Kitabı oku: «Serce», sayfa 10

Yazı tipi:

Chory nauczyciel

25. sobota

Wczoraj, po wyjściu ze szkoły, poszedłem odwiedzić mego nauczyciela, który jest chory. Za wiele pracuje i dlatego chory. Pięć godzin lekcji dziennie, i to z takimi jak my łobuzami, do tego jeszcze godzina lekcji gimnastyki i dwie godziny w szkole wieczornej, to znaczy za mało spać, jeść dorywkami tylko i wytężać siły od rana do nocy, co mu też zrujnowało zdrowie, tak mówi moja matka.

Zaczekała mama na mnie w bramie tego domu, a ja poszedłem sam na górę. Na schodach spotkałem tego czarnego brodacza, Coattiego, co to zawsze swoim uczniom grozi, a nigdy ich nie karze. Spojrzał na mnie srogimi oczyma i jak lew ryknął swoim grubym głosem odpowiadając na moje powitanie. Mimo tego żartu jednak nie roześmiał się wcale. Ja za to śmiałem się jeszcze pociągając dzwonek na czwartym piętrze; ale spoważniałem natychmiast, kiedy służąca wprowadziła mnie do ubogiego, wpółciemnego pokoju, w którym leżał mój nauczyciel. Leżał na niewielkim łóżku żelaznym, był blady, z zarośniętą brodą. Kiedym wszedł, podniósł rękę do czoła, żeby lepiej widzieć, i zawołał swoim miłym, przyjaznym głosem:

– Henryk!

Podszedłem do łóżka, a on mi rękę chudą na ramieniu położył i rzekł:

– Dobrze, dziecko! Dobrze, żeś przyszedł odwiedzić twego biednego nauczyciela! Jak widzisz, nietęgo się miewam, mój drogi Henryku! A jakże tam idzie nauka w szkole? Jak się mają koledzy twoi? Wszystko dobrze, co? I beze mnie… Obywacie się doskonale, nieprawdaż, bez swego starego nauczyciela?

Chciałem odpowiedzieć, że nie, ale przerwał:

– Daj spokój, daj spokój! Wiem i tak, żeście mi życzliwi…

I westchnął. Spojrzałem na kilka fotografii, wiszących na ścianie. Spostrzegł to i rzekł:

– Widzisz, to wszystko moi uczniowie, którzy mi dali swoje portreciki, od lat dwudziestu przeszło… Dobre chłopczyska. To moje najmilsze pamiątki. Jak będę umierał, ostatnie moje spojrzenie będzie dla tych malców, wśród których ubiegło mi życie. Ty także dasz mi swój portrecik, prawda, jak skończysz elementarną szkołę?

Sięgnął do stolika przy łóżku, wziął pomarańczę i dał mi ją do ręki.

– Nie mam cię poczęstować czym innym – rzekł. – Taki oto poczęstunek chorego…

A ja patrzyłem na jego twarz bladą i miałem serce ściśnięte smutkiem, sam nie wiem czemu.

– Słuchaj, chłopcze – zaczął po chwili znów mówić – spodziewam się wygrzebać jakoś z tej choroby. Ale gdybym się nie wygrzebał, uważasz, to przykładaj się bardziej do arytmetyki, bo to twoja słaba strona. Przezwycięż się, przemóż. Tylko o pierwsze przemożenie się chodzi na razie, bo tobie nie zdolności brak, ale skupienia myśli, wpatrzenia się w przedmiot, że tak powiem…

Tu odetchnął głęboko; znać było, że cierpi.

– Gorączkę mam – westchnął – że ledwo już żyję… Pamiętajże, dziecko! Arytmetyka, zadania arytmetyczne, do tego się ostro zabrać musisz! Nie uda się pierwszym razem? Odpocznij – i znowu je za łeb! Nie uda się i drugim razem? Znowu odpocznij i – do nich! A spokojnie, a wytrwale, a bez niepotrzebnego pośpiechu, bez nabijania sobie głowy… Idź. Pokłoń się mamie.

A nie drap się już na te schody… Zobaczymy się w szkole.

A jakbyśmy się już nie zobaczyli, wspomnij czasem twego nauczyciela z trzeciej, który cię kochał.

Na te słowa rozpłakałem się. A on:

– Przychyl głowę…

Przychyliłem głowę do poduszki, pocałował mnie we włosy.

Potem rzekł jeszcze:

– Idź! – i odwrócił twarz do ściany.

A ja zbiegłem jak wiatr ze schodów, tak mi było pilno uściskać matkę moją.

Ulica

25. sobota

… Patrzyłem na ciebie z okna, dziś wieczorem, kiedyś powracał od nauczyciela. Potrąciłeś jakąś kobietę. Uważaj lepiej na to, jak się masz na ulicy zachować. Bo i tam są pewne obowiązki, które wypełniać trzeba.

Jeżeli miarkujesz112 swoje kroki i swoje ruchy w prywatnym jakimś domu, dlaczego nie miałbyś tak samo czynić na ulicy, która jest domem dla wszystkich.

Pamiętaj, Henryku, to, co ci tu powiem: Ilekroć spotkasz starca niemocnego albo kobietę z dzieckiem na ręku, albo kalekę na szczudłach, albo człowieka schylonego pod ciężarem, albo rodzinę w żałobie, ustąp na bok przed nimi z szacunkiem, gdyż obowiązkiem naszym jest szanować starość, nędzę, miłość macierzyńską, kalectwo, pracę i – śmierć.

Ile razy widzisz, że wóz albo powóz najeżdża na kogo, usuń go, jeśli to dziecko, przestrzeż, jeśli to człowiek dojrzały. Gdy widzisz dziecko na ulicy płaczące i samo, zapytaj zawsze, co mu jest i dlaczego płacze; a gdy starzec upuścił swą laskę, schyl się i podnieś mu ją śpiesznie. Jeśli się dwoje dzieci bije na ulicy – rozłącz je, jeżeli dwóch dorosłych – oddal się; nie chciej być nigdy widzem brutalnych gwałtów, bo to obraża i zatwardza serce.

Lecz jeśłibyś spotkał kiedy człowieka w więzach, idącego z dwoma strażnikami, nie przyłączaj się do okrutnej ciekawości tłumu; pomyśl, że człowiek ten niewinnym być może.

Przestań rozmawiać z kolegą i śmiać się, kiedy mijasz lektykę113 szpitalną i wóz ratunkowy, bo może tam być ktoś umierający, a może umarły; a taki smutny pochód z twego domu wyjść by mógł dnia którego…

Patrz z poważaniem na te długie rzędy dzieci idących parami z różnych instytucji: na ociemniałych, na niemowy, na ułomnych, na sieroty, na nieszczęśliwe, opuszczone dzieci. Pomyśl wtedy, że oto przechodzi nieszczęście i miłosierdzie ludzkie.

Czyń tak, jakbyś nie widział, gdy napotkasz ułomność jakąś wstrętną albo śmieszną.

Miej też zwyczaj przydepnąć, zagasić każdą palącą się zapałkę, bo może ona być przyczyną smutnego wypadku.

Odpowiadaj zawsze uprzejmie, gdy cię który z przechodniów o drogę zapyta.

Nie przyglądaj się nikomu ze śmiechem, nie biegnij bez potrzeby, nie krzycz.

Szanuj ulicę – dom wszystkich.

Wyrobienie, cywilizacyjne wykształcenie jakiegoś narodu ocenia się przede wszystkim ze sposobu, w jaki się naród ten zachowuje na ulicy. Tam gdzie widzisz nieobyczajność, grubiaństwo na ulicy, znajdziesz je z pewnością i w domach. I znaj ulice, synu. Ucz się tego miasta, w którym żyjesz. Gdybyś jutro znalazł się daleko od nich, jakże by ci było przyjemnie mieć je w pamięci – jak żywe; przebiegać je myślą, to miasto twoje, twoją małą ojczyznę, które przez tyle lat światem ci całym było. Gdzieś stawiał pierwsze kroki przy boku twej matki, gdzieś doznał pierwszych wrażeń, gdzie umysł twój otwarł się pierwszym pojęciom, gdzieś znalazł pierwszych przyjaciół.

Bo i to miasto jest ci jako matka. Uczyło cię, rozweselało, strzegło. Poznawajże je w ulicach jego i w jego mieszkaniach. I kochaj je także, a gdy mu kto urągać będzie, stań w jego obronie.

Twój ojciec.

Marzec

Szkoła wieczorna

2. czwartek

Zaprowadził mnie wczoraj ojciec do wieczornej szkoły okręgu naszego, kiedy już światła były zapalone, a robotnicy zaczęli się schodzić.

Kiedyśmy weszli, dyrektor i nauczyciel byli bardzo rozgniewani, bo właśnie co tylko rzucił ktoś kamieniem w okno i wybił szybę. Pedel114 wybiegł na ulicę, przytrzymał jakiegoś chłopca, ale zaraz nadszedł Stardi, który mieszka naprzeciwko, i powiedział, że to nie ten.

– Widziałem na własne oczy – mówił – że kamień w okno rzucił Franti i jeszcze krzyknął do mnie: „A piśnij tylko słowo, to zobaczysz!” – Ale ja się nie boję.

Dyrektor powiedział, że Franti będzie wydalony ze szkoły na zawsze.

Przypatrywałem się robotnikom, którzy wchodzili po dwóch, po trzech i już ich było ze dwustu może w sali.

Nie wiedziałem, że to taka piękna rzecz ta wieczorna szkoła. Bo to i chłopcy tam tacy po dwunastu latach, i mężczyźni z wąsami, z brodami, co od roboty wrócili, a teraz przychodzą tu z kajetami, z książkami, zupełnie jak my do klasy! Są stolarze, są palacze z czarnymi twarzami, są murarze z zawapnionymi rękami, są piekarczyki ubieleni mąką, a na sali czuć zapachy lakieru, skór, oliwy, smoły, zapachy wszystkich rzemiosł i warsztatów!

Przyszedł także oddział robotników artyleryjskich, w mundury ubranych, ze swoim kapralem.

Zaraz wszyscy posiadali w ławkach, popodnosili deseczki, na których my opieramy nogi, i pochylili nad książkami głowy. Kilku podeszło z otwartymi kajetami do nauczycieli prosząc o wyjaśnienia.

Zaraz zobaczyłem tego młodego, wyelegantowanego nauczyciela, któregośmy „adwokacikiem” przezwali. Stało przy jego stoliku trzech czy czterech robotników, a on im ćwiczenia poprawiał. I ten, co utyka na nogę, też był, widziałem, jak się śmiał z jakimś farbiarzem, który mu przyniósł kajet zasmarowany na różowo i na niebiesko.

Był i mój nauczyciel, który, dzięki Bogu, wyzdrowiał i jutro przyjdzie do nas.

Drzwi z dolnej ogólnej sali były do wszystkich klas na roścież otwarte.

Zdumiony byłem, gdy zaczęły się lekcje, jak wszyscy pilnie uważali, jak słuchali wykładów z nieruchomym wzrokiem.

– A przecież – mówił dyrektor – wielu z nich, żeby się nie spóźnić, przychodzi tu prosto od roboty, nie wstępując do domu, żeby co przekąsić, i są głodni.

Tylko pomniejszym chłopcom, po jakiej pół godziny lekcji, zaczęły się oczy kleić, a kilku, którzy na dobre chrapnęli oparłszy głowy o ławkę, nauczyciel zbudził trącając ich piórem w ucho. Ale ci dorośli nie! Wszyscy słuchali lekcji z otwartymi ustami i żaden nie mrugnął nawet okiem. Okropnie było śmiesznie patrzeć, jak ci wąsale i brodacze w naszych ławkach siedzą.

Poszliśmy także na piętro, pobiegłem do drzwi naszej klasy i zobaczyłem, że na moim miejscu siedzi jakiś robotnik z okrutnymi wąsiskami, z obwiązaną ręką, którą pewno przy maszynie skaleczył, i powoli, powoli usiłuje pisać. Ale najbardziej podobało mi się to, kiedym na miejscu Mularczyka, w tej samej ławce i w tym samym rogu, zobaczył ojca jego, tego olbrzymiego murarza, który tam siedział podparty łokciami, trzymając brodę na rękach, a oczy utkwiwszy w książce, tak zagłębiony w nauce, że nie tchnął prawie.

Nie był to prosty wypadek115. Owszem, on sam przyszedł pierwszego zaraz wieczora do dyrektora i prosił:

– Niechże pan dyrektor będzie taki łaskaw na mnie, żebym mógł siedzieć na miejscu mego „zajęczego pyszczka”. – Bo on go tak zawsze nazywa.

Kiedyśmy nareszcie wyszli z ojcem, zobaczyliśmy, że na ulicy dużo bardzo kobiet z dziećmi na ręku czeka mężów swoich i że zaraz w bramie następuje zamiana: ojciec bierze od matki dziecko, oddaje jej książki i kajety, i tak wracają do domu. Przez kilka chwil ulica pełna była ludzi i wrzawy ich głosów.

Po czym ucichło wszystko i zobaczyliśmy tyłko długą, znużoną postać dyrektora, jak się oddalał powoli.

Walka

5. niedziela

Można się było spodziewać tego.

Franti, wypędzony przez dyrektora, postanowił się zemścić i zaczaiwszy się za węgłem czekał na Stardiego, który po wyjściu ze szkoły wstępował zwykle na ulicę Wielkozłotą po siostrę i razem z nią tędy powracał. Widziała to moja siostra Sylwia i wystraszona przybiegła do domu.

I stało się tak: Franti, w swojej ceratowej czapce wsadzonej na bakier, pobiegł na palcach za Stardim i szukając zaczepki pociągnął z tyłu za warkocz siostrę jego tak silnie, że mało jej na wznak nie przewrócił. Dziewczynka krzyknęła, brat jej się odwrócił, Franti o wiele od Stardiego wyższy i silniejszy rzekł:

– Albo nie piśniesz, albo cię zamaluję.

Stardi nie myślał długo i choć tak mały i gruby, rzucił się na tego dryblasa i zaczął walić pięścią, gdzie popadło. Niewiele mu jednak mógł zrobić, bo Franti chwycił go za oba ramiona. Na ulicy były tylko dzieciaki i nikt nie mógł bijących się rozdzielić.

Cisnął teraz Franti o ziemię Stardiego, ten zerwał się w mig, ale znów runął, a Franti walił w niego jak w kłodę. W jednej chwili rozerwał mu ucho, podbił oko i trzasnął pięścią w twarz tak, że biednemu chłopcu krew z nosa poszła. Ale Stardi twardy! Zaryczał tylko:

– Zabijesz mnie, ale ja ci zapłacę!

I oto Franti buch o ziemię, a Stardi na nim, kopie go, łbem bodzie jak baran, a kuje po nim pięścią, jakby młotem.

Jakaś kobieta woła z okna:

– Brawo, mały!

A inne:

– On broni swojej siostry.

A jeszcze inne:

– Bij! Nie daruj! A zdzielże go tęgo!

A do Frantiego:

– Na mniejszych się rzuca! Tchórz! Podły!

A wtem Franti się zerwał, podstawił nogę, Stardi padł, a ten dopieroż po nim!

– Poddaj się!

– Nie poddam!

– Poddaj się!

– Nie!

W mgnieniu oka Stardi się zerwał, chwycił Frantiego wpół, przegiął go z szalonym wysiłkiem i wściekle o bruk cisnąwszy, padł mu jednym kolanem na piersi.

– O nikczemnik, ma nóż! – krzyknął jakiś człowiek nadbiegając, aby rozbroić Frantiego. Ale już Stardi chwycił niegodziwca obu rękami za ramię i tak go ugryzł w zaciśniętą pięść, że nóż mu z niej wypadł, a krew broczyć zaczęła.

Teraz dopiero nadbiegli inni, rozerwali ich, podnieśli; Franti powlókł się poturbowany, na czworakach prawie, a Stardi został na placu bitwy, podrapany srodze na twarzy, z okiem podbitym, ale zwycięski, obok płaczącej siostry, wpośród chłopców, którzy zbierali rozrzucone po ulicy książki i kajety.

– Dzielny malec! – odzywały się dokoła głosy kobiet. – Nie dał ukrzywdzić siostry! Obronił!…

Ale Stardi, który się bardziej troszczył o swój tornister niźli o zwycięstwo, zaraz zaczął po jednemu oglądać najpierw książki, potem kajety, czy nie brakuje czego, czy wszystko w całości, powycierał rękawem, obejrzał piórnik, każdą rzecz na swoim miejscu ułożył, po czym spokojny i poważny jak zwykle rzekł do swojej siostry:

– Pójdźmy prędko, bo mam robić zadanie na wszystkie cztery działania.

Rodzice uczniów

6. poniedziałek

Dzisiaj rano przyszedł po syna ten gruby Stardi, ojciec, bo się bał, żeby chłopak znowu nie spotkał się z Frantim. Ale Franti, powiadają, że się już nie pokaże w tej ulicy, bo by go chyba do kozy116 zaraz wzięli. Bardzo dużo rodziców przyszło dziś przed szkołę, bo taka się niespokojność przez tę wczorajszą bójkę zrobiła. Był też między innymi ten handlarz drzewem, ojciec Corettiego, wykapany portret swego syna! Tak samo zwinny, wesoły, tyle tylko, że ma spiczaste wąsiki i dwukolorową wstążeczkę w dziurce od guzika. Ja już prawie wszystkich tych rodziców znam, co po uczniów przychodzą. Czasem to nie rodzice nawet. Bo na przykład jest jedna babusia, zupełnie pochyła, w białym, wielkim czepcu, która czy śnieg, czy burza przychodzi cztery razy dziennie odprowadzając swojego wnuczka z pierwszej wstępnej i zdejmuje mu płaszczyk, to znowu nakłada, wiąże mu krawatkę, otrzepuje go, muska, ogląda kajety. To zaraz widać, że ona tylko tym chłopakiem żyje, że o nim tylko myśli i że nie widzi nic na świecie poza nim. Przychodzi także czasem kapitan artylerii, ojciec Robettiego, tego o kulach, co to uratował dziecko od przejechania, a kto tylko z kolegów przejdzie koło kaleki, to każdy się uśmiechnie mile ałbo go pogłaska, żeby mu weselej było na świecie, toteż kapitan także albo się każdemu odkłoni, albo go popieści. Nie było przypadku, żeby pominął kogo. Do wszystkich się schyla, wita albo żegna, a im który biedniejszy i w gorszej odzieży, tym bardziej zdaje się uradowany i tym mu więcej dziękuje.

Ale i smutne rzeczy widzi się tam czasem. Na przykład jeden pan, co już od miesiąca nie przychodził do szkoły, bo mu synek, co był uczniem, umarł, przyszedł znowu z drugim, młodszym, pierwszy raz po tej stracie. Więc kiedy tę klasę zobaczył i tych kolegów swego syna, który już nie żyje, poszedł do kąta i wybuchnął płaczem zakrywszy twarz obu rękami, aż go dyrektor wziął pod ramię i do swojej kancelarii zaprowadził.

Są także ojcowie i matki, którzy znają po imieniu wszystkich kolegów swoich synów.

Nieraz też przychodzą po braci dziewczynki z pobliskiej szkoły, a także uczniowie z gimnazjum.

Jest także jeden pan, już stary, który gdy widzi, że jakiś malec upuścił na ulicy pióro albo kajet, to zaraz mu podnosi. A przecież był pułkownikiem!

Zdarza się też widzieć pięknie ubrane panie, jak gawędzą przed szkołą z prostymi kobietami w chusteczkach na głowie i z koszykiem w ręku.

Jedna mówi:

– Ach, jakie też trudne było dziś zadanie!

A druga:

– A ta gramatyka! Jezus Maria, myślałam, że się ten chłopak do świtu będzie uczył.

Kiedy który z uczniów zachoruje, zaraz wszystkie o nim wiedzą, a jak wyzdrowieje, to wszystkie się cieszą. Właśnie dzisiaj z osiem albo z dziesięć otoczyło zieleniarkę, matkę Crossiego, dowiadując się o zdrowie jednego malca, kolegi mego brata z wstępnej, którego rodzice mieszkają w tym samym co i ona podwórzu, a który jest ciężko chory.

Naprawdę się zdaje, że szkoła to wszystkich równa i wszystkich zaprzyjaźnia z sobą!

Numer 78

8. środa

Widziałem wczoraj wzruszającą scenę.

Już od pewnego czasu można było zauważyć, że ta biedna zieleniarka, przechodząc koło Derossiego, wpatrywała się w niego z głęboką wdzięcznością. Bo też Derossi, po tym odkryciu tajemnicy kałamarza i więźnia nr 78, szczególną życzliwością otacza syna jego, tego małego Crossi, co to ma włosy rude i zmartwiałą rękę. Pomaga mu odrabiać lekcje w szkole, podpowiada, jak się Crossi zatnie, daje mu papier, pióra, ołówki, zupełnie jakby to był brat. A to wszystko dlatego, żeby mu wynagrodzić za te nieszczęścia ojca, których się niechcący dowiedział, a o których syn nic nie wie.

Więc już ta matka tak na Derossiego patrzyła, tak patrzyła, jakby mu własne oczy oddać chciała, za tę życzliwość dla dziecka, bo to dobra kobieta i żyje tylko dla syna, a ten Derossi, który się nim opiekuje, który go wyróżnia, Derossi, panicz, pierwszy uczeń w klasie, wydaje jej się królewiczem z bajki i ma go sobie za świętego prawie. Wybornie widziałem, że od dni kilku zieleniarka tak na Derossiego patrzy, jakby mu coś powiedzieć chciała, a tylko się wstydzi. Aż wczoraj z rana odważyła się jakoś, zatrzymała go we drzwiach i rzekła:

– Niech się panicz nie gniewa, proszę, bo panicz taki dobry dla mojego chłopca, i niech panicz będzie łaskaw przyjąć tę drobną pamiątkę od ubogiej matki.

I wyciągnęła z koszyka z jarzynami szkatułeczkę z białej, wyzłacanej tektury.

Derossi zaczerwienił się cały, cofnął krokiem i rzekł rezolutnie:

– Niech to pani da synowi. Ja nie przyjmę. Dziękuję!

Kobieta zafrasowała117 się strasznie i przepraszała zmieszanym głosem:

– Nie chciałam panicza obrazić… To tyłko trochę karmelków…

Ale Derossi potrząsnął tylko głową, że nie przyjmie.

A wtedy z wielką nieśmiałością wyjęła z koszyka pęczek różowych rzodkiewek i rzekła:

– Niechże chociaż paniczek te rzodkiewki weźmie, świeżuteńkie, i mamie zaniesie.

Derossi uśmiechnął się na to.

– Nie! Bardzo dziękuję, ale nic nie chcę. Zrobię, co będę mógł dla syna pani, bo jest moim kolegą i poczciwym chłopcem, ale nic nie przyjmę. Dziękuję!

– Ale… przecież się paniczyk nie obraził na mnie? – zapytała trwożliwie kobieta.

– Nie, nie! – powtórzył z uśmiechem Derossi i odszedł, a zieleniarka aż w ręce klasnęła.

– Ale cóż to za dobre dziecko takie! A cóż za kochane! Jeszczem też takiego w życiu nie widziała.

No i tak się skończyło tymczasem. Ale o czwartej zamiast matki przyszedł po Crossiego ojciec, z tą swoją bladą, smutną twarzą. Zatrzymał u wyjścia Derossiego, a ze sposobu, w jaki w niego patrzył, poznałem od razu, iż domyśla się, że Derossi odgadł jego tajemnicę.

Więc patrząc tak, rzekł smutnym i wzruszonym głosem:

– Panicz jest bardzo dobry dla mojego dziecka… Dlaczego panicz jest dla niego taki dobry?

Derossi stanął w ogniu cały, tak się zaczerwienił. Widać było, że chciałby po prostu powiedzieć szczerze:

„Bo jest nieszczęśliwy. Bo i wy, ojciec jego, byliście więcej nieszczęśliwi niżeli winni i odpokutowaliście szlachetnie winę swoją, bo macie dobre serce…”

Ale, choć to wszystko można było wyczytać na jego twarzy, brakło mu odwagi, żeby wypowiedzieć w słowach; czuł przy tym jak gdyby jakąś trwogę, jakiś wstręt wobec człowieka, który przelał krew bliźniego i sześć lat przesiedział w więzieniu. A ten biedak, jak gdyby odgadł wszystko, pochylił się do ucha Derossiemu i półgłosem rzekł:

– Panicz jest życzliwy dla dziecka, ale nie pogardza i ojcem… Nieprawdaż?

A Derossi z wybuchem uczucia:

– Nie! O, nie! Całkiem przeciwnie…

A wtedy ten blady, smutny człowiek uczynił nagły ruch, jakby chciał Derossiego objąć za szyję. Ale nie śmiał widać i dotknąwszy tylko jego ślicznych jasnych włosów, poniósł potem rękę swoją do ust i ucałował ją patrząc na chłopca mokrymi od łez oczyna, jakby mu powiedzieć chciał, że to dla niego jest ten pocałunek.

Po czym wziął syna za rękę i odszedł szybkim krokiem.

Mały umarły

13. poniedziałek

Ten chłopczyk, kolega mego brata z wstępnej, ten, co to mieszkał w tym samym korytarzu co i zieleniarka, umarł. Panna Delcati, moja dawna nauczycielka, przyszła powiedzieć o tym nauczycielowi w sobotę po południu, a Garrone i Coretti oświadczyli zaraz, że pomogą trumnę nieść.

Był to bardzo pilny chłopczyna; w przeszłym tygodniu jeszcze dostał medal; i dobry bardzo; ogromnie mego brata lubił i podarował mu raz skarbonkę. Moja matka zawsze go pieściła spotkawszy. Nosił czerwoną sukienną czapeczkę, w której wyglądał jak czerwony grzybek.

Ojciec jego jest tragarzem na kolei.

Wczoraj, w niedzielę, o wpół do piątej po południu, poszliśmy tam do nich do domu, żeby go odprowadzić do kościoła. Mieszkają na parterze. W podwórzu zastaliśmy już dużo chłopców z wstępnej wyższego oddziału z matkami. Trzymali palące się świece. Było także pięciu czy sześciu nauczycieli i kilku sąsiadów.

Panna Delcati i ta młodsza nauczycielka z czerwonym piórem były już wewnątrz mieszkania, a widzieliśmy przez okno, jak tam płakały. Matka chłopczyka też głośno szlochała. Dwie panie, pewno matki kolegów jego szkolnych, przyniosły dwa wieńce kwiatów. O samej piątej pochód ruszył do kościoła.

Najpierw szedł chłopiec z krzyżem w ręku, potem ksiądz, potem trumna. Taka mała, taka maluśka trumienka! Biedne dziecko! I była przykryta czarnym suknem, a wieńce kwiatów, co te panie przyniosły, opasywały ją wkoło. Na suknie czarnym przypięty był medal i trzy pochwały, które sobie chłopczyna przez ten rok wysłużył. Trumnę nieśli: Garrone, Coretti i dwóch jeszcze chłopców z tej samej sieni. Za trumną szła najpierw panna Delcati i tak płakała, jakby to małe niebożątko było jej własne. Za nią szli nauczyciele, a za nauczycielami wstępniaki, koledzy; niektórzy, zupełnie mali jeszcze, nieśli bukieciki fiołków, patrząc z osłupieniem na trumnę, a matki prowadziły ich za ręce, trzymając zapalone świece. Jeden z malców spytał:

– To on teraz nie przyjdzie do szkoły?

Kiedy trumnę wynieśli z sieni, dał się słyszeć z okna krzyk rozpaczliwy matki małego nieboszczątka, ale ją zaraz wprowadzili na powrót do mieszkania. Wyszedłszy na ulicę spotkaliśmy idących we dwa rzędy uczniów z jakiegoś kolegium, którzy, jak tylko zobaczyli trumnę z medalem, nauczycielki i nauczycieli, zaraz odkryli głowy.

Biedne maleństwo! Idzie już spać na zawsze ze swoim medalem! Nie zobaczymy już nigdy jego czerwonej czapeczki!

Był zdrów i we cztery dni już go nie ma. Ostatniego dnia, powiadała matka, jeszcze chciał wstać i uczyć się zadanych przed chorobą słówek… A medal to musieli mu na łóżeczku położyć, bo się bał, że mu kto zabierze.

Nikt ci go już nie zabierze, biedny chłopcze. Żegnaj nam! Śpij z Bogiem! Będziemy cię wspominać zawsze w naszej szkole. Śpij w spokoju, dziecko!

112.miarkować (daw.) – powściągać, ograniczać. [przypis edytorski]
113.lektyka – tu: kryte nosze. [przypis edytorski]
114.pedel (daw.) – woźny. [przypis edytorski]
115.wypadek – tu: przypadek. [przypis edytorski]
116.koza (daw., pot.) – areszt. [przypis edytorski]
117.zafrasować się (daw.) – zmartwić się. [przypis edytorski]
Yaş sınırı:
0+
Litres'teki yayın tarihi:
01 temmuz 2020
Hacim:
330 s. 1 illüstrasyon
Telif hakkı:
Public Domain
İndirme biçimi: