ma stać, spełni się w tajemnicy, nie narażając ciebie. Przybierz fałszywe nazwisko i nie zwierzaj się nikomu. Jeśli ci koniecznie trzeba pomocy przyjaciela, przekazuję ci księdza Pirard.

Nie rozmawiaj z nikim innym, zwłaszcza zaś z ludźmi swojej sfery: z panem de Luz, de Caylus, etc.

W rok po mej śmierci wyjdź za pana de Croisenois; rozkazuję ci to jako twój mąż. Nie pisz do mnie, nie odpowiem. Mimo że, jak sądzę, mniej jestem niegodziwy od Jagona, powiem jak on: From this time forth I never will speek word.

Nie będę już więcej mówił ani pisał; ty otrzymasz moje ostatnie słowa, jak również moje ostatnie uwielbienie. – J. S.”

Wysławszy ten list, Julian, nieco otrzeźwiony, pierwszy raz uczuł się bardzo nieszczęśliwy. Każdy poryw ambicji niweczyło mu kolejno w sercu to wielkie słowo: Umrę. Śmierć sama w sobie nie była w jego oczach straszna. Całe jego życie było jednym długim przygotowaniem do nieszczęścia; przy czym nie zapominał o tym, które uchodzi za największe.

„Jak to! – powiadał sobie – gdybym za dwa miesiące miał się pojedynkować z doskonałym fechmistrzem, czyż byłbym na tyle słaby, aby myśleć o tym ustawicznie i to z lękiem?”

Stracił jedną godzinę, siląc się zgnębić samego siebie w tej mierze. Kiedy przejrzał jasno swoją duszę i kiedy prawda ukazała się jego oczom równie wyraźnie jak jedna z kolumn więziennych, zaczął myśleć o wyrzutach.

„Czemu miałbym mieć wyrzuty? Obrażono mnie okrutnie; zabiłem, zasługuję na śmierć; to wszystko. Umieram, załatwiłem rachunki z ludzkością. Nie zostawiam żadnego zobowiązania, nie jestem nic winien nikomu. W śmierci mej haniebne jest tylko narzędzie: to jedno starczy aż nadto, aby mnie okryć hańbą w oczach łyków z Verrières; ale z intelektualnego punktu widzenia cóż to za głupstwo! Zostaje mi jeden sposób okrycia się blaskiem w ich oczach: rozrzucać między lud złoto, idąc na stracenie. Pamięć moja, złączona z pojęciem złota, zostanie dla nich świetna”.

Po chwili dumania konkluzja ta stała się dlań oczywista; Julian powiedział sobie: „Nie mam już nic do roboty na ziemi” i zasnął głęboko.

Około dziesiątej wieczór dozorca zbudził go, przyniósłszy wieczerzę.

– Co mówią w Verrières?

– Panie Julianie, przysięga, którą złożyłem na krucyfiks wobec królewskiego trybunału, obejmując posadę, zniewala mnie do milczenia.

Milczał, ale nie wychodził. Widok tej grubej obłudy ubawił Juliana. „Muszę – pomyślał – kazać mu długo czekać na pięć franków, za które pragnie sprzedać swoje sumienie”.

Skoro dozorca ujrzał, że Julian kończy wieczerzę, nie czyniąc żadnego zamachu na jego dyskrecję, odezwał się obleśnym głosem.

– Przyjaźń, jaką mam dla pana, panie Julianie, każe mi mówić, mimo że to jest ponoć sprzeczne z interesem sprawiedliwości, ponieważ to panu może posłużyć do obrony… Pan Julian jest poczciwy człowiek, ucieszy się tedy, skoro mu powiem, że pani de Rênal ma się lepiej.

– Jak to! Żyje? – krzyknął Julian oszołomiony.

– Co! Pan nic nie wiedział? – rzekł dozorca z głupawą miną, która niebawem zmieniła się w wyraz błogiej chciwości. – Słusznie by się należało, aby pan coś przesłał chirurgowi, który wedle prawa i sprawiedliwości nie powinien był nic mówić. Ale, aby sprawić przyjemność, poszedłem do niego, opowiedział mi wszystko…

– Zatem rana nie jest śmiertelna – rzekł Julian zniecierpliwiony – ręczysz mi za to życiem?

Dozorca, olbrzym wysoki na sześć stóp, cofnął się ku drzwiom przestraszony. Julian ujrzał, że obrał złą drogę; usiadł i rzucił panu Noiroud ludwika.

W miarę jak opowiadanie tego człowieka upewniało Juliana, że rana pani de Rênal nie jest śmiertelna, uczuł, iż łzy napływają mu do oczu.

– Wyjdź stąd! – rzekł szorstko.

Dozorca usłuchał.

– Wielki Boże! Żyje! – wykrzyknął Julian, skoro drzwi się zawarły; i upadł na kolana, płacząc gorącymi łzami.

W tej uroczystej chwili odzyskał wiarę. Cóż znaczą komedie księży? Czyż mogą ująć co z prawdy i wzniosłości mieszczących się w pojęciach Bóstwa?

Wówczas dopiero Julian zaczął żałować popełnionej zbrodni. Równocześnie – okoliczność, która obroniła go od rozpaczy – w tej chwili dopiero ustał stan fizycznego podrażnienia, jak gdyby szaleństwa, w jakim był pogrążony od wyjazdu z Paryża.

Łzy jego miały szlachetne źródło, nie wątpił ani na chwilę, że go skażą.

– Więc będzie żyła! – powiadał sobie. – Będzie żyła, aby mi przebaczyć i kochać mnie…

Nazajutrz, kiedy go dozorca zbudził, było bardzo późno.

– Chwat z pana, panie Julianie – rzekł. – Dwa razy zaglądałem i nie chciałem pana budzić. Ma pan tu dwie butelki doskonałego wina, które panu przysyła ksiądz Maslon, nasz proboszcz.

– Jak to, ten obwieś jeszcze tutaj? – spytał Julian.

– A tak – rzekł dozorca ciszej – ale niech pan nie mówi tak głośno, to by panu mogło zaszkodzić.

Julian rozśmiał się z serca.

– W moim położeniu jedynie pan mógłbyś mi zaszkodzić, gdybyś przestał być dobry i ludzki… Zapłacę ci dobrze – dodał Julian z wyniosłą miną, którą usprawiedliwiała wręczona równocześnie sztuka złota.

Noiroud opowiedział na nowo ze szczegółami wszystko, czego się dowiedział o pani de Rênal, ale nie wspomniał nic o odwiedzinach Elizy. Był pokorny i uniżony do ostatnich granic. Julianowi przemknęła przez głowę taka myśl: „Ten olbrzym-pokraka zarabia tu może jakieś trzysta, czterysta franków, ile że więzienie stoi zazwyczaj puste; mogę mu zapewnić dziesięć tysięcy, jeśli zechce uciec ze mną do Szwajcarii… Trudność w tym, aby go przekonać o mojej dobrej wierze”. Myśl o długiej rozmowie, jaką musiałby przebyć z tak plugawą istotą, obudziła w Julianie wstręt, zaczął myśleć o czym innym.

Wieczorem było już za późno. O północy zajechała po niego karetka pocztowa. Żandarmi towarzyszący Julianowi zachowywali się bardzo przyzwoicie. Rano, skoro przybył do więzienia w Besançon, pomieszczono go łaskawie na górnym piętrze gotyckiej wieży. Ocenił architekturę na początek XIV wieku; podziwiał jej wdzięk i lekkość. Przez wąską przestrzeń między murami oko Juliana ogarniało skrawek wspaniałego widoku.

Nazajutrz przebył śledztwo, po czym przez kilka dni zostawiono go. Był w duszy spokojny, cała sprawa wydawała mu się niezmiernie prosta: chciałem zabić, powinienem być zabity.

Nie myślał o tym bliżej. Sąd, przykrość publicznego występu, obrona, wszystko to wydawało mu się niby drobny kłopot, nudny ceremoniał, o którym będzie czas myśleć, gdy przyjdzie pora. Chwila śmierci nie obchodziła go również: „Pomyślę o tym po wyroku”. Życie nie zdawało mu się nudne, patrzał na wszystkie rzeczy pod innym kątem, nie miał już ambicji. Rzadko myślał o pannie de la Mole. Zaprzątały go natomiast wyrzuty i nasuwały mu często obraz pani de Rênal, zwłaszcza w ciszy nocnej, którą w tej wyniosłej wieży przerywał jedynie krzyk morskiego orła.

Dziękował niebu, że jej nie zranił śmiertelnie. „Rzecz zdumiewająca! – powiadał sobie – Sądziłem, że listem swoim do pana de la Mole zniweczyła na zawsze moje przyszłe szczęście, oto w niespełna dwa tygodnie po liście nie myślę już zupełnie o tym, co mnie zaprzątało… Dwa, trzy tysiące franków, aby żyć spokojnie gdzieś w górach, w Vergy… Byłem wówczas szczęśliwy… Nie znałem swego szczęścia!”

Tu znów zrywał się nagle. „Gdybym był zranił śmiertelnie panią de Rênal, zabiłbym się… Trzeba mi tej pewności, aby nie czuć wstrętu do samego siebie.

Zabić się! Oto wielka sprawa – mówił sobie. – Ci sędziowie, tacy formaliści, tacy zażarci na biednego winowajcę, ludzie, którzy powiesiliby najlepszego obywatela, aby zarobić order… Umknąłbym się ich władzy, ich niezdarnym obelgom, które miejscowy dzienniczek nazwie krasomówstwem…”

„Mam do życia mniej więcej kilka tygodni. Zabić się! Na honor, nie – rzekł po kilku dniach. – Napoleon został przy życiu…

Zresztą, życie jest przyjemne, pobyt spokojny, nie ma natrętów” – dodał, śmiejąc się, i zaczął gotować spis książek, które zamierzał sprowadzić z Paryża.

Yaş sınırı:
12+
Litres'teki yayın tarihi:
11 haziran 2020
Hacim:
580 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi:
Stuart: A Life Backwards
Alexander Masters
Metin
Ortalama puan 3,5, 8 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin, ses formatı mevcut
Ortalama puan 4, 13 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 2 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 3, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 5, 1 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre
Metin
Ortalama puan 0, 0 oylamaya göre